Reklama

Ludobójstwo i deportacje metodą rozwiązywania tzw. problemu polskiego przez państwo sowieckie w latach 1939-1941

Ludobójstwo i deportacje (2)

Andrzej Witkowski
Niedziela Ogólnopolska 17/2008, str. 32-33


Trumny ze zwłokami generałów Bronisława Bohaterewicza i Mieczysława Smorawińskiego
www.pamietamkatyn1940.pl

Publikujemy drugą część obszernego studium nt. ludobójstwa sowieckiego wobec Polaków w latach 1939-41 w opracowaniu prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Jest to wykład wygłoszony 9 lutego 2008 r. na sympozjum w Pucku, zorganizowanym przez Polskie Stowarzyszenie Morskie-Gospodarcze im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, w 68. rocznicę pierwszej masowej wywózki Polaków na Sybir. Tydzień temu zamieściliśmy w „Niedzieli” pierwszą część tego ważnego historycznego materiału.

W miejscu przeznaczenia…

Po przybyciu na stację przeznaczenia zesłańcy byli protokolarnie przejmowani przez funkcjonariuszy NKWD. W Łuptinku (rejon szaryński, obwód gorkowski) zesłańców witała nawet orkiestra, czekał poczęstunek. Wygłoszono okolicznościowe przemówienie „powitalne” z sugestią, by „zapomnieć o istnieniu Polski, której już nigdy nie będzie”. Odtąd o tym, że zesłańcy w ogóle już Polski nie zobaczą, często wrzeszczeli ich nadzorcy. Miało to służyć złamaniu ducha Polaków, odebraniu im nadziei na zmianę losu i bodźca do wytrwania.
Przybyłych wygnańców traktowano jako „wrogów ludu”, „burżujów”. Niekiedy po przybyciu do stacji końcowej zesłańcy musieli jeszcze czekać kilka dni na przewiezienie do miejsca stałego zakwaterowania z powodu braku środków transportu. Na ten okres byli lokowani w świetlicach, halach magazynowych, cerkwiach, więzieniach lub u miejscowej ludności. Potem na saniach, ciężarówkach czy platformach traktorowych przewożono ich w tęgim mrozie do rozrzuconych w tajdze lub stepie specjalnych osiedli - „specposiołków”. Osiedla te były oddalone od innych ludzkich siedzib. Składały się zazwyczaj z kilku do kilkunastu bliźniaczo podobnych baraków oraz - nie w każdym przypadku - z pomieszczeń gospodarczych i usługowych, takich jak piekarnia, stołówka, żłobek-przedszkole, szpitalik, szkoła. Najwyższą władzę w „specposiołku” piastował komendant NKWD. Zaraz po przybyciu informował on zesłańców o regulaminie „specposiołka”, w tym o zakazie samowolnego oddalania się, o zakazie kontaktów z miejscową ludnością, o kontroli obecności. Przy każdej sposobności pozwalał sobie na drwiny, ośmieszanie i obrażanie Rzeczypospolitej Polskiej.
Gorsza pod tym względem była sytuacja zesłańców skierowanych do pracy w przedsiębiorstwach Ludowego Komisariatu Hutnictwa Metali Kolorowych - m.in. zatrudnionych przy wydobyciu złota. Zostali oni rozlokowani w różnych barakach, pomieszczeniach gospodarczych, tymczasowych namiotach i klubach na terenie osiedli kopalnianych. Wobec braku odizolowanych budynków mieszkalnych niemożliwe było zorganizowanie dla nich typowych „specposiołków”. Nie organizowano odrębnych brygad „specprzesiedleńców”. Zesłańcy pracowali razem z innymi robotnikami na takich samych zasadach9.

Upadlające warunki bytowania i niewolnicza praca

Przybyła „siła robocza” weryfikowana była na miejscu osiedlenia przez specjalne komisje. Mężczyzn w wieku od 16 do 60 lat oraz kobiety w wieku do 55 lat kwalifikowano do najcięższych prac. Dzieci i inwalidów uznawano za pozostających na utrzymaniu rodziny. Zatrudnionym wydano książeczki uprawniające do kupna chleba i porcji zupy. Osoby zdrowe uchylające się od pracy nie otrzymywały żadnych racji żywnościowych w myśl zasady: „Kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”. Większość zesłańców zaangażowano do wyrębu lasu, do załadunku, wywożenia i spławu drewna, w tartakach, przy zbieraniu żywicy, do wytyczania i wykonania duktów, w przemyśle celulozowo-papierniczym, we wspomnianych kopalniach metali kolorowych. Była to niezwykle wyczerpująca praca fizyczna, wykonywana pod nadzorem, w nadzwyczaj uciążliwych warunkach klimatycznych, bez niezbędnych zabezpieczeń. Harowano całymi dniami pod gołym niebem, często po pas w śniegu, w głodzie i przemoczeniu. W niektórych obwodach, mianowicie archangielskim, czkałowskim, gorkowskim i innych, przedsiębiorstwa Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego przez dłuższy czas nie potrafiły zapewnić miejsca pracy wszystkim osadnikom i leśnikom z powodu braku narzędzi (pił, siekier, pilników) oraz odzieży roboczej i obuwia.
Poczucie bezkarności ośmielało tzw. pracodawców do maksymalnej eksploatacji przesiedleńców i poniżania ich. Przedłużano im dzień roboczy do 11-15 godzin, tj. od świtu do zmroku, zaniżano i tak darmowe stawki wyceny efektów pracy, nie dbano o zapobieganie urazowości.
Warunki zamieszkiwania zgotowane przybyłym na zsyłkę były wszędzie wręcz tragiczne. Najczęściej ludzi lokowano w ogólnych pomieszczeniach typu barakowego, po 15-20 rodzin w baraku, gdzie życie toczyło się na oczach wszystkich. Jeśli baraki posiadały ścianki działowe, umieszczano po 2-4 rodziny w tzw. kajucie - izbie, o powierzchni od 6 do 8 m2. W madżskim „lesopunkcie”, w rejonie kortkeroskim (Komi ASRS) ustanowiono pod tym względem swoisty rekord. Dla 800 osób przeznaczono łącznie 784 m2 powierzchni mieszkalnej. Baraki były zbudowane z bali drewnianych, uszczelnionych mchem. Często wobec braku przepierzeń i przegród kobiety, dzieci i mężczyźni spali na wspólnych pryczach i narach (niekiedy piętrowych) pokotem, na gołych deskach lub na podłodze. Do snu kładziono się w noszonej na co dzień odzieży. Kołder, koców czy bielizny pościelowej sowieccy gospodarze nie byli w stanie zapewnić. Z treści sprawozdań NKWD wynika, że w pomieszczeniach tych było zimno i wilgotno. Zimą, pomimo palenia w jednym, maksimum dwóch piecykach przez całą dobę, woda zamarzała już w odległości kilku metrów od piecyka (na północnych i syberyjskich terenach ZSRS, zima trwa 9 miesięcy, a mrozy dochodzą do -60° C). Oświetlenie dawało łuczywo lub lampa naftowa. Brakowało wiader, cebrzyków, umywalek, stołów, ławek, taboretów, lamp naftowych, beczek na wodę. Kłopoty z tym sprzętem wynikały stąd, że nie był on produkowany na miejscu, a w sieci handlowej od dawna nie było go na stanie. Podstawowe wyposażenie należało więc wytwarzać samemu.
Niektórych zesłańców lokowano w pomieszczeniach w ogóle nienadających się do zasiedlenia, tj. w namiotach pokrytych tkaniną workową, w czymś w rodzaju szałasów wzniesionych z cegły samanowej i z darni, w magazynach i zruinowanych pomieszczeniach gospodarczych. W „specposiołkach” brakowało łaźni, pralni, suszarni. Lokatorzy baraków zamieszkiwali w brudzie, wilgoci, zaduchu, w mroku, wśród karaluchów, pcheł, wszy i pluskiew, gryzoni, w ciągłym zagrożeniu epidemiologicznym10.

Reklama

Przymusowa rusyfikacja i wykorzystanie siły roboczej deportowanych

Mając umocowanie w uchwałach rządu ZSRS, sowiecki resort oświaty, wyposażony w wykaz miejsc rozmieszczenia zesłańców, polecił 2 kwietnia 1940 r. administracji terenowej objąć niezwłocznie nauczaniem dzieci mieszkańców „specposiołków”. Naukę polskich dzieci prowadzono w języku rosyjskim według obowiązujących zasad w istniejących już szkołach. Wykorzystywano do tego celu również miejscowe kluby, świetlice i tzw. czerwone kąciki.
Planową rusyfikacją objęto również dorosłych mieszkańców „specposiołków” w ramach akcji tzw. zwalczania analfabetyzmu.
Przedsięwzięciom powyższym towarzyszyła szeroka „praca polityczno-masowa i uświadamiająca”. W celu prowadzenia intensywnej komunistycznej indoktrynacji polecono utworzyć sieć izb - czytelni, bibliotek i innych instytucji o charakterze polityczno-oświatowym.
W realiach życia w „specposiołkach” rusyfikacja jako rodzaj szerzenia tzw. oświaty, będąc w istocie formą terroru i walki z katolicką wiarą, znajdowała się na odległym planie zajęć. Uruchomienie stosownych placówek „oświatowych” było uwarunkowane wcześniejszym zapewnieniem na ten cel niemałych środków finansowych, lokali, mebli, sprzętu, zeszytów itp. Tego podstawowego wyposażenia niemal wszędzie brakowało. Z tej przyczyny kolejne rozporządzenia i dyrektywy sowieckich władz oświatowych nie były wprowadzane w życie11.
Ostatecznie w akcji deportacyjnej w lutym 1940 r. przesiedlono, według danych NKWD, prawie 140 tys. osadników i leśników wraz z rodzinami - łącznie około 220 tys. osób. Rozlokowano ich w 115 „specposiołkach” rozrzuconych w 21 krajach i obwodach.
Podstawową rzeszę przesiedleńców skierowano do obwodu archangielskiego, Kraju Krasnojarskiego, obwodu swierdłowskiego, Komi ASRS i obwodu irkuckiego, a więc na obszary bardzo odległe, o trudnych warunkach bytowych i klimatycznych, na które nie byli oni przygotowani. Przekazano ich do pracy głównie w przedsiębiorstwach:
- Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego - 17 077 rodzin, tj. 85 779 osób, co stanowiło 61,5 % ogółu zesłańców;
- Ludowego Komisariatu Komunikacji - 4573 rodziny, tj. 23 026 osób, co stanowiło 16,5 % ogółu zesłańców;
- Ludowego Komisariatu Hutnictwa Metali Kolorowych - 3951 rodzin, tj. 19 455 osób, co stanowiło 13,9 % ogółu zesłańców.
Kolejne 1867 rodzin (tj, 11 336 osób - 8,1 % ogółu) przekazano do Ludowych Komisariatów: Przemysłu Miejscowego, Hutnictwa Żelaza i Stali, Budownictwa, Uzbrojenia, Materiałów Budowlanych oraz do odpowiednio przystosowanych leśnych obozów NKWD: Tajszetłagu, Unżłagu i Siewurałłagu12.

Inne wywózki Polaków w latach 1940-1941

W kolejnym etapie tzw. rozwiązywania problemu polskiego na zagrabionych terytoriach II Rzeczypospolitej władze sowieckie skierowały omawiany rodzaj represji wobec osób mających osobiste i rodzinne powody do wrogości wobec Związku Sowieckiego oraz odgrywających opiniotwórczą rolę w społeczeństwie, w tym aresztowanych wcześniej przez NKWD, uwięzionych w obozach jenieckich czy też skazanych na pobyt w obozach pracy. Akcją wysiedleńczą objęto, stanowiące nie mniejsze zagrożenie dla komunistycznych oprawców, rodziny polskich oficerów, rodziny funkcjonariuszy policji, służby więziennej i żandarmerii, ziemian, fabrykantów i urzędników. O ich dalszym losie zdecydowało Biuro Polityczne KC WKP(b) i Rada Komisarzy Ludowych ZSRS w wyniku decyzji podjętych 2 marca 1940 r. W dniu 10 kwietnia 1940 r. Rada Komisarzy Ludowych zatwierdziła instrukcję o trybie przeprowadzenia w nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 r. deportacji tych osób do Kazachstanu. Osoby zesłane osiedlono w obwodach aktiubińskim, akmolińskim, kustanajskim, pawłodarskim, północnokazachstańskim, pietropawłowskim i semipałatyńskim. Spośród deportowanych 36 729 osób skierowano do pracy w kołchozach i 17 923 osoby do pracy w sowchozach. Około 8 tys. osób umieszczono w osiedlach robotniczych przedsiębiorstw przemysłowych i przy budowie linii kolejowych. Wśród wypędzonych większość stanowiły kobiety, dzieci i osoby w podeszłym wieku, pochodzące przeważnie z miast, nieprzygotowane do ciężkiej pracy fizycznej oraz życia w prymitywnych warunkach i surowym klimacie. W fali kwietniowych wywózek, deportowano łącznie ok. 320 tys. Polaków13.
Po napaści Związku Sowieckiego na państwa nadbałtyckie w czerwcu 1940 r. oraz ustanowieniu w ich miejsce republik sowieckich NKWD przystąpiło do aresztowań Polaków zamieszkujących również na tych terytoriach. Deportowano polskich jeńców internowanych po wrześniu 1939 r. w obozach w Połądze, Olicie i Kownie. Jeńców tych umieszczano najpierw w obozie w Juchnowie koło Smoleńska, potem rozesłano m. in. do Pawliszczew Boru i Griazowca k. Wołogdy. Uwięziono dziesiątki tysięcy cywilnej ludności polskiej, od ziemian i inteligencji począwszy, na niższych urzędnikach i chłopach kończąc. Ogółem w tej fali aresztowań i deportacji uwięziono 240 tys. osób14.
14 maja 1941 r. KC WKP(b) i Rada Komisarzy Ludowych, kontynuując rozpoczęte dzieło, podjęły uchwałę o przeprowadzeniu kolejnej akcji deportacyjnej ludności polskiej z terenu zachodniej Ukrainy. Objęto nią członków organizacji okrzyczanych jako „kontrrewolucyjne” oraz pominiętych wcześniej w planach wywózek żandarmów, strażników więziennych, obszarników, kupców, przemysłowców, wyższych urzędników państwowych i samorządowych wraz z rodzinami. Akcję wysiedleńczą rozpoczęto w nocy z 21 na 22 maja 1941 r., deportując 3349 rodzin, tj. łącznie 12 371 osób. Transporty z Polakami skierowano do miejsc docelowych w Kraju Krasnojarskim, w obwodach omskim, południowo-kazachstańskim i nowosybirskim15.
Na podstawie decyzji z 16 maja 1941 r. na terenie LSRS rozpoczęto przygotowania do operacji wywózek Polaków, w wyniku której 14 czerwca 1941 r. aresztowano 5664 osoby oraz wysiedlono 10187 osób. Część z nich stanowili uchodźcy „z burżuazyjnej Polski”, np. aresztowane w Wilnie siostry nazaretanki. Wielu ojców rodzin zatrzymano pod pretekstem przesłuchania i bezprawnie pozbawiono wolności względnie odłączono od najbliższych na stacji kolejowej w czasie formowania transportów do obozów pracy. Następną grupę osób wysiedlono w nocy z 18 na 19 czerwca 1941 r. i w dniu 19 czerwca 1941 r. Furmankami lub ciężarówkami dowożono ludzi na stację i rozmieszczano rodzinami w wagonach towarowych. Wówczas niespodzianie zaczęto segregować osoby wypędzone, kierując kobiety i dzieci do jednych, a mężczyzn w sile wieku do innych pociągów. Nowym elementem w trakcie transportu były detonacje niemieckich bomb. Przejazd na wschód odbywał się w ogromnym upale, zaduchu i tłoku. Deportowanych zagnano do ciężkiej pracy fizycznej w rolnictwie i leśnictwie.
Operacji tej nie udało się zakończyć tak, jak wcześniej planowano, w związku z agresją III Rzeszy na zdeklarowanego nie tak dawno sojusznika. Z odnalezionych w Wilnie dokumentów wynikało, że siostry nazaretanki zamierzano wywieźć w dniach 24 i 29 czerwca 1941 r. Transport deportowanych z Grodna został zbombardowany i ostrzelany przez samoloty niemieckie pod Stołpcami. Spowodowało to uszkodzenie torów, pożar wagonów oraz ofiary wśród osób wysiedlonych. Dla tych, którzy ocaleli, powstała możliwość powrotu do ograbionych domostw. Niemcy ostrzelali też pociąg z przesiedleńcami z Łomży, bombardowali nawet pociągi znajdujące się na obszarach odległych od linii frontu.
Pomimo działań wojennych pociągi deportacyjne wywiozły na zsyłkę około 90 tys. osób16.

Mord w lesie katyńskim

W końcu 1939 r. Związek Sowiecki zgromadził polskich jeńców wojennych w trzech wydzielonych obozach: w Kozielsku k. Briańska, Starobielsku nad rzeką Ajdar we wschodniej Ukrainie oraz na wyspie Iłowaja na jeziorze Seliger k. Ostaszkowa. Do marca 1940 r. liczba jeńców sięgała około 15 tys. osób, w tym 8700 oficerów i podoficerów Wojska Polskiego. W Kozielsku znajdowało się wówczas 5 tys. osób, w tym 4,5 tys. oficerów, w Starobielsku 3920 osób, spośród których prawie wszyscy byli oficerami, w Ostaszkowie - 6750 osób, z których 400 było oficerami, zaś pozostali policjantami i żołnierzami KOP. Obozem kozielskim kierował płk NKWD Koralow, starobielskim - płk NKWD Bierieżkow, zaś ostaszowskim - płk NKWD Borysowiec. Prowadzili oni pod zwierzchnictwem gen. NKWD Zarubina intensywne tzw. badania jeńców, dążąc do poznania ich życiorysów i charakterów pod kątem „przydatności” dla ZSRS.
Od początku kwietnia do połowy maja 1940 r. z obozów tych wywożono w nieznanym kierunku grupy od 60 do 250 jeńców w odstępach jedno-, dwu- i trzydniowych. Wszyscy oni zginęli bez śladu z wyjątkiem 4253 jeńców z obozu w Kozielsku, których zwłoki odnaleziono w 1943 r. w lesie katyńskim k. Smoleńska, na terenie od dawna należącym do NKWD, a także 448 osób, które z ostatnich transportów trafiły do obozów w Pawliszczew Borze, a następnie do Griazowca.
Stanisław Swianiewicz, ekonomista wileński uratowany z transportów kwietniowych, był świadkiem przeładunku jeńców z pociągu do autobusów na stacji Gniazdowo k. Katynia. Autobusy te odjeżdżały z jeńcami w stronę lasu katyńskiego i wracały po jakimś czasie puste.
Przy zwłokach zamordowanego w lesie katyńskim mjr. Adama Solskiego znaleziono w 1943 r. fragment jego pamiętnika, który urywał się na słowach: „…Przywieziono gdzieś do lasu, coś w rodzaju letniska. Tu szczegółowa rewizja. Zabrano zegarek, na którym była godzina 6.30, pytano mnie o obrączkę, zabrano ruble, pas główny, scyzoryk (…)”17.
Ofiary mordu katyńskiego leżały w grobach w takim samym porządku, w jakim wywożono je z Kozielska. W 1943 r. w lesie katyńskim zidentyfikowano zwłoki 2914 polskich jeńców wojennych.
Pozostałych ponad 10 tys. oficerów i innych jeńców polskich z trzech obozów nigdy nie odnaleziono. Istniejące dane wskazują, że zostali oni wymordowani w podobny sposób jak w lesie katyńskim w miejscowości Dergacze w pobliżu Charkowa, w okolicach Bołogoje i Miednoje. Rosyjskie Stowarzyszenie „Memoriał” ogłosiło w połowie 2006 r., że odnotowano na terenie b. Związku Sowieckiego ok. 800 miejsc egzekucji, gdzie mordowano Polaków za czasów Stalina. M.in. w Bykowni, na północno-wschodnich przedmieściach Kijowa, odnaleziono strzępki polskich mundurów i przedmioty, które należały do polskich wojskowych18. Część jeńców mogła trafić na Kołymę, na Kamczatkę lub Czukotkę. Polscy jeńcy wojenni widziani byli koło portu Piestraja Dreswa nad Morzem Ochockim, w rejonie rzeki Sośwy koło Gori, przy budowie kolei z Kołtasu do Workuty i z Jakucka na Kołymę. Według innej wersji, polskich oficerów wieziono barkami przez Morze Białe i barki te zatonęły. Wśród nigdy nieodnalezionych oficerów polskich, których zwłoki spoczywają gdzieś na terytorium ZSRS, byli generałowie: Leon Billewicz, Stanisław Haller, Aleksander Kowalewski, Kazimierz Orlik-Łukoski, Konstanty Plissowski, Franciszek Sikorski, Leonard Skierski i Piotr Skuratowicz; pułkownicy: Konstanty Drucki-Lubecki, Bolesław Szwarcenberg-Czerny, Jarosław Szafran, Alojzy Wir-Konas i ok. 150 innych; 250 majorów, ponad 1000 kapitanów i rotmistrzów oraz tysiące podoficerów. Zginęli prawie wszyscy pracownicy Wojskowego Instytutu Geograficznego, kapelani - jak ks. Antoni Aleksandrowicz i ks. Edmund Nowak, uczeni - jak Zygmunt Mitera, Karol Piotrowski czy Edward Ralski, literaci i działacze społeczni19.
Przez niemal pół wieku Związek Sowiecki konsekwentnie podtrzymywał tezę o swej niewinności za ten mord oraz podejmował nadzwyczajne środki dla obrony takiego stanowiska. Stalin oświadczył Polakom w 1941 r., że owi oficerowie „musieli z pewnością uciec do Mandżurii”. Twierdzenie, że piętnaście tysięcy ludzi z trzech całkowicie odosobnionych obozów położonych na zachód od Wołgi mogło niezauważenie przemierzyć Syberię, było tak absurdalne, jak późniejsze milczenie zachodnich sojuszników Polski - zwycięzców armii Hitlera - wobec faktu tej zbrodni. Z dnia na dzień sowieckie kłamstwa na temat nieznajomości losu jeńców zostały zastąpione szczególnym wyjaśnieniem. Oficjalne czynniki sowieckie kłamliwie twierdziły tym razem, że Polacy zostali zatrudnieni przy pracach budowlanych i „wpadli w ręce niemiecko-faszystowskich oprawców”, kiedy sowieckie oddziały wycofały się z okolic Smoleńska latem 1941 r.
Dopiero 13 kwietnia 1990 r. prezydent Michaił Gorbaczow formalnie przyznał, że winę za zbrodnię katyńską ponosi Związek Sowiecki. Następny cywilizowany krok - formalne publiczne przeprosiny - nigdy nie został dokonany. Obecnie strona rosyjska w pewien sposób powróciła do wcześniejszego stanowiska w sprawie Katynia. Nadal nie przedstawia ona ważnych informacji, które mogłyby pozwolić na zamknięcie sprawy20.
Na początku lat dziewięćdziesiątych ujawniono wiele istotnych faktów, w tym dokumenty na czele z osławioną decyzją o rozstrzelaniu polskich jeńców wojennych, podjętą przez Berię oraz zatwierdzoną przez Politbiuro i Stalina 5 marca 1940 r. Dokument ten, sporządzony na blankiecie NKWD ZSRS, na pierwszej karcie w poprzek tekstu zawiera odnotowaną, zatwierdzającą mord w lesie katyńskim, dekretację: „Za (tu cztery własnoręczne podpisy): J. Stalin, K. Woroszyłow, W. Mołotow, A. Mikojan”. Na marginesie dokumentu odręcznie dopisano: „Kalinin - za, Kaganowicz - za”21.

Konsekwencje zbrodni

Bolszewicy, jako mistrzowie terroru, strategię swych zbrodniczych poczynań wobec bezbronnej, pozostawionej samej sobie przez państwa sojusznicze ludności polskiej opracowali i realizowali w sposób perfekcyjny. Jej ostatecznym założeniem było wyeliminowanie tzw. elementu polskiego z zagrabionych ziem. Zbrodniarze skoncentrowali więc swe plany głównie na tych grupach społecznych, które reprezentowały narodowe aspiracje i kultywowały najcenniejsze dla Polaków wartości.
W pierwszej zatem kolejności sowiecki aparat bezpieczeństwa, dążąc do szybkiego zniszczenia struktur Państwa Polskiego, uderzył w jego filary, tj. wojsko, policję, wymiar sprawiedliwości, administrację cywilną, szkolnictwo, liderów partii politycznych, organizacji społecznych i życia gospodarczego. W konsekwencji osłabieniu uległa elita niepodległościowa, która miała zasadnicze, kreatywne znaczenie dla powstania ruchu oporu i dywersji na zagrabionych ziemiach. Represje wobec tych grup Polaków w języku sowieckiej propagandy określano jako „likwidację wyzyskiwaczy” i przekształcenie „burżuazyjnego społeczeństwa” w „lepsze społeczeństwo bezklasowe” typu sowieckiego.
Za globalny cel Związku Sowieckiego w tym okresie przyjęto konsolidację terytorialną i umocnienie imperium przy krótkowzrocznym założeniu, iż niemiecki kontrahent zawartej niedawno umowy rozbiorowej zadowoli się przyjętym podziałem łupu. Wytyczony cel w stosunku do Polaków realizowano poprzez:
- dopuszczenie się ludobójstwa w następstwie wymordowania polskich jeńców wojennych, stanowiących kwiat inteligencji i trzon polskiej armii, w rozmiarach i zakresie wciąż poznawanych i odkrywanych;
- usunięcie osób potencjalne niebezpiecznych dla systemu sowieckiego bez uciekania się do masowej fizycznej likwidacji w miejscu zamieszkania, poprzez ich rozproszenie, odizolowanie i ograniczenie swobody poruszania się w wyniku akcji deportacyjnych;
- przeprowadzenie tzw. klasowej i narodowościowej czystki na zagrabionych terenach w celu zmarginalizowania znaczenia społeczności polskiej;
- niewolnicze wykorzystanie tzw. siły roboczej uwięzionych i deportowanych Polaków w gospodarce sowieckiej, na odległych i zacofanych cywilizacyjnie terenach;
- rusyfikacja i sowietyzacja pozbawionej wolności ludności polskiej22.
Dokonując deportacji Polaków, Związek Sowiecki zakładał uniemożliwienie realizacji dążeń Polaków do zjednoczenia terenów II Rzeczypospolitej kiedykolwiek w przyszłości. Deportacje prowadzono na zasadzie zbiorowej odpowiedzialności, powodując bezmiar ludzkich nieszczęść, tragedii i rozpaczy o trwających do dzisiaj skutkach.
Represje wobec ludności polskiej doprowadziły do zmiany struktury etnicznej i społecznej zagrabionych ziem, pogłębiły depolonizację wschodnich terytoriów II Rzeczypospolitej. Nastąpił duży napływ rosyjskich rodzin wojskowych i urzędniczych do ośrodków miejskich i na obszary osadnictwa polskiego. Ocalała od represji część polskiej ludności żyła w nędzy, pozbawiona jakichkolwiek perspektyw. Spowodowane wywózkami duże rozproszenie Polaków utrudniało lub uniemożliwiało niesienie wzajemnej pomocy.
Deportowani Polacy, poddawani na zsyłce wyniszczeniu biologicznemu, przechodzili proces degradacji fizycznej i moralnej. Uczyniono ich nędzarzami, rzucono na poniewierkę, ograbiono z dzieciństwa, młodości, radości życia.
Działania aparatu sowieckiego rozbudziły powszechną bojaźń przed represjami u tych, których jeszcze nie zdążono nimi objąć. Terror NKWD wywarł deprymujący wpływ na nastroje wszystkich, obudził strach przed wszechpotęgą reżimu, sparaliżował wolę działania politycznego. Aresztowania i deportacje skutecznie rozbiły polskie przedwojenne struktury państwowe, poderwały bazę dla polskiego ruchu oporu, zniszczyły grupę inteligencji, która była w stanie podjąć próbę ich odbudowy. Poprzez represje doprowadzono do atomizacji polskiego społeczeństwa, czyniąc zeń bezwolny łup sowieckiej władzy.
Sowieckie rozumienie efektów represji sformułowano w trakcie obrad IV sesji RN USRS, w końcu maja 1940 r., w meldunku o brzmieniu następującym: „…rozbite i zlikwidowane zostały klasy eksploatatorskie, obszarnicy, kapitaliści i ich wierna podpora - osadnicy. Równocześnie rozbity został państwowy aparat eksploatatorski byłego szlacheckiego Państwa Polskiego wraz ze wszystkimi jego atrybutami. Na oswobodzonej ziemi stworzono nasz nowy, sowiecki aparat (…)”23.

* * *

W latach osiemdziesiątych na falach radiowych uporczywie zagłuszanej przez władze PRL rozgłośni Radia Wolna Europa emitowana była cotygodniowa audycja o zbrodniach dokonanych na Polakach na Wschodzie i ich tragicznym losie. Powtarzane każdorazowo motto stanowiły - aktualne na zawsze - słowa modlitwy: „Jeżeli ja zapomnę o nich, Ty, Boże, zapomnij o mnie”...

KONIEC


9 Albin Głowacki, „Sowieci wobec Polaków”, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 1998, s. 331-332.
10 Op. cit., s. 334-337.
11 Op. cit., s. 341-342.
12 Op. cit., s. 333; por. również Andrzej Albert, „Najnowsza historia Polski 1918-1980”, Puls Publications Ltd, Londyn 1991, s. 322.
13 Albin Głowacki, op. cit., s. 350-355, por. również Andrzej Albert, op. cit., s. 322.
14 Andrzej Albert, op. cit., s. 322.
15 Albin Głowacki, op. cit., s. 393-396.
16 Op. cit., s. 397-399.
17 Andrzej Albert, op. cit., s. 324-325.
18 Op. cit., s. 325; por. również Allen Paul, „Katyń. Stalinowska masakra i tryumf prawdy”, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 373.
19 Andrzej Albert, op. cit., s. 325-326.
20 Allen Paul, op. cit., s. 11-12, s. 371-372.
21 Op. cit., s. 376-379.
22 Albin Głowacki, op. cit., s. 408-410.
23 Op. cit., s. 410.

Reklama

Inwigilowała ks. Blachnickiego dziś walczy z dyskryminacją

2019-08-22 09:01

Artur Stelmasiak

Internauci rozpoznali niebezpieczną współpracowniczkę komunistycznej służby, która stoi na czele stowarzyszenia współpracującego z warszawskim ratuszem.

Archiwum Główne Ruchu Światło-Życie

Chodzi o TW ps. "Panna", czyli Jolantę Gontarczyk, która na poczatku lat 80. rozpracowywała Solidarność, a później środowisko Polonii w RFN. Wraz z mężem inwigilowała Sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, który po wprowadzeniu stanu wojennego osiadł w Carlsbergu w Niemczech Zachodnich. - Wtedy Gontarczyk grała najbardziej katolicką i najbardziej patriotyczną kobietę w tym polonijnym środowisku - mówi "Niedzieli" Agnieszka Wolska z Kolonii, która od lat przypatruje się działalności TW "Panny".  

W latach 90. Jolanta Gontarczyk stała sie aktywistką feministyczną i ważnym członkiem warszawskiego SLD, gdzie pełniła wiele funkcji rządowych i samorządowych. Została odsunięta, gdy w 2005 roku ujawniono jej mroczną przeszłość, a IPN wszczął śledztwo ws. tajemniczej śmierci ks. Blachnickiego.

Internauci rozpoznali Jolantę Gontarczyk pod zmienionym nazwiskiem, jako Jolantę Lange. Przez kilka lat była ona w prezydium Komisji Dialogu Społecznego ds. Równego Traktowania, gdzie lobbowane są m. in. postulaty aktywistów LGBT. Obecnie jest także prezesem stowarzyszenia zajmującego się programami antydyskryminacyjnymi m. in. na zlecenie warszawskiego ratusza. Zmianę nazwiska z Gontarczyk na Lange potwierdza odpis z Krajowego Rejestru Sądowego. W zarządzie stowarzyszenia w 2008 r. zmieniło się nazwisko Jolanty, ale numer PESEL kobiety pozostał ten sam.

Jolantę Lange, jako Jolantę Gontarczyk rozpoznaje wiele osób z niemieckiej Polonii. - Mój mąż, jako członek Solidarności wyemigrował do RFN jeszcze przed stanem wojennym. W Carlsbergu poznał ks. Franciszka Blachnickiego i małżeństwo Gontarczyków. Wiele osób doskonale pamięta i rozpoznaje panią Gontarczyk, która znalazła sobie nową niszę dla swojej działalności - mówi Agnieszka Wolska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W siedem dni 1000 km!

2019-08-23 19:21

Marian Florek

Najdłuższa polska pielgrzymka jaka w tym roku dotarła na Jasną Górę liczyła 640 km. Na jej pokonanie pątnicy z Helu mieli 19 dni. A ile dni potrzebowali uczestnicy, liczącej ponad 1000 km. „Pielgrzymki Biegowej” wiodącej z Şumuleu Ciuc w Rumunii na Jasną Górę? 7 dni! I własnie po tygodniu od startu w dniu 23 sierpnia br. biegacze dotarli do Częstochowy.

Marian Florek

Idea takiej formy uczczenia Matki Bożej Jasnogórskiej zrodziła sie trzy lata temu – powiedział w rozmowie z „Niedzielą” pomysłodawca pielgrzymki Marian Płaszczyk, który corocznie organizuje pielgrzymki biegowe z miasteczka Knurów w woj. śląskim na Jasną Górę.

Trasa była ciężka, pełna niespodzianek i dramatycznych wydarzeń. Do pomocy w pokonywaniu trudności na szlaku poproszono rowerzystów, którzy osłaniali biegnących od np. watah bezpańskich psów – zwierzał się p. Plaszczyk. Czasami trzeba było się bronić i przed nieżyczliwymi ludźmi. Ale dzięki opiece Matki Najświętszej wszystko dobrze się skończyło – podkreślił w dalszej części rozmowy nasz interlokutor. Oczywiście było też sporo radości, zwłaszcza na postojach w poszczególnych miejscowościach, gdzie witali się z Matką Bożą o różnych obliczach ale zawsze o jednym sercu i gdzie ojcowie paulini okazywali wiele troski wobec zmęczonych pielgrzymów. Tę opinię potwierdziło w rozmowie z naszym tygodnikiem wielu młodych i starszych uczestników biegu.

Biegaczy było dziesięciu a rowerzystów dwóch. System biegu jaki obrali uczestnicy pielgrzymki był nie tyle sztafetowy co – jak określił pomysłodawca - „po sznurku”. Na Szczycie pielgrzymów powitał abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, który z serca ich pobłogosławił, odmówił wspólną modlitwę i chwilę życzliwie porozmawiał.

Hasłem Biegowej Pielgrzymki były słowa papieża św. Jana Pawła II: „Bóg dokonał już rzeczy niezwykłych, trzeba dalej iść w tym kierunku z ufnością i zapałem (…), wierząc w Chrystusa”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem