Reklama

Sport

Justyna Kowalczyk nie ukończyła biegu na 30 km

[ TEMATY ]

Kowalczyk Justyna

oskarlin / Foter.com / CC BY-SA

Justyna Kowalczyk

Justyna Kowalczyk nie ukończyła biegu na 30 km stylem dowolnym, schodząc z trasy przed ukończeniem połowy dystansu. Przyznała, że tuż po starcie uderzyła się w kontuzjowaną stopę i zbyt wielki ból nie pozwolił kontynuować walki.

Nasza biegaczka wyjedzie z Soczi z jednym złotym medalem, który zdobyła w biegu na 10 km stylem klasycznym.

Reklama

Rywalizację biegaczek wygrała Maritt Bjoergen, która okazała się najlepsza spośród trzech Norweżek, które przez cały czas trwania biegu narzuciły mordercze wprost tempo. Srebro trafiło do Johaug, a brąz wywalczyła Steira.

2014-02-22 12:56

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kropelką soli...

Niedziela Ogólnopolska 8/2014, str. 51

[ TEMATY ]

sport

bieg

Kowalczyk Justyna

TAKleven / Foter.com / CC BY-SA

Justyna Kowalczyk

„Z tego to chyba nic nie będzie” – powiedział lekarz badający malutką Justynkę, niedługo po urodzeniu, trzymając malucha za paluszki u nóg i mierząc ją krytycznym wzrokiem. Faktycznie, w pierwszych tygodniach życia Justyna była bardzo wątła i chorowita. „O tym, że będzie kiedyś sportowcem, nikt wtedy nawet nie pomyślał” – mówi pan Józef (ojciec Justyny – przyp. red.).

W początkowym okresie ciąży pani Janina była na tzw. podtrzymaniu – płód był zagrożony i mogło dojść do poronienia. Matka i jej najmłodsze dziecko przetrwały, dzięki Bogu, te krytyczne chwile. Niestety, nie oznaczało to końca problemów. Mimo że Justyna urodziła się w przewidywanym terminie i jej waga odpowiadała normom, to jednak była bardzo odwodniona i słaba. Obawiano się o jej życie. Także dla jej matki poród okazał się ogromnym wysiłkiem. Była tak słaba i wycieńczona, że dwa tygodnie przeleżała w łóżku. Mamy z dzieckiem nie wypisano ze szpitala po rutynowych czterech dniach, zostały tam dłużej. Mimo to Justynka po powrocie do domu bardzo źle się czuła. Dodatkowo, wskutek tych komplikacji, w szpitalu pomylono faktyczną datę urodzenia Justyny Kowalczyk i wpisano 23 stycznia 1983 roku. Nigdy tego nie poprawiono i w dokumentach oficjalnych pojawia się właśnie ta data. Rodzina jednak urodziny Justyny obchodzi 19 stycznia.

Po powrocie ze szpitala załamany ojciec i wyczerpana matka nie wiedzieli, co robić. Zdawali sobie sprawę, że bez profesjonalnej opieki medycznej może zdarzyć się tragedia. „Rany Boskie – krzyknęła wówczas przerażona pani Janina do swojego męża – przecież to dziecko może nie doczekać jutra. To nie jest mój pierwszy poród, wiem, jak powinno wyglądać zdrowe dziecko!”.

Zatrwożeni rodzice zwrócili się więc do znajomego lekarza z Krakowa, który akurat mieszkał w ich okolicy. I to właśnie on, patrząc na niemowlę, zawyrokował: „Z tego to chyba nic nie będzie”. Dzisiaj wiemy, jak bardzo się mylił.

Mimo tej mrocznej prognozy zarządził natychmiast dalsze działania. Dziecko było dramatycznie odwodnione i potrzebowało leczenia szpitalnego, ponieważ jednak zostało stamtąd wypisane, zdani na samych siebie, państwo Kowalczykowie zastosowali się do porady znajomego lekarza. Nieustannie czuwali przy swej nowo narodzonej córeczce i co minutę jedno z nich wkładało palec do wody z solą i karmiło nią Justynkę kropelka po kropelce. Tą prowizoryczną kroplówką i ogromną miłością rodzice utrzymali dziewczynkę przy życiu.

Dwa miesiące po narodzinach czwartego dziecka, które wymagało nieustannej opieki, rodzinę czekała przeprowadzka ze starego domu do sutereny nowego, w którym było już centralne ogrzewanie i dostęp do bieżącej wody. W dzień po tym ważnym dla Kowalczyków wydarzeniu, rankiem w sobotę 19 marca 1983 roku Justyna przyjęła chrzest św. w kościele parafialnym w Kasinie Wielkiej, a goście przyjęci zostali już w nowym domu. Była malutka, miała zaledwie kilka tygodni, ale podczas całej uroczystości w świątyni nie płakała. Podobnie jak starsza siostra Wiola, Justyna została ochrzczona w dniu św. Józefa, patrona swego taty. Rodzice modlili się o zdrowie swojej najmłodszej córeczki za jego wstawiennictwem.

Wielkie, bezgraniczne poświęcenie matki i ojca nie gwarantowało jednak ustabilizowania stanu zdrowia małej Justynki. Pierwszy rok jej życia był krytyczny. Przez cały czas ważyły się losy tej dziewczynki, która lata później miała pokazać, do jak wielkich wyczynów zdolny jest jej organizm. Nie dość, że była słaba, wątła i chorowita, to na domiar złego dopadło ją zapalenie płuc. Z pomocą rodziców i rodziny udało jej się przetrwać i te trudne chwile. Później już pięknie się rozwijała, nawet ospa ją ominęła.

Ta mała, niepozorna dziewczynka, która od chwili narodzin tak dzielnie walczyła o życie, lata później porwała się na wielką walkę sportową. Jej wyczyny miały dać jej samej, rodzinie i wszystkim Polakom ogrom satysfakcji. Justyna miała sięgnąć po pierwsze od czasów Józefa Łuszczka medale na wielkich imprezach narciarstwa klasycznego.

Fragment książki „Bieg życia Justyny”, Adam Sosnowski, Andrzej Stanowski, Wydawnictwo Biały Kruk

CZYTAJ DALEJ

5 pytań do… Pana Łukasza Szumowskiego, Ministra Zdrowia

2020-07-10 10:23

[ TEMATY ]

Szumowski

5 pytań do...

Ministerstwo Zdrowia

Piotr Grzybowski w kolejnym wywiadzie z cyklu "5 pytań do..." rozmawia z Ministrem Zdrowia, Łukaszem Szumowskim.

Piotr Grzybowski: Panie Ministrze, stał się Pan symbolem walki z pandemią, chciałbym jednak powrócić do początków Pana fascynacji medycyną. Co stało za decyzją, aby zostać lekarzem?

Łukasz Szumowski: Jeszcze w szkole podstawowej nie myślałem o zawodzie lekarza. U nas w domu nie było tradycji medycznych – mama jest polonistą, tata inżynierem. Ale już wtedy miałem takie przeświadczenie, że będę lekarzem, pomimo, że to fizyka była moją miłością i była na pierwszym miejscu. Dlatego też poszedłem do „Reytana” do klasy mat-fiz. Ale fizyka w mat-fizie to nie wszystko. Trudno było myśleć o studiach z fizyki, gdy okazało się, że nie jestem wybitny z matematyki. W liceum już wiedziałem, że medycyna łączy w sobie niezwykły świat – mama dała mi wtedy książki Prof. Hellera czy Prof. Sedlaka. Ale ta świadomość, że mam być lekarzem, że mam leczyć ludzi była ze mną od podstawówki, chociaż opierałem się jak mogłem.

Mój późniejszy mentor, prof. Franciszek Walczak, uświadomił mi, że fizyka to także prądy w sercu, a jeszcze mówił o nich w tak ciekawy sposób... To on dał mi asumpt do tego by wybrać kardiologię, choć poważnie zastanawiałem się także nad anestezjologią. Dzięki pasji prof. Walczaka i mnie wciągnęło w świat prądów w sercu. Na tę nową pasję poświęcałem każdą wolną chwilę. Gdy uświadomiłem sobie ilu poważnie chorym ludziom można pomóc i zobaczyłem na przykładzie profesora Walczaka ile to daje satysfakcji, nie było już odwrotu. Ablacje, czyli zabiegi regulujące zaburzenia rytmu serca, to była logiczna konsekwencja mojego wyboru.

PG: Co jest w tym zawodzie najtrudniejsze, a co najpiękniejsze?

ŁSz: Piękne w tym zawodzie w zasadzie jest wszystko. Co może dać więcej satysfakcji, niż widok człowieka, który jeszcze niedawno był umierający, pod tlenem, a żyje i czuje się dobrze? Kiedy widzi się dzieci i staruszków, którzy mogą cieszyć się z życia, z kontaktów z bliskimi i rodziną, a jeszcze niedawno ta rodzina drżała o to życie? Ja momentami, przy stole operacyjnym spędzałem po 12-14 godzin na dobę. Poza tym na stole operacyjnym człowiek zostaje odarty z tytułów i masek. I święty, i przestępca jest po prostu człowiekiem.

A trudna zawsze jest śmierć. Z nią nigdy człowiek się nie pogodzi, nawet gdy się z nią mierzy codziennie. Gdy, mimo olbrzymiego wysiłku całego zespołu, nie daje się pomóc, to jest to dramatyczny moment. Trudna jest akceptacja tego, że się czegoś nie wie, nie rozumie co dolega pacjentowi, kiedy robimy zabieg zgodnie z naszą wiedzą i …. nie działa …

PG: Nie uciekniemy od tematu pandemii. Chciałem zapytać o ten pierwszy moment, kiedy uświadomił sobie Pan spodziewaną jej skalę, zagrożenia?

ŁSz: Skala dramatów ludzkich, która miała miejsce we Włoszech, w Lombardii, te ciała wiezione na ciężarówkach, dramatyczne decyzje o tym, kogo podłączyć do respiratora, a komu tej pomocy odmówić… Tak, to myślę był ten moment, kiedy wszyscy zobaczyliśmy, co może wydarzyć się w czarnym scenariuszu. Później mieliśmy jeszcze lotnisko w Anglii przekształcane w kostnicę i Hiszpanię, w której nie nadążano spalać zwłok ludzkich. Nie ma chyba osoby, na której nie robiłoby to wrażenia. Dziś jednak nikt z nas już o tym zdaje się nie pamiętać. Dziś jest lato, wakacje, spotkania z bliskimi. W marcu był powszechny strach, by w Polsce nie doszło do powtórzenia sytuacji z Włoch. Na dziś my tę walkę z wirusem wygrywamy. Okupiliśmy to dużym wysiłkiem, ale było warto. Nie doszło w Polsce do sytuacji, w której musielibyśmy komuś odmówić pomocy, a to był nasz priorytet.

PG: Co było, może dalej jest, największym wyzwaniem w walce z Covid-19?

ŁSz: W czasie epidemii wszystko staje się wyzwaniem. Największym jest presja czasu przy olbrzymiej skali decyzji, które trzeba podjąć. Priorytetem było maksymalne ograniczenie ekspansji wirusa, przy jednoczesnym zapewnieniu pełnej wydolności szpitali, tak by mogły przyjąć każdego wymagającego pomocy. Szybki lockdown, czyli tak naprawdę powszechne ograniczenie aktywności społecznej, przy jednoczesnym powołaniu do życia szpitali jednoimiennych, izolatoriów dla chorych nie wymagających hospitalizacji, to były decyzje, które dawały nam przewagę nad wirusem – jeżeli tak obrazowo mogę powiedzieć. Poza tym zakupy… W marcu i kwietniu na rynku brakowało wszystkiego. Państwa prześcigały się w kupowaniu każdej dostępnej rzeczy: maseczek, kombinezonów, respiratorów – dosłownie wszystkiego. My też o każdy zakup musieliśmy walczyć. Dziś posłowie Koalicji Obywatelskiej zarzucają nam, że za maski przepłaciliśmy, że respiratory były za drogie. A ja odpowiadam: nikt w Polsce nie umarł z powodu braku sprzętu, a w innych państwach takie rzeczy były codziennością. My ratowaliśmy ludzkie życie. Pamiętam poczucie bezsilności i goryczy kiedy maseczki, które miały przylecieć do Polski zostały podkupione przez inne państwa…

PG: Jak by Pan zachęcił dzisiejszych maturzystów do wyboru studiów medycznych?

ŁSz: Zawód lekarza to jeden z najpiękniejszych zawodów. Można by powiedzieć cynicznie – wykonujesz swoją prace, a niejako przy okazji – jako bonus - pomagasz ludziom. Choć oczywiście pomoc drugiemu człowiekowi jest sednem tej pracy. To zawód, którego nie można go wykonywać mechanicznie. Tu nie ma miejsca na rutynę. Zawód lekarza to zawód, któremu trzeba się w pełni poświęcić, ale on dużo daje w zamian. Satysfakcję, codzienną przygodę poznawania nieodkrytych obszarów ludzkiego organizmu. Jesteśmy w stanie polecieć na księżyc, a nie wiemy jak wyleczyć raka…

Medycyna to naprawdę odkrywanie nowych lądów i wielka przygoda.

Poza tym, ja na studiach medycznych zyskałem coś najcenniejszego – moją żonę.

CZYTAJ DALEJ

LOT: Barcelona najpopularniejszym kierunkiem w ramach akcji #LOTnaWakacje

2020-07-11 10:20

[ TEMATY ]

LOT

wakacje

niepodlegla.gov.pl

W ciągu pierwszych dwóch tygodni akcji #LOTnaWakacje najchętniej wybieranymi kierunkami podróży były m.in. Barcelona, Burgas, Majorka i greckie wyspy - Korfu, Zakynthos, Rodos, a także chorwackie kurorty – Split i Dubrownik - poinformował PAP w komunikacie PLL LOT.

LOT od 1 lipca ruszył z letnią siatką połączeń pod hasłem #LOTnaWakacje. W sumie przewoźnik uruchomi 130 połączeń do ponad 30 najbardziej popularnych europejskich kurortów z dziesięciu krajowych portów lotniczych.

Pasażerowie w lipcu i sierpniu będą mogli polecieć m.in. do Chorwacji, Hiszpanii, Włoch, na Maltę, do Bułgarii, Czarnogóry, na Cypr, do Albanii czy na wyspy Santorini, Kos, Korfu i Kretę.

"W ciągu pierwszych dwóch tygodni akcji #LOTnaWakacje najchętniej wybieranymi kierunkami podróży za granicę były m.in. Barcelona, położone nad Morzem Czarnym Burgas, Majorka, greckie wyspy - Korfu, Zakynthos, Rodos, a także znane i cieszące się dużą popularnością wśród Polaków chorwackie kurorty – Split i Dubrownik" - poinformowała spółka.

Jak podał przewoźnik, w ramach oferty #LOTnaWakacje samoloty wykonują bezpośrednie połączenia z dziesięciu lotnisk krajowych do Europy – z Warszawy, Bydgoszczy, Lublina, Wrocławia, Krakowa, Gdańska, Szczecina, Poznania, Katowic, Rzeszowa.

"Po długim okresie zawieszenia ruchu międzynarodowego i wprowadzonych w wyniku pandemii obostrzeniach, Polacy chcą wypoczywać w zagranicznych kurortach przy gwarantowanej pięknej pogodzie. LOT oferuje pasażerom szeroki wachlarz możliwości tego lata – od pięknych greckich wysp, po zyskujące na popularności i warte odkrycia Bałkany. Rosnące zapotrzebowanie na podróże lotnicze potwierdzają pierwsze wyniki sprzedażowe. Od ogłoszenia programu sprzedaliśmy już blisko 200 tys. biletów i każdego dnia wzrasta poziom wypełnienia naszych samolotów. Ze względu na duże zainteresowanie pasażerów, planujemy rozwijać wakacyjną ofertę również w kolejnych miesiącach" - powiedział cytowany w komunikacie prezes PLL LOT Rafał Milczarski.

Jednocześnie przewoźnik stopniowo przywraca regularne rejsy międzynarodowe. Od początku lipca ruszyły loty m.in. do Amsterdamu, Paryża, Duesseldorfu, Bukaresztu, Kijowa, a dreamlinery LOT-u ponownie startują do Tokio, Toronto i Seulu. Od 15 lipca pasażerowie będą mogli podróżować też m.in. do Londynu, Berlina, Pragi, Kijowa, Frankfurtu, Hamburga, Mediolanu, Genewy, Istambułu, Belgradu czy Tallina.

"LOT wraca też do swojej drugiej bazy w Budapeszcie, wykonując zapowiadane na początku roku rejsy do Dubrownika i Warny. Od 20 lipca polski przewoźnik poleci również ze stolicy Węgier do Seulu. W sumie w bieżącym sezonie letnim w ofercie LOT-u znajduje się już ponad 130 połączeń i ponad 70 kierunków podróży" - czytamy.

W związku z sytuacją epidemiczną LOT zachęca pasażerów do sprawdzania obostrzeń obowiązujących w kraju, do którego zamierzają się udać. Regulacje te ulegają zmianom, a LOT nie będzie mógł zabrać na pokład osób, które nie dopełniły wymaganych formalności. Wszystkie aktualne informacje dotyczące zasad podróżowania dostępne są m.in. na stronach Ministerstwa Spraw Zagranicznych, placówek dyplomatycznych i Ministerstw Zdrowia poszczególnych krajów.

Rząd od 1 lipca zniósł zakaz połączeń lotniczych z szeregiem nowych krajów. Wśród nich są Czarnogóra, Gruzja, Japonia, Kanada, Albania, Korea Płd. i Ukraina.

Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów z 30 czerwca 2020 r. w sprawie zakazów w ruchu lotniczym, zezwolono na połączenia lotnicze z państwami członkowskimi Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA), EOG, Szwajcarii i UE, za wyjątkiem Szwecji i Portugalii. W stosunku do poprzedniego rozporządzenia sprzed dwóch tygodni, z listy zakazu lotów usunięto Wielką Brytanię.

Rozporządzenie traci moc z dniem 14 lipca 2020 r. (PAP)

autor: Aneta Oksiuta

aop/ pad/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję