Reklama

Warszawa: pokaz filmu „Ojciec i Pasterz – Kardynał Stefan Wyszyński”

Wypowiedzi świadków życia kard. Wyszyńskiego, którzy mówią o nim w kontekście wielkich wydarzeń historycznych, ale i charakteryzują bardziej prywatny portret Prymasa Polski, zawiera film pt. „Ojciec i Pasterz – Kardynał Stefan Wyszyński”. W dniu 119. rocznicy Prymasa Tysiąclecia obraz zaprezentowano w Domu Arcybiskupów Warszawskich, w którym bohater filmu mieszkał przez niemal 30 lat.

[ TEMATY ]

film

kard. Stefan Wyszyński

kard. Kazimierz Nycz

Materiały prasowe

„Autorom udało się coś, co jest niezwykle trudne: pokazać świętość człowieka w normalności” – ocenił po projekcji kard. Kazimierz Nycz, chwaląc film w reżyserii Piotra Górskiego. Metropolita warszawski wyraził nadzieję, że w przyszłym roku, w którym przypada 120. rocznica urodzin Stefana Wyszyńskiego i 40. rocznica jego śmierci, będzie możliwa beatyfikacja prymasa.

Film

„Ojciec i Pasterz – Kardynał Stefan Wyszyński” powstawał dwa lata. Twórcy odwiedzili niemal wszystkie miejsca związane z życiem i pracą kardynała i zgromadzili prawie 100 godzin nagrań z dziesiątkami osób, które znały prymasa osobiście bądź z nim pracowały. Swoimi wspomnieniami podzielili się m.in. Anna Rastawicka, kard. Kazimierza Nycz, abp Józef Michalik, o. Leon Knabit, aktor Olgierd Łukasiewicz, historycy Paweł Skibiński, Jan Żaryn i Peter Raina.

Oprócz przybliżenia nauczania prymasa i przełomowych chwil w jego życiu, w tym lat uwięzienia, gdzie tworzył wielkie programy duszpasterskie, obchodów milenijnych czy wyboru kard. Wojtyły na papieża, w filmie pokazano codzienność kard. Wyszyńskiego. Widz dowie się więc m.in., co lubił jeść, jak wypoczywał i jaki był na co dzień.

Reklama

W filmie można zobaczyć wiele niepublikowanych do tej pory zdjęć archiwalnych oraz fragmenty homilii. Jak podkreślają realizatorzy, celem produkcji jest przede wszystkim przybliżenie nauczania prymasa i jego uniwersalności. Autorzy współpracowali m.in z Archiwum na Jasnej Górze, Instytutem Prymasowskim oraz Archiwum Watykańskim. Film będzie prezentowany w kinach, a po pewnym czasie – także w telewizji.

Jak wspominał podczas prezentacji dokumentu jego autor, pomysł realizacji filmu pojawił się kilka lat temu w mieszkaniu pallotyna ks. Jerzego Andruszewskiego – przyjaciela reżysera, w którym poznał Annę Rastawicką z Instytutu Prymasowskiego kard. Stefana Wyszyńskiego. Tam narodziła się idea, której celem początkowo było zapisanie wspomnień dla przyszłych pokoleń. „Chcieliśmy odpowiedzieć na pytanie, czy pomnikowy «Książę Kościoła» ma także inny wymiar, bardziej ludzki” – mówił Piotr Górski.

Dzisiejszemu wydarzeniu towarzyszyła promocja książki Anny Rastawickiej „Ten zwycięża, kto miłuje”. Wieloletnia współpracowniczka prymasa wyznała podczas spotkania, że otoczenie kardynała bywało zdumione jego spokojem wobec tak wielu trudnych sytuacji, podsłuchów czy rozmów z przedstawicielami komunistycznych władz.

Reklama

„Żyliśmy wszyscy siłą jego spokoju” – powiedziała pani Anna dodając, że o nikim kardynał nie wypowiadał się źle. „Zapytałam go kiedyś: a czy tego Gomułkę, to Ksiądz Prymas też kocha?. A on na to: «Przecież Bóg go kocha, to co ja mam do powiedzenia?»” – wspominała Anna Rastawicka.

Producentem filmu jest firma Aurel wraz z Instytutem Prymasowskim Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Sponsorami są: KGHM Polska Miedź, PKN Orlen, PZU i PGE, a partnerami: Mt 5,14 | Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego oraz Oficjalna Strona Beatyfikacji Kard. Stefana Wyszyńskiego. Patronat medialny sprawuje „Rzeczpospolita”.

Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku został wyświęcony na kapłana. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora.

Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. Ukrywał się m.in. we Wrociszewie i w założonym przez matkę Elżbietę Czacką zakładzie dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. W okresie Powstania Warszawskiego ks. Wyszyński pełnił obowiązki kapelana grupy "Kampinos" AK.

25 marca 1946 r. Pius XII mianował go biskupem lubelskim (sakrę nominat przyjął 12 maja tegoż roku), a 12 listopada 1948 r. powołał go na arcybiskupa Gniezna i Warszawy oraz prymasa Polski. Na konsystorzu 12 maja 1953 r. papież włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego, ale ówczesne władze nie zezwoliły nowemu purpuratowi na wyjazd do Rzymu po odbiór insygniów kardynalskich. Przyjął je z rąk Piusa XII dopiero 18 maja 1957 r.

W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia "Porozumienia", które 14 lutego 1950 r. podpisali przedstawiciele episkopatu i władz państwowych. Mimo to sytuacja coraz bardziej się zaostrzała i 25 września 1953 r. prymas został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach.

W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 r. jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 r. prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II. W okresie rodzącej się Solidarności pozostawał ośrodkiem równowagi i spokoju społecznego.

Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi.

Proces beatyfikacyjny Prymasa Tysiąclecia na etapie diecezjalnym rozpoczął się 20 maja 1989 r., a zakończył 6 lutego 2001 r. Watykańska część procesu beatyfikacyjnego rozpoczęła się 7 czerwca 2001 r. oficjalnym otwarciem akt beatyfikacyjnych. Kongregacja wyznaczyła relatora, tym samym rozpoczął się etap studium i udowadniania heroiczności cnót sługi Bożego. Dekret o heroiczności cnót Prymasa Tysiąclecia został wydany 18 grudnia 2017 r.

Diecezjalny etap procesu ws. cudu za wstawiennictwem sługi Bożego toczył się w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, ponieważ to tam, w 1988 r., nastąpiło domniemane uzdrowienie młodej osoby za przyczyną kard. Wyszyńskiego. Chodzi o niewytłumaczalne medycznie zdarzenie, dotyczące 19-latki, która zachorowała na nowotwór tarczycy i nie dawano jej szans na przeżycie. Proces diecezjalny w sprawie cudu zakończył się 28 maja 2013 r. Licząca 300 stron kompletna dokumentacja medyczna oraz zeznania świadków zostały przekazane do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 29 listopada 2018 r. konsylium lekarskie uznało to zdarzenie za niewytłumaczalne z medycznego punktu widzenia. 24 września 2019 r. zebrała się komisja kardynałów i biskupów, która potwierdziła autentyczność uzdrowienia za wstawiennictwem sługi Bożego i zaopiniowała pozytywnie papieżowi. 2 października 2019 r., podczas audiencji dla prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Giovanniego Angelo Becciu, papież Franciszek upoważnił Kongregację do ogłoszenia dekretu o cudzie.

Planowana na 7 czerwca br. beatyfikacja kard. Wyszyńskiego został przełożona z powodu pandemii koronawirusa.

2020-08-03 21:08

Ocena: +5 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Stworzyć film, który się sprzeda, czy być wiernym swojej wizji dzieła?

2020-09-17 13:02

[ TEMATY ]

film

konkurs

Oscary

Każdy artysta staje wobec dylematu czy tworzyć film, który się sprzeda, czy być wiernym swojej wizji dzieła - ocenił w rozmowie z KAI ks. Marek Lis - profesor Uniwersytetu Opolskiego, autor wielu publikacji o tematyce filmowej.

  • W ocenie księdza profesora bez wątpienia niepokoi fakt odgórnego regulowania statusu sztuki. Jeżeli bowiem kultura ma być przejawem wolności twórczej, nie może być poddawana żadnym formom cenzury.

Od 2024 roku, aby móc ubiegać się o Oscara za najlepszy film, twórcy będą musieli spełniać przynajmniej dwa z czterech nowych kryteriów. Dotyczą one m.in. udziału kobiet i mniejszości seksualnych w branży filmowej.

Nowe kryteria Amerykańskiej Akademii Filmowej zostały wyznaczone głównie z myślą o różnorodności etnicznej, seksualnej oraz kobietach, które skarżą się na nierówne traktowanie w przemyśle filmowym.

Zdaniem ks. Marka Lisa, warto zauważyć, że Oscary to nagrody przemysłu filmowego powiązane z sukcesem komercyjnym produkcji. Istnieje natomiast duża różnica między sukcesem festiwalowym, a sukcesem komercyjnym. - Oscary różnią się od festiwali, na których filmy ocenia się jako dzieła artystyczne. Jurorzy analizują film jako całość, interesują ich co dzieło ma do przekazania, jakimi środkami się posługuje. Nie jest istotne, czy osiągnął sukces komercyjny – wyjaśnił.

W ocenie księdza profesora bez wątpienia niepokoi fakt odgórnego regulowania statusu sztuki. Jeżeli bowiem kultura ma być przejawem wolności twórczej, nie może być poddawana żadnym formom cenzury. - W tym kontekście pojawia się pytanie o wolność twórcy. Do głowy przychodzą mi odniesienie do nurtu socrealizmu, który pojawił się z początkiem lat 30. w Związku Radzieckim, a po drugiej wojnie światowej również w Polsce. Zaczął być obowiązującym nurtem nie tylko w literaturze ale także w sztukach wizualnych, malarstwie, rzeźbie, a także w kinie. Zakładał, że filmy mają dotyczyć określonej tematyki, niezależnie od tego jaka była wrażliwość twórcy – powiedział, dodając, że problem jaki stwarzał socrealizm doskonale obrazuje ostatni film Andrzeja Wajdy pt. „Powidoki”. Przedstawia on dramat artysty (Władysława Strzemińskiego), który nie godzi się z socrealizmem i pozostaje wierny swojej drodze artystycznej. Równocześnie traci możliwość wykonywania swojej pracy.

W „Powidokach” mamy do czynienia z obostrzeniami ocierającymi się o totalitaryzm, to coś więcej niż poprawność polityczna. Powstaje pytanie o status twórcy wobec wielkich instytucji – zauważył duchowny. Ks. Marek Lis podkreślił jednak, że póki co aktywność twórcza nie musi być związana z przynależnością do takich czy innych nurtów, systemów produkcyjnych czy dystrybucyjnych.

Filmoznawca przywołał jednak przykład reżysera Martina Scorsesa, który nie jest twórcą hollywoodzkim, jest zanany i cenionym na całym świecie. Jego droga na szczyt nie była łatwa, produkcje borykały się z licznymi problemami, chociażby z dystrybucją. - Gdyby „Milczenie” Martina Scorsesa miało startować do Oscarów, według nowych zasad, czy mogłoby liczyć na jakąkolwiek nagrodę? Może gdyby uznać chrześcijan za tę prześladowaną mniejszość. Nie wiem, czy można liczyć na takie podejście członków Akademii. Może się okazać, że ci wolni artyści, którzy chcą dochować wierności swojej twórczości, nie będą się w ogóle zgłaszać do konkursu oscarowego. Zdecydują się na własną, lokalną dystrybucję bez tej „honorowej” etykietki Oscara lub „przypiętej łatki”, bo nie wiadomo, jaki będzie teraz odbiór tej nagrody – stwierdził filmoznawca.

Ocenił, że póki co Oscary mają duży wpływ na przemysł filmowy, dystrybutorzy filmowi chętnie sięgają po produkcje, które publiczności kojarzą się z nagrodą. Film oscarowy był zawsze tym, który wypadało zobaczyć, pozostają natomiast jeszcze inne festiwale i nagrody. Możliwe, że to kryterium wkrótce się zmieni, zwłaszcza, że przemysł filmowy ciągle ewoluuje. Szczególnie za sprawą platform streamingowych, które liczą „kliknięcia” widzów, oceniając ich zainteresowanie, dzięki czemu filmy zdobywają sukces komercyjny, niekoniecznie otrzymując za to nagrody.

Każdy artysta staje też wobec dylematu czy tworzyć film, który się sprzeda, czy być wiernym swojej wizji dzieła – podsumował ksiądz profesor.

Według nowych ustaleń warunkiem koniecznym do tego, by dana produkcja mogła być nominowana w najważniejszej kategorii („najlepszy film”), będzie spełnienie dwóch z czterech wyznaczonych przez Akademię norm. Dotyczą one reprezentacji na ekranie, reprezentacji wśród zespołu twórczego, standardów obecności w branży i standardów komunikacji ze społeczeństwem.

Przykładowo, by standard reprezentacji na ekranie został zatwierdzony, twórcy filmu muszą wypełnić przynajmniej jeden z przedstawionych warunków: co najmniej jeden z aktorów/aktorek pierwszoplanowych lub grający ważną rolę drugoplanową, musi być przedstawicielem mniejszości etnicznej lub rasowej; przynajmniej 30% obsady pomniejszych ról musi reprezentować takie grupy jak – kobiety, osoby LGBT+, niepełnosprawni czy osoby z mniejszości etnicznych; treść produkcji ma być powiązana z tematem bliskim dla danej mniejszości – np. kobiet, mniejszości rasowych, LGBT+. Dalsze wytyczne brzmią podobnie. Zalecają one m.in. by reprezentanci mniejszości piastowali decydujące stanowiska w części działów pracujących nad produkcją filmu.

Dotychczas o przyznaniu jednej z najbrzydziej prestiżowych nagród w filmowym świecie, decydować miała wyłącznie jakość filmu. Mógł on dotyczyć każdego tematu, bez względu na gatunek. Twórcy mogli zatrudniać dowolnych, wybranych przez siebie fachowców.

CZYTAJ DALEJ

Kard. Nycz: tłumów już nie będzie, cieszmy się z każdej osoby

2020-09-13 12:15

[ TEMATY ]

wywiad

katecheza

laicyzacja

kard. Kazimierz Nycz

Episkopat.news

Nie dopilnowaliśmy do końca równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić – mówi KAI kard. Kazimierz Nycz, podsumowując 30 lat ponownej obecności religii w polskich szkołach. Wskazuje też, że Polska należy do krajów w których laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. „Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden” – wskazuje były przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego KEP.

  • Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej jak i bierzmowania.polonijnymi.
  • Jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole.
  • Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci.

Tomasz Królak (KAI): Przed sierpniowymi obradami biskupów w Częstochowie zapowiadano, że odbędzie się dyskusja o plusach i minusach nauczania religii w szkołach w związku z 30. rocznicą jej powrotu do szkół. Jak wypadło to podsumowanie?

Kard. Kazimierz Nycz: - Rozmowa była nadzwyczaj dobra, poprzedzona dwoma wykładami ekspertów. Pierwszy dotyczył głównie założeń teoretycznych katechezy w szkole, drugi był głosem wizytatora, który jako praktyk zna temat lekcji religii na wylot. Późniejsza, bardzo konkretna dyskusja podejmowała problemy jakie się nazbierały w ciągu tych 30 lat. Była też mowa o tym, jak ma się katecheza dzisiaj, po tych 30 latach w perspektywie założeń, które przyjęliśmy przed laty wchodząc, nieco w pośpiechu, do szkoły. Bo, przypomnę, decyzja zapadła podczas zebrania episkopatu w Krakowie, w czerwcu 1990 roku, a dwa miesiące później odbywały się już pierwsze zajęcia.

- Jakie są wnioski z tego bilansu? Dostrzeżono jakieś problemy?

- Warto najpierw zaznaczyć, że to był powrót do sytuacji, która była i jest obecna jest w znakomitej większości krajów europejskich, jak Niemcy, Włochy czy Hiszpania. Czy te 30 lat nieobecności szkolnej katechezy wybiło nas z rytmu? Z pewnością tak ale też trzeba pamiętać, że katecheza przy parafii, wypracowana w okresie od lat 60., organizowana właściwie od zera, od nauki w kościołach bo nie było jeszcze tych małych salek, nie było katechetów, otóż ta katecheza miała swoją ogromną wartość. Przede wszystkim bardzo mocno wiązała katechezę rodzin, zwłaszcza rodziców z katechezą parafialną i z katechezą dzieci i młodzieży. W 1990 roku mieliśmy już więc doświadczenie katechezy przyparafialnej, prowadzonej dla poszczególnych klas szkolnych, w miastach zaś łączono niestety kilka klas w grupę, bo nie było innych możliwości.
Natomiast dokonany w 1990 roku powrót katechezy do szkół oceniliśmy jako decyzję słuszną. Główne założenia, a więc żeby wychowanie i edukacja szkolna były kompletne, także od strony przedmiotu, nazwijmy to, etycznego, światopoglądowego, czy wprost religijnego - sprawdziło się. Myślę też, że na takie rozwiązanie społeczeństwo wyraźnie oczekiwało, wspólnie z władzami państwowymi, wolnego, niepodległego już państwa. Choć pamiętamy, że nie brakowało też głosów przeciwnych. Dyskusja medialna była gorąca.

- Dziś coraz częściej pojawiają się głosy, także wśród biskupów, że niezbędne jest uzupełnienie katechezy szkolnej zajęciami w salach parafialnych. Czy to dobry pomysł?

- Od początku powrotu lekcji religii do szkół zakładaliśmy, że będziemy tam realizować to, co da się w szkole zrobić ale nie rezygnujemy z katechezy przy parafii. Od początku była więc założona komplementarność lekcji religii w szkole i przy parafii.

- Ale czy to założenie było realizowane?

- To jest pytanie, bo wiele parafii, może nawet większość - odetchnęło z ulgą. Pomyślano sobie: wszystko weźmie szkoła. I pozamykaliśmy salki katechetyczne. Natomiast już wtedy część proboszczów, rodziców, duchowieństwa i katechetów doskonale wyczuwała, że nie wszystko da się zrobić w szkole; że to założenie komplementarności katechezy szkolnej i parafialnej było czymś absolutnie potrzebnym, obowiązującym.
Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej jak i bierzmowania. Są oczywiście spotkania przez rok w klasie III czy przed bierzmowaniem ale to na pewno nie wystarcza, potrzeby są większe. To jedna z najważniejszych rzeczy do przemyślenia, mocno podnoszona przez biskupów podczas dyskusji.

Kiedyś bardzo często narzekaliśmy, że rodzice „oddawali” dzieci szkole, jakby chcieli powiedzieć: zajmijcie się ich wychowaniem religijnym. Cóż, w pewnym sensie parafia też oddała do szkoły “swoje” dzieci i młodzież, i odetchnęła z ulgą uznając, że to wystarczy.

Jednak rzeczywistość pokazała, że absolutnie nie wystarczy. Dlatego główny postulat, który pada w ciągu ostatnich lat, a pojawił się też na ostatniej konferencji episkopatu, mówi o konieczności prowadzenia katechezy równolegle: w rodzinie, w szkole i w parafii.

- W lekcjach religii uczestniczy coraz mniejsza liczba uczniów, choć w różnych regionach wygląda to różnie. Dlaczego odchodzą? Może coś jednak w tej szkolnej katechezie nie wyszło?

- W pierwszych latach, rzeczywiście ten entuzjazm z powodu powrotu tych zajęć do szkół był dużo, dużo większy i o tym świadczy także frekwencja. W szkołach podstawowych wynosiła ona prawie 95 procent, a gdzieniegdzie nawet więcej. Na religię nie chodził tylko ktoś innego wyznania lub innej wiary. Jeśli zaś chodzi o młodzież, to chciałbym zaznaczyć, że w religii w szkole uczestniczyli i ci, którzy nie przychodzili do parafii. Nie idealizujmy więc katechezy parafialnej pod każdym względem. Owszem, miała ona swoje ogromne plusy wynikające z bliskiego związku z parafią, z kościołem parafialnym. Z pewnością łatwiejsze było osiąganie takich celów jak wtajemniczenie chrześcijańskie czy właściwa katecheza, rozumiana jako przekaz Słowa Bożego. Tak, parafia stwarzała szczególne warunki w tym względzie. Ale też, nie czarujmy się: kiedy w swojej młodości uczyłem przy parafii dzieci ze szkoły podstawowej czy średniej, to, jak pamiętam, ta frekwencja wcale nie był tak wysoka, jak to się nam wydaje dzisiaj, ex post. Jeśli chodzi o szkoły zawodowe, a przecież wtedy większość młodzieży do takich właśnie chodziła, to problemy z frekwencją też były duże.

Natomiast jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole.

Geografia tego zjawiska jest jednak różna: na południu i wschodzie Polski, w diecezjach o charakterze bardziej tradycyjnym i wiejskim, frekwencja w szkołach podstawowych nadal jest bardzo duża, przekracza 90 proc., a w liceach dochodzi do tego pułapu. Inny jest obraz katechezy w dużych miastach, takich jak Warszawa, Poznań, Łódź czy Kraków, gdzie frekwencja jest wyraźnie, nawet o kilkadziesiąt procent, mniejsza. Trzeba na to patrzeć z troską i zapytywać, także siebie, o przyczyny.

- No właśnie, gdzie one tkwią?

- Na pewno nie tylko po stronie młodzieży i rodziców, ani nie tylko po stronie szkoły lecz także po stronie Kościoła, katechetów i ich formacji katechetycznej – i o tych rzeczach także dużo mówiliśmy.

- O tej formacji jest mowa także w wydanym niedawno watykańskim dyrektorium katechetycznym. Mówi się w nim, że Kościół powinien szukać nowych sposobów przekazu wiary w obliczu wyzwań, które stawia świat cyfrowy i globalizacja kultury. Jak realizacja tego wskazania powinna wyglądać w polskich realiach?

- Wspomniałem, że na katechezie szkolnej nie można zrealizować wszystkich celów, jakim powinna ona służyć. A watykańskie dyrektorium dokładnie pokazuje, dlaczego nie jest to możliwe. Otóż dokumenty Kościoła - nowe i poprzednie dyrektoria, adhortacja Jana Pawła II „Catechesi Tradendae” ale i nasze dyrektorium sprzed 20 lat – poświęcają katechezie w szkole mniej więcej jedną czwartą tekstu. Natomiast większa część dotyczy natury, istoty, celów katechezy. Jest ona zawsze posługą słowa w Kościele ku umacnianiu wiary, przy czym na pierwszym miejscu – i tak jest od czasu Soboru – mówi się o katechezie dorosłych, w tym rodziców. Na drugim: o katechezie studentów, młodzieży i dzieci. Wydaje się więc, że gdzieś zagubiliśmy pewną proporcję pomiędzy tymi trzema rodzajami katechezy.
Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci. Tak, jak w parafii pierwszym katechetą jest proboszcz i jego współpracownicy. Natomiast jeśli ograniczymy się tylko do szkoły, to jak gdyby pozbawiamy się tych dwóch wielkich przestrzeni: rodziny i parafii. Nie można uważać szkoły za jedyne miejsce katechezy, choć jest to miejsce bardzo ważne.
Trzeba też mieć na uwadze, i o tym mówi nowe dyrektorium, inność współczesnej młodzieży i inność jej oczekiwań wobec nauczycieli, wychowawców i katechetów. Dziś dominującą pozycję w wychowaniu i nauczaniu zajął internet i nowoczesne środki przekazu, także w procesie nauczania i wychowania. Niestety, często te środki, źle wykorzystywane, stają się wielkim antywychowawcą. Kościół jednak nie ucieknie od tej nowoczesności, jeśli pragnie znaleźć drogę do młodego pokolenia, by ich podprowadzić do ewangelii.
Dlatego dziś, zarówno w katechezie parafialnej jak i, zwłaszcza, szkolnej należy mówić o wykorzystywaniu nowoczesnych środków elektronicznych w przekazie treści katechetycznej. W przeciwnym razie z młodzieżą po prostu się nie spotkamy. To jest wielkie wyzwanie stojące przed dzisiejszą katechezą. Kościół nie może zastępować głoszenia Słowa Bożego w katechezie i na ambonie ale to głoszenie musi być wspierane w innych przestrzeniach.
Konieczne jest też przemyślenie podstawy programowej katechezy szkolnej w kierunku tego, co z celów i zadań katechezy można zrobić w szkole, określając jednocześnie, co trzeba pozostawić do realizacji w parafii. Jeżeli bowiem weźmiemy pod uwagę cztery główne zadania katechezy, jakimi są: preewangelizacja, ewangelizacja, wtajemniczenie i właściwa katecheza, to dwa pierwsze założenia można owocnie zrealizować w szkole, natomiast pozostałe, powiedzmy to sobie szczerze, są nieosiągalne do końca bez udziału parafii.
Co do szkoły, to musimy się programowo przestawić, także poprzez właściwą formację katechetów, w kierunku dwóch pierwszych zadań, a więc preewangelizacji i ewangelizacji. Myślę, że próba głoszenia od razu głębokiego orędzia kerygmatycznego, bez poprzedzenia tego procesu pewną bazą kulturową jest czymś bardzo ograniczającym możliwości religii w szkole. Ponadto, jeśli chcemy być przyjęci przez tych, którzy na te lekcje przychodzą, choć z ich wiarą jest jeszcze bardzo różnie, to możemy do nich trafić właśnie tymi elementami preewangelizacji i kultury i to bardzo szeroko pojętej. Bo nawet jeśli ktoś poprzez takie zajęcia nie dojdzie do wiary głębokiej (może stanie się to za 10 czy 20 lat?), to już dziś możemy mu dać przygotowanie i wiedzę, która pomoże mu żyć w świecie i rozumieć ten świat który wyrasta z kultury chrześcijańskiej. I o tym ewangelizacyjnym wymiarze katechezy mówi dużo nowe Dyrektorium o Katechezie.

- Bo nie o wszystkim trzeba mówić wprost, a miejscem spotkania z religią, sacrum, duchowością, etyką może być właśnie kultura...

- Tak, tą płaszczyzną może być literatura, architektura, malarstwo, muzyka. To jest pole do szerokiej współpracy ze szkołą, to jest szansa na integrację międzyprzedmiotową. Bo przecież współpraca historyka, nauczyciela muzyki i katechety może przynieść świetne rezultaty na polu wspomnianej preewangelizacji czy nawet ewangelizacji.

- Czy uda się zatem powstrzymać proces pełzającego ale widocznego jednak, wykruszania się uczniów ze szkolnej katechezy?

- Myślę, że jest to nie tylko problem katechezy. Należymy do tych krajów świata, w których tzw. laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. Nie można powiedzieć, że pewne procesy nas nie dotyczą czy nie będą dotykać. Trzeba się z nimi liczyć, ale też mądrze robić swoje, żeby tymi procesami się zmierzyć. Jak? Przede wszystkim przez solidną formację duszpasterzy i katechetów, zarówno duchownych jak i świeckich, a wśród nich na pierwszym miejscu rodziców. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez rodziców większości nowych wyzwań nie udźwigniemy.
Przyznajmy, że czasem, może nie z zaniedbania ale z pewnej wygody lub zbytniego zaufania do możliwości szkoły, nie dopilnowaliśmy do końca tej równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić. Natomiast resztę zostawmy Panu Bogu.
Jeżeli ktoś uważa, że jeżeli do parafii na formację w grupach, nie przyjdzie 100 czy 50 procent uczniów, to nie warto robić spotkania, to z takim myśleniem nie ujedziemy za daleko. Musimy nauczyć się cieszyć małą grupką, cieszyć się tymi, którzy pojawili się, żeby przechodzić wtajemniczenie chrześcijańskie we wspólnocie przy parafii czy w ruchu - Neokatechumenacie, Odnowie w Duchu Świętym czy Ruchu Światło-Życie. Trzeba się nimi cieszyć. Już pewnie nigdy nie będzie takich tłumów jak wówczas, gdy na powakacyjnych rekolekcjach Ruchu Światło-Życie w diecezji warszawskiej, katowickiej czy krakowskiej pojawiały się grube tysiące młodych ludzi. Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden. A jeżeli jest to nieduża choćby wspólnota - cieszyć się tym jeszcze bardziej.
Niezbędne jest więc “dopełnianie” szkolnej lekcji religii w parafii propozycją żywych grup, ruchów, wspólnot, żeby spełnić ten postulat wtajemniczenia i katechezy jako głoszenia Słowa Bożego wierzącym. Ale zanim to będzie możliwe, trzeba do tej wiary “podprowadzić”. I to robimy między innymi w szkole. Nie znaczy to, że nasza obecność w szkole jest mniej ważna. Nie, jest bardzo ważna, bo jeżeli będziemy czekać na ludzi tylko w kościele, to na niektórych możemy się nigdy nie doczekać. Przez katechezę w szkole, młodzież nam zostaje “dana i zadana”.
W nowym watykańskim dyrektorium jest powiedziane, że parafia musi być misyjna, ewangelizacyjna, musi wychodzić do ludzi. Szkoła jest w tym kontekście miejscem doskonałym. A pandemia pokazała, że w tym czasie skuteczniej mogli zaprosić uczniów do parafii ci katecheci, którzy wcześniej mieli z młodymi dobry kontakt także w szkole.

- I w ten sposób dochodzimy do tematu tegorocznego Tygodnia Wychowania - “Budujmy więzi”...

- Pandemia pokazała, że przed komputerem brakuje tej realnej więzi, spotkania osób, grupy i żywego kontaktu z nauczycielem. Nie wszystkie cele katechezy i nauczania udawało się zrealizować w nauczaniu zdalnym. Budowanie więzi jest naszym zadaniem, także w katechezie i poprzez nią.
Jest rzeczą bardzo ważną, by nie zabrakło nam dobrych katechetów i dobrych kandydatów do katechezy. Nie ma co ukrywać: zaczyna to być problemem społecznym czy demograficznym. 30 lat temu do katechezy wyszło ponad 10 tysięcy nowych katechetów. Pełnią piękną i ważną misję Kościoła katechizującego. Trzeba myśleć o ich następcach, żeby za 5-10 lat byli ludzie dobrze przygotowani do przejęcia ich zadań.

CZYTAJ DALEJ

Młodości, ty do Kościoła przychodź!

2020-09-18 10:38

[ TEMATY ]

św. Stanisław Kostka

młodzież

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży

KSM parafii Św. Ap. Piotra i Pawła w Zawierciu

Święty Stanisław Kostka żyje w sercach młodych

Święty Stanisław Kostka żyje w sercach młodych

Jak to jest ze współczesną młodzieżą? Chcą, czy nie chcą się angażować w życie Kościoła? Jest wielu dalekich od tego świata, ale są też tacy, którzy swoją młodość przeżywają „po Bożemu”, z wiarą, mocą i wielkimi chęciami do działania.

Przy okazji dzisiejszego święta św. Stanisława Kostki ożywa dyskusja o tym, jak to jest z tą młodzieżą w Kościele. Stanisław, jako patron dzieciaków i właśnie młodzieży, sprawia, że zaczynamy się zastanawiać… chodzą to ci młodzi na Msze, czy nie chodzą? Po bierzmowaniu uciekają z Kościoła? Nie chce im się wchodzić w kościelne życie, jest to dla nich nudne, mało ciekawe? Czy taka młoda osoba, która jest zaangażowana we wspólnotę, budynek kościoła jest dla niej drugim domem, może zostać określona po młodzieżowemu przez swoich rówieśników „lamusem” i dziwakiem? Oczywiście, może. Nie ma co się czarować, publiczne przyznanie się do wiary jest obarczone ryzykiem wyśmiania, szydzenia i odsunięcia się z życia wielu ludzi.

Są na tym świecie ludzie…

Są jednak na tym świecie młodzi ludzie, zaangażowani w Kościół, którym się chce, którzy idąc za przykładem swojego patrona uważają, że są stworzeni do większych rzeczy. O kim mowa? O Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, któremu patronuje Kostka, ale i bł. Karolina Kózkówna – kolejna młodziutka postać. KSM to prężnie działająca wspólnota, wcale niemałej liczby młodych, którzy swoją miłością do Jezusa i służbą mogą zawstydzić niejednego dojrzałego człowieka. Działają w całej Polsce na gruncie diecezji i parafii, a ponieważ są stowarzyszeniem, mają także osobowość prawną. Nad wszystkim czuwa Prezydium Krajowej Rady na czele z księdzem asystentem generalnym ks. dr. Andrzejem Lubowickim oraz druhem Patrykiem Czechem – przewodniczącym. W diecezjach władzę sprawuje zarząd diecezjalny, a w parafiach – kierownictwo. Mają swój sztandar, hymn, pozdrowienie: GOTÓW!, w oparciu o które zbudowane jest zawołanie: „Przez cnotę naukę i pracę służyć Bogu i Ojczyźnie – Gotów? „ odzew: „ Gotów!„.Składają przyrzeczenie po odbyciu stażu kandydackiego, potem otrzymują swoją legitymację. Jak możemy dowiedzieć się z historii: KSM zostało powołane podczas krajowego zjazdu Akcji Katolickiej w Krakowie w dniu 5 lutego 1934, na którym postanowiono ujednolicić jednostki wchodzące w jej skład. Decyzją Prezydium Zjazdu powołano na wzór włoski m.in. dwie organizacje młodzieżowe: Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej (KSMM) i Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej (KSMŻ), oba z siedzibą w Poznaniu. Obie organizacje prowadząc działalność religijną, kulturalno-oświatową, charytatywną i społeczno-patriotyczną pod hasłem „Budujmy Polskę Chrystusową” szybko przyciągnęły w latach trzydziestych rzesze nowych członków. Tuż przed wybuchem II wojny światowej obie organizacje liczyły ich łącznie ponad 250 tysięcy!

Wspólnota na trudne czasy

KSM zrzesza ludzi między 13. a 30. rokiem życia. Jak czytamy na stronie internetowej stowarzyszenia, podstawowymi cechami duchowości KSM są: katolickość, której źródłem jest Pismo Święte, Liturgia i Tradycja Kościoła; formacja, bowiem „pogubimy ludzi w działaniu, jeśli nie będzie pracy formacyjnej” i integralność: „Cechą naszego stowarzyszenia jest przyjęcie pewnego stylu życia, który polega na uporządkowaniu siebie – harmonii ducha i ciała; umysłu, woli i uczuć; poszukiwaniu prawdy, dobra i piękna”.

Wracając do patrona KSM-u, Staszek Kostka to był gość! Tak pragnął żyć z Jezusem! Był w tym tak odważny, pobożny, a zarazem skromny, że zawstydził by pewnie niejednego dzisiejszego dorosłego. Zmarł młodo, bo mając zaledwie 18 lat, do końca walczył o swoje wartości. „Żyjąc krótko, przeżył czasów wiele”. Warto ciągle przypominać jego osobę, nie tylko z okazji jego święta.

Koniec teorii, czas na praktykę

O tym, czym kieruje się KSM, można mówić bez końca. Ale można też spraktykować. Możesz znaleźć swój oddział KSM-u i spróbować żyć inaczej. Puste słowa nie są zachętą, ale może zachęci Cię krótkie świadectwo? – Jestem w KSM-ie już ponad 4 lata. Zaczynałam jako zahukana dziewczynka, pogubiona, też życiowo niepoukładana i szukająca sensu. W KSM-ie poznałam tak naprawdę Jezusa, zobaczyłam, że Kościół jest piękny i radosny, wiele w sobie zmieniłam i nadal zmieniam dzięki formacji. A ilu wspaniałych ludzi poznałam? Nie sposób zliczyć! Brałam udział w wielu projektach, więc tu rozwijam się nie tylko duchowo, ale i tak po prostu życiowo – mówi "Niedzieli" KSM-owiczka Agata.

– By iść dobrą drogą, młodzi potrzebują przykładu, najlepiej nieodległego ich życiu, patrona, który zrozumiałby ich młodzieńcze rozterki i trudności w wypełnieniu obowiązku, aby być gotowym do służby Bogu i ojczyźnie. Tą osobą jest św. Stanisław. Chociaż dzieli ich kilkaset lat, to pewne wartości nigdy nie przeminą, stąd właśnie on jest głównym patronem KSM

– dodaje zastępca asystenta diecezjalnego KSM-u archidiecezji częstochowskiej ks. Dawid Kowalewski.

Chcesz iść jak szedł Stanisław? Idź!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję