Reklama

Wiemy, czego nie wiemy

Po dwóch latach od katastrofy smoleńskiej nadal nie znamy okoliczności śmierci 96 osób, w tym najważniejszych przedstawicieli Rzeczypospolitej. Nasza wiedza jest jednak bogatsza, bo - parafrazując jednego z ojców filozofii - wiemy, czego nie wiemy

Nie trzeba być wybitnym ekspertem, by jednoznacznie stwierdzić, że śledztwo w sprawie - jak podkreślił parlament RP - największej katastrofy w powojennej historii Polski przypomina grę w chowanego. Rosjanie ukrywają najważniejsze dowody, a my próbujemy sklecić jakąś wersję na podstawie poszlak, opinii i tego, co łaskawie nam pokażą. Wystarczy tylko przejrzeć informacje w największych portalach internetowych, by stwierdzić, że sprawa smoleńska generuje skandal za skandalem.

Wzorcowe śledztwo

Przez dwa ostatnie lata jesteśmy świadkami zupełnej kompromitacji naszego państwa na arenie międzynarodowej. - Wystarczy zobaczyć, jaki sygnał poszedł w świat. Wszyscy pamiętają, że pijany polski generał zmusił pilotów do lądowania. Nikogo już później nie interesował fakt, że ten starannie wyreżyserowany medialny spektakl nie miał nic wspólnego z prawdą - mówi „Niedzieli” Krzysztof Zalewski z magazynu „Lotnictwo”.
Przywódcy zachodnich państw doskonale wiedzą, w jaki sposób nasz kraj został upokorzony przez Rosję. A przecież partner, który nie dba o tak ważną sprawę, staje się niewiarygodny również w innych kwestiach. Który inny kraj mógłby lekceważąco przejść do porządku dziennego, pozostawiając niezbadaną katastrofę, w której życie straciły najważniejsze osoby w państwie?
Po dwóch latach rządzący zachowują się tak, jakby nic się nie stało. Wszelkie głosy oburzenia są spychane na margines opinii publicznej, a ci, którzy podważają oficjalne stanowisko ustaleń tzw. komisji Millera, są wyzywani od fanatyków i odszczepieńców. Zajmowanie się smoleńskim śledztwem czy nawet zadawanie niewygodnych pytań jest dziś niepoprawne politycznie. Stało się więc to, o co dokładnie chodziło putinowskiej Rosji. - Dla nich problemem był fakt, że na terenie Federacji Rosyjskiej zginęła głowa państwa z Unii Europejskiej. Choć ich produkcji był samolot oraz niezabezpieczone i zupełnie nieprzygotowane lotnisko, to jednak wina za katastrofę nie mogła leżeć po ich stronie. Całą winą należało więc obciążyć Polaków. I jeżeli nawet jest inaczej, to i tak nie zdołamy teraz tego udowodnić. Dlatego też z punktu widzenia Rosji, śledztwo zostało przeprowadzone wzorcowo - tłumaczy Zalewski.
Inną korzyścią dla Rosji jest fakt, że po śmierci Lecha Kaczyńskiego zmieniła się polska polityka regionalna. Zupełnie zaniechano strategię przeciągania na Zachód krajów, które leżą po naszej wschodniej granicy. Zaś z drugiej strony - tajemnicze wątki śledztwa sprawiły, że do przywódców Europy Środkowej i Wschodniej poszedł mocny i niejednoznaczny sygnał. Jeżeli nawet nie był to zamach, to Rosji częściowo zależy na tym, by niektórzy tak właśnie myśleli lub po prostu nie byli pewni, co tak naprawdę stało się w Smoleńsku. Budowanie strachu jest bowiem skutecznym instrumentem uprawiania polityki, którą od wieków w Europie Środkowej stosuje Rosja.

Czego boi się rząd?

Wnikliwe prowadzenie śledztwa może być niekorzystne dla rządu Donalda Tuska jeszcze z jednego powodu. Nie od dziś bowiem wiadomo, jak działają rosyjskie służby specjalne. Oprócz zacierania śladów katastrofy, możemy być niemal pewni, że zbierali również haki na polski rząd. Z wielkim prawdopodobieństwem, które graniczy z pewnością, możemy przypuszczać, że Putin zdobył informacje kompromitujące ekipę Tuska. Rosja może więc pośrednio wpływać na niektóre decyzje polskiego rządu, bo przecież kontrolowany przeciek z Moskwy znów może wywołać w Polsce medialną i polityczną burzę.
Niektóre z takich kompromitujących informacji mogły zostać zebrane np. w pierwszych dniach po katastrofie. Przecież do dziś niejasne pozostaje, w jakim trybie przyjęto np. konwencję chicagowską i dlaczego Tusk zrezygnował ze wspólnego śledztwa, które proponował mu prezydent Miedwiediew. Podobnych złych decyzji i zaniechań mogło być więcej. Trzeba pamiętać, że Rosja nadal jest dysponentem niemal wszystkich dowodów i całej masy informacji, którymi może dowolnie sterować.
Praktyka dwóch ostatnich lat pokazuje, że każda informacja z Moskwy w sprawie Smoleńska wstrząsała polską opinią publiczną. Jeżeli nawet Rosjanie spreparują kolejne kłamstwa, to Polska znów nie będzie mogła ich obalić. Dlatego też w „interesie” Donalda Tuska jest nie tylko bronić stanowiska Rosjan, ale także dbać o to, by polskie ustalenia nie różniły się za bardzo od rosyjskich. Najlepszym tego przykładem może być raport komisji Millera, który w wielu miejscach powielił kłamstwa spreparowane przez MAK. Pozostaje również otwarte pytanie: Dlaczego premier polskiego rządu w 2010 r. tak długo bronił prowadzonego przez Rosjan śledztwa? Przecież Tusk przekonywał o pełnym zaufaniu do Moskwy, nawet wtedy, gdy wiedział, że mataczą, utrudniają śledztwo, a nawet preparują dowody. Dlaczego polscy śledczy nie dostali praktycznie żadnego wsparcia ze strony MSZ?
Część odpowiedzi na te pytania pewnie znają tylko Rosjanie. Natomiast wskazówką dla polskiej opinii publicznej powinien być miażdżący raport Najwyższej Izby Kontroli, który jednoznacznie wskazuje winę Kancelarii Premiera, MSZ, MSW oraz MON.

Reklama

Bogactwo raportów, deficyt prawdy

Po dwóch latach jesteśmy „bogatsi” o dwa raporty w sprawie katastrofy smoleńskiej. O ile dokument sporządzony przez MAK był napisany specjalnie na zamówienie Kremla, to raport tzw. komisji Millera został tak skonstruowany, by nie urazić Rosjan. W efekcie zarówno pierwszy dokument, jak i drugi powieliły manipulacje, kłamstwa i oszczerstwa. Jednym z nich była np. domniemana obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie samolotu oraz to, że załoga nie wiedziała, na jakiej jest wysokości. To jednak niejedyne „nieścisłości”, które wyszły przy okazji ekspertyzy biegłych od fonoskopii oraz po opublikowaniu parametrycznych danych z czarnych skrzynek. Okazuje się, że komisja Millera więcej faktów naginała do swojej wersji zdarzeń. Manipulowała też parametrami lotu z czarnych skrzynek i polskiego rejestratora (ATM). Zagadkowy jest np. sposób synchronizacji nagrań rozmów z kokpitu z parametrami lotu. Polska komisja za „punkt”, według którego zsynchronizowano dane lotu z nagraniem dźwięków w kokpicie, przyjęła domniemany odgłos uderzenia samolotu w drzewo. - A przecież o wiele dokładniejsze są komendy generowane przez system TAWS - wskazuje Zalewski. Sygnały TAWS zapisują się zarówno w danych parametru lotu, jak i w nagraniach z kokpitu. Zamiast tego komisja Millera w prymitywny sposób przypisała zmianie jednego z parametrów lotu jeden z wybranych trzasków z całego ciągu podobnych odgłosów zarejestrowanych w kabinie pilotów.
Okazuje się, że sygnał nadawany w kabinie przez TAWS i jego rejestracja w czarnych skrzynkach parametrów lotu są rozbieżne od wersji przyjętej przez obie komisje. Według obliczeń, zapisy różnią się o 3 sekundy. Gdy w kluczowej fazie lotu samolot opadał z szybkością 8 metrów na sekundę, to owe 3 sekundy dają niebagatelną różnicę 24 metrów wysokości, które mogłyby uratować życie 96 osób. Na innej też wysokości padają odpowiednie komendy załogi tupolewa.

Obalone dowody

Upór jednego z członków polskiej komisji płk. Mirosława Grochowskiego sprawił, że dorobkiem raportu Millera stał się ważny eksperyment. - Okazało się, że wbrew temu, co nam wcześniej wmawiano, rządowy tupolew wzniósł się w autopilocie znad lotniska bez systemu naprowadzania ILS. Oznacza to, że tak samo powinien zachować się on w Smoleńsku, a piloci nie popełnili błędu - tłumaczy Krzysztof Zalewski.
Przypomnijmy więc bogatą historię przycisku automatycznego odejścia, tzw. uchod. Pierwsze wnioski po raporcie MAK były takie, że kpt. Protasiuk wykorzystał system, który nie powinien być wykorzystany na takim lotnisku jak Siewiernyj, bo było ono pozbawione systemu naprowadzania ILS. On jednak go wykorzystał i dlatego doprowadził do katastrofy. Gdy po udanym eksperymencie komisji Millera na bliźniaczym tupolewie okazało się to nieprawdą, trzeba było zaprezentować polskiej opinii publicznej jeszcze bardziej karkołomną hipotezę. Od tej pory wmawia się, że prawdopodobnie piloci włączyli „uchod”, ale go właściwie nie aktywowali. Według kolegów Protasiuka i Grzywny z byłego 36. pułku specjalnego, załoga lecąca do Smoleńska 10 kwietnia 2010 r. doskonale o tym wiedziała. Aktywowanie „uchodu” jest standardową procedurą. Zaś tłumaczenie ekspertów z komisji uważają za śmieszne.
Po upływie dwóch lat mamy zupełnie inny obraz przyczyn katastrofy, niż wmawiano nam przez wiele miesięcy. Po pierwsze - nie było żadnych nacisków na załogę ze strony Prezydenta, a gen. Błasik nie znajdował się w kabinie. Po drugie - załoga właściwie odczytywała wysokość barometryczną, a nie tak jak wskazano to w raporcie MAK i Millera, błądziła we mgle, posługując się wysokościomierzem radiowym. Po trzecie - wciśnięcie przycisku „uchod” nie było kluczowym gwoździem do smoleńskiej trumny, bo samolot powinien wznieść się w powietrze. Ze znanych dziś informacji można wywnioskować, że żaden z tych elementów śmiertelnej układanki nie ma potwierdzenia w rzeczywistości.
Jeżeli piloci wszystko robili poprawnie i tylko chcieli zejść do wysokości decyzji, to co doprowadziło do rozbicia się rządowej maszyny? - Tego nadal nie wiemy. Jeżeli przyjmiemy pozostałe dane opublikowane przez komisję Millera za prawdziwe, to najbardziej prawdopodobna może być awaria np. autopilota. Poza tym może być wiele innych okoliczności, których jeszcze nie znamy - podkreśla Krzysztof Zalewski. - Prawdziwa przyczyna katastrofy będzie praktycznie niemożliwa do udowodnienia, bo większość dowodów została celowo zniszczona.

„Jak stado idiotów”

O jakości przekazywanych do Polski dokumentów i dowodów możemy się przekonać np. na podstawie protokołów z sekcji zwłok. Dokumentacja jest nierzetelna, a w wielu przypadkach spreparowana, odbiega od stanu faktycznego ciał ofiar. - W Rosji doszło do znieważenia zwłok ofiar katastrofy. Do uchybienia czci i szacunku zmarłych - podkreśla mec. Rafał Rogalski, który był obecny przy ekshumacji i polskiej sekcji zwłok Przemysława Gosiewskiego. - Podczas sekcji znaleziono przedmioty, które nie powinny się tam znaleźć. Zostały one zaszyte w ciele.
Ciała ofiar są jedynymi materialnymi dowodami w sprawie, do których mamy dostęp. Dlatego też zastanawia postawa polskich władz, które bezprawnie zakazały otwierania trumien w kwietniu 2010 r. Przez tamtą decyzję teraz mamy powtórną odsłonę rodzinnych dramatów. Natomiast sam premier Donald Tusk mówi, że nie rozumie tych ekshumacji. - Ale widocznie jest jakaś potrzeba, która tkwi w zranionych uczuciach rodzin ofiar. Są procedury i jeśli jest to komuś potrzebne do uzyskania spokoju, to prokuratura będzie podejmowała stosowne decyzje - podkreślił Tusk.
Premiera nie interesował również fakt, że wokół lotniska - pomimo zapewnień Ewy Kopacz - przez wiele miesięcy poniewierały się fragmenty szczątków polskich ofiar. A po tym, gdy ich część trafiła do kraju, nikt nie pytał rodzin, czy zgadzają się na ich kremację i pochowanie w zbiorowej urnie. Nie interesuje go też, że fragmenty rządowego tupolewa można sobie kupić w co drugim smoleńskim garażu, o czym przekonali się samorządowcy z warszawskiego Ursynowa.
Donald Tusk od dawna przestał się interesować wyjaśnianiem przyczyn katastrofy, a wspólnie ze swoimi partyjnymi działaczami zajął się grzebaniem pamięci o tej największej tragedii w powojennej historii Polski. W efekcie tej polityki w Polsce nie można postawić żadnego pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej, a te miejsca pamięci, które udaje się jakoś przemycić, są dewastowane, wyśmiewane i profanowane. Dokładnie tak samo jak słynny krzyż z Krakowskiego Przedmieścia.
Ekshumacja prezesa IPN Janusza Kurtyki nie była wcale - jak mówił premier - widzimisię jego rodziny. Została ona przeprowadzona na zlecenie prokuratury, wbrew woli wdowy. Biegli mają wyjaśnić wątpliwości, czy ciało prezesa zostało poddane jakiejkolwiek sekcji. Istnieje bowiem podejrzenie, że cała rosyjska dokumentacja została spreparowana. Najlepszym podsumowaniem dwóch lat śledztwa są słowa legendarnego kapelana „Solidarności” ks. Ignacego Piwowarskiego, który odprawił Mszę św. podczas powtórnego pogrzebu Janusza Kurtyki. - Całe śledztwo smoleńskie to hańba. Potraktowano Naród Polski jak stado idiotów - podkreślił ks. Piwowarski.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kodeń: dziś pogrzeb o. prof. Wacława Hryniewicza OMI

2020-05-30 10:46

[ TEMATY ]

zmarły

kyasarin/pixabay.com

Dziś w południe odbędzie się pogrzeb o. prof. Wacława Hryniewicza OMI - wybitnego polskiego teologa i ekumenisty, zmarłego we wtorek w wieku 83 lat. Po Mszy św. w sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej Królowej Podlasia, zakonnik zostanie pochowany na cmentarzu parafialnym w Kodniu.

Przeczytaj także: Zmarł o. prof. Wacław Hryniewicz OMI

Uroczystościom pogrzebowym, które rozpoczną się o godz. 12.00 przewodniczyć będzie ordynariusz siedlecki, bp Kazimierz Gurda. Słowo wygłosi wikariusz prowincjalny, o. Sławomir Dworek OMI. Eucharystia transmitowana będzie na stronie internetowej oblaci.pl.

List kondolencyjny na ręce prowincjała misjonarzy oblatów przesłał m.in. kard. Kurt Koch, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan.

O. prof. Wacław Hryniewicz był kapłanem Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej (OMI), wybitnym polskim teologiem i ekumenistą, cenionym w kraju i na świecie. Był twórcą Instytutu Ekumenicznego KUL przez lata zasiadał też w Komisji Episkopatu Polski ds. Ekumenizmu.

Przez 25 lat ks. Hryniewicz był członkiem Międzynarodowej Komisji Mieszanej do Dialogu Teologicznego między Kościołami katolickim i prawosławnym a także członkiem zespołu miesięcznika Znak i stałym autorem „Tygodnika Powszechnego”.

Urodził się 23 lipca 1936 r. w Łomazach k. Białej Podlaskiej w rodzinie rolniczej. Święcenia kapłańskie przyjął w 1960 roku. Studiował teologię dogmatyczną na KUL, a następnie m.in. w Belgii, Anglii i Włoszech, habilitując się w 1974 r.; w roku 1992 r. uzyskał stopień profesora zwyczajnego.

Od 1964 r. był pracownikiem naukowym KUL, następnie pełnił szereg ważnych funkcji kościelnych, m.in. był konsultorem watykańskiego Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan, członkiem Międzynarodowej Komisji Mieszanej do Dialogu Teologicznego między Kościołami katolickim i prawosławnym oraz członkiem Komisji KEP ds. Ekumenizmu.

Opublikował kilkadziesiąt książek, m.in. „Nadzieja zbawienia dla wszystkich”, „Pascha Chrystusa w dziejach człowieka i wszechświata”, „Dramat nadziei zbawienia”, „Nadzieja woła głośniej niż lęk. Eseje wokół Jezusa historycznego”.

Był znanym orędownikiem, popularyzatorem i kontynuatorem "teologii nadziei" a więc nadziei zbawienia wszystkich ludzi. Swoją, rozwijaną od dziesięcioleci myśl budował na gruncie intuicji wyrażanych u początków chrześcijaństwa przez wielkie postacie niepodzielonego jeszcze Kościoła, w tym żyjących w IV wieku Grzegorza z Nyssy czy Ambrożego z Mediolanu (święty Kościoła katolickiego i prawosławnego). W jego tekstach stałymi punktami odniesienia są także późniejsi myśliciele wschodniego chrześcijaństwa: Sołowiow, Bierdiajew, Evdokimov.

O. Hryniewicza, zgodnie ze swoją wola, zostanie pochowany na cmentarzu parafialnym w Kodniu, w kwaterze oblackiej.

Od połowy lat 80. XX w. Kodeń jest miejscem Ogólnopolskich Spotkań Ekumenicznych. Idea zrodziła się w 1983 r. jako modlitwa dziękczynna za spotkanie młodzieży w Taizé. Myślą przewodnią była modlitwa o jedność chrześcijan i o pokój. Kodeń jako miejsce kontynuujące tradycję spotkań zaproponował ks. Andrzej Madej OMI, wówczas duszpasterz w kodeńskim sanktuarium, zlokalizowanym w miejscu, gdzie od wieków żyją wspólnie katolicy, grekokatolicy, prawosławni i protestanci.

CZYTAJ DALEJ

IV Zjazd Rycerstwa Niepokalanej

2020-05-30 20:15

Małgorzata Pabis

W sobotę 30 maja do sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach przybyło Stowarzyszenie Rycerstwa Niepokalanej (MI) z Polski południowej. Mszy św. przewodniczył i homilię wygłosił o. Piotr Cuber OFMConv, asystent prowincjalny MI. Hasłem pielgrzymki były słowa kard. Stefana Wyszyńskiego „Wszystko postawiłem na Maryję”.

W homilii o. Cuber przypomniał, że już od czterech lat Rycerze Niepokalanej z Polski południowej spotykają się w maju w Łagiewnikach, aby wspólnie się modlić. Jak mówił, tegoroczna pielgrzymka jest jednak inna od poprzednich. - Doświadczenie ogólnoświatowej pandemii koronawirusa dotknęło każdego z nas, choć w inny sposób. Niewątpliwie w ostatnich miesiącach w naszym społeczeństwie dokonała się polaryzacja postaw religijnych. Z jednej strony wierni, którzy nie wyobrażali sobie Dnia Pańskiego bez Eucharystii. Z drugiej ci, którym nie chciało się chodzić co niedzielę do kościoła i zawsze mieli z tym problem, gdyż nie mieli wystarczającego usprawiedliwienia. Z jednej strony zwolennicy Komunii na rękę. Z drugiej przeciwnicy tej praktyki. Liczba dyskusji, sporów i polemik, jakie pojawiły się w Internecie, świadczy o tym, że dla wielu były to problemy wręcz egzystencjalne – mówił franciszkanin.

O. Cuber zaznaczył, że dla człowieka myślącego, otwartego na Boże znaki, czas, który nas dotknął, nie musi być wcale czasem straconym. Jest to również szansa na pogłębienie własnej wiary, refleksja nad kondycją i nie zatrzymywania się na zewnętrznych znakach, które w ostatecznym rozrachunku są nieistotne. Podkreślił: - Wniosek, jaki nasuwa się dziś po tych trudnych trzech miesiącach pandemii, sformułował kiedyś, choć w nieco innym kontekście, autor „Małego Księcia” Antoine de Saint Exupery: „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, najlepiej widzi się tylko sercem”. Najważniejsze dla człowieka wierzącego jest jego wnętrze, serce, a mówiąc dokładniej, jego osobista relacja z Jezusem. Ona jest najważniejsza i jeżeli jest prawdziwa, to nic nie jest w stanie jej zachwiać, czy zburzyć – podkreślił o. Cuber.

Franciszkanin przywołał osobę św. Maksymiliana. - Rajmund Kolbe, odkrywszy w małym seminarium swoje powołanie, pozostał mu wierny do końca życia. Jaka to była misja? Walczyć dla Niepokalanej do końca życia, wszystkimi dostępnymi środkami, byle były godziwe. I jak wiemy z jego licznych życiorysów, walczył. Rycerstwo Niepokalanej, Rycerz Niepokalanej, Niepokalanów, wydawnictwo, misje w Japonii – biała korona. Zawsze i wszędzie był misjonarzem, zmieniały się tylko narzędzia ewangelizacyjne. A gdy zabrakło narzędzi? To wówczas misjonarzował sobą, swoim własnym przykładem zgodnie z wyznawaną przez siebie dewizą: „Tylko miłość jest twórcza”. I podobnie jak św. Paweł w więzieniu, św. Maksymilian ewangelizował na Pawiaku, a potem w obozie w Auschwitz. I to nie tylko współwięźniów, towarzyszy niedoli, ale również oprawców, Niemców. Dla niego nie było barier, przynależności narodowych czy religijnych. Liczył się konkretny człowiek i jego zbawienie. Tak zdobył czerwoną koronę – mówił o. Cuber.

Kaznodzieja nawiązał także do osoby Prymasa Tysiąclecia. Podkreślił: - Mocny w słowie i nauczaniu, ale jeszcze mocniejszy w przykładzie wytrwałej wiary, wiary wytrwałej do końca, nie cofającej się przed nikim i niczym. Także przed więzieniem, internowaniem, niebezpieczeństwem śmierci. To również dla niego był czas ewangelizowania zbłąkanych dusz przydzielonych mu sióstr zakonnych i kapłanów, którzy gdzieś w życiu pobłądzili.

Jesteśmy w sanktuarium Bożego Miłosierdzia – kontynuował kapłan. - Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu postaci św. Jana Pawła II i jego osobistego świadectwa. Ewangelizował słowem, był przecież Mistrzem Słowa. Ewangelizował podróżami, niezliczoną ilością dokumentów i książek. Ale przyszedł na koniec taki czas, kiedy brakło po ludzku sił i głosu i wtedy ewangelizował cierpieniem i umieraniem w duchu wiary, na oczach świata. Ostatnie najmocniejsze świadectwo.

Podsumowując homilię, o. Cuber zauważył, że wspólnym mianownikiem tych niezwykłych postaci i ich niezwykłego świadectwa jest ich osobista więź, ich osobista relacja z Bogiem Ojcem, Jezusem Chrystusem i Maryją.

Kończąc, franciszkanin powiedział: - W stosunku do każdego z was Bóg ma szczególny plan. Specjalne zadanie do wykonania. Nie patrz na innych, nie oglądaj się na boki, nie porównuj się z nikim, pamiętaj: ja potrzebuję CIEBIE, dlatego TY PÓJDŹ ZA MNĄ! Dokądkolwiek cię zaprowadzę, gdziekolwiek cię wezwę, zaufaj mi, ja będę przy Tobie. A w chwilach doświadczeń dam Ci mojego Ducha, który Cię pouczy. I na każdej drodze, na której cię postawię, bądź moim świadkiem. Dlatego mówię do Ciebie dziś: nie mów, że ci ciężko, że trudno, że zakazy, obostrzenia, niezrozumiałe przepisy... To nieistotne. Ewangelię możesz głosić zawsze i wszędzie. Jak św. Paweł w więzieniu, Maksymilian w obozie w Auschwitz, a kard. Wyszyński w miejscu odosobnienia. A Ty? Gdzie Ty będziesz ją dziś głosić?

W ramach pielgrzymki jej uczestnicy odmówili także wspólnie różaniec, odśpiewali Litanię Loretańską i wysłuchali konferencji ks. Bogusława Nagela. Spotkanie zakończyła modlitwa Koronką do Bożego Miłosierdzia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję