Reklama

Polska

Abp Głódź: troska o trzeźwość, to także forma głoszenia Ewangelii

[ TEMATY ]

trzeźwość

abp Głódź

alkohol

Bożena Sztajner

Wszystkie wspólnoty trzeźwościowe, kluby abstynenta, grupy samopomocowe - AA, Alanon, Alateen, DDA oraz osoby pracujące nad wyjściem z uzależnienia i współuzależnienia, wzięły udział w spotkaniu opłatkowym, które odbyło się 12 stycznia w katedrze oliwskiej.

- Problemy alkoholowe nie powstają same. Są wynikiem naszych postaw, decyzji, wyborów. Im więcej będzie osób chroniących trzeźwość, tym mniej będzie w Polsce tragedii, łez i nieodwracalnych dramatów - mówił ks. Bogusław Głodowski, archidiecezjalny duszpasterz trzeźwości i osób uzależnionych.

Uroczystość rozpoczęła się Mszą św., której przewodniczył abp Sławoj Leszek Głódź. - Troska o trzeźwość to także jedna z form głoszenia Ewangelii w duchu radości, do której zachęca papież Franciszek - mówił metropolita gdański. Abp Głódź podkreślił, że walce z alkoholizmem i trwaniu w trzeźwości zawsze powinna towarzyszyć modlitwa. - Siły ludzkie są ułomne, słabe. Stąd też bycie we wspólnocie dodaje sił i mocy, a pozostawanie pod kierownictwem duchowym jest ogromnym wsparciem. Rekolekcje, czytanie Pisma Świętego, spotkania formacyjne, udział w pielgrzymkach - to wszystko służy doskonaleniu ciała i duszy człowieka, często pomniejszonych przez uzależnienia.

Reklama

Po Eucharystii zebrani w świątyni udali się do Auli Jana Pawła II, gdzie podzielili się opłatkiem i radością przy wspólnym śpiewie kolęd i składaniu życzeń.

2014-01-13 11:53

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Przewodniczący Zespołu KEP: reklama alkoholu jest szkołą rozpijania narodu

[ TEMATY ]

alkohol

Bożena Sztajner/Niedziela

Reklama alkoholu jest szkołą rozpijania narodu i zbrodnią na przyszłości ojczyzny – podkreślił w rozmowie z KAI bp Tadeusz Bronakowski. Przewodniczący Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości i Osób Uzależnionych z uznaniem przyjął fakt, że – jak wynika z raportu Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS) 60 proc. Polaków jest przeciwna takiej reklamie.

Z ogłoszonego wczoraj raportu CBOS wynika, że ponad połowa ankietowanych chciałaby całkowitego zakazu sprzedaży tzw. małpek a prawie 60 proc. jest za całkowitym zakazem reklamy alkoholu, w tym także piwa. Większość Polaków nie chciałaby ani zwiększenia, ani zmniejszenia liczby całodobowych punktów sprzedaży alkoholu.

„Z całą odpowiedzialnością można powiedzieć, że reklama alkoholu jest szkołą rozpijania narodu. To ona w dużej mierze ‘wychowuje’ ucząc pijackich postaw i przekonań – powiedział bp Bronakowski. – Nie bójmy się tego nazywać zbrodnią na polskich dzieciach i młodzieży ale też na osobach dorosłych, a więc na przyszłości naszej ojczyzny” – dodał.

Zdaniem biskupa jeśli Polska chce „odzyskać trzeźwość”, Polacy nie mogą być poddawani wpływowi reklam, które są kłamliwe i sieją zniszczenie zwłaszcza w umysłach oraz sercach dzieci i młodzieży. „Przecież tu chodzi o tak ważną sprawę, jak przyszłość naszej ojczyzny. Nie będzie ona pomyślna, jeśli kolejne pokolenia wzrastać będą z puszkami piwa w ręku. Nie będą to młodzi ludzie uśmiechnięci, towarzyscy, szczęśliwi, odnoszący sukcesy tak, jak to przedstawiają kolorowe reklamy, lecz ludzie nieszczęśliwi a także przestępcy, bo temu sprzyja alkohol pity przez nieletnich” – podkreślił duchowny.

Przewodniczący Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości i Osób Uzależnionych zwrócił uwagę, że w latach 90., kiedy alkohol nie był reklamowany, przeciętny Polak spożywał 18 litrów piwa, dzisiaj – 100. Przypomniał też, że w ciągu roku w mediach emituje się 2,5 tys. godzin reklam alkoholu, co – jak stwierdził - jest skandalem. Taka reklama pogłębiła bowiem mentalność proalkoholową, traktującą alkohol jak bożka.

„Te badania są dobrą podpowiedzią dla rządzących - pokazują, że trzeba bardzo szybko doprowadzić do wyeliminowania reklam alkoholu, skoro opowiada się za tym aż 60 proc. Polaków” – powiedział KAI bp Bronakowski. Jego zdaniem optymizm budzi fakt, że Polacy są za likwidacją sprzedaży alkoholu w małych buteleczkach zwanych małpkami oraz to, że zdecydowanie chcą bronić dzieci i młodzież, opowiadając się przeciwko sprzedaży im alkoholu.

Jednak, jak zaznaczył, raport CBOS przynosi też dane niepokojące, na przykład to, że Polacy nie bardzo chcieliby likwidacji dotychczasowych miejsc sprzedaży alkoholu, w tym sklepów całodobowych z takimi napojami.

Komentując wyniki badań bp Bronakowski przypomniał też, że w 2017 odbył się z inicjatywy Zespołu KEP Narodowy Kongres Trzeźwości. Jego efektem było przyjęcie w roku następnym Narodowego Programu Trzeźwości. Wskazuje on, że warunkiem jego skutecznego realizowania jest współdziałanie rodziny, Kościoła, samorządu i państwa.

Opracowanie przynosi szereg konkretnych propozycji dotyczących profilaktyki i walki z alkoholizmem. Zwraca uwagę m.in. na konieczność powszechnej edukacji dotyczącej skutków nadużywania alkoholu oraz wprowadzenia zmian legislacyjnych na rzecz ograniczenia dostępności napojów alkoholowych i ich reklamy.

„Badania pokazują, że coś się zmienia w naszej ojczyźnie – stwierdził bp Bronakowski. - Potrzeba nam – jak pisaliśmy w Narodowym Programie Trzeźwości - ogromnej koalicji czterech instytucji: rodziny, Kościoła, samorządu i państwa. Wierzę, że razem podejmując problem nadużywania alkoholu w naszym kraju, poradzimy sobie, bo rodzina będzie chronić Polaków miłością, Kościół – prowadzeniem ludzi do Boga i wskazywaniem sensu życia a rząd i samorząd - stworzeniem dobrego prawa i skutecznym jego egzekwowaniem” – zakończył duchowny.

CZYTAJ DALEJ

Dziecko Auschwitz

Niedziela kielecka 21/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

Auschwitz

TD

Janusz Rudnicki. Dzisiaj na stałe mieszka w Sędziszowie

Nie miał dziesięciu lat, gdy z ogarniętej wojną Warszawy trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz, potem do Mauthausen. Rozdzielony z rodzicami, więcej już ich nie ujrzał

W idealnie wysprzątanym mieszkanku w Sędziszowie, gdzie Janusz Rudnicki, dzisiaj 85-letni, mieszka po śmierci żony, znalazło pomieszczenie niewielkie mauzoleum: proporzec, fotografie, urna z ziemią z obozu koncentracyjnego, z prochem z ciał jego rodziców, który wmieszał się w prochy niezliczonych ofiar. – To ziemia z Auschwitz. Niedługo będziemy razem – mówi pan Janusz, patrząc na zdjęcie żony, na garstkę ziemi w urnie.

Chłopak z Leszna

Z warszawskich wojennych wspomnień sporo w jego pamięci przetrwało: walki powstańcze, przesiedlanie Żydów do getta, stawianie muru wokół „dzielnicy żydowskiej”, przemycanie jedzenia dla żydowskich kolegów, roznoszenie ulotek przed wybuchem powstania, ukrywanie się po całych dniach w piwnicach, łapanki, gdy Niemcy kazali im, dzieciom, patrzeć na schwytanych, patrzeć i pamiętać. – Wybuch wojny też pamiętam, jak cztery bomby spadały na zabudowania na Lesznie, gdzie mieszkaliśmy, tylko oficyna została – wspomina. Janusz Rudnicki urodził się 17 listopada 1934 r., ojciec Paweł (1906) był dozorcą przy ul. Leszno 113. – Któregoś dnia ojciec i wujek przywieźli skądś dwie beczki benzyny, do pracy stanęła cała rodzina. Ojciec i wujek nalewali benzynę do półlitrowych flaszek, a ja drutem w korkach robiłem otwory, natomiast siostry przez te otwory przeciągały knoty i korkowały te butelki. Tak powstawały prymitywne, ale groźne dla Niemców pociski, które Polacy zrzucali z dachów na transporty niemieckie – przywołuje jeden z obrazków wojennych p. Janusz.

6 sierpnia 1944 r. Niemcy wyprowadzili ich z piwnic, dali 20 minut na zabranie podstawowych rzeczy. Zapakowali w wagony bydlęce, przewieźli do Pruszkowa („w takie, wie pani, krowiaki, z zakratowanymi okienkami, dwie doby byliśmy bez jedzenia i picia, potrzeby fizjologiczne załatwiało się pod siebie”), potem znowu bydlęcym składem – przez Częstochowę, do Oświęcimia.

Auschwitz Birkenau

Jest noc z 11 na 12 sierpnia 1944 r. Z łomotem otwierane drzwi wagonów, krzyki, szczekanie psów, dymy, jakiś przerażający odór, swąd… (nie wiedzieli jeszcze, że to palone ludzkie zwłoki). Ustawili ich rodzinami, kosztowności – do „depozytu”, bagaże – na rampę. Dzieci z matkami osobno, mężczyźni osobno, golenie na łyso, komenda: do łaźni! – To było przerażające, ogień buchał, my wszyscy nago, z kobietami…, potem pasiaki, drewniaki i na łagier kobiecy, ale już po trzech dniach zabrali nas od matek, nigdy więcej nie widziałem ani taty, ani mamy... Miała na imię Stefania. Obydwoje zginęli w 1944 w obozie, dlatego mam stamtąd ziemię w urnie, ich prochy zmieszały się ze wszystkimi innym spalonymi w krematoriach – mówi.

Numer obozowy? – Od 1944 r. Niemcy nie tatuowali więźniów, zbyt wielkie przepełnienie było w obozach, nie nadążali… Numer ma tylko zapisany w dokumentacji, i w pamięci, już na zawsze: 192687.

Najgorsze wszy i apele

Po rozłące z matkami przepędzili ich truchtem, ok. 200 chłopców, na męski łagier, za każdy krzyk, jęk, było bicie. Łagier A, 16 baraków i pierwsze „lekcje” do odrobienia – nauka obozowej dyscypliny: padnij, powstań, czapki z głów, czołgać się, skakanie żabką. Za kilka tygodni – łagier B, 32 baraki, wokół wszędzie druty kolczaste.

Mycie poranne? Jakie tam mycie, koryta k. latryn, cieknąca z rurki cuchnąca woda. Między godz. 6 a 22 do baraku nie można było wejść, ani w latrynie też nie można było chwilki posiedzieć. – Najlepiej jeszcze było wyjść do roboty, w pole do pielenia, znalazło się kawałek liścia czy marchewki, po kryjomu zjadło. Głód to coś nieludzkiego, ssie się palce... Dostawaliśmy kawę, ale czy to kawa była? Jakieś pomyje, nie widomo z czego. W obozie trawa była wyjedzona do gołej ziemi… Apel wieczorny był postrachem, a najgorzej jak nie zgadzał się stan ludzi, nawet trupy zbierało się z pola, żeby liczba była taka, jak przy wyjściu. No i wszy. Po całych nocach się nie spało, biliśmy te wszy na sobie, chodziło się z tym na skórze. W nocy szczury nic a nic się nie bały, śmigały po nas, trzeba się było oganiać. Zwłoki to bez przerwy obgryzały – tak obozowy horror zapamiętał Rudnicki, tak pamiętają obóz inni ówcześni chłopcy. Janusz Rudnicki nie zapomni nigdy, jak jego kolega spłonął razem z matką, gdy dotknęli się przez druty kolczaste, jak topiono cygańskie dzieci w basenie, jak bił „czarny diabeł” (esesman), jak więźniarki wleczono na „eksperymenty medyczne”.

W nocy upchnięci na pryczach, gryzieni przez wszy i szczury, nie mogli utrzymać moczu („sikaliśmy we śnie, to wszystko leciało na tych, co spali na dole”), ale żaden poranek nie przynosił zmiany na lepsze.

Blokowy i straszne zimy

Zimy w czasie II wojny światowej były bardzo surowe, śnieżne, mroźne („nie to, co dzisiaj”), do obozu wciąż przychodziły transporty Żydów, Cyganów; od razu oni, mali więźniowie wiedzieli, czy to transport do gazu, czy do obozu, nieomylnie rozpoznawali symptomy – Niemcy w maskach i kaskach, huk zatrzaskiwanych hermetycznych drzwi. Zimą 44/45 roku Niemcy ustawili choinkę w bloku na Boże Narodzenie, kazali im śpiewać kolędy, bo Niemcy bardzo lubili śpiew...

Stoją w szeregu, ciemny poranek, może minus 25 stopni, zjedli po kromce czarnego gliniastego „chleba”, na obiad będzie zupa, ale nie wiadomo z czego, bo w lecie to przynajmniej z zielska, co rosło w rowach za obozem. Wpatrują się w blokowego.

Blokowy był dobry. Mówił, jak chronić ręce (długie płaszcze po zamordowanych) czy stopy (worki papierowe) – ale to dopiero tuż przed likwidacją obozu przynosił im z magazynów ubrania, to było już po przeniesieniu na łagier F, ostatni naprzeciw krematorium, w 1945 r. Te ubrania trochę ratowały, chłopcy mieli tyfus, biegunkę, notoryczne odwodnienie. Na dwa dni przed opuszczeniem obozu wstrząsnął nimi huk – Niemcy wysadzili krematoria. Myśleli, że to koniec świata.

Pod koniec stycznia, gdy chłopców przeniesiono na łagier C, Niemcy rozpalili wielkie ogniska; płoną obozowe dokumenty, a zaraz potem nocna pobudka, ustawienie piątkami, wokół esesmani z karabinami. Czyli koniec. A tu dostali po dwa bochenki chleba i po kostce margaryny, blokowy zapowiada, żeby trzymać się razem, nie ustawać, bo zastrzelą.

Mauthausen i wyzwolenie

Wychodzą z obozu w nocy, słychać artylerię, brną przez śniegi, wokół ani domu, ani żywego ducha, Niemcy jadą samochodami, rowerami, furmankami, kto ustaje – zabijają. Na jakiejś stacji kolejowej załadowali małych więźniów na węglarki, którymi „gdzieś” (do Austrii) dojechali, piechotą dotarli do obozu Mauthausen/Komando Melk. Nieduży obóz, kilka murowanych bloków, no ale o ile łatwiej, lepiej. To nic, że gorączka i biegunka, bo nie było już codziennego apelu, była tylko pobudka. Chłopcy mieli swoje zadanie: w gigantycznym silosie strugali ziemniaki, blaszkami, bo noży nie dostawali, a trzeba było cienko obierać no i nie poszło się spać, póki silos nie był pełen. Ale rano dostawali herbatę, kawałek chleba, na obiad ugotowane obierki z ziemniaków, i to już pozwalało nabierać sił.

Mróz i śnieg dokuczał, wtedy w lutym, w Mauthausen, ale stopniowo poprawiało się, Niemcy mniej prześladowali, krematorium nie kopciło. Dostał tam nowy numer obozowy: 118257.

W maju pojawiły się amerykańskie samoloty, widać było walki toczące się w mieście na dole. 5 maja do obozu wjechał amerykański czołg, Niemcy złożyli broń. – Orkiestra grała, była wielka radość między więźniami, pojawiały się różne flagi narodowe, bo była tam nas zbieranina, ale zaraz zaczęła się kolejna tragedia: przeżyliśmy obóz, ale zaczęliśmy umierać od jedzenia. Ci, co próbowali normalnie jeść umierali, żołądki w obozie pracują inaczej, dobre jedzenie zabija więźnia – mówi Janusz Rudnicki.

Blokowy im mówił: żadnego jedzenia. Dostali suchary, prawdziwe – słodkawe i suche, że tylko ustępowały pod młotkiem, ssali je jak cukierki, oswajali układ trawienny, to ich ratowało. – Ale nawet jak tu gryźć, tylko się mamlało, każdy miał szkorbut, zębów nie mieliśmy, nadal nie trzymało się moczu, pomimo amerykańskich witamin. Ale nic nie było tak dobre, jak te suchary – zamyśla się Rudnicki.

Droga do domu

Guma do żucia, od żołnierzy amerykańskich, to był cud, no ale połykali ją, bo skąd mieli wiedzieć, do czego służy? Mijał maj, czerwiec, więźniowie powoli stawali na nogi. Na początku lipca Janusz zgłosił się, że chce wracać do Polski. Mógł jechać na Zachód, albo do jakiegoś prewentorium, ale uparł się na tę Warszawę, marzył o domu, o swoich, o sąsiadach. Dostał ubranie, plecak z jedzeniem (jeszcze dzisiaj pamięta, w co był ubrany, wyruszając na poszukiwanie bliskich), wojskowe samochody przewiozły chętnych do wyjazdu na teren Czechosłowacji, a potem po wielu perypetiach znaleźli się – pięciu chłopców z obozu – w Katowicach w punkcie repatriacyjnym. Do Warszawy wędrował już sam, z biletem, który zarazem stanowił dokument tożsamości i prawo do noclegu czy nabycia jedzenia. Tydzień w obróconej w ruinę stolicy przygnębił małego ekswięźnia jeszcze bardziej, bo nie znalazł nic ani nikogo, co mogłoby go zatrzymać. – Na ul. Leszno 113 wpadłem do zburzonej kamienicy. Na środku naszej izby usypany był kopiec z cegieł i kamieni, spod których wystawały nogi małej dziewczynki. Uciekłem na dworzec – opowiada.

Wrócił więc do Katowic, gdzie zapamiętał kilka życzliwych osób. Gdzieś, o kogoś trzeba było przecież się wesprzeć.

Szczęście do ludzi

Swoich nie znalazł, ale to obcy przygarnęli go, jak kogoś bliskiego, drogiego. Z domu dziecka trafił do rodziny państwa Krzyżanowskich, którzy w Czechowicach-Dziedzicach prowadzili aptekę i mieli dwóch synów. Jego potraktowali jak trzeciego, ale Rudnicki nie zmienił nazwiska. Dobrze pamięta te lata, jak chorował na nerki, na pęcherz, jak leczyli go przybrani rodzice, pamięta okoliczności pierwszej komunii św. (1948 r.). W 1953 r. uzyskał maturę. Pracował kolejno w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach, w Krakowie przy hucie Lenina, w kopalni Sosnowiec, w kieleckim Społem, wreszcie – za pracą trafił do Sędziszowa, gdzie organizowano fabrykę kotłów.

Założył szczęśliwą rodzinę, ma trzy najlepsze córki, mieszka z nim ukochana wnuczka. Od 1999 r. wiedzie spokojne życie emeryta. Jest pogodnym człowiekiem, obdarzonym doskonałą pamięcią i darem narracji. Za ocalenie dziękował Bogu tysiące razy, specjalnie pielgrzymował do Matki Bożej Fatimskiej. Chciałby tylko, aby taka historia, jak jego, wtedy małego chłopca, była przestrogą przed wszelką agresją, dominacją, poczuciem wyższości, w imię których sankcjonuje się i dokonuje zbrodni na milionach.

CZYTAJ DALEJ

Oświadczenie świdnickiej kurii: ksiądz oskarżany o sprowokowanie bójki ma status pokrzywdzonego

2020-01-28 20:53

[ TEMATY ]

kapłan

kapłan

wikipedia.org

W nawiązaniu do informacji medialnych nt. bójki z udziałem ks. Andrzeja A. na terenie Sanktuarium Matki Bożej Przyczyny Naszej Radości „Maryja Śnieżna” na Górze Iglicznej świdnicka kuria podkreśla, że w związku z wydarzeniem toczy się postępowanie karne, w którym ksiądz ma statut pokrzywdzonego. W oświadczeniu przesłanym KAI kuria wyraża też ubolewanie, że w licznych relacjach medialnych dotyczących sprawy przedstawia się jej przebieg w sposób odmienny, niż został ustalony przez organy ścigania, usiłując przypisać winę księdzu kustoszowi.

Publikujemy oświadczenie Świdnickiej Kurii Biskupiej:

Oświadczenie Świdnickiej Kurii Biskupiej ws. toczącego się postępowania karnego wobec czynów dokonanych w sanktuarium na Górze Iglicznej.

Świdnicka Kuria Biskupia oświadcza, że przed Sądem Rejonowym w Kłodzku toczy się postępowanie karne w sprawie sygn. akt II K 521/19 przeciwko Bartoszowi H. o czyn z art. 157 § 2 k.k. Akt oskarżenia w tej sprawie wniosła Prokuratura Rejonowa w Bystrzycy Kłodzkiej.

Zarzucany oskarżonemu czyn obejmuje spowodowanie w dniu 25 grudnia 2016 r., po zakończonej Mszy Świętej, na terenie Sanktuarium Matki Bożej Przyczyny Naszej Radości „Maria Śnieżna” na Górze Iglicznej obrażeń ciała u księdza kustosza. Ksiądz ten ma w ww. sprawie status pokrzywdzonego i korzysta z uprawnień procesowych takich, jakie przepisy prawa przewidują dla wszystkich obywateli Rzeczpospolitej Polskiej.

Do Sądu Rejonowego w Kłodzku Prokuratura Rejonowa w Bystrzycy Kłodzkiej skierowała też akt oskarżenia obejmujący zarzut obrazy uczuć religijnych w trakcie wspomnianego zajścia z 25 grudnia 2016 r. Według informacji Kurii, przewód sądowy w tej sprawie nie został jeszcze otwarty.

Kuria Biskupia z ubolewaniem przyjmuje przy tym liczne relacje medialne dotyczące tych spraw, w których przedstawia się przebieg zajścia w sposób odmienny niż został ustalony przez organy ścigania, i w których winę za spowodowanie zajścia usiłuje się przypisać księdzu kustoszowi sanktuarium na Górze Iglicznej.

Kuria w Świdnicy liczy na to, że obie wyżej wskazane sprawy zostaną wyjaśnione przez Sąd i oświadcza, że nie będzie ich w żaden sposób komentowała.

Ks. dr Daniel Marcinkiewicz rzecznik prasowy Świdnickiej Kurii Biskupiej

---

Przypomnijmy, że bójka z udziałem ks. kustosza Andrzeja A. na terenie Sanktuarium Matki Bożej Przyczyny Naszej Radości „Maryja Śnieżna” na Górze Iglicznej miała miejsce po pasterce 2016 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję