Reklama

Polityka

Papież chce gruntownie zreformować Kościół

Nie ulega wątpliwości, że papież Franciszek ma daleko idący plan zreformowania Kościoła i dostosowania go do nowych czasów – mówi w wywiadzie dla KAI Piotr Nowina-Konopka, nowy ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej. Jego zdaniem, pilnym zadaniem Kościoła w Polsce jest odzyskanie zaufania, zwłaszcza ludzi młodych.

[ TEMATY ]

Watykan

ambasador

Sandstein/ pl.wikipedia.org

KAI: – Przed panem największa przygoda życia?

PIOTR NOWINA-KONOPKA: – Tak sądzę, choć przecież miałem już okazję aktywnie przeżyć wielką rewolucję Solidarności, odtworzenie niepodległego państwa, czy wejście Polski do NATO i Unii Europejskiej. I pomimo tego twierdzę, że stoję przed największą przygodą mojego życia. Wraz z moją żoną będziemy świadkami procesu, który nie jest jeszcze nazwany. Może będzie to kolejny sobór, może inny proces w Kościele, ale nie ulega wątpliwości, że papież Franciszek ma daleko idący plan zreformowania Kościoła i dostosowania go do nowych czasów.

Mówi się o nowym papieżu, że jest zwiastunem wiosny Kościoła. Wbrew temu jednak, co sugerują niektórzy, ta wiosna nie będzie polegała na „poluzowaniu" doktrynalnym, lecz na postawie, która przyniesie zaufanie świata do Kościoła. Zaryzykuję tezę, że będzie to postawa miłosierdzia i solidarności.

Niezwykłe jest dla mnie pragnienie, gotowość i umiejętność papieża Franciszka do wyjścia i rozmawiania nie tylko z katolikami, chrześcijanami czy z ludźmi reprezentującymi religie niechrześcijańskie lecz także z ludźmi niewierzącymi, których w świecie przecież przybywa. Papież ma swoje lata, więc zapewne nie będzie w stanie poprowadzić tego dzieła aż do końca, żeby było naprawdę trwałe. Na pewno jednak uruchamia proces, tak jak Jan XXIII uruchomił proces soborowy. Jeżeli zasieje to ziarno, to za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat rzeczywiście będziemy świadkami wiosny w Kościele. Współczesnemu światu jest to bardzo potrzebne.

– Czyli cieszy się pan, że będzie mógł z bliska obserwować dalszy ciąg procesu o historycznym znaczeniu i to nie tylko jako dyplomata, lecz „po prostu" katolik.

– Tego się nie da rozdzielić. Z punktu widzenia pragmatyki służbowej oczywiste jest, że do Watykanu wysyła mnie nie Kościół lecz Państwo Polskie: prezydent i rząd. Poza ”transmisją” informacji w obie strony, moim pierwszym zadaniem jest wyjaśnianie kontekstu społecznego i politycznego, w jakim podejmowane są w Polsce różne decyzje. Polska jest w bardzo trudnej sytuacji cywilizacyjnej zmiany i różne nasze decyzje polityczne mogą na pierwszy rzut oka mogą budzić zdziwienie czy nawet oburzenie. Kluczowa jest tu soborowa zasada współpracy i zarazem wzajemnej niezależności i autonomii państwa i Kościoła – lubię ją w skrócie nazywać przyjaznym rozdziałem – która zapisana jest jednoznacznie nie tylko w dokumentach soborowych, ale też w Konstytucji RP i – w konsekwencji – także w Konkordacie. Ta zasada przekłada się na różne sprawy praktyczne: odpisy podatkowe, status związków partnerskich, bioetykę. Podstawą współpracy między państwem i Kościołem (i innymi związkami wyznaniowymi) jest dobre wzajemne zrozumienie. Pan Prezydent udzielił mi w tej kwestii jednoznacznej instrukcji: mam zawsze podkreślać wagę tej zasady, zarazem konstytucyjnej i soborowej – a więc państwowej i kościelnej.

Taki jest kontekst różnych naszych wewnętrznych debat i decyzji, wypływających z rozmaitych uwarunkowań społecznych, cywilizacyjnych, wreszcie politycznych. Zwłaszcza w takich sytuacjach – napięcia, a może nawet konfliktu – warto stosować się do starej maksymy, która głosi, że najpierw trzeba się nawzajem zrozumieć. I nie jest wcale oczywiste, że wszyscy świetnie rozumieją, jakie motywy i pobudki kierują np. procesem legislacyjnym. Wyjście naprzeciw takiemu wzajemnemu zrozumieniu jest, jak sądzę, jedną z podstawowych funkcji ambasadora. Dlatego – odpowiadając na główne pytanie o „podwójną” tożsamość dyplomaty i katolika – nie widzę w tym ryzyka konfliktu, raczej szansę rozumienia obu języków, państwowego i katolickiego.

Reklama

Druga kwestia to specyfika Stolicy Apostolskiej jako miejsca, w którym krzyżują się sprawy i rozmowy ludzi z całego świata. W jakimś stopniu można je porównać do nowojorskiego ONZ-u, gdzie rozmawiają ze sobą prawie wszystkie kraje świata. Mam jednak przekonanie, że w kręgu Stolicy Apostolskiej ta rozmowa idzie głębiej. ONZ jest splotem różnych interesów, sytuacji i zaszłości, dlatego prowadzona tam debata często jest dość powierzchowna i w oczywisty sposób polityczna, podczas gdy w centrum Kościoła jest wzmocniona całym wymiarem etycznym, którego współczesnemu światu tak bardzo brakuje.

Kiedy się czyta różne dywagacje uczonych mężów na temat dzisiejszej kondycji świata, wszyscy chórem powtarzają: bałagan, który przeżywamy jest związany z tym, że runęły wszystkie dotychczas uznawane wartości. Nie chodzi tu wyłącznie o wartości kwalifikowane jako katolickie czy chrześcijańskie, lecz o najbardziej uniwersalne wartości, które pozwalają bronić sprawy człowieka.

– Wielokrotnie w tym duchu wypowiadał się Vaclav Havel.

– Przygotowania do misji przy Watykanie ukierunkowały w jakiś sposób także moje lektury. Muszę przyznać, że książki Havla były tu szczególnie ważne. Oczywiście doskonale wiedziałem, kim on jest, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak uparcie proponował refleksje nad tymi samymi kwestiami, które dziś odnajdujemy na głównych osiach działania papieża Franciszka. Może uda mi się go dopytać, czy miał okazję czytać Havla. Pewno tak…

– Wspomniał pan o swojej nadziei, że papież odmieni Kościół czy też raczej tchnie weń nowego ducha. Czego Kościołowi powszechnemu potrzeba dziś najbardziej?

– Pana pytanie prowadzi nas do problematyki kościelnej, wypowiem więc to, co mi chodzi po głowie i leży na sercu jako katolikowi. Nie chcę popaść w banał, ale myślę, że zawsze Kościołowi trzeba po prostu powrotu do Ewangelii. To dla kogoś może brzmieć albo zbyt świątobliwie albo zbyt „po prostu", ale trzeba na niektóre ważne sprawy patrzeć w sposób jednoznaczny. Kościół, który nie żyje na co dzień duchem Ewangelii, zawsze będzie miał wielki kłopot – i będzie to kłopot dla wszystkich. Kościół jest taki, jacy są ludzie, a ludzie są produktem świata, który ich otacza. Czasy są nowe i trudne, na te czasy trzeba znaleźć nowe odpowiedzi. Nie chodzi o to, by się do nich dostosować w sferze wartości. Chodzi o to, żeby znaleźć i odczytać, a potem przełożyć na język praktyki odpowiedzi na pytania, które dla kilku miliardów ludzi są sprawą być albo nie być.

W wielu kwestiach nasz świat nie idzie w dobrą stronę. Wielkie dobrodziejstwa nowoczesności idą w parze z bardzo dramatycznymi deficytami i minusami. Opis tej nowej sytuacji nie wymaga wielkiej filozofii. Dość powiedzieć o bogactwie i ubóstwie, o światowym kryzysie finansowym, o wymuszaniu ustępstw drogą terroryzmu, o wielkich konfliktach mających podłoże gospodarcze, narodowościowe lub religijne etc.

Reklama

Kiedy widzi się papieża, którego gest wielkoczwartkowego umycia nóg jest tak prosty i tak ewangeliczny, że aż budzi wątpliwości (a czasem nawet oburzenie niektórych, także w Kościele), to widać, o czym trzeba rozmawiać. Jeżeli papież sugeruje dyplomatom watykańskim, by w razie nieumiejętności właściwego sprawowania tej funkcji wrócili raczej do parafii, to jedyna moja wątpliwość dotyczy tego, gdzie mało udany dyplomata mniej zaszkodzi. Albo, co papież chce powiedzieć swoim nuncjuszom wręczając im skromne srebrne krzyże (sam nosząc też taki) – temu gestowi towarzyszy ważne przesłanie. Kolejne homilie wygłaszane w Domu św. Marty to swoista codzienna encyklika, odbierana niekiedy z mieszanymi uczuciami, bo może burzyć dotychczasowy ład myślenia o strukturach kościelnych czy nawet o relacjach między pasterzami a ludem Bożym. Na deser dodajmy wypowiedź na wyspie Lampedusa, która postawiła wielki znak zapytania nad metodą współczesnego podejścia do migracji ludnościowych… To są rzeczy, do których papież się odnosi codziennie, więc wcale się nie zdziwię, jeżeli ten proces będzie szedł dalej i głębiej, także w wymiarze instytucjonalnym.

– Także w Polsce?

– Także. Trzeba podkreślić i nie dość to powtarzać, że Kościół w naszym kraju ma wspaniałą, zupełnie unikalną kartę. Nigdy dość dziękować i cieszyć się, że dzięki niemu wydarzyły się te różne, wspaniałe rzeczy, które graniczą z cudem lub wręcz nim były. Mamy wolną i niepodległą Polskę. Na gruncie polskiego Kościoła wyrósł fenomen Jana Pawła II, który był prezentem od Pana Boga, ale przecież ten kapłan, biskup, kardynał wzrastał w pewnym kontekście i także dzięki polskiemu kontekstowi Jan Paweł II okazał się postacią takiego formatu.

To jest wspaniałe, natomiast myślę, że większość katolików w Polsce – zarówno świeckich jak i duchownych wszystkich szczebli – wie, że są sprawy, które trzeba w Polsce poprawić.

– Na przykład?

– Po pierwsze trzeba odzyskać zaufanie. Wróciłem do kraju po kilku latach spędzonych najpierw w Brukseli, a potem w Waszyngtonie. Jest w naszym kraju coś, co bardzo mnie martwi. Idąc ulicą trudno odnaleźć wspaniały czas, zwłaszcza lat 80., kiedy zaufanie do Kościoła było „wpisane" w klimat naszego kraju. Wróciłem do kraju, w którym ludzie (zwłaszcza młodzi – to najbardziej bolesne) nie mają poczucia związku z Kościołem. Kto zawinił i gdzie leży odpowiedzialność jest w tej chwili obojętne. Ważne jest to, jak wyjść z klinczu, jak pozyskać zaufanie ludzi, którzy najczęściej przecież nie mają złej woli. Mimo różnych zjawisk kulturowych, które zmieniają charakter Polski, trzeba ten garnek posklejać. Na marginesie: naszym grzechem narodowym jest niewdzięczność za to wielkie dobro jakie się dokonało w Polsce od początku lat 90.

Nie da się dzisiaj powiedzieć o Polsce, że to kraj arcykatolicki. To się zmieniło. Jesteśmy dramatycznie podzieleni. Podziały idą przez rodziny, przez Kościół. Wiemy, że Kościół podejmuje różne inicjatywy, jak np. słynny już „Dziedziniec Pogan”, wpisujący się w ideę nowej ewangelizacji. W wymiarze szerszym budzi ogromny szacunek i podziw wkład polskich biskupów w proces pojednania z Ukraińcami, a także odważny dialog z Moskiewską Cerkwią Prawosławną.

To tylko przykłady. Może te działania powinny mieć jeszcze mocniejsze wsparcie instytucjonalne Kościoła, może należałoby z tymi inicjatywami schodzić do poszczególnych wspólnot? Może powinno być więcej sióstr Chmielewskich i więcej Franciszkanek Laskowskich? A może w sferze komunikacji wewnątrz Kościoła, ale także Kościoła ze światem powinno się operować innym językiem? Coś ważnego podpowiada nam tu język papieża Franciszka… Jego język nikogo nie rani, a wszystkich przybliża. Jest masa środków i narzędzi z gatunku tzw. środków ubogich i trzeba rozważyć, czy ich użycie nie poprawiłoby sytuacji.

– Ale co się panu najbardziej nie podoba?

– Powiem otwarcie: pamiętam Kościół sprzed lat kilkudziesięciu, który dysponował bardzo ubogimi, wręcz żebraczymi środkami. Wtedy był najskuteczniejszy. Pamiętam czasy, kiedy budowaliśmy żywe ośrodki parafialne nie mając pieniędzy, zezwoleń i żadnego wsparcia, nie mogliśmy reklamować się w środkach przekazu. Pomimo tego – a może dzięki temu – tworzyła się ogromna siła i poczucie wspólnoty. Tego właśnie zaczyna dziś brakować.

Osłabienie siły wspólnot nie jest jednak wyłącznie polskim zjawiskiem, dotyka ono całego współczesnego świata. Obserwowałem to zarówno w Belgii jak i w Stanach. Kościół od czasów Pana Jezusa na ziemi pokazywał jednak inną drogę: trzeba być z bliźnim i tworzyć wspólnotę. Papież Franciszek mówi o tym przynajmniej raz dziennie…

Ale byłem też za granicą świadkiem sytuacji wspaniałych! Pamiętam klimat waszyngtońskiego kościoła, określanego jako kościół-matka czarnych amerykańskich katolików. Każdy wita tam sąsiada z ławki takim uśmiechem i takim uściskiem, że od razu człowiek czuje się jak w domu. Tymczasem wchodząc do kościoła we własnej ojczyźnie, gdzie nie ma przecież bariery językowej, kolor skóry tak samo blady, a ja siedzę sam obok smutnych ludzi, którzy nie zauważają osoby obok. Coś tu jest do naprawienia.

Wiem, że jako dyplomata będę miał w Rzymie bardzo dużo roboty. Nie chodzi tylko o kontakt z kurialistami, kardynałami, nie mówiąc już o Ojcu Świętym, lecz także o te wszystkie relacje, które funkcjonują wokół Watykanu. Tamtejszy korpus dyplomatyczny składa się z ludzi mających mocną pozycję w swoim kraju. Sądzę, że w sytuacji nowego pontyfikatu wzrośnie liczba tematów i debat, które będą zajmowały to środowisko. Jako polski ambasador, reprezentując kraj, który na przestrzeni ostatnich lat stał się ważnym, cenionym i szanowanym aktorem globalnym, chciałbym nie tylko brać udział w takich debatach, ale także je inicjować.

– W przeciwieństwie do klimatu znanego panu z Brukseli czy Waszyngtonu, korpus dyplomatyczny przy Watykanie nie tworzy sojuszy politycznych czy strategii gospodarczych. Co chciałby pan tam osiągnąć jako ambasador?

– Trudne pytanie. Próbując odpowiedzieć najprościej: w przeciwieństwie do wielu innych sytuacji dyplomatycznych, tutaj niezwykle ważne jest to, czy patrząc sobie w oczy z innymi kolegami dyplomatami, będziemy mogli sobie nawzajem powiedzieć, że rozumiemy swoje intencje i racje.

Są dramatyczne sytuacje, np. prześladowanie chrześcijan w wielu krajach. Chciałbym móc popatrzeć w oczy ambasadorowi Iraku. Chciałbym aby pomyślał wtedy, że chrześcijanie nie są jakąś gorszą rasą; że podobnie jak my w Europie zgadzamy się na budowę meczetów dla muzułmanów, których los rzucił na nasz kontynent, tak samo oczekujemy, że w tamtych krajach będzie miejsce dla kościołów chrześcijańskich. Jeżeli ambasador Iraku odpowie mi szczerze: rozumiem twoje argumenty, to będzie to duży sukces.

Ponadto, będę mógł powiedzieć, że jako ambasador robię to, co do mnie należy, jeżeli zapewnię płynną komunikację pomiędzy polskim Prezydentem i Rządem a Stolicą Apostolską. A jeżeli do tego będę mógł patrzeć z bliska na poczynania papieża Franciszka, z których część na pewno zostanie uznana za historyczne, to będę miał „więcej szczęścia niż rozumu"...

– Chciałby pan jako ambasador organizować debaty wokół palących kwestii społecznych czy kulturowych?

– Nie jestem pierwszym ambasadorem na tej placówce. Takie spotkania organizowała z dużym powodzeniem pani Hanna Suchocka. Oczywiście zamierzam to kontynuować, bo uważam, że taka potrzeba rośnie. Mam już projekt całego cyklu takich dyskusji. Ostatnie miesiące spędzałem na rozmowach z wieloma ludźmi, bardzo pilnie notuję różne pomysły i wątki. Nie chcę jednak mówić o konkretach, chciałbym je najpierw zrealizować, a dopiero potem, ewentualnie, pochwalić się nimi.

Wywołał pan nazwisko Havla, więc wspomnę jedynie, że bardzo mnie kusi perspektywa debat inspirowanych Havlem, czy także ks. Halikiem. Myślę, że w czasach papieża Franciszka będzie to mocny element mojej działalności w Rzymie.

– Wkrótce spotka się pan z papieżem po raz pierwszy, by złożyć listy uwierzytelniające.

– Przy takich okazjach nie ma zwyczaju wręczania papieżowi prezentów, ale ja i tak będę miał dla niego prezent: hiszpańskie wydanie „Etyki solidarności" ks. Józefa Tischnera. Właśnie odebrałem je z introligatorni, oprawione ładnie w białą skórę. Nie było to łatwe, szukałem długo w Hiszpanii i Argentynie, ale udało się. Myślę, że będzie coś symbolicznego w fakcie, że polski ambasador wręczy papieżowi z Argentyny wydaną tam 30 lat temu „Etykę solidarności". Być może w ten sposób uda mi się przyciągnąć uwagę papieża, bo na słowo „solidarność" reaguje on natychmiast. Być może w rozmowie dotkniemy tego ważnego kawałka polskiej historii dotyczącego właśnie „Solidarności". A nade wszystko uda się pomówić o przyszłości. Bo tak, jak Kościół powinien być solidarny z każdym człowiekiem, tak samo potrzebna jest wzajemna współpraca państwa z Kościołem. To też jest solidarność – w sprawie człowieka.

– Czy propozycja objęcia funkcji ambasadora przy Stolicy Apostolskiej bardzo pana zaskoczyła?

– To było ponad półtora roku temu, w Waszyngtonie, w dniu amerykańskiego Święta Dziękczynienia. Zabieraliśmy się do jedzenia indyka, gdy zadzwonił telefon. Byłem kompletnie zaskoczony propozycją, bo absolutnie się jej nie spodziewałem ani, oczywiście, o nią nie zabiegałem. Jeżeli nie zamieniłem się z wrażenia w słup soli, to tylko dlatego, że już wiedziałem, że cuda się zdarzają. Traktuję to właśnie w takich kategoriach, jako prezent od Opatrzności, uczyniony rękoma polskich władz, pana Prezydenta, który wtedy nie mógł jeszcze wiedzieć, że czeka mnie misja przy nowym pontyfikacie.

– Będzie pan z bliska obserwował kanonizację Jana Pawła II. Wykorzystamy to wydarzenie – jako Kościół i jako społeczeństwo – należycie?

– Dużo zależy od tego, jaki klimat będzie towarzyszył kanonizacji. Jeśli przeważy atmosfera masowych „wycieczek” do Rzymu, to będzie to kolejna data, która nie odciśnie się na naszym codziennym myśleniu. Oczywiście, możliwość osobistego uczestniczenia rzesz Polaków w tak niezwykłym wydarzeniu jest czymś wspaniałym. Niemniej, choć nie byłem w Rzymie na beatyfikacji Jana Pawła II i obserwowałem to wydarzenie jedynie w telewizji, nie sądzę, żebym był pozbawiony czegoś zasadniczego.

Dużo zależy od polskiego duchowieństwa, a także od mediów, które we współczesnym świecie mają władzę szczególną i potrafią spłaszczyć i zbanalizować wszystko. Mogą więc przedstawić to w stylu ocierającym się o papolatrię, czy też w duchu „górą nasi": wczoraj wygraliśmy mecz, dziś „nasz" jest kanonizowany... Należałoby uciec od tego. To zadanie dla wszystkich, a także bardzo dobra okazja, aby wzmocnić wspólnotowy charakter Kościoła: w poszczególnych parafiach, gminach i różnych środowiskach, które próbują zrobić coś dobrego. No i przypomnieć sobie więcej niż te przysłowiowe kremówki…

Oczywiście w ostatecznym rachunku liczy się to, że Jan Paweł II z pewnością wstawia się za naszymi sprawami, że – co oficjalnie i uroczyście potwierdzi Kościół – papież Wojtyła jest w gronie osób, których wstawiennictwa wzywać będzie cały świat, wychodząc poza tzw. kult lokalny przewidziany dla błogosławionych. A Jan Paweł II ma o co się wstawiać w naszych, polskich sprawach – ale nie tylko.

– Będzie pan pisał dziennik?

– Wiem, że powinienem, a to pytanie traktuję jako potwierdzenie, że jest to w zasadzie obowiązek.

– I opublikuje pan te zapiski?

– Tego nie obiecuję, bo nie należy to do natury misji dyplomatycznej. Część wyjdzie na światło dzienne, a część zostanie między rozmówcami, którzy niekoniecznie chcą, aby ich wymiana poglądów stała się lektura powszechną, zwłaszcza jeżeli byłoby ryzyko, że byłaby to lektura typu tabloidalnego.

– Niemniej, pana relacja z rozmowy z ambasadorem Iraku mogłaby być ciekawa, jak sądzę.

– Mam nadzieję, że taka właśnie będzie.

2013-08-06 13:32

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Czechy nie są wyspą

2020-03-03 09:46

Niedziela Ogólnopolska 10/2020, str. 46-47

[ TEMATY ]

Czechy

rozmowa

ambasador

chrystianizacja

Grupa Wyszehradzka

Archiwum Piotra Grzybowskiego

Podczas rozmowy z ambasadorem Czech Ivanem Jestřábem

O czeskiej drodze do wolności i wspólnych działaniach w V4 z ambasadorem Republiki Czeskiej w Polsce Ivanem Jestřábem rozmawia Piotr Grzybowski.

Piotr Grzybowski: Chrzest Polski z rąk Czechów to jedna z największych świętości polskiej historii. Jak widzą to Czesi?

Ivan Jestřáb: Chrystianizacja Czech i Polski to fakt bardzo znany, jednak Czesi nie odbierają go tak żywo jak Polacy. Podobnie św. Wojciech, który w Polsce jest symbolem niezłomnej pracy ewangelizacyjnej i który został głównym patronem Polski, w Czechach kojarzy się z tym, że był jednym z nielicznych ocalałych z walk między Sławnikowicami, z których się wywodził, a Przemyślidami.

Ślub Mieszka I i Dobrawy, wspólne losy tworzą szczególną więź między naszymi narodami?

Oczywiście. Ale nie tylko Mieszko, Dobrawa i dynastia Piastów. Bardzo silne budowanie wspólnoty czesko--polskiej następowało za Jagiellonów. Ten okres naszej wspólnej historii jest bardziej utrwalony w Czechach, zajmuje nadal dużą część edukacji szkolnej. W naszej świadomości jest utrwalone, że królem Polski był Wacław II z dynastii Przemyślidów, a Władysław Jagiellończyk zasiadł na tronie Czech.

Jaka była czeska droga do odzyskania niepodległości w 1918 r.?

Nasze losy były inne. Polska została podzielona przez trzech zaborców. Czechy to byli Habsburgowie i Wiedeń, którzy utożsamiali takie państwo, jakie Czesi chcieli zburzyć. Idea niepodległych Czech czy Czechosłowacji budowała się przez wiele lat. W latach I wojny światowej czeska emigracja powołała Czechosłowacką Radę Narodową z Tomášem Masarykiem na czele, którą państwa ententy uznały za reprezentację Czechów i Słowaków. Plan, aby utworzyć republikę słowiańską, republikę Czechów i republikę Słowaków, zmaterializował się 28 października 1918 r. Traktat wersalski zarówno dla wielu państw, jak i dla nas stał się początkiem nowej państwowości, choć granice naszego kraju ustalano jeszcze do 1920 r. Podobnie jak Polsce niedługo było nam dane cieszyć się niepodległością. Przyszły aneksja Czech i Moraw, II wojna światowa, a po niej włączenie w rosyjską strefę wpływów.

Czesi, podobnie jak inne narody, domagali się wolności. Symbolem tej walki była krwawo stłumiona Praska Wiosna w 1968 r.

Rok 1968 to był szczyt procesu, który zaczął się w 1948 r., kiedy komuniści ostatecznie przejęli władzę w Czechosłowacji. Było kilka wystąpień antykomunistycznych, np. w 1953 r., wielkie manifestacje w Pilznie przeciw komunistycznemu rządowi. No i oczywiście rok 1968, i nadzieja, że jesteśmy w stanie zbudować socjalizm lepszy od tego, który narzucało nam państwo radzieckie. Ta nadzieja była obecna w całej Czechosłowacji.

Jak Czesi odebrali udział wojsk polskich w tłumieniu manifestacji?

Fakt, że przy okupacji Czechosłowacji brali udział żołnierze Wojska Polskiego, szczerze mówiąc nie martwi ani Czechów, ani Słowaków. Wiemy bardzo dobrze, że nie była to decyzja Polski, polskich żołnierzy. Decyzja zapadła w Moskwie i ówczesne polskie władze komunistyczne musiały się podporządkować. Dlatego myślę, że zarówno Czesi, jak i Słowacy wiedzą, iż była to aneksja radziecka.

Czy aksamitna rewolucja w 1989 r. powiodłaby się nad Wełtawą bez Sierpnia ’80, bez blisko 10 lat walki Polaków o obalenie komuny?

W 1989 r. komunizm osiągnął taką fazę, że nie miał przyszłości. Przedstawiciele władz komunistycznych w wielu państwach nie wiedzieli, co dalej robić. Może niechętnie, ale po prostu oddali władzę komuś innemu, bo sami już nie dawali rady rządzić. Do tego znaleźli się ludzie aktywni w ruchach antykomunistycznych, zarówno podziemnych, jak i jawnych. Oczywiście, bez Solidarności w Polsce i Karty 77 w Czechosłowacji, bez udziału tych organizacji, tych ruchów antykomunistycznych, nie byłoby tak łatwo w 1989 r. przejąć władzę od komunistów.

Jakie były główne argumenty za przystąpieniem Czech do Grupy Wyszehradzkiej?

Z ideą współpracy państw Europy Środkowej wyszedł nasz prezydent Václav Havel 25 stycznia 1990 r. w Warszawie. To była jedna z jego pierwszych oficjalnych wizyt zagranicznych po wyborach w Czechosłowacji. Oczywiście, wówczas nie mówiono jeszcze o Grupie Wyszehradzkiej, ale już myślano o tym, że państwa środkowoeuropejskie powinny się trzymać razem i ściśle współpracować. Grupa Wyszehradzka powstała oficjalnie w 1992 r. i było to wtedy porozumienie trzech państw, bo dopiero rok później powstały niezależne republiki Czeska i Słowacka. Od 1993 r. Grupa Wyszehradzka jest porozumieniem czterech państw i jest to porozumienie bardzo ważne. Widać na przykładzie naszej wspólnej polityki w Unii Europejskiej, że wspólny głos czterech państw Europy Środkowej słychać wyraźniej niż pojedyncze głosy każdego z nich. Taką współpracę trzeba wspierać i bardzo nas cieszy, że po Czechach, które teraz są państwem przewodzącym w V4, przejmuje tę batutę Polska i pod jej przewodnictwem będą kontynuowane działania na rzecz naszego regionu.

Jakie są dziś największe wyzwania dla grupy V4?

Na pewno utrzymać jedność Unii Europejskiej, wzmacniać gospodarkę naszego regionu i być w stanie bronić naszych wartości.

Czy w stosunkach polsko-czeskich są obszary wymagające przepracowania?

Oczywiście, zawsze są, jak w życiu. Jesteśmy krajami sąsiadującymi, nasza granica jest najdłuższa, jaką mamy, więc zawsze są i wspólne działania, i wspólne interesy, i wspólne kłopoty. Bardzo ważne są np. rozmowy na temat przyszłości kopalni węgla brunatnego i elektrowni Turów. Polska jest zainteresowana kontynuacją działania elektrowni, my – ograniczeniem jej negatywnego wpływu na środowisko w Czechach. Dlatego szukamy rozwiązania, które będzie uwzględniać interesy polskiej gospodarki i polskiej niezależności energetycznej, a także interesy Czech. W naszym interesie jest dyskusja na temat przyszłości.

Czechy, podobnie jak w przeszłości, mają dziś silną gospodarkę. Z jakimi wyzwaniami musi się ona mierzyć?

Czechy nie są wyspą. Z jednej strony jesteśmy częścią europejskiej gospodarki i widać, że dochodzi teraz do obniżenia trendu gospodarczego. Musimy się liczyć z tym, że wzrost PKB nie będzie tak dobry jak w ubiegłych latach. Bardzo dużym wyzwaniem są nowe technologie, sztuczna inteligencja, ale też odpływ ekspertów – naszych lekarzy, pielęgniarek i specjalistów innych zawodów, najbardziej wykształconej kadry – do innych państw UE i poza nią.

Jak Czechy planują zapewnić sobie bezpieczeństwo energetyczne?

Nasz rząd uważa, że bez wzmocnienia energetyki jądrowej nie jesteśmy w stanie wypełnić zadań, które są przed nami, choćby z polityce klimatycznej. Uważamy, że rozwój tych elektrowni na terenie Czech to właściwa droga, ponieważ – zważywszy na ukształtowanie terenu – instalowanie u nas farm wiatrowych nie jest łatwym zadaniem.

W grudniu ub.r. w kłamliwych wypowiedziach prezydent Rosji Władimir Putin zaatakował kilka państw regionu, także Czechy. Czy władze Czech spodziewają się dalszego ciągu tych działań?

Widzimy, że ze strony Rosji są podejmowane kroki, aby zmienić narrację historyczną, co jest wymierzone przeciw naszym krajom. My rozumiemy, że Moskwa stara się zmienić wyjaśnienie przyczyn niektórych wydarzeń historycznych, jak np. w kwestii początku II wojny światowej, w czym Związek Radziecki brał aktywny udział. Jest to narracja na potrzeby dnia dzisiejszego. Trzeba pamiętać to, co już George Orwell napisał w swojej książce Rok 1984: „Ten, kto kontroluje przeszłość, kontroluje i przyszłość”. Dlatego działań Rosji nie można zostawić bez reakcji.

Jakie są najważniejsze pola współpracy czesko-polskiej?

Jest ich bardzo dużo, od kontaktów politycznych na różnych szczeblach, przez kontakty lokalne, gospodarcze i historyczne, po kulturalne. Relacje są bardzo dobre i tylko żałuję, że nie mam na tyle dużo czasu, aby odwiedzić więcej miejsc, w których wspólne działania są podejmowane.

CZYTAJ DALEJ

Idę po śmierć, idę po życie

Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 18-20

[ TEMATY ]

rekolekcje

youtube

Ks. Piotr Pawlukiewicz to jeden z najbardziej znanych polskich rekolekcjonistów.
Na spotkania z nim przychodzą wielkie rzesze wiernych. Znany jest również z niedzielnych kazań podczas Mszy św. transmitowanej przez Polskie Radio. W wyjątkowym wywiadzie dla „Niedzieli” opowiada o swojej chorobie, o tym, jak przygotować się na śmierć, i dlaczego warto dążyć do świętości

KRZYSZTOF TADEJ: – „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” – to tytuł najnowszej Księdza książki. Dlaczego tak wysoko stawia Ksiądz poprzeczkę? Nie lepiej powiedzieć: „Czyń więcej dobra” lub po prostu: „Bądź lepszy”?

KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ: – Wysoko to nie znaczy ponad ludzkie możliwości. Co to znaczy być świętym? Jeśli ktoś myśli, że święty to ten, kto nie popełnia błędów, że to chodzący ideał, to rzeczywiście za wysoko stawiam poprzeczkę. Ona będzie nieosiągalna nawet dla papieża. Ale dla mnie święty to ten, kto dąży do świętości. Małymi krokami – dwa centymetry na godzinę, milimetr na rok. Idzie do świętości, a jak się cofnie, upadnie, zgrzeszy, to z pokorą podejmuje decyzję, żeby nadrobić stracony dystans. Wraca na poprzednią drogę, mozoli się, żeby osiągnąć łączność z Chrystusem.

– Czym zatem jest świętość?

– Świętość to wybór. Nieraz młodzież pyta: „Po co się spowiadać?”. „Po co się spowiadać, skoro i tak zgrzeszę, upadnę, zawiodę w różnych sytuacjach? Po co się spowiadać, skoro ciągle wracam do grzesznego życia?”. Zawsze odpowiadam: nasze decyzje dotyczą tego, na co mamy wpływ; tego, co możemy wybrać.

– Co dokładnie ma Ksiądz na myśli?

– Każdy z nas ma zaplanowany dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Mniej więcej wiemy, co będziemy robili w tym dniu, czy coś dobrego, czy złego. Nikt nie wie, czy popełni zło np. w 2054 r. Nie wiemy, co będzie się działo w dalszej przyszłości. Odpowiadamy za to, nad czym mamy władzę. Jeśli ktoś pyta: „Po co się spowiadać, skoro znów zgrzeszę?”, to ja pytam, czy planuje grzech. Jeśli planuje, to rzeczywiście jest kiepsko. Jeśli natomiast w dniach, nad którymi mamy władzę, nie planujemy grzechu, to w tym momencie stajemy się święci. W pełnym znaczeniu tego słowa.

– Kiedyś, mówiąc o świętości, opowiadał Ksiądz o filmie, którego bohaterem był Gandhi...

– Jest w tym filmie scena, jak Hindusi idą do fabryki. Angielska policja wali ich pałkami po głowie. Potem stojące kobiety obmywają im rany, a oni na nowo ustawiają się w kolejkę i idą do fabryki. I znowu dostają w głowę, i znowu kobiety obmywają im rany, i tak w kółko. To jest symbol naszej drogi do nieba. Szatan daje nam po głowie, a Kościół robi opatrunek. Opatruje sakramentem, Eucharystią, miłością bliźniego. Potem szatan znowu daje nam po głowie i Kościół znowu nas leczy. Świętym nie jest ten, kto siedzi obok i krytykuje: „I co ci to da?”. Świętym jest ten, kto uporczywie zmierza do Pana Boga. Spójrzmy na Piotra. Dlaczego był święty? Przecież nic nie umiał, nic mu nie wyszło oprócz jednego. Oprócz wracania do Pana Boga. Wielu ludzi jest pysznych. Wstydzą się spowiedzi. Wychodzą na ring tylko wtedy, gdy wiedzą, że wygrają. A jeśli mają cień podejrzenia, że mogą przegrać, to nie podejmują w ogóle walki. Ja zachęcam do walki.

– Nieraz słyszymy, że człowiek, który grzeszy, nie będzie szczęśliwy. To dlaczego ludzie grzeszą?

– Bo to jest na początku bardzo atrakcyjne. Dlaczego jeszcze? Ludzie są pyszni, pokazują płytką dumę, nieraz pokazują, „kim to ja nie jestem”. I wadzą się z samym Bogiem. Kiedyś zapytano żebraka przed katedrą w Warszawie, ile dziennie zarabia. Odpowiedział, że w niedzielę do dwustu złotych. Pytający był zdumiony: „Jak to?! Pan tak sobie tylko siedzi i zarabia aż dwieście złotych? To przecież niesamowite!”. Żebrak odpowiedział krótko: „Bo ludzie są głupie!”. No i my grzeszymy dlatego, że też jesteśmy „głupie”. Wydaje nam się, że obietnica diabła to jakaś superoferta, coś nadzwyczajnego. A kończy się jak zwykle: płaczem, łzami, wyrzutami sumienia i uświadomieniem sobie własnej głupoty.

– W najnowszej książce pisze Ksiądz, że wiele osób jest niezadowolonych. I dzieje się tak bez względu na to, co mają i czym się zajmują. Ciągle coś nam przeszkadza. To jak znaleźć szczęście? Zaakceptować życie takie, jakie jest? Jeśli np. widzimy coś złego w Kościele, to mamy się nie odzywać, tylko kochać Kościół bez względu na to, co się w nim dzieje?

– Kiedy podczas rejsu ktoś nagle krzyknie, że w okręcie jest dziura, to raczej wszyscy rzucą się do roboty pod kierunkiem kapitana, żeby mieć szansę wyjść z tego cało. Mamy kochać Kościół takim, jaki jest. Nigdy nie był doskonały. Zawsze byli w nim grzesznicy, bo Kościół jest szpitalem. Człowiek, który grzeszy, jest w szpitalu. Jest chory i znajduje pomoc. Nieraz słyszę: „Tamten facet chodzi do kościoła, a przecież grzeszy. Wieczorami kłóci się z żoną”. Odpowiadam: „Ale jakby nie chodził do kościoła, to może by ją zabił?”. Ja, gdybym codziennie nie chodził do kościoła, na pewno byłbym gorszy, niż jestem, na pewno trochę bym rozrabiał. Kościół nas leczy. Pan Jezus jest ordynatorem, Matka Boża – pielęgniarką.

– Wróćmy do tych osób niezadowolonych z życia. Czy można znaleźć szczęście już teraz? W miejscu, w którym żyjemy, i w warunkach, w których się znajdujemy?

– Oczywiście. Kiedyś czytałem wspomnienia jednej z więźniarek z Ravensbrück. Napisała, że nigdzie nie spotkała tak wspaniałych ludzi jak tam – życzliwych, pomocnych, z otwartym sercem. Mówiła o swoich towarzyszkach, że to aniołowie chodzący po ziemi. Tam więźniarki pomagały sobie nawzajem. Gotowe były oddać za siebie życie. I chwaliły Boga za dobro, które przekazywał przez ich serca.

– Nie zawsze łatwo odnaleźć szczęście. Ktoś np. dowiaduje się, że jest chory na nowotwór, ma przerzuty i zostało mu kilka miesięcy życia. Jak ma odnaleźć szczęście?

– Wszystko zależy od tego, czy ta osoba jest przygotowana na śmierć. Każdy z nas ma się przygotowywać do tej chwili. Godzina śmierci jest najważniejsza, bo w niej dokonamy ostatecznego wyboru. Wybierzemy szczęście albo, nie daj Boże, piekło. Niektórzy pójdą do piekła z własnej chęci, z własnej woli na złość Panu Bogu. Tak Go nienawidzą. Nienawiść zatruwa człowieka. Człowiek nieraz z nienawiści potrafi cierpieć tylko po to, żeby innemu zadać ból.

– Wróćmy do człowieka, który się dowiedział, że ma nowotwór.

– Człowiek powinien być przygotowany, że może stać się inaczej, niż sobie tego życzymy. Gdy składamy życzenia, często słyszymy: „wszystkiego najlepszego”, „niech ci się wiedzie”, „powodzenia”, zdrówka, zdrówka, a przede wszystkim zdrówka”. Trzeba być przygotowanym, że może być inaczej, i życzyć ufności Chrystusowej. Kiedyś mój kolega ksiądz opowiadał, że w dzieciństwie, kiedy jechał rowerem, ciężarówka przycisnęła go do krawężnika. Przewrócił się z wielkim hukiem, rozbił kolano i zapłakany wrócił do domu. Mama spytała, o czym myślał, gdy ta ciężarówka na niego jechała. Była przekonana, że usłyszy o mamusi i tatusiu. Ale tak nie odpowiedział. To są chwile, kiedy trzeba myśleć o Bogu. Gdy spotyka nas takie nieszczęście jak nowotwór, myślmy o Bogu.

– Pojawiają się pytania: „Dlaczego ja? Skoro Bóg jest wszechmogący, może mi przecież pomóc; dlaczego nie pomaga?”. Czy są dobre odpowiedzi na takie pytania?

– Oczywiście, można znaleźć odpowiedź. Zależy to od konkretnej sytuacji. W niejednym domu nastąpiły zgoda, pojednanie, otwarcie oczu na coś, czego się wcześniej nie dostrzegało, tylko dlatego, że ktoś z pokorą przyjął śmierć. Takie osoby mogą zrobić dużo dobrego. Dostały oręż do czynienia dobra. A śmierć przecież i tak kiedyś nastąpi.

– Śmierć, która niczego nie kończy. Można powiedzieć: Idę po śmierć, czyli idę po życie?

– Życie się nie kończy, ale się zmienia. Idę po śmierć, idę po życie. Tak, to dobre określenie. Na pogrzebie mówi się o człowieku, który umarł. Ale przecież to my umieramy, a on żyje. Ilu rodziców, ojców, matek bierze dzisiaj Biblię do ręki i rozmawia z dzieckiem o zmartwychwstaniu? Posłużę się przykładem. Na dworcu kolejowym możemy zobaczyć tunel. Na peronie ptak dziobie okruszki. Mógłby wlecieć w ten tunel i znaleźć dużo jedzenia. Ale się boi. My też tak żyjemy. Nasze okruszki to samochód, DVD, komputer. Dziobiemy, a ciasny tunel prowadzi do życia wiecznego. Tylko że młodzi ludzie wiedzą jedno: liczy się kasa. Jedyną powszechną ideologią w Polsce jest materializm praktyczny. My tu sobie rozmawiamy, a tymczasem w Polsce odbywa się, powiedzmy, kilka tysięcy rozmów o pieniądzach. Jak mało mam kasy, jak bardzo potrzebuję kasy, gdzie można więcej zarobić...

– Co Ksiądz mówi tym, którzy tylko o tym myślą?

– Puknijcie się w głowę! Wjechaliście w ślepą uliczkę. Ona jest bajecznie kolorowa, śliczna, ale na końcu okaże się, że jest ślepa. Nie zaprowadzi nikogo do szczęścia. Godzinami mogę opowiadać o ludziach, którzy teoretycznie powinni być nieszczęśliwi, a jednak jest inaczej. Ostatnio np. fotografowano siostrę zakonną, która ma sto lat. Szukano oblicza starego człowieka na okładkę książki. Siostra zapytała, o czym jest ta książka. Usłyszała, że o ludziach starych, smutnych, chorych. Podziękowała. „To nie dla mnie i nie o mnie”. Miała pokój w sercu. Była szczęśliwa.

– Był Ksiądz kiedyś kapelanem w szpitalu. Widział, jak ludzie odchodzą z tego świata. I przyszła ta chwila, kiedy to Księdza dotknęła choroba. Jak to Ksiądz przeżywa?

– Na razie raczej z humorem. Nie załamuję się. Lubię rozmawiać z Panem Bogiem po wojskowemu, chociaż nigdy w wojsku nie byłem. Wyobrażam sobie, że Pan Jezus mówi o chorobie: „Pawlukiewicz, masz nowego przyjaciela”. Odpowiadam: „Tak jest!”. I żyję dalej.

– Boli?

– Bólu nie czuję. To ograniczenie ruchowe, brak koordynacji. Przewróciłem się już może z 30, 40 razy.

– Czyli żartów nie ma?

– Bywa niebezpiecznie. Jak upadam, np. ze schodów, to myślę, żeby jakoś ręce pochować i przyjąć ciałem ciężar uderzenia.

– To choroba Parkinsona?

– Tak.

– Można ją zatrzymać?

– Można ją spowolnić i to się w dużym stopniu udaje. Ale po jakimś czasie zawsze sunie do przodu. Pół milimetra, centymetr, ciągle dalej.

– Kiedy Ksiądz się zorientował, że jest poważnie chory?

– W 2007 r. Przy goleniu zadrżała mi ręka. Nie mogłem precyzyjnie dotykać maszynką twarzy. Potem był problem z wyciągnięciem chusteczki do nosa albo portfela z kieszeni. Z trudem myłem zęby. Ale jeszcze wtedy były to drobne dolegliwości. Teraz jest inaczej. Szukam jednak pozytywnych stron. Jestem wzruszony opiekuńczością sióstr zakonnych, kapłanów, ludzi świeckich. Przychodzą, pytają, czy w czymś mi pomóc, czy dokądś podwieźć, coś kupić. Te codzienne doświadczenia kontrastują z obrazem polskiego kleru, który ostatnio przedstawił jeden z reżyserów. Ja widzę codziennie inny świat i jestem nim pozytywnie zaskoczony.

– Czy boi się Ksiądz śmierci?

– Teraz nie (uśmiech). Siedzimy sobie w miły jesienny wieczór. Miło się rozmawia, jest przyjemnie. Ale jak przyjdzie lekarz i powie, że to już koniec, to pewnie będę zazdrościł tym, którzy będą mogli oglądać następne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie też tym, którzy dostaną nowy sprzęt muzyczny, taki idealny, bezszumowy... Wiem jednak, że Pan Bóg pokaże mi w niebie wiele fantastycznych rzeczy, o których na ziemi nie mamy pojęcia. Oczywiście, jeśli znajdę się w niebie, o co Boga pokornie proszę.

– Mówi Ksiądz, że każdy powinien przygotować się do śmierci. A Ksiądz jak to robi?

– Dużo myślę o śmierci, o przemijaniu. Dwa miesiące temu umarła moja mama. Widziałem ją przez całe moje życie, czyli prawie przez 60 lat. Przyglądałem się, jak żyła, byłem blisko w chorobie, kiedy umierała. I bardzo realnie spojrzałem na siebie. Mam prawie 60 lat, jestem chory. Oczywiście, można jeszcze pracować, funkcjonować, ale trzeba realnie oceniać sytuację i przygotować się na ten moment. Przygotować – to znaczy wypełnić swoją misję na maksa. Zrobić to, co zostało do zrobienia i co można zrobić przy wszystkich ograniczeniach. Tak, aby potem stanąć jak szeregowiec przed Generałem i usłyszeć od Niego słowa: „Dobrze, synu. Wiele uczyniłeś dobrego i wielką dostaniesz nagrodę w niebie”.

– Liczy Ksiądz na cud? Przecież wiele osób doświadczyło cudu.

– Kiedy o tym myślę, mówię sobie: „To byłby numer!”. Podchodzę do wszystkiego z humorem. Na początku, gdy lekarze stwierdzili, że to choroba Parkinsona, pojechałem do sióstr zakonnych na rekolekcje. Laseczką się podpierałem, żeby się nie przewrócić. Na spotkaniu po skończonych rekolekcjach słuchaczki wymieniały poglądy: które nauki się podobały, które mniej. Ze zdumieniem usłyszałem od 90 proc. zakonnic, co zrobiło na nich największe wrażenie: to, że ks. Pawlukiewicz o lasce zmagał się przy ołtarzu, żeby czegoś nie wylać, bo ręka mu drżała. Potem pojechałem na zamknięte rekolekcje do studentów i usłyszałem to samo. Wtedy dopiero można się było załamać! Trochę się buntowałem, no bo jak to, nie podziwiają moich słów, wygłaszanych mądrości, tylko podziwiają laskę, którą się podpieram, żeby nie wylądować na ziemi? Skandal! (śmiech).

– Bywają chwile depresji?

– Kiedyś miałem złe dni. Pomyliłem tabletki i zajrzała mi w twarz perspektywa domu starców. Marzyłem wcześniej, że jak będę ociężały, to kupię sobie jakiś fajny, duży telewizor. Tak na koniec. A potem przepiszę go jakimś biednym dzieciom. A tu po lekach nastąpiło jakieś nagłe załamanie zdrowia i perspektywa, że już nie zdążę zrobić nawet tego i wyląduję w domu księży emerytów. A tam łóżko i pampersy.

– Czy w takiej sytuacji inaczej przeżywa się życie? Czy jest się bliżej Boga?

– Cieszę się, że Bóg uchronił mnie od postawy buntu. Od stawiania pytań, dlaczego, i mówienia: „przecież dobrze żyłem”.

– Powróćmy na koniec do najnowszej książki. Jakie jest jej najważniejsze przesłanie?

– Chcę przekazać wszystkim: gryź, kop, szalej, ale wracaj. Wracaj do Pana Boga. Na różne sposoby. Możesz żebrać, płakać, prosić o spowiedź, ale jednego nie zaniechaj. Wróć do Kościoła, wróć do Pana Boga. Konfesjonały są otwarte codziennie, za darmo. Nie czekaj na koniec życia, bo nie wiesz, kiedy nastąpi. Zacznij wracać. Już teraz.

– Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

„Matka Angelika – życie i dziedzictwo”

2020-03-30 00:35

www.medjugorje.ws

Matka Angelica

To tytuł nowego filmu dokumentalnego o założycielce telewizji Eternal Word Television Network (EWTN). Film został opublikowany w czwartą rocznicę śmierci Matki Angeliki. W polskiej wersji dostępny jest w serwisie Youtube.

Rita Antoinette Rizzo – późniejsza Matka Angelika, założycielka EWTN – urodziła się w rodzinie włosko-amerykańskiej 20 kwietnia 1923 r. w miasteczku Canton w stanie Ohio. Wychowywała się w trudnych warunkach – w części miasta, którą stanowiły slumsy. Gdy miała 7 lat, rodzice rozwiedli się, zaś niestabilna psychicznie matka została bez środków do życia i to Rita musiała się nią zaopiekować. To, że Rita została zakonnicą, było konsekwencją dwóch niezwykłych wydarzeń w jej życiu. Uleczenie z przewlekłej choroby żołądka i ocalenie spod kół samochodu uznała za cuda i z wdzięczności postanowiła poświęcić się Bogu jako zakonnica.

W 1944 r. wstąpiła do zakonu Ubogich Klarysek od Wieczystej Adoracji w Cleveland, przyjmując imię Angelica. W 1953 r. złożyła śluby wieczyste. W 1961 r. założyła nowy dom zakonny – Matki Bożej od Aniołów w Irondale, na przedmieściach Birmingham w stanie Alabama na południu USA, który 20 lat później stał się pierwszą siedzibą telewizji EWTN, czyli Sieci Telewizyjnej Wiecznego Słowa – jak ją nazwała. Pierwsze programy nowo powstałej stacji były nadawane w 1981 r. z garażu klasztornego. Początkowo kanał był dostępny na terenie Stanów Zjednoczonych, ale w kolejnych latach powstawały jego lokalne wersje w różnych krajach. Obecnie EWTN to największa na świecie międzynarodowa katolicka sieć medialna, która dociera do ponad 150 krajów. Polska wersja ruszyła 19 października 2018 r. we Wrocławiu. Dyrektorem generalnym został ks. Piotr Wiśniowski.

Na całą sieć składają się: satelitarny kanał telewizyjny, programy radiowe oraz działalność wydawnicza. Głoszą one nauczanie Kościoła katolickiego przez transmisje Mszy św., katolickich wydarzeń, serwisów informacyjnych, programów publicystycznych, wywiadów, filmów fabularnych oraz programów katechetycznych.

Za swoją działalność Matka Angelica była wielokrotnie wyróżniana przez Stolicę Apostolską i przez kolejnych papieży. Zmarła w wieku 92 lat w Wielkanoc 2016 r. – Umrzeć w Wielkanoc to dar Boży – powiedział wówczas papież senior Benedykt XVI na wiadomość o śmierci założycielki EWTN.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję