Reklama

Uświęcające działanie rocka?

Jestem ogromnie zaszczycony tak wnikliwym potraktowaniem artykułu mojego autorstwa na temat tzw. Mszy rockowej w Świnoujściu przez mojego rocznikowego kolegę, czcigodnego ks. Dariusza, proboszcza parafii pw. Świętych Stanisława i Bonifacego BM w Świnoujściu („Kościół nad Odrą i Bałtykiem”, nr 16 z 17 kwietnia br., dodatek archidiecezjalny do „Niedzieli”, s. VI-VII). Meritum mojego artykułu stanowiły przepisy odnośnie do muzyki liturgicznej oraz religijnej wykonywanej w świątyniach także poza Mszą św. Msza rockowa w Świnoujściu stała się pretekstem wobec częstych nadużyć, jakie zauważamy w wielu naszych kościołach. Mocniejsze słowa („zdarzenie”, „eksces”) miały dosadniej zaakcentować praktyki, które wyraźnie stoją w sprzeczności z normami wytyczonymi przez Kościół, a w odniesieniu do całego bogactwa muzyki liturgicznej i religijnej stanowią potężne zubożenie Tradycji i wprowadzają Eucharystię na drogę zeświecczenia (profanacji). Autor, przypisując mi intencje profanacji, zdaje się nie dostrzegać różnicy pomiędzy Mszą św. jako Ofiarą Chrystusa a mszą jako formą muzyczną. Określając swoje „dzieło” nazwą „Msza święta rockowa”, próbuje rockowi przypisać „uświęcające działanie” dla Eucharystii (w dalszej części artykułu prowadzi wywód o uświęcającym, wręcz zbawczym oddziaływaniu muzyki rockowej na całe zgromadzenie liturgiczne) albo też z Pana Jezusa robi „pierwszego rockmena”, czego najbardziej postępowi egzegeci nie zdołali dotychczas z Ewangelii wyczytać (skądinąd trzeba zauważyć piękno muzyki z rock-opery „Jesus Christ Superstar” A. L. Webbera).

Kwalifikacje rocka

Nowe Ogólne wprowadzenie do Mszału Rzymskiego ma zaledwie nieco ponad pięć lat i gdyby autorzy dostrzegli „uświęcającą moc rocka”, z pewnością zostałby włączony do Eucharystii obok chorału, polifonii i pieśni liturgicznej. Również kard. Joseph Ratzinger podjął temat: liturgia a muzyka kościelna. W przetłumaczonej na język polski książce „Nowa pieśń dla Pana” (Znak, 2005) naświetla temat z teologicznego punktu widzenia. Pozwolę sobie zacytować odnośny fragment: „W niejednej formie religii muzyka służy odurzeniu, ekstazie. Wyzwolenie człowieka z wszelkich ograniczeń, ku któremu zmierza właściwy człowiekowi głód nieskończoności, ma być osiągnięte poprzez święty obłęd, poprzez szaleństwo rytmu i instrumentów. Taka muzyka obala bariery indywidualności i osobowości; człowiek uwalnia się w niej od brzemienia świadomości. Muzyka staje się ekstazą, wyzwoleniem od własnego «ja», zjednoczeniem z wszechświatem. Zeświecczony nawrót tego typu przeżywamy dzisiaj w muzyce rockowej i pop, której festiwale są idącym w tym samym kierunku antykultem - żądzą niszczenia, zniesieniem barier codzienności i iluzją wyzwolenia od własnego «ja» w dzikiej ekstazie hałasu i masy. (…) Muzyka w dzisiejszej postaci, jakiej o jedno pokolenie wcześniej nie mogliśmy nawet przeczuwać, stała się zdecydowanym wyrazem pewnej antyreligii i tym samym widownią rozdzielenia duchów. Ponieważ muzyka rockowa szuka wybawienia na drodze wyzwolenia od osobowości i związanej z nią odpowiedzialności, łączy się bardzo ściśle z ideami anarchicznej wolności (…); właśnie dlatego jest ona z gruntu sprzeczna z chrześcijańską wizją zbawienia i wolności, stanowi jej przeciwieństwo. Zatem nie z przyczyn estetycznych, nie z racji konserwatywnego uporu czy historycznej inercji, lecz z samej zasady muzyka tego typu powinna zostać z Kościoła wykluczona” (s. 193-194).
Przytoczę jeszcze opinię amerykańskiego muzyka rockowego Dan Lucariniego, który po nawróceniu na chrześcijaństwo lansował muzykę „nowej generacji” w kościołach ewangelickich. Autor uważa, że wykorzystanie tego rodzaju muzyki (light rock, pop-rock, classic rock, rap, jazz, blues, hip-hop, punk, ska, współczesne country i western) stanowi wyłącznie „dzieło rąk ludzkich”. Muzyka rozrywkowa jest blisko związana z idolami tego świata - seksem i wizerunkiem, pobudza grzeszną naturę, prowokuje do życia według ciała, a nie przynosi owoców Ducha. Podobnie inspirowana jej duchem muzyka kościelna. Kampanie wprowadzenia do Kościoła stylów muzyki rozrywkowej realizowane są przez muzyków-nowatorów, zazwyczaj nieposiadających formacji „klasycznej”. Prawdziwym, ukrytym motywem modernizacji nabożeństw nie jest przyciągnięcie wiernych, a pragnienie słuchania i grania takiej muzyki, jaka się nam podoba. Tak pojęta estetyka współczesnej oprawy muzycznej zakłada, że muzyka jest moralnie neutralna, że „Bóg przyjmuje wszystkie style”, a spojrzenie odmienne jest legalizmem. Kościół zostaje ukierunkowany na zaspokojenie potrzeb „szukających Boga”, którzy jakoby oczekują uniwersalnego stylu muzycznego pop/rock, znanego im z radia w samochodzie. W efekcie Bóg jest wysławiany muzyką niskiej próby, wulgarną. Analogicznie ruch ten przyciąga do kościoła ludzi, którzy chcieliby obecności Bożej w swoim życiu, ale nie chcieliby się sami zmienić, w myśl hasła „Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem”, co jest obłudą. Szacunek i uznanie dla muzyków, jak „w świecie” dla gwiazd rocka, pochlebia ich pysze, co trudno im dostrzec, jako że chodzi o uznanie „chrześcijańskie”. Sami muzycy narażeni są na te same pokusy, co w świecie: wyniesienie ego, eksponowanie czynnika seksualnego. Kult przestaje być teocentryczny. Uwaga podczas nabożeństwa przesuwa się na nas samych. W efekcie pozbawiamy pojęcie kultu jego znaczenia biblijnego. Motywem przejścia na nowy styl bywa odczuwany „brak życia” w nabożeństwach, wrażenie, że ludzie śpiewają z przyzwyczajenia, a nie z miłości do Pana. Nie tak. Bliska relacja z Panem oznacza codzienne przebywanie w Nim. Nie zastąpi tego udział w efektownym, nastrojowym nabożeństwie niedzielnym, podobnym do przedstawienia czy jam session, w miłej atmosferze. Byłaby to zabawa w chrześcijaństwo (Dan Lucarini, „Why I Left The Contemporary Christian Music Movement. Confessions of a former worship music leader”, Evangelical Press, Darlington 2002, s. 40-43). W powyższym kontekście nasuwają się pytania: czy chrześcijanin w ogóle powinien być zorientowany na ten rodzaj muzyki? Czy można mówić o „chrześcijańskim rocku”?

Reklama

„Snucia motywicznego” ciąg dalszy

Zagadnienie inkulturacji, na które Autor się powołuje, jest odrębnym zagadnieniem i pozostaje poza wszelką dyskusją. Kościół zawsze szanował dorobek kulturowy każdego narodu, ale też dla każdego wydaje stosowne przepisy, które mają chronić Eucharystię przed profanacją.
Także wykorzystanie przez Autora jako celebransa śpiewów właściwych wyłącznie dla Neokatechumenatu jest nadużyciem, gdyż śpiewy oraz instrumenty funkcjonujące w liturgii neokatechumenalnej nie zostały zatwierdzone dla całego Kościoła.
Doceniam muzykalność, religijną motywację oraz trud włożony w przygotowanie rockowej oprawy Mszy św. przez młodzież, której duchowym przewodnikiem jest ksiądz proboszcz. Może warto było skonsultować planowane przedsięwzięcie i to niekoniecznie z telewizją, a chociażby z organistą, który ma przygotowanie liturgiczne. Kiedy już fakt zaistniał w przestrzeni telewizyjnej i internetowej, braterskie upomnienie, o którym Autor wspomina, prowadziłoby jedynie do wymiany zdań, zaś w mentalności odbiorców, jak i wykonawców pozostawiłoby poczucie wspaniale wypełnionej misji wprowadzania Mszy św. na „nowe tory”, do czego ani Ksiądz, ani ja nie mamy najmniejszego prawa. Pragnę zauważyć, iż nawet bp Józef Zawitkowski, który napisał tekst na beatyfikację Jana Pawła II (melodię ułożył ks. Wiesław Kądziela), zwraca się pokornie do arcybiskupa, aby przekazał tę pieśń wspólnotom, „…ale jeśli Ekscelencja i Władze Muzyczne Diecezji uznają to za przydatne” (notabene, synkopowana melodia w refrenie osłabia jej wartość jako pieśni liturgicznej).
Pozostając na stopie koleżeńskiej, jako odpowiedzialny za muzykę w archidiecezji, nie mogłem przemilczeć tego, co zaistniało w przestrzeni publicznej, a co pozostaje w sprzeczności z przepisami prawodawstwa muzyczno-liturgicznego. Jeżeli zastosowałem zbyt dosadny język, to tylko w celu zwrócenia uwagi szerszego grona Czytelników na problem muzyki w liturgii wielu kościołów archidiecezji. Rozmowa z klerykami Arcybiskupiego Wyższego Seminarium Duchownego w Szczecinie nie pozostawia złudzeń. Alumni ze względu na częste wyjazdy do parafii dogłębnie znają istniejącą praktykę w naszych kościołach. Cóż może im powiedzieć ks. Woźniak jako wykładowca muzyki czy ks. Krzystek jako liturgista? Co mogą dokumenty Kościoła? Co może zdziałać nawet wykształcony muzycznie i liturgicznie organista, kiedy ksiądz proboszcz w „swoim” kościele jest ostateczną władzą ustawodawczą i wykonawczą? Kiedy każe grać zespołowi przyjeżdżającemu do kościoła, „aż mury będą drżeć”, to cóż kleryk może zrobić? - nadzieja w edukacji i formacji liturgicznej samego księdza proboszcza (często wystarczyłoby odrobinę pokory wobec celebrowanych tajemnic zbawczych).
Autor był łaskaw zauważyć pracę z gitarą wielu kapłanów, zakonnic i katechetów, którzy propagują piosenki wśród dzieci i młodzieży. Doceniam trud, niemniej, nie akceptuję piosenek w Eucharystii, które odcinają dzieci i młodzież od wielowiekowych, a także nowych pieśni funkcjonujących i tworzonych dla liturgii. Zastanawiam się, czy dzieci nie dorastają do liturgii, czy dorośli mają coś do nadrobienia? Odcięcie od Tradycji jest podcinaniem korzeni, a w konsekwencji alienowaniem młodego pokolenia z Kościoła. Przykładem są ostatnie rekolekcje dla młodzieży. Na pytanie, co moglibyśmy zaśpiewać na Mszy św., najpierw nastąpiło długie milczenie, później - gdy zacząłem wymieniać tytuły pieśni - kręcenie głowami, a w końcu ktoś nieśmiało podpowiedział: „Barka”, a ktoś inny: „Chrześcijanin tańczy”. Obok w kościele siostry zakonne prowadziły rekolekcje dla dzieci. Przechodząc, usłyszałem: „podniosę flagę wysoko, wysoko”. Dlaczego nie można nauczyć w tym samym czasie: „Krzyżu Chrystusa”, „Serce me do Ciebie wznoszę”, „Pokładam w Panu ufność mą”…
Przepraszam wszystkich najuprzejmiej, ale proszę sobie odpowiedzieć, czy ucząc dzieci przed pierwszą Komunią św. byle jakich piosenek, kiedy ich zdolności percepcyjne są największe, pomagamy im wejść w ducha liturgii, czy chcemy ich zabawić, żeby było głośno i wesoło? Jeżeli w dzieciństwie nie nauczą się wartościowych śpiewów, jeżeli dorośli nie pomogą im wejść w ducha Eucharystii, to później bardzo trudno będzie im odnaleźć się we wspólnocie Kościoła.
Mając muzykalną i chętną do śpiewania młodzież, czy tak trudno ukazać im życie Kościoła jako wielkiej Rodziny dziedziczącej Tradycję? Czy tak wspaniałe dziewczyny, o których napisał ksiądz proboszcz, nie mogą nauczyć siebie i innych, wartościowych - zatwierdzonych dla liturgii - śpiewów?
Giuseppe Verdi zwykł był powtarzać: „Torniamo all’antico e sará progresso” (Powróćmy do historii, a stanie się postęp). Parafrazując te słowa w odniesieniu do bogatego dziedzictwa śpiewów, możemy powiedzieć: Nie gubmy Tradycji, a ocalimy tożsamość Kościoła. A co do uśmiercania nadziei, odsyłam do samego środka Pisma Świętego (Ps 118,8).

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Abp Marek Jędraszewski: Krzyż nie może być poniewierany

2020-08-12 08:39

[ TEMATY ]

homilia

abp Marek Jędraszewski

Biuro Prasowe Jasnej Góry

Uczestnicy 40. Jubileuszowej Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej zgromadzili się na wieczornej Mszy św. na jasnogórskim Szczycie pod przewodnictwem abpa Marka Jędraszewskiego, metropolity krakowskiego.

Wspólnie modlili się przewodnicy grup, kapłani, siostry zakonne, bracia zakonni, klerycy, członkowie wszystkich służb odpowiedzialnych za przebieg pielgrzymki. Mszę św., która rozpoczęła się o godz. 19.00, koncelebrowali: abp Stanisław Nowak, arcybiskup senior z Częstochowy, który pochodzi z arch. krakowskiej i mimo podeszłego wieku, co roku uczestniczy w tej Mszy św.; bp Jan Zając, biskup pomocniczy arch. krakowskiej oraz ks. Jan Przybocki, koordynator 40. Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej.

Słowa powitania skierował do pielgrzymów o. Samuel Pacholski, przeor Jasnej Góry. „Jestem głęboko wdzięczny za to, że po raz 40. przybywacie na Jasną Górę, że przybywacie tutaj od samego początku dziękując za św. Jana Pawła II – pierwsza pielgrzymka wyruszyła jako dziękczynienie za uratowanie Jego życia po zamachu w maju 1981 roku, i jesteście temu pielgrzymowaniu wierni. Gratuluję Wam i bardzo się cieszę, że w tak trudnym roku, tak trudnym dla pielgrzymek, zwłaszcza pieszych, jesteście tutaj. Brawo dla was! - mówił o. przeor - Wykazaliście się niezwykłą roztropnością i odpowiedzialnością, że przy tych rygorach sanitarnych potrafiliście zorganizować się w ten sposób, że jak dotychczas, jako najliczniejsza pielgrzymka, jesteście na Jasnej Górze. Jestem Wam głęboko za to wdzięczny, za Waszą determinację, miłość i świadectwo wiary”.

W homilii abp Marek Jędraszewski mówił: „Krzyż nie może być poniewierany, bo nie może być poniewierana miłość Boga do człowieka. Chrześcijanin, który nie chce być Bożym dzieckiem, który przyjmuje mentalność tego świata i obojętnieje na najświętsze wartości, zamyka przed sobą przyszłość”.

Abp Jędraszewski: chrześcijanin nie może być obojętny na najświętsze wartości ani ich profanowanie

W homilii abp Marek Jędraszewski mówił o czterech wymiarach miłości chrześcijanina: do Boga, człowieka, Ojczyzny i Kościoła.

- Nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym apelował w homilii za św. Janem Pawłem II metropolita krakowski. Przypomniał papieskie nauczanie o wartości znaku krzyża.

Odnosząc się do ostatniej profanacji pomnika Chrystusa Zbawiciela dźwigającego krzyż na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, podkreślił, że chrześcijanina musi boleć, że krzyż jest tak bardzo znieważany.

- Krzyż nie może być poniewierany, bo nie może być poniewierana miłość Boga do człowieka. Chrześcijanin, który nie chce być Bożym dzieckiem i który przyjmuje mentalność tego świata, obojętnieje na najświętsze wartości, zamyka przed sobą przyszłość – tłumaczył kaznodzieja.

– To nas musi boleć, bo jeżeli nie będzie, to znaczy, że zatraciliśmy w sobie jakąś najbardziej podstawową wrażliwość ludzką, że w nas coś zostało stłumione, przyjęło najbardziej przerażającą postać obojętności, która przyjmuje jakże piękne imię tolerancji – mówił abp Jędraszewski i diagnozował, że za tym kryje się uległość ducha oraz paraliżujące uczucie niemożności.

Hierarcha zwrócił uwagę, że kochać Boga, to także kochać siebie stworzonego na Boży obraz i Boże podobieństwo, „odkrywać w sobie tę szczególną godność, jaką w nas umieścił sam Pan, wywyższając nas ponad wszystkie inne istoty tego świata, kochać siebie jako kobietę, jako mężczyznę, bo takich nas stworzył Bóg”. W godności osoby ludzkiej wymiar płciowości jest niezwykle ważny, a tego nie można dowolnie zmieniać ani ośmieszać – zaakcentował. – Ten wielki dar bycia kobietą czy bycia mężczyzną trzeba kochać w sobie, co przekłada się na miłość do dzieci, będących owocem miłości ich rodziców – wyjaśniał abp Jędraszewski.

Zwrócił uwagę, że piękna i odpowiedzialna miłość do dzieci wyraża się także w trosce o ich dzieciństwo, rozwój i ochronę, „przed tymi ideologiami, które chcą pozbawić niewinności i to już w wieku przedszkolnym, które pragną je znieprawiać”. - To jest nasza troska o to, jaki będzie naród polski w kolejnych pokoleniach – podkreślił metropolita krakowski.

Abp Jędraszewski przypomniał także o trzecim wymiarze chrześcijańskiej miłości, którą jest umiłowanie Ojczyzny, nawet wtedy, kiedy ta miłość staje się trudna i bolesna. Duchowny, przywołując wydarzenia sprzed stu lat, czyli zwycięstwo w wojnie polsko-bolszewickiej, przypomniał, że „ cud, który się dokonał, dzięki Bożej interwencji za przyczyną Matki Najświętszej, to cud, za którym stała ofiarna miłość prostych, nieznanych nam w większości ludzi, ale naszych bohaterów”. – Tak było w 1939, tak było podczas Powstania Warszawskiego, przez dziesięciolecia zmagań o polską duszę, o naszą prawdę historyczną w trudnych czasach PRL-u. Tak jest także i dzisiaj, kiedy przychodzą trudne chwile, ale w tych naprawdę trudnych chwilach Polska staje się najważniejsza – tłumaczył. Ponadto zwrócił uwagę, że tożsamość Ojczyzny ocala się przez pamięć.

Metropolita krakowski stawia chrześcijanom za zadanie we współczesnym świecie przede wszystkim starania, by ocalić tożsamość chrześcijańską, „nie dać się złamać przez żadne ideologie, które chciałyby wyrwać Boga z naszych serc w imię tolerancji i samorealizacji, tworzyć zupełnie nowy świat”. Dobrego świata nie da się urządzić bez Boga, co pokazuje historia ludzkości, świat bez Boga staje się światem przemocy i rozpaczy – przekonywał.

Wskazując na chrześcijańską miłość do Chrystusowego Kościoła, zwrócił uwagę na potrzebę gotowości do podjęcia nawet heroicznej ofiary, co potwierdza chociażby nasz kult świętych męczenników a także na naszą odpowiedzialność za powołania.

W tym roku z wawelskiego wzgórza, na 6-dniowy pielgrzymi szlak liczący około 150 km wyruszyło ok. 1350 pątników. Szli w dziewięciu niezależnych prawnie kompaniach, z odrębnymi trasami i noclegami. Pielgrzymi z okolic Suchej Beskidzkiej i Bochni pokonali w ciągu 8 dni około 220 km. W pielgrzymce opiekę duchową sprawowało 27. kapłanów diecezjalnych i zakonnych.

Według szacunków, w ciągu 40. lat w pielgrzymce krakowskiej przyszło na Jasną Górę ok. 400 tys. osób.

Pielgrzymi z Krakowa wyruszyli po tzw. białym marszu w 1981r., dziękując za ocalenie życia Jana Pawła II po zamachu i prosząc za Ojczyznę. Dziś wciąż modlą się za Polskę i papieża.

CZYTAJ DALEJ

Historia i znaczenie dogmatu o wniebowzięciu NMP

2020-08-13 10:58

[ TEMATY ]

Wniebowzięcie NMP

ARKADIUSZ BEDNARCZYK

Zaledwie pięć lat po zakończeniu II wojny światowej, 1 listopada 1950 roku, kiedy świat doświadczył totalnego zła, kiedy szał śmierci i okrucieństwa siał zwątpienie w człowieka i krzyczał o nieobecności Boga, papież Pius XII ogłasza ex cathedra dogmat Maryjny. W nieomylną definicję dogmatyczną ubiera prawdę wyznawaną i czczoną w liturgii od starożytności. Co to znaczy, że Maryja jest wniebowzięta? Jakie są podstawy tej doktryny?

W Kościele nikt jej nie podważał, była obecna w różańcowych tajemnicach, w rozwijającym się prężnie kulcie Niepokalanego Serca Maryi. Ta doktryna nie stanowiła nawet problemu w dialogu z prawosławnymi. Co dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny miał dać człowiekowi dotkniętemu traumami XX wieku? Co znaczy dla nas dziś?

Prośby o ogłoszenie tego dogmatu spływały do Watykanu już od dawna. Posyłali je rządzący państwami (np. królowa Hiszpanii), 72 kardynałów, 27 patriarchów, ponad 17 tys. kapłanów, prawie 11 tys. zakonników, przeszło 50 tys. zakonnic i 80 tys. świeckich wiernych. Na pierwszym Soborze Watykańskim prawie 200 ojców soborowych domagało się dogmatu, sprawą się nie zajęto podobno tylko ze względu na konieczność przerwania obrad. Pius XII zorganizował tzw. sobór korespondencyjny – w maju 1946 roku rozesłał do biskupów na całym świecie pytanie o to, co myślą o zdefiniowaniu jako dogmat doktryny o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny oraz czy z całym duchowieństwem tego sobie życzą. Do papieża wróciło 98,2% pozytywnych odpowiedzi, a tylko 6 biskupów wyraziło swoje doktrynalne wątpliwości.

Skoro wiara we Wniebowzięcie Niepokalanej była w Kościele tak oczywista i żywa, po co dogmat?

W konstytucji apostolskiej „Munificentissimus Deus” Pius XII, ogłaszając dogmatyczną definicję, tłumaczy po prostu, że jest to akt ku większej chwale Boga Ojca, wyraz czci Jego Syna, a został ustanowiony: „dla pomnożenia blasku jego świętej Matki”. Kard. Józef Ratzinger wskazywał, że mamy tu do czynienia z „najwyższym stopniem kanonizacji, kiedy to określenie «święty» rozumie się w najściślejszym znaczeniu, mianowicie: ten, kto w sposób pełny i niepodzielny jest uczestnikiem eschatologicznego spełnienia” („Córa Syjonu”, Warszawa 1997, s. 60).

Z ciała Maryi powstało ciało Chrystusa. Skoro On swoją śmiercią zwyciężył śmierć, naturalne wydaje się natychmiastowe uczestnictwo w Jego zmartwychwstaniu Tej, dzięki której zbawcze życie Jezusa było możliwe. Wniebowzięcie jest konsekwencją ścisłego uczestnictwa i współdziałania Maryi w dziele odkupienia. Maryja, nieustannie współpracując z łaską, w pełni wypełniając Bożą wolę, łączy się ściśle z samą ofiarą Syna, stąd Jej udział w zmartwychwstaniu i wywyższeniu jest naturalną konsekwencją całego Jej życia.

Spójrzmy jeszcze na Pawłowe i patrystyczne zestawienie: Chrystus – nowy Adam, Maryja – nowa Ewa. Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i niewiastę. Grzech na rodzaj ludzki i świat sprowadziło wspólne działanie mężczyzny i niewiasty. Odkupienie przyniosło również wspólne i pełne zaangażowanie Mężczyzny i Niewiasty. Konsekwentnie można zapytać o płeć Jezusa i Maryi w chwale nieba. Tak, płeć nie rozpłynęła się.

Papież Jan Paweł II podczas jednej z katechez w cyklu „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich” nauczał:

„Będzie to jednak ten sam człowiek, tak jak wyszedł z rąk swego Stwórcy i Ojca. Chrystus mówi: «nie będą się żenić, ani za mąż wychodzić», ale nie mówi, że ten człowiek «świata przyszłego» nie będzie już mężczyzną i kobietą, tak jak stał się nim «od początku»”. W niebie już jest odkupione i przebóstwione człowieczeństwo.

Archanioł Gabriel nadał Maryi imię kecharitomene – Pełna Łaski. To stan, do którego jesteśmy przeznaczeni. Imię Maryi jest imieniem Kościoła, Ona całą sobą wskazuje na jego cel. Maryja jest ikoną Kościoła. Parafrazując autora Listu do Hebrajczyków można powiedzieć, że Bogurodzica jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem rzeczywistości, których nie widzimy (Hbr 11,1). Maryja stanowi dla nas dowód zrealizowania dzieła odkupienia, w którym możemy mieć udział.

Watro zauważyć, że omawiana doktryna jest teocentryczna, na co wskazuje sama nazwa „wniebowzięcie”, podczas gdy Chrystus wstąpił do nieba własną mocą – właśnie Boska moc, która przez niepokalane poczęcie przygotowała Maryję do zrodzenia Syna Bożego, wzięła jej pełne człowieczeństwo (ciało i duszę) do nieba.

Wróćmy jednak do pytania o to, co dla nas znaczy dogmat o wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. W czasie, gdy podważa się godność człowieka, gdy świat ogarnia cywilizacja śmierci, gdy neguje się Boga i Jego prawo, Kościół wskazuje na Maryję jako tę, w której Boży zamysł stworzenia i historia zbawienia już dokonały się idealnie. Patrząc na Maryję uczymy się autentycznego człowieczeństwa, zdrowej relacji do siebie, bliźnich, świata i Stwórcy. Zwracając się do Maryi i naśladując Ją, naturalnie zbliżamy się do Jej Syna, upodabniając się do Niego. Żyjąc w świecie dotkniętym grzechem i sami odczuwając to zranienie, możemy kontemplować fakt zbawienia w Całej Pięknej, nietkniętej zmazą grzechu osobie Maryi, wiedząc, że możemy mieć w tym zbawieniu udział.

A Matka Odkupiciela, którą On sam nam dał za Matkę, będzie naszą najlepszą przewodniczką do osiągnięcia szczęścia, jakie w swojej chwale przygotował dla nas Bóg.

Dawid Gospodarek, redaktor polskiej edycji MAGNIFICAT (artykuł ukazał się w sierpniowym numerze 2017 r. pl.magnificat.net)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję