Reklama

Nowości samorządowe w Warszawie

Prezydent czy prezydentowa?

Jan Ośko
Edycja warszawska (st.) 13/2002

Warszawa da się lubić, Warszawa da się lubić. Tutaj szczęście można znaleźć, tutaj serce można zgubić - tak się śpiewało w popularnej piosence o stolicy.

Okazuje się, że nie tylko serce można zgubić. W stolicy, w prawdziwym bałaganie administracyjnym gubią się jej mieszkańcy, gubią się nawet politycy, wydawałoby się - najsprytniejsi obywatele naszego kraju. Galimatias struktur zarządzania poddawany jest obecnie przez parlamentarzystów kolejnej reformie.

Politycy, jak to oni, muszą wprowadzać jakieś innowacje, aby coraz bardziej znudzeni wyborcy nie zapomnieli o ich istnieniu. Prawdopodobnie wprowadzony zostanie zwyczaj bezpośredniego wyboru prezydenta Warszawy. Zanosi się doprawdy na bardzo atrakcyjny spektakl. Nie oznacza to, że miasto funkcjonować będzie znacznie lepiej.

Przez media przepływa cała fala nazwisk kandydatów na stanowisko prezydenta Warszawy. Są wśród nich znani i popularni byli ministrowie oraz posłowie. Na tzw. prasowej giełdzie wymieniana jest również żona obecnego prezydenta Polski. Mimo trwającego festiwalu kandydatur, nie ma jeszcze ustawy o bezpośrednim wyborze prezydenta miasta Warszawy i nie wiadomo, czy taka ustawa stanie się faktem.

Jak zwykle w takich przypadkach, najważniejsza staje się polityka. Raczej drugorzędne znaczenie ma to, jakie skutki dla obywateli - w tym przypadku mieszkańców stolicy - przyniesie zmienione prawo i wprowadzenie nowej instytucji. Absolutny priorytet polityki zawiera się w pytaniu: czy zyska na tym partia? Czy opłaci się to politykom?

Początkowo SLD uznał, że nie opłaci się wprowadzić bezpośrednich wyborów w największych miastach Polski. Czołówka Sojuszu zaangażowana jest w rządzie, obsadzili we wszystkich województwach stanowiska wojewodów, najważniejsi i najbardziej znani politycy zajęli już swoje pozycje. SLD uznał zatem, że nie ma potrzeby ryzykować. Zgłosił nowelizację ordynacji wyborczej dotyczącej jedynie gmin poniżej 20 tysięcy mieszkańców. Na jej mocy w bezpośrednich wyborach swoje stanowisko zdobyliby jedynie wójtowie i burmistrzowie. Zmiana ta nie dotyczy oczywiście Warszawy.

Jako ciekawostkę można podać, że nowelizację warszawskich ustaw samorządowych zgłosili posłowie SLD, wśród których żaden nie jest warszawiakiem. Co gorsza, poprzedni ustrój samorządowy w Warszawie wprowadzono w 1994 r., kiedy to SLD sprawował rządy. Dzisiaj bez mała ci sami ludzie potępiają rozwiązania wtedy wprowadzane i zachwalają nowe jako jedyne i najlepsze.

Swoje szanse z Warszawą ważą również inne ugrupowania. Politycy Platformy Obywatelskiej przekonani są, że w ich własnych szeregach znajduje się cała masa niezwykłych osobistości, które są jedynie godne sprawowania funkcji prezydentów miast. Od dawna forsują więc projekt prowadzący do tego, aby w każdym mieście, także w tych największych, przeprowadzić bezpośrednie wybory władzy wykonawczej.

Platforma odziedziczyła pewien sposób myślenia po Unii Wolności, mimo że nie sprawdził się on najlepiej. Unia Wolności miała niezwykle wysokie mniemanie sama o sobie, ciągle powtarzając, jak wiele posiada szlachetnych i kompetentnych jednostek w swoich szeregach. I, o zgrozo, mniemania tego nie podzielili wyborcy.

Początkowo przeciwne bezpośredniemu wyborowi wójtów i burmistrzów było Prawo i Sprawiedliwość, co ogłosił z trybuny sejmowej prominentny działacz tego ugrupowania Ludwik Dorn. W tym przypadku także może nastąpić zmiana stanowiska. Jako jeden z głównych faworytów w warszawskich wyborach wymieniany jest Lech Kaczyński. Jego brat Jarosław osiągnął w stolicy znakomity wynik w wyborach parlamentarnych, uzyskując 144 tysiące głosów. Podobno PiS ma już swoich kandydatów w innych dużych miastach, choć nazwisk nie ujawnia.

Jednak to nie od braci Kaczyńskich i od Platformy będzie zależało, czy w Warszawie będzie bezpośrednio wybrany prezydent. Wiele zależy od tego, czy w wyborach zdecyduje się wystartować żona Aleksandra Kwaśniewskiego.

Warszawskie SLD ma w kartach jedynie blotki - działaczy partyjnych z drugiego szeregu, którzy nie mają szans w rywalizacji chociażby z takim bożyszczem mass mediów jak Andrzej Olechowski. Pani Waniek czy pan Wieteska, nie dość, że skłóceni między sobą, marnie prezentują się przed kamerami. Postkomuniści mają jednak prawdziwego asa w rękawie: Jolantę Kwaśniewską. Medialna bogini naszych czasów, uwielbiana w kobiecej prasie i postkomunistycznej telewizji, czczona prawie jak księżna Diana.

I przyznać trzeba, że olbrzymia ilość Polek jest pod wrażeniem prezydentowej. Sama potencjalna kandydatka nie chce zdradzić, czy pójdzie drogą wyznaczoną przez Hilary Clinton. Jak przystało na kobietę może się jeszcze wahać i może zmieniać zdanie. Póki co - niczym głowa państwa - przyjmuje w świetle reflektorów żonę rosyjskiego prezydenta, z którą przechadza się po warszawskiej Starówce.

Czy w związku z tą domniemaną kandydaturą należy wyrywać sobie włosy z głowy? Wiecznie niezadowoleni malkontenci przekonani są, że start w wyborach Jolanty Kwaśniewskiej przerodzi się w zupełny jarmark polityczny, że będzie to znacznie bliższe eliminacjom w Big Brother niż poważnej debacie politycznej. Przeciwnicy tej kandydatury podnoszą, że pani Kwaśniewska, choć elegancka, nie ma nic ciekawego i ważnego do powiedzenia, nie mówiąc już o kwalifikacjach wymaganych przy sprawowaniu tak wymagającego urzędu prezydenta Warszawy. Miasta, gdzie mieszka 1 milion 700 tysięcy mieszkańców, a jedna dzielnica Mokotów liczy 200 tysięcy - tyle samo, ile np. Toruń.

Pani Kwaśniewska nie posiada odpowiednich kompetencji, ale warto przypomnieć, że nie takie rzeczy oglądaliśmy już w ramach naszej młodej demokracji. Zresztą pani prezydentowa ma znacznie wyższe wykształcenie niż jej mąż, nie była w komunistycznym aparacie i nie ma skłonności do uroczystego wznoszenia toastów. Może być już tylko lepiej. Jeżeli nie zostanie prezydentem Warszawy, to pewnie całego kraju...

Mówienie i pisanie o ewentualnych kandydatach jest jedynie zapowiedzią igrzysk, jakie nas być może czekają. Dużo mniej można usłyszeć o kompetencjach nowo wybranego prezydenta - co jest znacznie ważniejsze i decydujące o pozycji i rozwoju miasta. Nie stanowi tajemnicy, że już dzisiaj kompetencje radnych nakładają się na siebie. Radni, urzędnicy, członkowie zarządów, skarbnicy wszystkich szczebli niejednokrotnie przeszkadzają sobie nawzajem lub dublują swoje prace. Wprowadzenie nowej instytucji, jaką jest niezależnie wybierana władza wykonawcza, może to jedynie skomplikować.

Dodatkowo w struktury władzy samorządowej może zostać wpisany nowy konflikt polityczny. Jest on i tak obecny, lecz w wypadku, gdy prezydent będzie z zupełnie innej opcji politycznej niż większość radnych, konflikt zostanie zwielokrotniony. I obok wojny na górze obserwować będziemy wojnę na dole.

W Warszawie, co wydaje się niewiarygodne, jest obecnie 20 różnych budżetów. W jednym mieście mamy budżety: miasta, powiatu, jedenastu gmin i siedmiu dzielnic. Nie jest to ustrój jasny, przejrzysty i czytelny, i ma to zostać zmieniane. Jak na tym tle będzie wyglądała pozycja nowego prezydenta? Czy będzie miał decydujące słowo w sprawie finansów miasta, czy będzie jedynie reprezentantem i figurantem?

W warszawskiej administracji pracuje kilkanaście tysięcy urzędników. Czy będą oni administracją podległą prezydentowi? Jeszcze nie wiadomo.

Jak źle jest zarządzana Warszawa, niech świadczy chociażby fakt, że w mieście, gdzie przestępczość utrzymuje się na poziomie prawie największym w Europie, jest całkiem spora liczba policjantów i funkcjonariuszy straży miejskiej. Razem wzięci przekraczają liczbę policjantów w całej Polsce przedwojennej.

W Warszawie problemów jest znacznie więcej. Niestety, miasto nie ma szczęścia. Co kilka lat przeprowadzana jest tutaj reforma, a ta z kolei podawana jest kolejnej reformie.

Warszawa daje się lubić przede wszystkim politykom, którzy dzięki niej żyją i robią kariery. Niestety, nie widać, żeby poświęcali dla niej serce, choć to miasto warte jest prawdziwej miłości. I za to, co robią, trudno jest lubić polityków.

„Dar na Stulecie” – 18 maja startuje ogólnopolski projekt na 100. urodziny św. Jana Pawła II

2019-04-24 16:27

tk / Warszawa (KAI)

Już 18 maja startuje wielka ogólnopolska akcja „Dar na Stulecie”, która ma upamiętnić przypadającą 18 maja przyszłego roku 100. rocznicę urodzin Jana Pawła II. Pomysłodawca, o. Maciej Zięba, ma nadzieję, że akcja zaowocuje podjęciem szeregu dzieł charytatywnych, modlitewnych, edukacyjnych i kulturalnych oraz, że pomysł zjednoczy wszystkich Polaków.

Biały Kruk/Adam Bujak, Arturo Mari

Zachęcając do podjęcia akcji organizatorzy wymieniają przykłady różnego typu działań. Może to być osobiste zaangażowanie poprzez podjęcie dodatkowych praktyk związanych z modlitwą, postem i jałmużną, zaangażowanie się w pomoc osobom potrzebującym w najbliższym otoczeniu czy systematyczne studiowanie Pisma Świętego lub nauczania Jana Pawła II.

Wśród proponowanych, przykładowych działań wymienia się też m.in. działania w najbliższym otoczeniu na rzecz wzmocnienia pobożności, działań kulturalnych, charytatywnych, samokształcenia czy edukacji.

Uczestnictwo w „Darze na Stulecie” może też polegać na zorganizowaniu nabożeństw i innych form modlitewnych w intencji Ojczyzny i pokoju na świecie oraz wydarzeń promujących i upowszechniających nauczanie Jana Pawła II. Może to być także zaangażowanie duchowe, fizyczne lub materialne w konkretne potrzeby lokalnego Kościoła np. poprzez wolontariat lub wsparcie misji.

„W Polsce jest wielki potencjał społeczny do czynienia dobra, ale nie jest on uruchamiany” – powiedział o. Zięba podczas dzisiejszego spotkania w Centrum Medialnym KAI. Zapowiedział, że w ramach projektu uruchomiona zostanie „mapa dobrych inicjatyw”, na którą nanoszone będą kolejne pomysły i przedsięwzięcia, zgłaszane z całego kraju. „Chodzi o multiplikowanie dobrych inicjatyw” – tłumaczy zakonnik.

O. Zięba zaznacza, że inicjatywa ma być formą odpowiedzi na papieskie wezwanie by „duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjąć z wiarą, nadzieją i miłością”. Stąd pomysł stworzenia pomnika z serc i umysłów tysięcy Polaków, zbudowanego z inicjatyw modlitewnych i charytatywnych, naukowych i artystycznych, edukacyjnych i wychowawczych wspierających pomnażanie owego duchowego dziedzictwa.

Projekt „Dar na Stulecie” zostanie zainaugurowany 18 maja bieżącego roku na Wawelu. Natomiast 18 maja przyszłego roku, w 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły, w sanktuarium Jana Pawła II w Krakowie złożone zostanie wotum – księga ze spisem wszystkich działań duchowych i materialnych podjętych w ramach projektu.

Kilka dni wcześniej, 15 maja w Warszawie odbędzie się konferencja prasowa promująca cały projekt. W trakcie spotkania zostanie uruchomiona specjalna strona internetowa, dziennikarze zobaczą też specjalny spot telewizyjny zachęcający do włączenia się w akcję.

Do włączenia się w inicjatywę zaproszeni są wszyscy Polacy, żyjący w kraju jak i za granicą oraz wszystkie grupy społeczne. „Nauczanie Jana Pawła II nazywam 'odkrywkową kopalnią złota'” – wskazuje o. Zięba dodając, że ta kopalnia „trochę nam zarasta, ale chaszcze są małe i jeszcze można je usunąć”. Temu właśnie, jak tłumaczy, służyć ma "Dar na Stulecie", a jego celem nie jest przekonywanie kogokolwiek, iż papież Wojtyła był „wielki” tylko pokazanie, że może być patronem różnych dzieł „tu i teraz”.

Organizatorzy podkreślają, że wyzwania stojące przed Polską i Kościołem domagają się ewangelicznej odpowiedzi – odważnej i wyrazistej. Ich zdaniem, nie istnieje lepsza inspiracja, aby sprostać tym wyzwaniom niż przesłanie Jana Pawła II do rodaków. Jest to zarazem odpowiedź na apel papieża Franciszka: „Niech ponowne odkrycie świadectwa wierności Bogu i miłości do człowieka mojego czcigodnego poprzednika zachęci wszystkich, zwłaszcza młodych, do tego, by otworzyli na oścież drzwi Chrystusowi na rzecz wielkodusznego zaangażowania dla pokoju, braterstwa i solidarności”.

W ramach akcji do 6 maja rozesłane zostaną pakiety informacyjne do wszystkich, ponad 10. tys., parafii w Polsce. Przewiduje się także uruchomienie strony internetowej i specjalnej aplikacji.

„Dostrzegamy znamiona pełzającej sekularyzacji i element religijnego ożywienia jest niezbędny” – powiedział KAI o. Zięba. Zaznaczył, że Jan Paweł II jest wpisany w wiele polskich serc, dlatego wydaje się, że łatwo będzie wzbudzić takie ożywienie oraz poczucie wspólnoty, które On tworzył przez prawie 30 lat. „Każdy może dołożyć swoją cegiełkę, niezależnie od tego czy jest stary czy młody, prawicowy czy lewicowy, praktykujący czy też nie” – zaznacza zakonnik.

Organizatorami akcji „Dar na Stulecie” są: Stowarzyszenie Lednica 2000, Centrum Myśli Jana Pawła II, Fundacja Dzieło Nowego Tysiąclecia, Instytut Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II, Stowarzyszenie „Środowisko Ks. Karola Wojtyły - św. Jana Pawła II”, Instytut Tertio Millennio.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W 2018 r. zginęło na świecie ponad 4,3 tys. chrześcijan

2019-04-24 17:43

kg (KAI/ABC) / Kolombo

W ubiegłym roku na świecie zginęło co najmniej 4305 chrześcijan a ponad 1,8 tys. świątyń zostało zniszczonych lub przynajmniej zaatakowanych. Dane powyższe przedstawił w rozmowie z madryckim dziennikiem „ABC” dyrektor krajowego oddziału papieskiego stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKWP) Jaime Menéndez Ros.

Twitter

Przypomniał, że papież Franciszek wspomniał niedawno, że obecne prześladowania wyznawców Chrystusa znacznie przewyższają rozmiary ich prześladowań z pierwszych trzech wieków istnienia nowej religii w Cesarstwie Rzymskim. Tendencje te potwierdza też najnowszy raport wspomnianego stowarzyszenia, przedstawiony pod koniec ub.r., z którego wynikało m.in., że ponad 327 mln chrześcijan żyje w krajach, w których dochodzi do prześladowań lub dyskryminacji na tle religijnym.

„Chrześcijaństwo jest nadal najbardziej prześladowaną religią na świecie. Wszyscy wiemy, że zagrożenie wolności religijnej jest czymś bardzo poważnym, stanowi bowiem barometr wobec innych praw podstawowych” – oświadczył Menéndez. Zauważył, że wolność religijna jest wprawdzie bardzo ceniona, ale zarazem coraz bardziej ograniczana w niektórych częściach świata. Dodał, że 61 proc. ludności świata żyje w krajach, których obywatele nie mogą w pełni swobodnie wyrażać swej wiary. Za większością przypadków łamania wolności religijnej stoją radykalizm islamski, państwa autorytarne i skrajne nacjonalizmy.

Nawiązując do wielkanocnych krwawych zamachów na Sri Lance dyrektor hiszpańskiej sekcji PKwP zaznaczył, że zajmuje ona „szczególne” miejsce na mapie ograniczania wolności religijnej. Przypomniał, że ponad 75 proc. mieszkańców tego wyspiarskiego kraju południowoazjatyckiego wyznaje buddyzm, „cieszący się tam przywilejami konstytucyjnymi”. Zwrócił uwagę, że ludzie z zewnątrz nie wiedzą, że tamtejszy buddyzm jest bardzo agresywny, odmienny od ogólnie znanego pokojowego wizerunku tej religii. Tymczasem na wyspie ma ona bardzo radykalne nastawienie i jej wyznawcy byli odpowiedzialni za akty przemocy w ostatnich 3 latach wobec hinduistów, stanowiących 13,2 proc. ludności i muzułmanów – 8,6 proc.

Również Narodowy Chrześcijański Alians Ewangeliczny Sri Lanki potwierdza, że ekstremiści buddyjscy prowadzą „akcje zastraszania” mniejszości religijnych. Takie organizacje jak Brygada Buddyjska czy „Sinha Lei” (Krew Lwa) od dawna szerzą swą ideę jednego „narodu syngaleskiego”. Alians odnotował dotychczas 89 ataków na chrześcijan w 2016 i 36 – do maja 2017. Wyznawcom Chrystusa, stanowiącym 9,1 proc. mieszkańców wyspy, odmawia się ponadto m.in. prawa do grzebania swych zmarłych na cmentarzach publicznych, ich świątynie są niszczone i zamykane, ekstremiści buddyjscy dopuszczali się też wobec nich aktów przemocy fizycznej oraz grozili im śmiercią.

Według najnowszych doniesień, do krwawych zamachów na trzy kościoły (dwa katolickie i jeden protestancki) i cztery luksusowe hotele w kilku miastach Sri Lanki na Wielkanoc przyznało się tzw. Państwo Islamskie (IS). Jeden z wiceministrów oświadczył, że zamachy były odwetem za marcowy atak na meczety w Christchurch w Nowej Zelandii, gdzie zginęło 50 osób. Zdaniem rządu, co potwierdził Premier Ranil Wickremesinghe, IS rzeczywiście mogło mieć powiązania z zamachami. Ostrzegł też, że na wyspie wciąż są bojownicy i materiały wybuchowe.

Ruwan Gunasekara, rzecznik policji Sri Lanki, podał, że było 9 terrorystów, w tym jedna kobieta - żona jednego z nich, przy czym 8 z nich już zidentyfikowano. Z kolei minister obrony narodowej Ruwan Wijewardene przyznał, że część z nich była wcześniej zatrzymywana za udział w bójkach, ale żaden z tych incydentów nie był aż tak poważny. Dodał, że większość zamachowców pochodziła z dobrze sytuowanych rodzin, była wykształcona i stabilna finansowo, a jeden z terrorystów studiował w Wielkiej Brytanii, potem być może też w Australii, po czym wrócił na Sri Lankę i tu zamieszkał.

Zamachy, w których zginęło ponad 320 osób, a przeszło 500 odniosło rany, były największymi atakami terrorystycznymi na wyspie od zakończenia w niej w 2009 roku 30-letniej wojny domowej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem