Reklama

Życie buduje się na miłości

Alicja Dołowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2009, str. 16-17


- Dostaliśmy czas, aby dojrzeć do wiary i do małżeństwa - mówi Radosław Pazura. Na zdjęciu z żoną Dorotą Chotecką
Dominik Różański

Wypadek samochodowy, który przed paroma laty przeżył Radosław Pazura, był momentem zwrotnym. Popularny aktor uznał, że życie, jakie dotąd wiódł, było pozbawione głębszego sensu, bo brakowało w nim miłości do Boga

Gdy zrozumiałem, że mogłoby mnie nie być, że dzieliły mnie minuty od śmierci, poczułem, że to wszystko stało się po coś. Zostałem uratowany, bym przyjrzał się sobie, swojemu życiu i znalazł czas na to, by je zmienić - wspomina Radosław Pazura. Przyznaje, że mimo iż „swoje odklęczał jako ministrant w kościele” i był człowiekiem wierzącym, do Boga zbliżył się pełniej dopiero po wypadku. Wtedy przeżył duchowy przełom. Dotąd żył jak dziecko szczęścia, zachłyśnięty sukcesem. Wydawało mu się, że wszystko zależy od niego, wszystko może, że kieruje własnym losem. - A tak nie jest, Bóg nami kieruje - mówi teraz Pazura.
Założył też fundację „Krewniacy”, której celem jest popularyzacja honorowego krwiodawstwa i zbieranie środków na ambulanse. Traktuje to jak spłacanie długu, bo kiedy ważyły się losy jego życia i śmierci, przeszedł dwie transfuzje, bez których by nie przeżył.

Od futbolu do aktorstwa

Radosław Pazura urodził się w Tomaszowie Mazowieckim, ale wychował w Niewiadowie, u boku starszego brata Cezarego, który był oczkiem w głowie rodziców. To na Czarka chuchano i dmuchano, a jemu w rodzinnym domu dano więcej swobody. Jak powiada, chodził samopas. Wysportowany, w szkole podstawowej kopał piłkę w drużynie futbolowej MKS Niewiadów. Potem w Liceum w Tomaszowie Mazowieckim grał w trzecioligowym klubie „Lechia”. Piłka była jego całym światem, wydawało się, że już tak zostanie.
O zmianie zainteresowań zdecydowała choroba. Kiedy z jej powodu nie mógł brać udziału w treningach, zapisał się do szkolnego kółka teatralnego i zaczął chodzić na próby sztuki Stefana Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka”. Zagrał w tym przedstawieniu, potem w drugim - „Generał Sułkowski”. Startował też w konkursach recytatorskich i nawet je wygrywał. Wspomina, że za recytację wiersza otrzymał w nagrodę 50 zł. To było dużo, zważywszy, że jego miesięczne kieszonkowe wypłacane przez rodziców wynosiło 5 zł. Pomyślał sobie wtedy, że pewnie z aktorstwa można nieźle żyć.
Na pewno decyzja starszego brata Cezarego, który wybrał aktorstwo, popchnęła do tego zawodu również Radosława. Zdał do warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Niechętnie ją wspomina. Z zespołem profesorów nie miał najlepszych kontaktów. Wcale nie przez brak talentu. Raczej przez krnąbrność. Gdy na pierwszych zajęciach Aleksandra Śląska spytała studentów, dlaczego wybrali właśnie szkołę aktorską, inni mówili o natchnieniu i misji, on, że chciał być rozpoznawany w dyskotece. Po pół roku studiów bez słowa opuścił szkołę i… wyjechał do Austrii. Był rok 1988. Dusił się w Polsce, uważał, że nikt się nie poznał na jego talencie, że może za granicą otworzą się dla niego szanse. Sześć miesięcy spędził w obozie dla uchodźców, szlifował niemiecki, pracował na budowie. Ale w Polsce po „okrągłym stole” zmieniła się sytuacja polityczna i wrócił.
Jednak gdy zgłosił się do warszawskiej szkoły teatralnej, by kontynuować studia, postawiono przed nim szlaban. Zamknęły przed nim swoje podwoje również warszawskie teatry. Wtedy zdał do łódzkiej filmówki i tam powiodło mu się lepiej. Kontakt z profesorami był wspaniały. Twierdzi, że wszystkiego, co umie, nauczył się w „filmówce”. Po półrocznych zajęciach załatwił sobie indywidualny tok studiów i skończył szkołę na trzecim roku. W Łodzi, zaraz na pierwszym roku, przyszły filmowe role. A potem rozwiązał się worek kolejnych propozycji.

Reklama

Notoryczni narzeczeni

W „filmówce” poznał Dorotę Chotecką i zaczęli stanowić nierozłączną parę. Piękni, młodzi, bojowo nastawieni do życia, chcieli z niego czerpać garściami. Czerpali. Radek zadebiutował w serialu „Pogranicze w ogniu” i dostał niewielką rolę studenta Rafała w filmie Jacka Bromskiego „Szczęśliwego Nowego Roku”. To z kolei zaowocowało główną rolą w filmie Juliusza Machulskiego „Szwadron”. Musiał wtedy dokonać wyboru, bo równocześnie Andrzej Wajda złożył mu propozycję głównej roli w „Pierścionku z orłem w koronie”. Zdecydował się na Machulskiego. Odtąd grał dużo. Lubił twarde i męskie role, dlatego grał w filmach Pasikowskiego. Dorota też sporo grała. W filmach kinowych oraz telewizyjnych serialach i spektaklach. Mnogość propozycji w filmie i telewizji nie pozwoliła Radosławowi Pazurze zaangażować się w aktorstwo teatralne. Przez cały okres kariery właściwie zagrał tylko raz na scenie Teatru na Woli w sztuce „Cud na Greenpoincie”.
Z Dorotą żyli w zawrotnym tempie. Pierwszy wypadek samochodowy, który zdarzył się, gdy maluchem wracali z nocnej imprezy, potraktowali jako zbieg okoliczności. Radek zasnął za kierownicą, a z malucha została nagle kupa żelastwa. Właściwie nic się nie stało, bardziej interesowały ich wtedy koszty i kłopoty związane z ukryciem zdarzenia przed rodziną niż zastanawianie się, czy to nie ostrzeżenie od losu. Ale kilka lat temu życie pełne imprez i atrakcyjnych wydarzeń zostało nagle zatrzymane przez tragiczny wypadek.
Prowadzący samochód aktor Waldemar Goszcz, znany z serialu „Adam i Ewa”, zginął na miejscu. Pazurze udało się przeżyć, choć na oddziale intensywnej terapii lekarze nie dawali gwarancji, bo nadzieja była nikła. Te dni, w które Dorota Chotecka, dziś jego żona, modliła się nieustannie, bardzo zmieniły życie obojga. Ona, dotąd z tlącą się zaledwie wiarą, w tych strasznych godzinach i dniach wiarę odzyskała. Tak jakoś się stało, że w chwilach cierpienia jej myśli i słowa samoistnie kierowały się do Boga. Udręczona czekaniem, czy Radek obudzi się ze śpiączki, i lękiem, że umrze, szeptała posłusznie: „Oddaję się Tobie, Boże, zrobisz jak chcesz”. Zawierzyła całkowicie. I prosiła, aby Bóg nauczył ją godzić się z tym, że ktoś bliski umiera, bo z jej narzeczonym było aż tak źle.
Dlaczego jedni po takim przeżyciu wiarę tracą, a inni odzyskują? Nie wiadomo. Tkwi w tym jakaś tajemnica. Otarcie się o śmierć Radosław Pazura uważa za błogosławieństwo, bo ta tragedia zmieniła życie jego i Doroty na lepsze. Poukładała, wzmocniła więzy. To był w ich związku egzamin dojrzałości. Dotąd notoryczni narzeczeni, z apetytem na życie, popularni w „kolorówkach”, nagle zdali sobie sprawę, że jeden moment potrafi zmienić życie. Zrozumieli też, jak bardzo się kochają. Przestraszyli się, że oto nagle jedno z nich mogłoby zostać bez drugiego. Dorota, która dotąd miała wątpliwości, zapragnęła wyjść za Radka, usankcjonować sakramentem małżeństwa ich ciągnący się kilkanaście lat związek na „kocią łapę”.
- Dostaliśmy czas, aby dojrzeć do wiary i do małżeństwa - mówi Radosław. Twierdzi, że Bóg daje mnóstwo szans, byśmy sami mogli do tego dojść. Tym razem oni z tej szansy skorzystali. Dotarło do nich, że prawdziwa miłość to dar i są sobie przeznaczeni.

Prawdziwe cuda

Pół roku o kulach, żmudna i bolesna rehabilitacja to dla Pazury nic, skoro w perspektywie rysowała się szansa założenia rodziny. Kiedy Dorota powiedziała, że chce za niego wyjść, dostał skrzydeł. Małżeństwo zmieniało wszystko. Niezależni imprezowicze, zazdrośni o siebie na filmowym planie, mieli stworzyć dom, poważnie myśleli o dziecku. Skończyli z „pokazywaniem się” na imprezach, z papierosami i alkoholem. Kolorowa prasa nie miała już z ich życia pożywki. A role filmowe i tak sypały się jedna po drugiej. Ostatnio oboje zagrali w „Ranczo Wilkowyje”, a ona prowadzi telewizyjny program „Baby room”. Radosław zagrał w filmie Rafała Wieczyńskiego „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Ślub wzięli w kaplicy klasztoru we Frascati we Włoszech, spędziwszy wcześniej osobno czas na wyciszeniu. Pragnęli skupić się na małżeńskiej przysiędze. Radosław jest przekonany, że prawdziwe cuda zaczęły dziać się po zawarciu sakramentu małżeństwa. - Poczuliśmy w sobie rodzinę i to niebo naprawdę przyszło - mówi. Po długich latach oczekiwania urodziła się im córeczka Klara. - Nasz związek stał się pełniejszy i dojrzalszy. Traktuję to jak prawdziwy cud - przyznaje aktor.
Kłopotu narobiła tylko kolorowa prasa, która doniosła, że Pazurom urodziły się bliźniaki. To była plotka, ale znajomi dzwonili do nich i pytali z troską, czy czasem nie stracili dziecka.
Radosław twierdzi, że kiedy czyta Biblię, czasem czuje obecność Boga. - Tego uczucia nie umiem nawet opisać, po prostu wiem, że Bóg tu jest i przemawia właśnie do mnie. To jest niezwykłe i czuję wdzięczność, że mogę tego dostępować - zwierza się. Wie też, że gdyby miał przekazać tylko jedno przykazanie płynące z Biblii, byłoby to przykazanie miłości. - Wszystko jest w nim zawarte. Gdy kochasz Boga, to będziesz kochał bliźniego, a wtedy go nie skrzywdzisz. Nie zranisz, nie okradniesz, nie okłamiesz, nie zdradzisz. Bo kochasz - tłumaczy Radosław Pazura.

Czym jest doświadczenie „nocy ciemnej” w życiu duchowym?

2019-10-16 15:25

mp, ps / Kraków (KAI)

- Dogłębne wewnętrzne nawrócenie to proces a zarazem jedno z ważniejszych zadań „nocy ciemnej”. Wymaga on gotowości do poświęcenia, zaparcia się samego siebie, ofiary – mówi KAI Piotr Słabek, współorganizator sesji „Kiedy nastaje mrok. Doświadczenie nocy ciemnej w życiu codziennym”, organizowanej w świetle duchowości św. Jana od Krzyża, która odbędzie się od 22 do 24 listopada br. w Lubogoszczy. Słabek wyjaśnia przy okazji jaka jest różnica pomiędzy duchową „ciemną nocą” – która jest okazją do wzrostu, a depresją, wymagającą specjalistycznego leczenia.

©Alex Motrenko/fotolia.com

A oto tekst rozmowy:

- Kogo dotyczy „noc ciemna” w życiu duchowym?

Piotr Słabek: Zaproszenie dotyczy wszystkich, którzy zakochali się w Bogu i chcą się z nim jak najściślej zjednoczyć. „Noc ciemna” pomoże im w oderwaniu się od rzeczy tego świata, które rozpraszają i oddalają od Stwórcy.

Bo przecież noc ułatwia zwrócenie wzroku jedynie w kierunku Boga. Paradoksalnie to bliskość i intensywność światłości sprawia, że nic nie widzimy i postrzegamy nieskończoną jasność jako nieprzeniknioną ciemność.

Natomiast każde szczere pragnienie bliskości Boga, wcześniej czy później nieodłącznie wiąże się z oczyszczeniem, odsunięciem od siebie wewnętrznych i zewnętrznych rzeczy, spraw, które rozpraszają i oddalają od Boga.

Oczyszczanie jest głównie skierowane przeciw korzeniom namiętności, pożądań. Według Ewagriusza z Pontu są nim egoizm i miłość własna. Doświadczenie „nocy” pomaga pokonywać egoizm, lenistwo, niecierpliwość, zazdrość, osądzanie bliźnich, obmowę, szukanie siebie we wszelkich praktykach pobożnych. W procesie tym dokonuje się oczyszczenie z uzależnień, wyzwolenie się z ciasnych schematów myślowych oraz różnorakich przywiązań, przyzwyczajeń, uprzedzeń.

- Czy w życiu codziennym można przeżywać „noc ciemną”?

- W jakimś stopniu ”noc ciemna” wpisuje się w życie każdego chrześcijanina, a szczególnie w życie codzienne. Dlaczego tak jest? Przede wszystkim z tego powodu, że podczas nocy sam Bóg oczyszcza nas i przemienia na głębokim poziomie naszego serca. To poziom, do którego sami nie jesteśmy w stanie dotrzeć.

To zasadnicza różnica między tzw. oczyszczeniem czynnym, (tym którego dokonujemy naszymi siłami) a biernym (którego dokonuje Bóg). Oczyszczenie bierne dotyczy głębi serca, podświadomości.

W najskrytszych zakamarkach naszego serca - jak wyjaśniał św. Jan od Krzyża - jest „tron”. A na nim wygodnie siedzi nasze „ja” i nie zamierza nikomu ustąpić miejsca. Jeśli zaprosimy tam Boga, to doświadczenie Jego miłości zintegruje nas wewnętrznie i stopniowo pozwoli zdetronizować nasze „ja”. Jeśli Bóg jest na swoim miejscu tzn. na tronie naszego serca i życia, to wszystko inne jest również na swoim miejscu.

Trzeba więc pozwolić „dać się przemieniać” przez Boga na Jego obraz. I to jest trudne bo nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Człowiek podświadomie nie chce oddać inicjatywy Bogu. Nie chce, by Bóg działał w jego wnętrzu i przemieniał go. Nasze "ja" chce wyznaczyć kierunek naszemu życiu, chce zawsze mieć inicjatywę.

Dogłębne wewnętrzne nawrócenie to proces a zarazem jedno z ważniejszych zadań „nocy ciemnej”. Wymaga on gotowości do poświęcenia, zaparcia się samego siebie, ofiary.

- W jaki sposób możemy kroczyć poprzez „noc ciemną”? Kto jest naszym przewodnikiem na tej drodze?

- Przewodnikami jest pragnienie, tęsknota za Bogiem i przede wszystkich wiara, ciągle oczyszczana w „nocy ciemnej”.

Droga pozornej ciemności, pustki i nicości jest w istocie drogą poznania Boga. Jest to droga przebóstwienia dokonującego się w życiu codziennym - tu i teraz.

Paradoksalnie noc ciemna jest jakąś formą kontemplacji Boga, można by powiedzieć „kontemplacji ciemnej”. Rozwinięta szczególnie w tradycji wschodniej teologia negatywna tzw. teologia apofatyczna, ciągle wskazuje na to, że Bóg jest nieskończoną tajemnicą, jest nieskończenie inny od nas i od tego co nas otacza. O wiele więcej o Nim nie wiemy niż wiemy. Na drogę modlitwy kontemplacyjnej wkraczamy przez zachwyt i zauroczenie się Bogiem.

- Jak rozeznać czym jest „noc ciemna” a czym nie jest?

- Doświadczeniu „nocy” towarzyszy oschłość, bezradność, brak pewności, pokusy, załamania. By przetrwać ten rodzaj biernego oczyszczenia, konieczna jest stałość, ufność, zawierzenie Bogu, cierpliwość, wytrwałość, pokorna nadzieja.

Każdy człowiek przeżywa swój rodzaj nocy. Jest ona wcześniej czy później doświadczeniem każdego, kto pragnie pójść za Bogiem i prowadzić głębokie życie duchowe. Kto szuka bliskich relacji z Bogiem i tęskni za Nim, ten jej doświadczy.

Człowieka wtedy otacza niezmierzona światłość, którą odbiera się jako nieprzenikniętą ciemność. Jest to czas, gdy trudno odczuć obecność Boga, która naznaczona jest przede wszystkim milczeniem. Mamy wówczas doświadczenie nieobecności Boga.

- Czy istnieją różnice miedzy doświadczaniem „nocy ciemnej” a doświadczeniem depresji?

- Zarówno w depresji jak i w „ciemnej nocy” ludzie doświadczają własnej bezsilności, bezbronności, samotności, opuszczenia i wyobcowania. Czują się bezwartościowi, wewnętrznie odwróceni, winni i grzeszni. Przeżycie to jest przesycone lękiem, beznadziejnością i bezsensownością. Na tym jednak kończą się podobieństwa.

Lekką depresję można często pomylić z „acedią” (duchową depresją), nie z „nocą ciemną”. Istnieje zasadnicza różnica między depresją zwłaszcza głęboką, a „nocą ciemną”.

„Noc ciemna” jest poprzedzona duchowym doświadczeniem. Jest to przede wszystkim religijne doświadczenie ludzi pragnących Boga, którzy idą w Jego kierunku. Ból i cierpienie jest spowodowane brakiem odczuwalnego doświadczenia Bożej obecności. Tam gdzie jest autentyczna „noc ciemna”, tam jest prawdziwe doświadczenia duchowe. W sytuacji tej, mimo bólu, cierpienia, człowiek stawia czoła swojemu codziennemu życiu, nie zaniedbuje swoich obowiązków. Głęboka depresja, często ze względu na swój przebieg jest w stanie tak osłabić cały organizm człowieka, że jakakolwiek aktywność zawodowa czy rodzinna jest w zasadzie wykluczona.

Doświadczenie „nocy ciemnej” może osłabiać naszą aktywność zawodową, ale jej zupełnie nie wyklucza, jest to bowiem doświadczenie duchowe a nie choroba łącząca objawy psychiczne z fizjologicznymi.

Przykładem tego zjawiska było długotrwałe przeżywanie „nocy ciemnej” św. Matki Teresy, przy jednoczesnym, mocnym zaangażowaniu w pomoc potrzebującym i niezwykłą aktywność dotyczącą akcji charytatywnych jak i kierowania zgromadzeniem zakonnym.

Duchowe doświadczenie ma psychologiczne podstawy. Depresja wpływa na ludzką psychikę, podobnie jak szereg innych chorób np. cukrzyca, niedoczynność tarczycy itp. Nie ma jednak powodu by przeakcentować jej wymiar duchowy. Na depresję mogą cierpieć osoby religijne, podobnie jak chorują na inne różne choroby w tym i choroby psychiczne.

Depresję trzeba leczyć farmakologicznie i psychoterapeutycznie, bo prowadzi do zrujnowania psychiki i ciała, wyniszcza cały organizm, uniemożliwia radzenie sobie z codziennością.

Natomiast „Noc ciemna” poddaje w wątpliwość obraz własnej osoby, obraz Boga. Oczyszcza duchowo z różnych iluzji religijnych, jednak nie eliminuje z życia codziennego i nie prowadzi do długiej hospitalizacji.

Jednym z elementów, pozwalających odróżnić czy ktoś cierpi na depresję, czy przeżywa noc ciemną jest wewnętrzna wolność. Ciężkiej depresji towarzyszy apatia i wyczerpanie organizmu, pacjent opada z sił, czuje się wewnętrznie przymuszony czy zniewolony swym psychicznym stanem do smutku i beznadziei. Najbardziej niebezpieczny moment jest przy leczeniu farmakologicznym wtedy, gdy pacjent nabiera więcej sił fizycznych – pozostawiony bez opieki może zrealizować często występujące w tej chorobie myśli samobójcze.

W „nocy ciemnej” cierpienie wiąże się z wewnętrzną pustką i brakiem doświadczenia Boga. Jest to noc próby wiary czy nawet jej okresowej utraty. Nie czuje się, że Bóg w ogóle istnieje. Z braku doświadczania Boga wynika doświadczenie małości, grzeszności i słabości. Ma ono jednak inny wymiar niż postawy depresyjne, gdzie człowiek całkowicie widzi wszystko w czarnych kolorach, jest odcięty od siebie i od obecności drugiego człowieka, pełen rozpaczy.

Nawet pośrodku ciemnej nocy, można się czuć mimo wszystko wolnym. Pragnienie i tęsknota Boga są jednocześnie powodem olbrzymiego cierpienia jak i większej miłości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bielsko-Biała: najstarsza bielska świątynia znowu w średniowiecznym blasku

2019-10-17 19:30

rk / Bielsko-Biała (KAI)

Zakończyły się prace konserwatorskie przy najstarszej na terenie Bielska-Białej, XIV-wiecznej świątyni pw. św. Stanisława BM. Dzięki przedsięwzięciu kościół uchroniono przed postępującym niszczeniem, ale i przywrócono do jego pierwotnego, średniowiecznego kształtu estetycznego. Podczas prac specjaliści odkryli fragmenty barwnej polichromii na wschodniej ścianie prezbiterium.

Silar / Wikipedia
Tryptyk ołtarzowy w kościele św. Stanisława

Radości nie ukrywa proboszcz parafii ks. Zygmunt Siemianowski. „To ważny dzień dla naszej wspólnoty. Świątynia była pęknięta w dwóch miejscach - od fundamentu po strop. Zahamowano dalszy proces niszczenia, przywrócono wygląd oryginalny” – dodał.

Właściciel firmy konserwatorskiej „AC Konserwacja Zabytków” Aleksander Piotrowski poinformował, że w wyniku prac usunięto cementowe tynki na świątyni. „Przywróciliśmy natomiast, o ile to jest dziś możliwe, we wszystkich wymiarach pierwotny aspekt technologiczny budowy tej świątyni, polegający na użyciu wapna gaszonego” – zaznaczył i zaznaczył, że zewnętrzna warstwa obiektu została pomalowana farbą wapienną.

Dzięki inwestycji konserwatorsko-budowlanej wykonane zostały m.in. takie prace jak: izolacja fundamentów kościoła, konserwacja więźby dachowej oraz zabezpieczenie stropu kościoła. Przywrócono nawiązujące do średniowiecza tynki na elewacjach zewnętrznych, które zostały niefortunnie pokryte w minionym wieku tynkami cementowymi. Ich obecność stanowiła zagrożenie dla bezcennych polichromii gotyckich i renesansowych zachowanych w prezbiterium i na łuku tęczowym we wnętrzu świątyni.

Zdaniem ks. dr. Szymona Tracza, konserwatora architektury i sztuki sakralnej diecezji bielsko-żywieckiej, prawdziwą sensacją było odkrycie fragmentów barwnej polichromii na wschodniej ścianie prezbiterium. Historyk sztuki z UPJPII i przypomniał, że na ziemiach polskich na zewnątrz budowli zachowało się bardzo mało średniowiecznych wypraw tynkarskich i dekoracji malarskich.

Zabiegi konserwatorskie związane były z projektem „Stare Bielsko – odNowa – prace konserwatorskie, restauratorskie i roboty budowlane w zabytkowym kościele św. Stanisława BM dla utworzenia nowej oferty kulturalnej regionu”. Jego realizacja stała się możliwa dzięki funduszom z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Śląskiego, wkładu własnego parafii oraz wydatnej pomocy Urzędu Miasta Bielska-Białej. Koszt realizacji projektu wyniósł ponad 2 miliony złotych.

Gotycki kościół św. Stanisława wybudowano w drugiej połowie XIV w. Został ufundowany przez księcia cieszyńskiego Przemysława I Noszaka. To najstarszy obiekt na terenie miasta. W kościele oprócz imponującego, późnogotyckiego tryptyku z początku wieku XVI, przypisywanego Mistrzowi Rodziny Marii, znajdują się m.in. portale z 1380 roku, drzwi z zakrystii do prezbiterium z 1500 r., gotyckie polichromie.

Świątynia pełniła funkcję kościoła parafialnego dla miasta Bielska i wsi Bielsko do 1447 r. Wówczas stała się kościołem filialnym parafii św. Mikołaja w Bielsku. W 1953 r. została erygowana parafia św. Stanisława w Starym Bielsku. Od 1992 r. parafia należy do diecezji bielsko-żywieckiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem