Reklama

Jan Paweł II

Karol Wojtyła – nadzwyczajna zwyczajność

Karol Wojtyła był człowiekiem nadzwyczajnej zwyczajności – mówi KAI bp Tadeusz Pieronek, przez lata jego bliski współpracownik. Przewodniczący Trybunału Rogatoryjnego, który badał krakowski okres życia Karola Wojtyły, opowiada o jego dniu codziennym, negocjacjach z komunistami, soborowych nadziejach kard. Wojtyły, papieżu Franciszku, Kościele otwartym i dzisiejszych wyzwaniach dla Kościoła w Polsce. 18 maja przypada 94. rocznica urodzin Karola Wojtyły.

[ TEMATY ]

wywiad

Jan Paweł II

Grzegorz Gałązka

Jan Paweł II w Agrigento

Jan Paweł II w Agrigento

Tomasz Królak, KAI: Czy kiedykolwiek w czasie wieloletniej współpracy z Karolem Wojtyłą przemknęła Księdzu Biskupowi myśl, że to człowiek święty?

Bp Tadeusz Pieronek: W odległych, krakowskich czasach – nie, ale potem, gdy już był papieżem "kręciła" się po głowie myśl, że będzie to pontyfikat niezwykły. Kolejne lata dowodziły tego w oczywisty sposób. A kiedy umierał i umarł, wszystko było jasne. Co prawda słynne "Santo subito!" do mnie nie docierało, ale rzeczy potoczyły się tak szybko, że człowiek uwierzył w to, o czym wcześniej trudno było nawet pomyśleć.

- Wydaje się, że kard. Wojtyła był do papiestwa doskonale przygotowany. Bo przecież kwestie, które okazały się w jego pontyfikacie kluczowe – np. znaczenie świeckich, duszpasterstwo młodzieży, tematyka małżeńska – to sprawy, dzięki którym zasłynął tu, w Krakowie. Jest coś na rzeczy?

– Jest, chociażby dlatego, że on z Krakowa nie zabrał ani jednej książki, ani jednej notatki, nic. Po prostu jemu to nie było potrzebne. Wszedł w papiestwo tak, jakby przeszedł do drugiego pokoju.
Po jego wyborze na Stolicę Piotrową jeździliśmy do niego z różnymi sprawami. Wkrótce po inauguracji, poszliśmy wspólnie na taras nad apartamentami Pałacu Apostolskiego. Uroczy widok na Rzym, pogoda piękna, rozmawiamy sobie. Pytam papieża: jak to jest możliwe, że Ojciec Święty w ciągu tych kilku dni napisał tyle dokumentów, w tym przemówienie inauguracyjne, tekst na spotkanie z korpusem dyplomatycznym, przemówienie do Polaków i tyle innych? A on mówi tak: przecież mam sekretariat i ludzi zdolnych do pisania, sugerowania itd. Piszę tylko to, co uważam, że muszę sam napisać a pozostałe zlecam innym. Potem czytam i na ogół przyjmuję.
Zapytał następnie, jak ludzie w Polsce przyjęli jego wybór na papieża. Więc odpowiadamy o wybuchu radości, uśmiechach w tramwajach, pozdrawianiu się ludzi na ulicy, telefonach itd. itp. No i mówimy, że jest radość i duża nadzieja. A on się pyta: a pili? Przyznaliśmy, że tak, oczywiście, bo taki przejaw radości też miał miejsce...

- Z kolei ja zapytałem: a jak Ojciec Święty to przyjął? Odpowiedź była mniej więcej taka: widocznie Pan Bóg chciał, żebym coś zrobił dla Kościoła, dla Polski i dla świata. Ten "świat" trochę mnie zbił z nóg. Myślę sobie: 2-3 dni jest papieżem i już widzi zadania, jakie przed nim stoją w stosunku do świata? Oczywiście wiadomo, że będąc na takim stanowisku musi się to widzieć, ale zaskoczyło mnie, że on to powiedział tak łatwo.

- Wkrótce po wyborze pojawiła się sprawa wizyty w Polsce i w Meksyku. Papież uznał, że wyjazd do Puebla będzie dobrym przygotowaniem do wizyty w ojczyźnie. Meksyk był jednak bardzo trudnym orzechem do zgryzienia: teologia wyzwolenia, panoszący się marksizm, itd. Okazało się, że myśmy go za bardzo nie znali. On nie był człowiekiem, który mówił o sobie.

- A więc, nawet najbliżsi z krakowskich lat, zaczęli go naprawdę poznawać dopiero po wyborze?

– Trochę z innej strony. Bo to, że on był kompetentny tutaj, to każdy wiedział ale że ma wiedzę, która obejmuje i problemy Kościoła powszechnego i całego świata? Okazało się, że on całkiem dobrze sobie z tym radzi.

- Czyli to wyznanie, że ma zadania wobec świata nie było na wyrost.

– Absolutnie. On rzeczywiście miał bardzo dobre, międzynarodowe kontakty ze swoimi kolegami ze studiów, z polskimi naukowcami.
Nieustannie czytał. Dość często jeździłem z nim do Warszawy. Wsiadało się do samochodu na Franciszkańskiej i przez jakieś parę minut rozmawiało się o różnych, bieżących sprawach. A potem przepraszał, wyciągał brewiarz albo książkę – bo zawsze woził dużą teczkę z książkami – i pracował. Dopiero gdzieś za Kielcami stawaliśmy na kawę – z termosu, bo żadnych lokali przy drodze wtedy nie było. Parę słów o wiadomościach ze świata, jeśli było coś ciekawego, wsiadaliśmy do samochodu i jechaliśmy dalej. Dopiero na ulicach Warszawy kończył to swoje studium czy modlitwę i rozmawialiśmy o tym, co będziemy robić. Nie tracił czasu, miał zawsze coś do roboty.

- Międzynarodowe kontakty biskupów nie są dziś czymś nadzwyczajnym ale przecież to był siermiężny komunizm, żelazna kurtyna, Kościół zaledwie bardziej lub mniej tolerowany i raptem w 1978 r. wychodzi z Krakowa ktoś, kto jest doskonale przygotowany do tak niezwykłej i trudnej roli. Jak to możliwe?

– Był jeden ważny, decydujący moment: jego udział w Soborze. On tam „wypłynął”. Oczywiście nie był jakąś „gwiazdą” Soboru ale dał się zauważyć jego kierownictwu. Niewątpliwie też był człowiekiem lubianym i bardzo cenionym przez Pawła VI. Jego zaangażowanie, zwłaszcza w konstytucję duszpasterską o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et spes” było znakiem, że się z nim liczą i że go potrzebują.
Tak samo jego wyrażane na Soborze opinie dotyczące wolności religijnej. To były głosy nie z tego świata, bo myśmy o takich rzeczach tutaj nie rozmawiali.

- A skąd o tym wiedział kard. Wojtyła?

– Czuł to. Miał bardzo dużo rzeczy przemyślnych, przemodlonych. Wstawał wcześnie rano. Wystarczy przerzucić wydane niedawno notatki, żeby zorientować się w jego układzie dnia, w tym, co się tam mieściło. Wszystko się mieściło i zawsze było miejsce na coś dodatkowego. Wstawał, rozmyślał, modlił się, odprawiał Mszę w kościele, jadł śniadanie i wracał do kaplicy, gdzie miał specjalne miejsce. Siadał za stolikiem i pracował gdzieś do 10-11.
Pracował, ale też umiał odpoczywać. Odpoczynek był u niego także swego rodzaju pracą ale ukierunkowaną na ludzi, których brał ze sobą. Polegało to na tym, że kierowca podwoził go np. gdzieś pod Ojców, gdzie biskup Wojtyła się przebierał w bardziej turystyczną odzież, zwłaszcza buty. Szliśmy cały dzień, aż na Turbacz. W czasie tej wycieczki mówiło się o wszystkim, zwłaszcza o tych sprawach, które czekają na rozwiązanie. Ja interesowałem się zwłaszcza Wydziałem Teologicznym i Synodem Archidiecezji Krakowskiej. Te tematy wystarczały nam na długie rozmowy. Ich owocem było to, że nie musiał dawać żadnych szczegółowych instrukcji, bo każdy wiedział co ma robić – było to już wielokrotnie omówione, przedyskutowane, z argumentami za i przeciw itd.
A więc pracował także w czasie wypoczynku. Pracował i modlił się: w pewnym momencie – co trzeba było wyczuć i uszanować – oddalał się: albo zostawał za pozostałymi albo odchodził gdzieś na bok, a po jakimś czasie wracał na szlak.

- A o bieżącej polityce też rozmawialiście?

– Polityka jako taka, o charakterze międzynarodowym czy krajowym, nie była przedmiotem naszych rozmów.

- Nie komentowaliście działań Gomułki czy Gierka...

– Nie. Ale poruszaliśmy tematy, które były ściśle związane z polityką – polityką państwa wobec Kościoła.

- Bo jeśli rozmowa dotyczyła choćby sprawy studiów teologicznych to siłą rzeczy trzeba było wejść w te rewiry.

– Oczywiście. Wojtyła rozpoczął swoje kontakty o dużej wymowie politycznej jeszcze jako biskup pomocniczy, za arcybiskupa Baziaka [abp Eugenusz Baziak w latach 1951-1962 był administratorem apostolskim archidiecezji krakowskiej a przez kilka miesięcy 1962 roku metropolitą krakowskim – przyp. KAI]. Byłem wówczas, przez rok, notariuszem w Kurii, gdzie biskupa Wojtyłę widywałem bardzo rzadko, bo działał w terenie. Misją, którą obarczył go abp Baziak była sprawa krzyża w Nowej Hucie. Z tą sprawą wiąże się jego pierwszy „występ” na forum publicznym, gdzie musiał zająć stanowisko, musiał bronić tego krzyża, narażać się, bo wszystko się tam mogło stać.
Drugim epizodem, bardzo ściśle związanym z polityką państwa wobec Kościoła krakowskiego, było przejęcie przez władze budynku tzw. „małego seminarium” na ul. Manifestu Lipcowego (dziś Piłsudskiego).
Oprócz kard. Wyszyńskiego i abp. Dąbrowskiego, którzy byli w episkopacie osobami zobowiązanymi do kontaktów z rządem, Wojtyła był jedynym biskupem, który rozmawiał z sekretarzem partii, z KW PZPR w Krakowie (ów, po wyborze metropolity krakowskiego na papieża, głosił dumnie, że poparł jego kandydaturę na arcybiskupstwo a więc chwalił się tym, czego zrobić nie mógł, ale mniejsza z tym...).
Kardynał w rozmowach z władzami partyjnymi uzyskał to, że budynku „małego seminarium” nie zabrali w całości a tylko jedno, najwyższe piętro. Reszta była używana jako seminarium. To była dość sprawa spektakularna, bo takich rzeczy z komunistami się nie wygrywało.
A potem, swoimi metodami, prowadził cały szereg akcji związanych z nauką religii – nie w szkole, bo stąd wyrzucono ją już w 1960 roku ale w punktach katechetycznych. Rząd chciał, żeby wszystkie były rejestrowane. Kościół nie mógł się na to zgodzić, bo podałby się pod kontrolę komunistów.
Zgodnie z przyjętą zasadą punkty katechetyczne nie były zgłaszane. Natomiast ksiądz, który to zrobił, dostawał od państwa pensję. Były takie przypadki, bardzo rzadkie, ale zdarzały się. Rozbijacka robota. O to trzeba było więc walczyć. Wynajmowano pomieszczenia na katechizację poza szkołą i poza budynkiem kościelnym, bo kościoły nie zawsze się do tego nadawały a jakichś salek przykościelnych nie było. Świeccy, u których te pomieszczenia wynajmowano, mieli świadomość, że się narażają. Byli szykanowani i płacili kary ale de facto płacił Kościół, parafia. W gruncie rzeczy ta walka o katechizację trwała właściwie do końca obecności kard. Wojtyły w Krakowie.

- Kolejnym, politycznym problemem była budowa kościołów.

– Zaczęło się od Nowej Huty, od słynnego krzyża, potem była Nowa Huta-Bieńczyce czyli Arka Pana. To wszystko trwało latami. Tam gdzie było zezwolenie, budowa jakoś postępowała. Rocznie takich zezwoleń dawano w Polsce zaledwie kilka. Wszystkie nowe dzielnice były przez lata kościołów pozbawione.
Jak on to robił, jak dialogował z władzami? Listami pasterskimi, czasami wprost dotyczącymi tej tematyki oraz komunikatami, w których co roku informował o liczbie podań o pozwolenia na budowę i o reakcji władz. Często były negatywne, ale jeśli na coś pozwolili, to także informował. I prosił o modlitwę, o cierpliwość i reakcję godną człowieka wierzącego.
W pewnej miejscowości w powiecie żywieckim, kościół wybudowano w ciągu nocy. Ludzie, wiedząc, że władze nie pozwolą postawić kościoła, zbudowali, za zezwoleniem, fundamenty pod dwa domki jednorodzinne. Następnie jakoś je połączyli i do rana postawili kościół, z dachem itd. W nocy przyszła milicja. Nie zdołali przerwać prac ale wyłączyli prąd. Wtedy ludzie powyciągali motocykle (samochód rzadko kto miał), oświetlili teren budowy reflektorami i dokończyli robotę. Tak to wyglądało. A kościół stoi do dziś.
Kolejnym przedmiotem jego szczególnej troski była procesja Bożego Ciała. Władze nie zgadzały się, żeby trasa wiodła z katedry wawelskiej na Rynek i tam się kończyła. Nigdy na to nie zezwolili. Była to więc walka o wolność religijną, tak to trzeba nazwać. Dopiero kiedy został papieżem, procesja powróciła do dawnej trasy.
Za to, że seminaria nie zostały poddane dozorowi kuratoriów, władze postanowiły zabrać kleryków do wojska. I szli, do jednostek w Bartoszycach czy Brzegu, jako normalni rekruci. A tam byli poddawani mocnej indoktrynacji.
Oczkiem w głowie kardynała była sprawa studiów w seminariach. To było bardzo ważne, bo władze zmierzały do zdegradowania tych studiów do poziomu szkół zawodowych. W 1954 r. zamknięto Wydział Teologiczny UJ. Zrobiono to w momencie, gdy był to największy na świecie ośrodek studiów teologicznych. W sumie kształciło się tu około tysiąca osób, bowiem działały trzy duże seminaria diecezjalne: krakowskie, śląskie i częstochowskie a oprócz tego 13 seminariów zakonnych.
Jako przewodniczący komisji odpowiedzialnej w episkopacie za sprawy seminariów, Kardynał dążył do tego, by sprawa szkolnictwa wyższego była niezależna od państwa. Chodziło o to, by władze nie narzucały programów, nie kontrolowały toku studiów ale jednocześnie by ośrodki te zachowywały przepisy państwowe co do kadry, rodzaju studiów, programów podstawowych itd. Oczywiście, Kościół musiał się przy tym kierować szczegółowymi wytycznymi Kongregacji Wychowania Katolickiego.

- Powróćmy do początków. Czym właściwie tłumaczyć to, że oto w latach 50. pewien młody ksiądz zaczyna wchodzić w przyjacielskie relacje ze świeckimi, z wieloma się zaprzyjaźnia i rozmawia – o kwestiach miłości, małżeństwa, prokreacji, co później "przetwarza" naukowo i artystycznie? To było jednak coś niezwykłego jak na tamte czasy.

– Było, rzeczywiście. Myślę, że zadecydowała gorliwość młodego księdza wobec tego, co jest naprawdę ważne. Nie po to chodził z tym świeckimi i się z nimi zadawał, żeby wśród nich brylować. Był cichym, mądrym doradcą i wychowawcą tych ludzi.
To była praca pedagoga, zaprzyjaźnionego "wujka" jak go nazywano, żeby wobec postronnych nie zdradzać jego biskupiej tożsamości. Zawsze uderzało mnie jedno: że zabrał się za sprawy wspólnoty małżeńskiej pojmując to bardzo serio i bardzo po katolicku. Cóż, wówczas małżeństwa także się rozpadały. On gromadził młodych ludzi i ich przekonywał.
Książka "Miłość i odpowiedzialność", która ukazała się w 1960 r., po prostu nas zdumiewała. Zastanawialiśmy się, po co on to pisze i skąd to wszystko wie. A to był efekt przemyśleń, przemodleń, dyskusji. Oni o tym rozmawiali. Przecież takich rozmów nie prowadzi ktoś, kto nie ma o tym pojęcia. Okazało się, że ta znajomość jest na tyle głęboka, że stał się doradcą Pawła VI przy pracy papieża nad encykliką "Humanae vitae".

- Wejście w taką tematykę wymagało też na początku odwagi, bo przecież młody ks. Wojtyła nie zajął się tym z polecenia biskupa, lecz sam utorował sobie ścieżkę, o której nie pomyślał wcześniej żaden polski ksiądz.

– No tak, niestety. Miał tę umiejętność, że jeśli się czymś zajął, to angażował się w to bardzo głęboko, nie po wierzchu. Dowód? Pewna, nieudana ostatecznie, rzecz. W czasie Synodu Archidiecezji Krakowskiej [został zwołany w 1972 a został zakończony już przez papieża Jana Pawła II w 1979 r. – przyp. KAI] kard. Wojtyła chciał aby powstały rady parafialne. Ale takie prawdziwe a nie zwołane przez proboszcza i chodzące na jego pasku. Pamiętam jako sekretarz Synodu, że cały rok pracy poświęciliśmy temu zagadnieniu. I ile powstało rad parafialnych w diecezji? Jedna.

- Bo?

– Bo ludzie – i księża i świeccy – do tego nie dojrzeli. Kardynał mówił: nie będziemy dekretować, nie będziemy zmuszać ludzi do tworzenia struktur, których nie rozumieją. Bo nie chodziło o powołanie rady parafialnej, która będzie rządzić pieniędzmi i wykłócać się z proboszczem ale o środowisko, które będzie miało poczucie przekazywania wiary i postaw chrześcijańskich.

- A jak udał się ów "mały Sobór" czyli wspomniany Synod Archidiecezji Krakowskiej?

– Podczas Soboru byłem w Rzymie, ale przecież tego Soboru nie znałem. Znałem go z gazet, z artykułów jakie na ten temat zaczęły się pojawiać. Nie da się odczytać Soboru z takiego przekazu, trzeba się wgryźć w tekst. Dokumenty soborowe najlepiej poznaje się śledząc drogę, jaką odbyły począwszy od projektów do swej ostatecznej wersji; poznając wszelkie wersje, poprawki itd. Wtedy można doskonale poczuć, o co w danej kwestii tu chodzi. Poznałem Sobór dopiero podczas Synodu krakowskiego.

- Niejako będąc do tego "zmuszonym".

– No tak, z tym, że chętnie to robiłem. Ale kiedy zacząłem w dokumentach soborowych "grzebać" głębiej, poznawać jak się rodziły, zmieniały itd., wówczas w tym zasmakowałem. To była piękna robota.
To była wizja, wizja, którą kard. Wojtyła skrystalizował w książce "U podstaw odnowy. Studium o realizacji Vaticanum II" [z 1972 r. – przyp. KAI], niezmiernie trudnej. Dlatego, że to była synteza Soboru robiona jego umysłem. On chciał z tego stworzyć pewną całość. Tam jest i kwestia języka i powiązań tych różnych, kilkunastu dokumentów ze sobą. Stanowią one jednak pewną zwartą całość, pewien obraz Kościoła.
Tę książkę dostaliśmy przygotowując Synod. Najtrudniej było dotrzeć skutecznie do ludzi to znaczy czymś ich zainteresować. Na spotkanie przyjdą, ale... Wojtyła mówił: ludzie muszą się nauczyć Soboru. Temu miały służyć synodalne zespoły studyjne: zapoznaniu ludzi z myślą soborową. Ale kto to miał zrobić? Księża nie byli do tego przygotowani. Komisja ekspertów, która została do tego powołana, też musiała się wszystkiego uczyć. Brakowało nam tekstów, które można było posłać do ludzi. Pamiętam, że jednym z takich materiałów był artykuł kard. Gabriela-Marii Garrone ale nie byliśmy wówczas zdolni do tego, by sami stworzyć jakiś dokument. Tym bardziej, że przez trzy lata gryźliśmy się z tą tematyką, żeby dać jakąś naszą wizję całości. Dopiero pod koniec trzeciego roku doszliśmy do wniosku, że może to być ujęcie tria munera Christi, to znaczy uczestnictwo Kościoła partykularnego w potrójnym posłannictwie Chrystusa: pasterskim, kapłańskim i królewskim.

- A jak daleko jesteśmy od realizacji myśli soborowej w skali całego Kościoła w Polsce dziś?

– Myślę, że jesteśmy dość daleko, niestety. To nie weszło bo nie mogło wejść.

- Z uwagi na rzeczywistość polityczną jaka panowała w Polsce w czasach Soboru i jeszcze kilkadziesiąt lat po nim?

– Od czasów Soboru minęło 50 lat, czyli już któreś pokolenie. To pierwsze pokolenie było może zafascynowane a może czasem zdziwione czy rozgniewane Soborem. Z drugiej strony był opór ze strony episkopatu, żeby tego nie robić na siłę. To było słuszne ale robiono to w taki sposób, że odstraszało, bo tam, gdzie można było coś zrobić to tego nie robiono, w związku z czym ludzie pytali: no to gdzie my jesteśmy?
Kraków, pod Wojtyłą, był tu zupełnym wyjątkiem. Zaproponował, żeby najpierw odbyły się synody w poszczególnych diecezjach metropolii, potem zrobilibyśmy synod metropolitalny a na koniec – plenarny. Chodziło o to, żeby to szło od dołu. Biskup z Kielc powiedział, że tego nie zrobi, bo nie ma ludzi. Biskup katowicki podjął inicjatywę i zrobił rzeczywiście niezły synod. Po latach odbyły się synody w Krakowie i Kielcach. Tą drogą na pewno coś przeszło, ale jeżeli chodzi o Synod Plenarny – nie.

- Co zawiodło?

– Zawiedli biskupi, nie szło im to. Kiedy organizowaliśmy Synod Plenarny czyli całej Polski, jeden z metropolitów przygotował synod swojej diecezji. Brak zrozumienia, wyczucia tego, że można coś zrobić wspólnie. Dokumenty, które zostały zlecone do napisania diecezjom były do niczego.
Synod został napisany, i to bardzo dobrze, przez jednego człowieka. Ale to nie jest dzieło konferencji, to nie szło przez głowy. Zostało przyjęte ale w praktyce nigdzie tego nie ma. Myślę, że w Polsce Kościół nie zdał egzaminu soborowego. Powtarzam to od lat.

- A kiedy mógłby Ksiądz Biskup powiedzieć z przekonaniem: no tak, jest "soborowo". Jakie konkretne oznaki czy symptomy można byłoby uznać za zrealizowanie myśli Vaticanum II, co było przecież marzeniem kard. Wojtyły?

– Ostatnio miałem spotkanie z biznesmenami, którzy prosili, żebym wyjaśnił co to znaczy "Kościół otwarty". Nie lubię tych określeń: Kościół otwarty, Kościół zamknięty; Kościół konserwatywny i postępowy. Dla mnie to nie są żadne określenia. To wszystko są „klisze” prasowe, medialne, które nie mówią prawdy. A o co chodzi? Co to jest Kościół otwarty? To jest Kościół, który jest otwarty na wszystkich i na wszystko.

- Innego Kościoła chyba nie ma?

– Nie ma. To samo było przecież ze świętym Pawłem. W Liście do Galatów przypomina, on, że nie ma innej Ewangelii, tylko jest ta jedna ["Nadziwić się nie mogę, że od Tego, który was łaską Chrystusa powołał, tak szybko chcecie przejść do innej Ewangelii. Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową", Ga 1, 6-7 – przyp. KAI].
Dzisiaj prasa obiecuje, że rozwiedzeni będą dopuszczeni do Komunii św. Nie będą dopuszczeni! Oczywiście, należy zmienić stosunek do tych ludzi, trzeba się otworzyć na człowieka i problemy, które on ma, a w które sam wszedł, z własnej woli. Można tym ludziom pomóc ale nie zmieniając zasad, które są zdeponowane Kościołowi do przekazania innym ale nie do tego, żeby nimi szargać.

- Otwartość na tych ludzi ma polegać na tym, że się ich z troską o nich w Kościele przyjmuje i podpowiada drogę a nie usprawiedliwia.

– Przyjmuje się każdego!

- Ale sformułowanie "Kościół otwarty" jest dziś używane w celu stygmatyzowania. Dlaczego?

– Ponieważ to pojęcie "otwarcia" odnosi się do rzeczy, które nie są otwarciem, są manipulacją. Weźmy przypadek ks. Lemańskiego. Jeżeli ma tyle różnych dekretów i przegrał sprawę, to tyle pokory powinien mieć, żeby dać spokój. A to jest Kościół otwarty czyli kłótliwy. Jak powstajesz przeciwko biskupowi, to jesteś fajny. No, nie.

- Ważne jest zatem prawidłowe rozumienie otwartości.

– Chodzi o to, by być otwartym na człowieka, każdego człowieka i na każdy problem.

- I tu się "spotyka" się dwóch papieży. W tym sensie, że otwartość – deklarowana i praktykowana – przez Jana Pawła II styka się z postawą Franciszka.

– Myślę, że to jest to samo, tylko Franciszek ma trochę inny styl, jest "o krok dalej" o pewną "zuchwałość" tego otwarcia, o pewne narzucanie się, w dobrym znaczeniu. Począwszy od tego "Buona sera" a nie "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus".

- Mała rzecz...

– Mała rzecz. Ktoś powie: desakralizacja. Przepraszam bardzo, przecież tak się do siebie w świecie, wieczorem zwracamy. Pamiętam, że za moich młodych lat, język był bardziej sakralny. Zawsze się mówiło "Bóg zapłać", "Szczęść Boże" itd. Dobrze, ale to jest pewien obyczaj, który nie jest istotą, można to zrobić inaczej. Nie będę mówił do niewierzącego "Szczęść Boże", bo on to przyjmie za obelgę. Powiem mu raczej: "Dzień dobry" czy "Witam pana", bo to jest jego język.
Poza tym, cóż, myślę, że w duszpasterstwie jest za dużo aktywności a za mało wrażliwości. Robi się coś, to znaczy jest się dobrym. Tymczasem dobrym powinno się być w taki sposób, żeby ludzie z tego korzystali. Nie tylko w konfesjonale ale i na ulicy, w każdych okolicznościach.

- Wydarzeniu tak niebywałej skali jak kanonizacja Jana Pawła II powinny towarzyszyć pytania o to, jak wykorzystywać jego dziedzictwo. Co jest do przemyślenia jeśli chodzi o Kościół w Polsce?

– Jestem na odchodnym...

- Ale z dystansu może być lepiej widać.

– To prawda. Widzę tak, jak powiedziałem. Wcale nie jestem pesymistą. Franciszek da dużo do myślenia. Ten sposób myślenia i działania spotyka się jednak z oporami.

- To znaczy?

– Słychać pytania: a po co robi kłopot watykańskiej ochronie nie mieszkając w Pałacu Apostolskim; a dlaczego chlapnął o tych homoseksualistach? Ale przecież nie "chlapnął" kiedy pytany o nich odpowiedział: kimże ja jestem by ich osądzać. Nie powiedział nic nowego. Zachował się po ludzku.

- A skąd wspomniany opór?

– Bo to jest wyzwanie: być takim jak on. A to niewygodne. Jesteśmy z siebie zadowoleni a to jest najgorsza postawa, jaką można przyjąć.

- Ale takie zachowanie grozi nie tylko katolikom w Polsce.

– Oczywiście. Myślę, że trzeba korzystać z tego, co proponuje papież Franciszek. To jest dobra droga.

- Czy jako przewodniczący Trybunału Rogatoryjnego, który w procesie beatyfikacyjnym badał krakowskie lata Karola Wojtyły, dowiedział się Ksiądz Biskup o nim czegoś nowego?

- Żadnej nowości. Mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że potwierdziło się wszystko, co o tym człowieku myślałem. To było potwierdzenie jego nadzwyczajnej zwyczajności.
rozmawiał Tomasz Królak
***
Bp Tadeusz Pieronek (ur. 1934) przewodniczył Trybunałowi Rogatoryjnemu w Krakowie, którego prace rozpoczęły proces beatyfikacyjny Jana Pawła II. Jest wybitnym ekspertem prawa kanonicznego, w 1987 r. uzyskał tytuł profesorski. Pełnił szereg ważnych funkcji kościelnych, m.in. był sekretarzem generalnym II Synodu Plenarnego w Polsce, sekretarzem generalnym KEP, rektorem Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, przewodniczącym Kościelnej Komisji Konkordatowej. Stoi na czele Komitetu Organizacyjnego Międzynarodowych Konferencji „Rola Kościoła Katolickiego w procesie integracji europejskiej” pod patronatem Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej (COMECE). W październiku br. bp Tadeusz Pieronek ukończy 80 lat.

2014-05-13 10:24

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kard. Cordes w Heligenkreuz: „Tajemnicą Jana Pawła II była jego autentyczność”

2020-09-29 16:30

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

Grzegorz Gałązka

Kard. Paul Josef Cordes

Kard. Paul Josef Cordes

Na czym polega utrzymująca się do dziś fascynacja osobą Karola Wojtyły – papieża Jana Pawła II? Opierając się na licznych osobistych spotkaniach z papieżem-Polakiem i własnych doświadczeniach starał się udzielić odpowiedzi na to pytanie pochodzący z Niemiec kardynał Paul Josef Cordes 28 września w ramach konferencji w cysterskim opactwie Heiligenkreuz w Austrii .

„Tajemnicą Jana Pawła II była jego autentyczność”, stwierdził były przewodniczący Papieskiej Rady „Cor Unum”. Podkreślił, że Jan Paweł II nie był niczyim „duplikatem”, ale „prawdziwym gwarantem i apostołem”, w którym „słowo i dzieło, życie i nauczanie wzajemnie się potwierdzały. On po prostu był prawdziwy”.

Kard. Cordes wspominał liczne spotkania z papieżem Janem Pawłem II, poczynając jeszcze od lat 70. w Polsce, gdy kard. Karol Wojtyła był metropolitą krakowskim. Do bliższego kontaktu doszło podczas wizyty biskupów polskich w Niemczech w 1978 roku z prymasem Polski kard. Stefanem Wyszyńskim na czele. Niemiecki purpurat wspominał, że był pod wielkim wrażeniem tego „niezwykle wrażliwego człowieka” i jego wielkiej wiedzy teologicznej. „Wtedy pomyślałem sobie: Wyszyński jest dobry, ale Wojtyła lepszy”, wyznał kard. Cordes. W kilka tygodni po wizycie w Niemczech kard. Wojtyła został wybrany papieżem.

Także podczas kolejnego spotkania w Pałacu Apostolskim, tuż po wyborze Jana Pawła II, kard. Cordes odniósł wrażenie, że papież z Polski jest człowiekiem „niezwykle wrażliwym i pełnym empatii”. W 1980 roku Jan Paweł II powołał go do Watykanu, mianując wiceprzewodniczącym Papieskiej Rady ds. Świeckich.

Kard. Cordes przypomniał też inicjatywę Światowych Dni Młodzieży, które stanowią centralny, udany projekt duszpasterstwa młodzieży Jana Pawła II, zwrócił też uwagę na głęboką duchowość papieża. Wielokrotnie doświadczał Jana Pawła II pogrążonego w modlitwie lub klęczącego przed krzyżem. „Papież - animator? Gwiazda popu? Ktokolwiek tak uważa, powinien przeczytać jego dziennik duchowy”, stwierdził kard. Cordes.

Jan Paweł II był też wielkim promotorem apostolatu świeckich, „ale nie dlatego, żeby demokratyzować Kościół”, powiedział watykański purpurat. Zwrócił uwagę, że papież „zdecydowanie obstawał przy nieodzowności urzędu kapłańskiego”.

Wykład kard. Cordesa, zatytułowany „Moje spotkania z papieżem Janem Pawłem II – wspomnienie o autentycznym świadku wiary”, zamykał pierwszy dzień obrad międzynarodowej konferencji w Wyższej Szkole Teologicznej w Heiligenkreuz pod hasłem: „Jan Pawel II – filozof, poeta, ksiądz, polityk, papież: życie dla wolności”. Referat otwierający obrady wygłosił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. Dziś wieczorem były polityk włoski Rocco Buttiglione wygłosi referat: „Filozof, który został papieżem i jako polityk odmienił świat”. Konferencja zakończy się 30 września.

CZYTAJ DALEJ

Niedziela św. Franciszka w parafii św. Zygmunta w Częstochowie

2020-09-30 14:26

[ TEMATY ]

ekologia

św. Franciszek

Laudato si'

Caritas Archidiecezji Częstochowskiej

Caritas Laudato si'

Ogłoszony przez papieża Franciszka „Czas dla Stworzenia” trwa od 1 września do 4 października i jest wyjątkowym zaproszeniem dla każdego z nas. To moment, w którym możemy zatroszczyć się o Matkę Ziemię. Ten czas zwieńcza Niedziela św. Franciszka, którą w tym roku Caritas Laudato si' świętuje pod hasłem „Dowody miłości do wody". W 11 miejscach w całej Polsce odbędą się eco-eventy, na których będziemy promować życie zgodne z zasadami zielonej encykliki.

Woda jest symbolem życia. Odgrywa wyjątkową rolę w obrzędzie chrztu, symbolizuje oczyszczenie, zmycie grzechu pierworodnego. Jest przedmiotem cudu w Kanie Galilejskiej, pojawia się podczas uzdrowień i po dzień dzisiejszy ma wyjątkowe znaczenie we wszystkich obrzędach święceń. Woda obrazuje moc naszego Ojca, a słowo Boże przyrównywane jest w Biblii do deszczu, który ożywia ziemię. 

Dziś co chwilę słyszymy o kolejnych wysychających miejscach świata, a jednocześnie woda w naszym kranie nie przestaje lecieć. Jak więc zrozumieć realnie temat wody? Co zrobić, aby ją oszczędzać? Czy przeciętny człowiek może coś zdziałać we własnym domu? 4 października Niedziela św. Franciszka odbędzie się pod hasłem „Dowody miłości do wody”. Skupimy się na tym, co dobrego każdy z nas, co nasze parafie, szkoły, wspólnoty i domy mogą zrobić w temacie wody.

Wiele atrakcji, wiele dobra

W 10 miastach całej Polski odbędą się Niedziele św. Franciszka. Zapraszamy, by włączyć się w to świętowanie i odwiedzić jedną z nich lub stworzyć własne wydarzenie! Spotkanie to zawsze Msza św., ale również wykłady specjalistów – ekologów do spraw wody, ekologiczna żywność lokalna, warsztaty i spotkania. Pośród atrakcji w wybranych miejscach można będzie odnaleźć pokazy i eksperymenty związane z wodą, spotkania z kooperatywami spożywczymi, producentami miodów, wyrobów ekologicznych, spotkania ze specjalistami fotowoltaiki czy wodociągów, warsztaty mydlarskie pozwalające tworzyć kosmetyki bez chemii, która zanieczyszcza wodę, marsz do źródła (cudowne źródełko w Zwierzyniu) trasą nordic walking, wystawy fotograficzne, rozdawanie butelek filtrujących i butelek wielorazowego użytku. W wielu miejscach zaproponujemy animacje ekologiczne dla dzieci, a zatem zapraszamy również całe rodziny, by wspólnie włączyły się w świętowanie. Wybrane miasta zaproszą, by do kościołów przyprowadzić swoje zwierzęta, które zostaną poświęcone. Prelekcje będą dotyczyły przede wszystkim tematu wiodącego „Dowody miłości do wody”, ale również chrześcijańskich korzeni ekologii, encykliki „Laudato si’” i zmian klimatycznych.

4 października:

Diecezja bydgoska – Żołędowo – parafia Podwyższenia Krzyża Świętego, ul. Bydgoska 27, godz. 11.30

Diecezja białostocka – Fasty – parafia św. Franciszka z Asyżu, godz. 11.00

ARCHIDIECEZJA CZĘSTOCHOWSKA – CZĘSTOCHOWA – PARAFIA ŚW. ZYGMUNTA, UL. KRAKOWSKA 1, GODZ. 12.00

Diecezja kielecka – Chęciny – kościół Franciszkanów, ul. Franciszkańska 10, godz. 9.30

Diecezja koszalińsko-kołobrzeska – Tymień – park św. Franciszka, parafia Matki Bożej Królowej Polski w Śmiechowie, godz. 10.30

Archidiecezja poznańska – Poznań – parafia św. Antoniego Padewskiego, ul. św. Antoniego 50, godz. 12.30

Diecezja sosnowiecka – Dąbrowa Górnicza – parafia św. Antoniego z Padwy

Diecezja przemyska – Przemyśl – parafia Świętych Benedykta, Cyryla i Metodego, ul. Kazimierza Opalińskiego 7

Diecezja olsztyńska – Olsztyn – parafia św. Franciszka z Asyżu, ul. Dybowskiego 2, godz. 11.00

3 października:

Archidiecezja katowicka – Katowice-Panewniki – parafia św. Ludwika Króla i Wniebowzięcia NMP, ul. Panewnicka 76, godz. 12.00

Szczegółowe programy poszczególnych miast znajdują się na: www.laudatosi.caritas.pl .

Formularz Mszy św. – podziel się nim w swojej parafii!

Zapraszamy, by podczas Niedzieli św. Franciszka skorzystać z przygotowanego przez Caritas Laudato si' formularza Mszy św., który napisany w duchu troski o stworzenie pozwoli nam skupić się na tej modlitwie. Materiały można pobrać na www.laudatosi.caritas.pl .

Projekt Caritas Laudato si’

Troska o środowisko i nasz wspólny dom jest dziś konieczna. To temat, który musi zostać podjęty również w Kościele. Projekt Caritas Laudato si' jest odpowiedzią na wezwanie papieża Franciszka oraz potrzebę budzenia w nas ekologicznej wrażliwości. Widzimy, że nasz świat zalewa plastik, konsumujemy coraz częściej bez umiaru, a zmiany klimatyczne można zauważyć w naszej codzienności. Mamy znaczący wpływ na środowisko, a ono na nas – świeże powietrze, zdrowe plony, czysta woda. To wszystko jest nam do życia potrzebne. Chcemy dotrzeć do ludzi i sprawić, by w ich codzienności ekologia stała się ważna; budować wspólnoty, które będą oddolnie zmieniały rzeczywistość. Działamy w 12 diecezjach. Animatorem krajowym jest br. Cordian Szwarc OFM. Robimy ogólnopolską kampanię na rzecz ekologii integralnej.


CZYTAJ DALEJ

Zaproszenie na rekolekcje o rozeznawaniu woli Bożej

2020-09-30 22:37

plakat

Wspólnota Focolare w Krakowie zaprasza na rekolekcje „Boże prowadzenie”, które odbędą się w dniach 10-11 października w Centro Unita przy ul. Łanowej 10 w Krakowie.

„Boże prowadzenie” to dwa dni wykładów, spotkań i modlitwy w intencji rozeznania woli Bożej. Rekolekcje poprowadzi Michał Piekara - felietonista „Niedzieli” i doradca małżeński - wraz z żoną Urszulą.

Jak informują organizatorzy, wydarzenie skierowane jest do wszystkich (nie tylko małżeństw) - bez względu na wiek.

Dla osób dojeżdżających istnieje możliwość wynajęcia pokoi (pokój 2os./40zł, 1 os./50 zł). Ofiara za udział w rekolekcjach jest dobrowolna.

Zapisy są prowadzone drogą mailową: centro.unita@outlook.com.

Więcej informacji na Facebooku oraz pod numerami telefonów:

600 319 483, 606 976 795.

Ilość miejsc ograniczona.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję