Reklama

Dla przyszłości z myślą o przeszłości

Ewa Górska
Niedziela Ogólnopolska 15/2008, str. 18-19


Pomnik „Poległym i Pomordowanym na Wschodzie”

Późnym wieczorem 10 października 1939 r. przyszli po Juliana Angielskiego - który zbiegł z kolumny jenieckiej, gdy ta przechodziła obok jego domu w Lubomlu.
- Leżąc w łóżku, widziałem przez uchylone drzwi, jak mamusia opatrywała ranę na nodze ojca - wspomina 10-letni wówczas syn Stefan, dziś profesor Akademii Medycznej w Gdańsku. - W pewnym momencie ze wszystkich stron rozległo się stukanie i donośne: „Odkrywaj dwieri!”. Weszli funkcjonariusze NKWD. Pozwolono ojcu ubrać się i pożegnać ze mną. Wtedy ojciec wcisnął mi do ręki swój zegarek i obrączkę. Po raz ostatni widziałem ojca w początkach marca 1940 r. w grupie więźniów przed stacją kolejową w Lubomlu.
O tym, że porucznik Adam Sowiński trafił do obozu jenieckiego w Ostaszkowie, jego żonę Marię powiadomił zwolniony stamtąd szeregowiec Józef Żurawski. Mówił, że obóz jest przeludniony, warunki w nim nie do zniesienia, a jej mąż rozpoczął głodówkę na znak protestu. Jego córka Cecylia Riedl, która we wrześniu 1939 r. pierwszy raz miała przekroczyć szkolne progi, pamięta długie dni wypełnione oczekiwaniem na wiadomości od ojca.
- W grudniu przyszedł krótki list, a w lutym kartka pocztowa z datą 4 stycznia 1940 r. - wspomina - w której tato wyraził swe złe przeczucia słowami: „w chwili pisania jestem zdrów”, co oznaczało, że każda następna chwila może być zagrożona. I przeczucie go nie myliło.

*

W nocy 13 kwietnia 1940 r. do ich domów - podobnie jak do wielu tysięcy innych rodzin jeńców wojennych rozstrzelanych przez NKWD - wtargnęli żołnierze i milicjanci. Właśnie przyszła kolej na rodziny owych niepokornych, którzy ośmielili się walczyć w obronie swojej ojczyzny.
Olgę Angielską wywieziono z synem z domu jej rodziców - Justyny i Stefana Dyczko wraz z nimi i jej 17-letnim bratem Jerzym. Chociaż pracowali na fermie wytwarzającej tony wołowego mięsa i dorodnej pszenicy, przymierali głodem.
Prof. Stefan Angielski: - Przez pewien czas na fermie nr 3 mieszkaliśmy w jednej izbie z państwem Sapiehami. W kwaterze o powierzchni ok. 25 m2 było nas razem trzynaścioro. Podczas mroźnej zimy 1940-41 w izbie zawsze było poniżej zera. Teściowie pani Sapiehowej nie doczekali pierwszej wiosny. Oboje umarli z chłodu i głodu. Mój dziadek odmroził palce u nóg.
W 1943 r. w kazachskiej ziemi Stefan Angielski pochował ukochanego dziadka, który jeszcze w przeddzień śmierci chciał mu pomóc przy żarnach, szepcząc: „Tylko ty zostałeś. Dbaj o siebie”. Wcześniej nieprzytomną babcię zabrano do szpitala, wujka Jerzego prawdopodobnie do wojska, a matkę - za nieprzyjęcie obywatelstwa sowieckiego - skazano na pięć lat więzienia. Zanim wróciła, dwa lata spędził w sierocińcach. Do tych wspomnień nie chce wracać. W pamięci nosi inny obraz. To mądry łeb i cudowne oczy Myszatego - wołu, dzięki któremu przeżył buran (śnieżną zawieruchę) podczas przewożenia siana ze stepu. I tak to komentuje: - Gdy przewlekle wychłodzony i wygłodzony organizm ludzki przekracza punkt, z którego praktycznie nie ma powrotu do normalności, odruchy zwane ludzkimi ulegają stępieniu lub w ogóle zanikają. Wydaje mi się, że zwierzęta domowe zachowują się odwrotnie. Być może instynktownie wyzwala się w nich to, co w nich głęboko drzemie: „poznaj mnie w biedzie”.
Kazachstan stał się też miejscem wiecznego spoczynku Cecylii Grzywalskiej, która z własnej woli pojechała na tułaczkę z wnuczką Marią Sowińską (wychowywała ją, gdyż rodzice zginęli w czasie I wojny światowej) i jej dwiema córkami: 7-letnią Cecylią i roczną Alicją. W dalekim stepie mieszkali najpierw w wybudowanej przez siebie ziemiance, a później w barakach zajmowanych wcześniej przez owce, których ściany podczas mrozów pokrywała warstwa szronu.
- Pewnego ranka prababcia, która okrywała nas zbyt małą dla czterech osób pierzyną, nie obudziła się. Jej zesztywniałe ciało musieliśmy pochować bez trumny, bo nie było desek - opowie po latach jej imienniczka. - Wiosną, kiedy stopniały śnieżne kurhany, trudno było odnaleźć w stepie miejsce jej wiecznego spoczynku.
Obie z siostrą ocalały podczas epidemii tyfusu dzięki lekarce, która przyjechała zbadać rozmiary epidemii i spisać chorych. Miała ona córki w tym samym wieku, kazała więc zabrać je do szpitala, gdzie przeleżały kilka miesięcy. Gdy jednak Cecylia przez wiele dni nie odzyskiwała przytomności, a matka klęczała modląc się przy jej łóżeczku, lekarka zwątpiła w moc medycyny. - Jeśli twoja córka wyzdrowieje, będę wiedziała, że to wasz Bóg ją uratował - miała wtedy powiedzieć. I uratował.
Cecylia Riedl jest przekonana, że ocalił także jej matkę, gdy ta wracała po pobycie w szpitalu i musiała pokonać pieszo 25 km. Na drodze czekał na nią buran i wygłodniałe wilki, których liczne ślady widziała wokół swojej kryjówki, gdy rano odzyskała przytomność.

Reklama

*

Stefan Angielski znalazł nazwisko swojego ojca na tzw. Ukraińskiej Liście Katyńskiej pod numerem 31 dopiero przed kilkoma laty.
Cecylia Riedl otrzymała oficjalną informację z Generalnej Prokuratury w Moskwie z 12 maja 1993 r., że jej ojciec został rozstrzelany i pochowany w Miednoje.
Oboje należą do grona najaktywniejszych członków Wojewódzkiego Oddziału Związku Sybiraków w Gdańsku, który bardzo wiele zdziałał dla odkłamywania historii i upamiętniania tych, którzy za wierność ojczyźnie oddali życie, a także pomagając rodakom pozostawionym na obcej ziemi. Szczególnym wyrazem tej ostatniej jest sprowadzanie zdolnej polskiej młodzieży na gdańskie uczelnie. To inicjatywa prof. Stefana Angielskiego, z którą wystąpił jako rektor Akademii Medycznej w 1991 r. Rok później - jako prezes oddziału - powołał do życia fundusz o nazwie „Stypendium sybirackie”. Jego darczyńcami są przede wszystkim członkowie Oddziału Gdańskiego Związku Sybiraków, a także ci, którzy odczuwają potrzebę niesienia pomocy potomkom polskich zesłańców. Na ten cel przeznaczony jest także dochód z wydanej w 2006 r. książki „Przez Sybir na Ziemię Gdańską”, która zawiera niezwykle poruszające relacje i wspomnienia, zebrane ogromnym nakładem pracy przez Cecylię Riedl.
W ten sposób potomkowie tych, którzy na zawsze pozostali na nieludzkiej ziemi, budują żywe pomniki pamięci o ich heroicznej postawie, ich życiu przerwanym strzałem w tył głowy lub wyniszczającymi warunkami. Być może o tym mówił dziadkowi Stefan Angielski, gdy dwa lata temu po raz pierwszy odwiedził jego grób, w czym pomogli mu młodzi przyjaciele z Kazachstanu, którzy studiują w Gdańsku. Być może o tym chciałaby też powiedzieć swojej prababci, po której nosi imię, potomkini rodu Grzywalskich, tylko że miejsce jej wiecznego spoczynku - jak wielu tysięcy zesłańców - na zawsze już pozostanie tajemnicą kazachskiego stepu.

Na szlaku VII pielgrzymki Ojca Świętego do Polski w 1999 r. znalazła się dziejowa stacja modlitwy przy warszawskim pomniku „Poległym i Pomordowanym na Wschodzie”

Wszechmogący Wieczny Boże, Ojcze ludów i narodów, błagamy Cię, przyjmij dar świadectwa wiary, męki i śmierci synów naszego Narodu umęczonych i zamordowanych na Wschodzie; uczyń ich ofiarę posiewem wolności i pokoju; Ojcze Najmiłosierniejszy, przez przyczynę Matki Zbawiciela pomóż nam przebaczyć; broń nas od wojny, nienawiści i niepamięci. Przez Chrystusa Pana naszego.
Amen.

Z modlitwy Jana Pawła II przy pomniku „Poległym i Pomordowanym na Wschodzie”, Warszawa, 11 czerwca 1999 r.

Odnaleziono ciało jednego z grotołazów zaginionych w Jaskini Wielkiej Śnieżnej

2019-08-23 07:27

PAP

W Jaskini Wielkiej Śnieżnej w Tatrach ratownicy TOPR odnaleźli ciało jednego z dwóch poszukiwanych od soboty grotołazów – poinformował w czwartek po godz. 22 ratownik dyżurny TOPR Krzysztof Długopolski.

sceerszot/AIP

Od soboty w Jaskini Wielkiej Śnieżnej nieprzerwanie trwa akcja poszukiwawcza dwóch grotołazów. Członkowie jednego z wrocławskich speleoklubów podczas eksploracji nieznanych dotąd korytarzy tej największej i najgłębszej tatrzańskiej jaskini w tzw. Przemkowych Partiach zostali odcięci przez wodę, która zalała część korytarza. Czwórka ich towarzyszy zdołała wyjść z jaskini i zawiadomiła ratowników TOPR.

Ratownicy TOPR wspomagani przez swoich słowackich kolegów z Horskiej Zachrannej Służby nieprzerwanie od soboty drążyli kawałek po kawałku ciasny korytarz używając ładunków wybuchowych. Jak mówił naczelnik TOPR Jan Krzysztof, poszukiwania w takich ekstremalnych warunkach nadzwyczaj trudne i skomplikowane.

W czwartek rano nastąpił w rejonie w jaskini samoczynny obryw skalny zrywając m.in. liny poręczowe. Ekipa ratowników musiała odtworzyć zniszczenia, a następnie dalej drążyła przejście.

W czwartek w wieczorem ratownicy natrafili na ciało jednego z poszukiwanych grotołazów. Naczelnik TOPR zwracał uwagę podczas prowadzonej akcji, że szanse przeżycia grotołazów w tak ekstremalnych warunkach są niewielkie. W jaskini panuje stała temperatura około 4 stopni Celsjusza.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W siedem dni 1000 km!

2019-08-23 19:21

Marian Florek

Najdłuższa polska pielgrzymka jaka w tym roku dotarła na Jasną Górę liczyła 640 km. Na jej pokonanie pątnicy z Helu mieli 19 dni. A ile dni potrzebowali uczestnicy, liczącej ponad 1000 km. „Pielgrzymki Biegowej” wiodącej z Şumuleu Ciuc w Rumunii na Jasną Górę? 7 dni! I własnie po tygodniu od startu w dniu 23 sierpnia br. biegacze dotarli do Częstochowy.

Marian Florek

Idea takiej formy uczczenia Matki Bożej Jasnogórskiej zrodziła sie trzy lata temu – powiedział w rozmowie z „Niedzielą” pomysłodawca pielgrzymki Marian Płaszczyk, który corocznie organizuje pielgrzymki biegowe z miasteczka Knurów w woj. śląskim na Jasną Górę.

Trasa była ciężka, pełna niespodzianek i dramatycznych wydarzeń. Do pomocy w pokonywaniu trudności na szlaku poproszono rowerzystów, którzy osłaniali biegnących od np. watah bezpańskich psów – zwierzał się p. Plaszczyk. Czasami trzeba było się bronić i przed nieżyczliwymi ludźmi. Ale dzięki opiece Matki Najświętszej wszystko dobrze się skończyło – podkreślił w dalszej części rozmowy nasz interlokutor. Oczywiście było też sporo radości, zwłaszcza na postojach w poszczególnych miejscowościach, gdzie witali się z Matką Bożą o różnych obliczach ale zawsze o jednym sercu i gdzie ojcowie paulini okazywali wiele troski wobec zmęczonych pielgrzymów. Tę opinię potwierdziło w rozmowie z naszym tygodnikiem wielu młodych i starszych uczestników biegu.

Biegaczy było dziesięciu a rowerzystów dwóch. System biegu jaki obrali uczestnicy pielgrzymki był nie tyle sztafetowy co – jak określił pomysłodawca - „po sznurku”. Na Szczycie pielgrzymów powitał abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, który z serca ich pobłogosławił, odmówił wspólną modlitwę i chwilę życzliwie porozmawiał.

Hasłem Biegowej Pielgrzymki były słowa papieża św. Jana Pawła II: „Bóg dokonał już rzeczy niezwykłych, trzeba dalej iść w tym kierunku z ufnością i zapałem (…), wierząc w Chrystusa”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem