Reklama

O Syberii opowiadam moim dzieciom i wnukom, żeby znały historię

W latach 1940-41 Rosjanie wywieźli na Sybir tysiące Polaków. Wagony z przesiedleńcami wyjeżdżały też z Siemiatycz. Przez długie lata pamięć o wywózkach żyła w ludziach, ale głośno nie można było mówić o tych tragicznych wydarzeniach. Jednak ci, którzy przeżyli wywózki, chcą mówić o prawdziwej historii Polski i Polaków. Wśród Polaków wywiezionych w czerwcu 1941 r. była Józefa Pykało.

Niedziela podlaska 37/2008

Agnieszka Bolewska-Iwaniuk: - Czy po tylu latach pamięta Pani jeszcze ten dzień, kiedy zabrano was z domu?

Józefa Pykało: - Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. 20 czerwca nad ranem przyszedł do naszego domu przedstawiciel kołchozu (Sowieci już założyli w Wólce kołchoz) z dwoma żołnierzami NKWD. Pobudzili moich braci Michała i Ziutka, posadzili ich na kozetce i nie pozwolili im się ruszać. Mnie kazali się spakować. Pozwalali zabrać po 10 kilogramów na osobę. Można było brać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wszyscy baliśmy się i denerwowaliśmy, a oni krzyczeli: „Bystrej, bystrej - tam jest wsio”, dając do zrozumienia, że nie ma znaczenia, co zabieramy. Byle szybciej. Mamy w domu nie było. Wsadzili nas do samochodu ciężarowego, gdzie był już Karolczuk z Tonkiel z żoną. Z Wólki pojechali z nami do Runic. Wzięli tam 80-letniego Andrzeja Tararuja. Jego żona była chora, więc ja zostawili. Zawieźli nas na stację kolejową w Siemiatyczach i trzymali tam cały dzień aż do wieczoru. Zwozili ludność z pobliskich wiosek. Koło zachodu słońca podstawili wagony bydlęce, bez okien i żadnych desek do siedzenia. W tym czasie dowieźli naszą mamę. Z wagonów wzięli paru mężczyzn: Kosińskiego, Zarębę, Ekielskiego i innych. W dwa dni później, jak się okazało, zostali oni rozstrzelani podczas odwrotu Sowietów przed nacierającymi Niemcami; dowiedziałam się o tym już po wojnie. Nas po 3-4 osoby wsadzili do wagonów, załadowali jak bydło, zamknęli i wieźli. W nocy dojechaliśmy do Wołkowyska. Dalej nie można było jechać, bo zbombardowane zostały tory. Kolejarze powiedzieli nam, że jest wojna. Niemiec napadł na Sowieta w 1941 r. Dokładnie w nocy z 21 na 22 czerwca, kilka godzin po wywiezieniu nas. Gdy się o tym dowiedzieliśmy, zaczęliśmy się cieszyć, myśląc, że nas zostawią. Ale nadzieja zawiodła. Tory zostały naprawione i powieźli nas dalej. Nasza podróż dobiegła końca dopiero na Syberii, w głębi tajgi, w kołchozie o nazwie Czarnouszka.

- Co Pani czuła, kiedy zabierano was z domu? Czy bała się Pani?

- Nie powiem, że się bałam. Wywózka była pełnym zaskoczeniem. Nikt nie wiedział, dlaczego i dokąd jest wywożony, chociaż domyślaliśmy się, ze będzie to głęboka Rosja. Sąsiadkę wywieźli wcześniej na Syberię, z jej listów wiedziałam, jak ciężko jest tam Polakom, myślałam o ciężkich zimach, mrozach i głodzie. Trudno było wtedy myśleć rozsądnie. Nie sądziłam, że wrócimy jeszcze do Polski. Jeden z gospodarzy, który z całą rodziną jechał z nami, miał woreczek polskiej ziemi. W razie śmierci na obczyźnie chciał być z tą ziemią pochowany.

- Jak wyglądało Wasze życie na Syberii?

- Do Czarnouszki dojechaliśmy ok. 10 lipca, był to okres wakacyjny, więc wpakowali nas do budynku szkolnego i powiedzieli, że to na razie, dopóki nie znajdziemy sobie innego mieszkania. Nocowanie w budynku było niemożliwe. Nie dawały nam spać pluskwy i karaluchy, i nadmiar stłoczonych ludzi w zbyt małym pomieszczeniu. Znaleźliśmy wreszcie mieszkanie u jednej Sowietki, ale małe na 5 osób. Był z nami Andrzej Tararuj, 80-letni staruszek razem z nami wzięty. Nie miał żadnej opieki, a potrzebował pomocy, więc się nim opiekowaliśmy. Tamtejsi mieszkańcy odnosili się do nas dobrze, bo podobnie jak my byli wcześniej wywiezieni (chociaż byli to Rosjanie). Gorzej było z chlebem. Zamiast chleba dawali nam mąkę żytnią. Z niej trzeba było piec lepioszki (placki na blasze).
Po paru dniach przyjechało do nas 2 żołnierzy NKWD. Zabrali nam nasze dowody osobiste, a dali rosyjskie, z wyrokiem sądowym skazującym nas na 20 lat zsyłki jako ludziom podejrzanym przez władze rosyjskie. Nie wolno nam było wjeżdżać poza obręb kołchozu, byliśmy jak niewolnicy. Kazali budować sobie domy i pracować w kołchozach.
Chociaż nie było kościołów, to modliliśmy się, bo tylko to dawało nam siły. Aż tu cud się stał na dzień Matki Bożej Zielnej (15 sierpnia). Matka Boża wysłuchała naszej prośby. Przyjechało 2 enkawudzistów. Zebrali wszystkich Polaków i powiedzieli, że jesteśmy wolnymi obywatelami. Zabrali swoje papiery, dali nam nasze polskie i powiedzieli, że możemy jechać tam, gdzie nie ma wojny, na własny koszt oczywiście (gen. Sikorski zawarł umowę ze Stalinem). Powiedziano nam, że możemy iść do Wojska Polskiego. Do października 1942 r. pracowaliśmy w kołchozie. Postanowiliśmy jednak wyjechać. Brat Michał zamówił łódkę. Teraz chodziło tylko o rozliczenie z kołchozem. Wzięliśmy rozliczenie i pojechaliśmy do Nowikowa. Stamtąd na dużej łodzi (pojechała nas cała duża grupa: 4 Pykałów, Andrzej Tararuj, Karolczuk z żoną, Kłopotowska z córką, felczer Jabłoński z żoną i córką, Kaźmierczakowa, razem 13 osób). Tararuj był przy sterze łodzi, Michał, Józef, Karolczak i felczer wiosłowali. Wyjeżdżaliśmy z kołchozu 7 października. Padał już śnieg.
Z trudem dotarliśmy do Parabeli i spóźniliśmy się na ostatni statek. Michał poszedł załatwić chleb, ja poszłam coś sprzedać. Władze sowieckie nie pozwalały nam dalej jechać. Zanieśliśmy nasze rzeczy na przystań, nie wiedząc, co dalej robić. W tym czasie przyszedł jeden człowiek poszukujący ludzi do wypompowywania wody z przeciekającej barki. Barka płynęła akurat do Kołpaszewa. Ja z mamą zostałam na miejscu, a Michał z Ziętkiem zgodzili się na tę pracę. Wtedy przyszedł jeszcze jeden człowiek z kutra i powiedział, że ma tam wolne miejsce. Razem z mamą załadowałam się na kuter i tak dotarliśmy do Kołpaszewa. Była już noc. Przenocowaliśmy w poczekalni, a następnego dnia trzeba było szukać mieszkania i pracy. Parę miesięcy udało nam się pracować, ale nie dawano nam chleba. W Kołpaszewie był szpital, który miał duże ogrody warzywne i wielkie łąki. Pracowałem w ogrodach przy sadzeniu i pielęgnowaniu warzyw, a bracia końmi jeździliśmy po drzewo i siano. Mieszkanie dostaliśmy w ziemiance przy elektrowni. Zima dla nas była bardzo ciężka, nie mieliśmy ciepłych butów, odzieży. Mrozy dochodziły do 50-60 stopni. Chorowałam na zapalenie stawów, a brat miał biegunkę i odmroził sobie nos. Ziętek miał wrzodzianki na nogach. Mama na nosy poszyła im takie ochraniacze ze skóry z kożucha, a na nogi papucie z pierza nakładane na buty.
Na południu Rosji zaczęli brać Polaków do Wojska Polskiego, ale pod dowództwem rosyjskim. Było znowu ciężej, dary przychodzące z Ameryki dla Polaków Rosjanie nam zabrali, dlatego że byliśmy rodziną żołnierzy pod dowództwem Sikorskiego, którzy nie chcieli iść na wojnę z Niemcami. I tak zaczął się 1943 r.
Zaczęła się komisja poborowa wcielająca Polaków do wojska. Poszliśmy we trójkę: Michał, Ziętek i ja. Braci przyjęli, ale mnie zostawili z powodu chorej matki. Braci przydzielono do Kuliszewa, gdzie był zbiór Polaków, którzy mieli iść do wojska. Władze rosyjskie dawały tylko żywność na jeden dzień podróży. Na resztę musieli mieć własną. Miałam jeszcze kostium damski i pluszową kapę. Sprzedałam to i pieniądze oddałam braciom. Ze złami w oczach żegnałam ich z nadzieją, że się jeszcze spotkamy w wolnej Polsce.

- Dalej wracała Pani tylko z mamą...

- W październiku 1943 r. wyruszyłam z mamą, p. Waszczuk i jej córką Marysią statkiem do Omska. Kłopotów było dużo. Na pożyczonych sankach zawiozłam swoje pakunki na przystań statku. W Omsku znowu kłopoty. Trzeba było szukać pracy i mieszkania. Prace znalazłam razem z Marysią przy dezynfekcji ubrań więźniów. Dyrektor tej łaźni był Żydem z Polski. Mieszkanie dostałyśmy od dyrektora, ponieważ pomagał, jak mógł, Polakom. Ja z Marysią pracowałyśmy na dwie zmiany. Mama dostawała 30 dkg chleba, chorowała ciężko na serce. Leczenie było takie, że wypijała szklankę mleka i zjadała kostkę cukru. U sąsiadki Sowietki było radio. Usłyszałam, że Wanda Wasilewska i prof. Lange starają się, by Polaków z tajgi wywieźć na południe. Pojawiła się nadzieja powrotu do Polski. Od braci nie miałam żadnych wiadomości. Tylko dowiedziałam się od Sowietów, że dywizja polska pod nazwą Dąbrowskiego poszła już na front. Na wiosnę 1944 r. szykowano nas na południe. W kwietniu przewieźli nas na południe Krasnodarskiego Kraju do sowchozów, gdzie było cieplej i w związku z tym łatwiej było przeżyć. Z Marysią pracowałam przy młynkowaniu zboża. Tam zobaczyłam po raz pierwszy kombajn do zboża. Tam było dużo lepiej. Można było kupić mleko, rosły słodkie dynie, arbuzy, można był zaspokoić głód. Mama już tam nie chorowała, a nawet się jej poprawiło. Dyrektor sowchozu był bardzo dobry dla nas.
W 1945 r. skończyła się wojna. Dostałam list od Ziutka. Był lekko ranny, leżał w szpitalu w Berlinie. Od Michała nie mieliśmy żadnych wieści. Zaczęto spisywać tych Polaków, którzy mieli wyjechać do Polski. Innych, Białorusinów czy Litwinów, zostawiono. Cieszyłyśmy się bardzo i modliłyśmy o zdrowie, żeby szczęśliwie powrócić do Polski.
W 1946 r. 5 marca wyjechałyśmy z Rosji do Polski. 9 marca przekroczyłyśmy granicę w Przemyślu i stamtąd zawieziono nas do Opola. W Opolu rozdzielono nas, kto gdzie ma jechać. Przyjechałyśmy na stację do Siemiatycz, a 19 marca dotarłyśmy do rodzinnej wsi, do swojego domu, do Wólki Zamkowej. Wszystko w domu było bardzo zniszczone, podobnie jak całe gospodarstwo. Przy pomocy rodziny i sąsiadów doprowadziłyśmy wszystko do porządku. Za parę dni przyszedł z wojska Ziętek, a Michał został na żołnierza zawodowego. Trzeci brat, co był aresztowany, został zamordowany za Polskę.
I tak skończyła się nasza wędrówka po Rosji.

- Czy tam, na Syberii, czuliście się Polakami?

- Jestem Polką i katoliczką i nigdy nie wyparłam się ojczyzny i wiary. Kościołów tam nie było, a te, które były, pełniły rolę magazynów, były zniszczone i pozamykane. Bardzo to przeżywaliśmy. Nie wyobrażaliśmy sobie, jak będziemy żyć bez kościoła, swobód i swojej ukochanej Polski. Zaczęliśmy się buntować. W niedziele modliliśmy się, nie chodziliśmy do pracy, chociaż nie dawali za ten dzień chleba ani mąki. Ale modlitwa i opieka Matki Najświętszej trzymały nas, Polaków.

- Co było najtrudniejsze na obczyźnie, co najbardziej utkwiło w Pani pamięci?

- Szczególnie pamiętam pierwsze Boże Narodzenie. Kupiłam 4 cebule, kociołek kartofli (tam sprzedawano je na kociołki). Mama zrobiła parę lepioszek na blasze. Opłatka nie można było nigdzie dostać. Przyszedł pierwszy wieczór wigilijny na obcej dla nas ziemi, gdzie latem tylko meszki dokuczliwe i zażarte komary, a zimą mrozy siarczyste. We czwórkę zasiedliśmy do deski, bo stołu nie było. Mama wzięła do ręki kawałek chleba, życzyliśmy sobie zdrowia i jak najszybszego powrotu do Ojczyzny. Płakaliśmy wszyscy i wspominaliśmy Polskę i Polaków. Kto nie był na obczyźnie, nie zrozumie tego, co przeszliśmy. Do śmierci tego nie zapomnę.

- A co chciałaby Pani przekazać kolejnym pokoleniom, powiedzieć młodym Polakom?

- Chciałabym powiedzieć młodym ludziom, żeby nie gnali za światem, a patrzyli w przeszłość i o niej nie zapominali. Żeby patrzyli na swoje polskie nazwiska i na swoją narodowość. By jej nie zmieniali.

- Młodzi dziś nie pamiętają o przeszłości, bo jej nie znają. Nie znają tej historii, o której Pani opowiada…

- Tak, młodzież często nie zna historii, a często nie wierzą też w opowieści o Syberii czy Katyniu. Swoje wspomnienia przekazuję dzieciom i wnukom. Chciałabym, żeby oni przekazali te wspomnienia swoim dzieciom, żeby ta pamięć nie umarła. Jeśli my nie będziemy mówić o przeszłości, to skąd nasze dzieci będą znały tę historię?

- Czy da się zapomnieć o tym, co przeszła Wasza rodzina?

- Wszystkiego nie da się zapomnieć, ale wiele trzeba wybaczyć i darować.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Papież przestrzega przed „wirusowym ludobójstwem”

2020-03-30 17:19

[ TEMATY ]

Franciszek

źródło: vaticannews.va

Przewodniczący Panamerykańskiego Komitetu Sędziów ds. Praw Społecznych, Roberto Andrés Gallardo przekazał do publicznej wiadomości papieski list, w którym Franciszek przestrzega przed „wirusowym ludobójstwem”. Ojciec Święty podaje w nim ważne wskazania dotyczące teraźniejszości i przyszłości w kontekście obecnej pandemii koronawirusa.

Franciszek ostrzega przed rządami, które nie podejmują działań w obronie ludności; zastanawia się nad społecznymi konsekwencjami, jakie z tego wynikną. Daje jednocześnie wyraz swojemu zbudowaniu postawą władz wielu krajów, dla których ochrona obywateli stała się pierwszoplanowym priorytetem, bez względu na koszty finansowe. Czasami środki bezpieczeństwa są uciążliwe dla ludzi i mogą irytować, ale są podejmowane dla wspólnego dobra. Większość to rozumie i akceptuje. Papież podkreśla, że obrona ludzi nie może być rozumiana w kategoriach “ekonomicznej katastrofy”.

Franciszek wyraził również swoje zaniepokojenie “geometrycznie postępującym wzrostem” pandemii oraz uznanie dla wielu ludzi za ich humanitarną postawę. Chodzi o lekarzy, pielęgniarki, pielęgniarzy, wolontariuszy, siostry zakonne, księży i zakonników, którzy ryzykują życie, aby wyleczyć chorych i bronić zdrowych przed zarażeniem.

Ojciec Święty zwraca także uwagę na przygotowanie się do przyszłości, bo już teraz widać niektóre konsekwencje pandemii, z którym trzeba będzie się zmierzyć: głód, zwłaszcza w przypadku osób bez stałego zatrudnienia, przemoc oraz pojawienie się lichwiarzy, którzy będą wielkimi szkodnikami społecznej przyszłości.

CZYTAJ DALEJ

Kapłański dar serca

2020-04-04 23:31

[ TEMATY ]

pomoc

Bożena Sztajner/Niedziela

Wiemy, że w swoich lokalnych wspólnotach niesiecie duchową i materialną pomoc chorym, szpitalom, placówkom medycznym i opiekuńczym, że na miarę swoich możliwości organizujecie pomoc seniorom na terenie swoich parafii.

U progu Wielkiego Tygodnia, jako Wasi biskupi, chcemy Was poprosić o wspólną, dobrowolną jałmużnę kapłańską na rzecz Wojewódzkiego Szpitala im. Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie.

Caritas naszej archidiecezji, w łączności z ogólnopolską fundacją SMS z Nieba, prowadzi zbiórkę środków na respiratory i łóżka dla chorych leczonych w tej placówce, szczególnie tych dotkniętych koronawirusem. Wierzymy, że wspólny, konkretny dar od nas, duchowieństwa archidiecezji częstochowskiej, dla szpitala noszącego imię Matki Bożej będzie znakiem naszej solidarności i wrażliwości oraz ważnym świadectwem dla naszych diecezjan i parafian.

Sami, chętnie włączając się w tę zbiórkę, prosimy i Was o konkretne wpłaty na ten cel, na konto lub w kasie Caritas Archidiecezji Częstochowskiej. Prosimy Księży Dziekanów i Księży odpowiedzialnych za inne wspólnoty kapłańskie o przekazanie tej prośby do wszystkich księży, a tam, gdzie będzie to jakimś ułatwieniem, o przeprowadzenie tej zbiórki. Prosimy, żeby ten dar serca przekazać najpóźniej do Wielkiego Piątku. Już dziś, dziękujemy Wam wszystkim za ten gest kapłańskiej miłości do Boga i ludzi.

Z wdzięcznością i modlitwą za każdego z Was

(-) +Wacław DEPO

Arcybiskup Metropolita Częstochowski

(-) + Andrzej PRZYBYLSKI

Biskup Pomocniczy Archidiecezji Częstochowskiej

Dokonaj wpłaty na stronie Zobacz

Przelej dowolną kwotę na Konto bankowe PLN:

09 1020 1664 0000 3802 0145 0634

Przelew z tytułem: “Zbiórka na respiratory”

Caritas Archidiecezji Częstochowskiej

ul. ks. Stanisława Staszica 5, 42-200 Częstochowa

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję