Reklama

38. Szczecińskie Dni Katechetyczne

Tegoroczne 38. Szczecińskie Dni Katechetyczne odbyły się pod hasłem: „Słuchać, towarzyszyć, świadczyć - priorytety katechety w Roku Wiary”. Patronat nad tym spotkaniem objął arcybiskup metropolita Andrzej Dzięga oraz Wydział Wychowania Katolickiego Kurii w Szczecinie

Niedziela szczecińsko-kamieńska 38/2012

Na progu rozpoczynającego się nowego roku szkolnego i katechetycznego księża proboszczowie oraz katecheci wysłuchali wystąpień przedstawicieli szczecińskiej oświaty, wykładów ks. dr. Tomasza Stroynowskiego i ks. dr. Pawła Płaczka oraz przemówienia abp. prof. Andrzeja Dzięgi. Komunikaty i informacje praktyczne zostały przekazane przez dyrektora Wydziału Katechetycznego ks. kan. Piotra Superlaka oraz zaproszonych gości.
Ks. dr Tomasz Stroynowski wygłosił pierwszy wykład pt.: „Dynamizm katechezy w świetle Roku Wiary”. Prelegent podzielił swoje wystąpienie na cztery części. W pierwszej przedstawił biblijne tło terminu „dynamizm”, wskazując, że pochodzi on od greckiego słowa dynamis, które w Nowym Testamencie oznacza moc Ducha Świętego. Występuje on bardzo często w opisach nauczania Chrystusa i Apostołów, służąc do opisów cudów. Ewangeliczne opisy Jezusa-Nauczyciela są streszczane zazwyczaj przez zwrot: nauczał i czynił znaki. Mówca wskazał, że dynamizm dla chrześcijan powinien znaczyć także otwarcie się na nowe działanie Ducha Świętego, a nawet prośbę o Jego nowe przyjście do posługi katechetycznej.
W drugiej części ks. Stroynowski omówił znaczenie terminu katecheza. Przywołał nauczanie bł. Jan Paweł II o katechezie i wskazał na potrzebę dostrzegania obiektywnych czynników utrudniających dzisiejszemu człowiekowi odpowiedź na Boże wezwania. Szczególną uwagę zwrócił na brak prawidłowego wychowania religijnego, negatywną opinię środowiska oraz zjawisko antyewangelizacji.
W trzeciej części prelegent przedstawił wybrane fragmenty Listu Apostolskiego Benedykta XVI „Porta fidei”, ogłaszającego Rok Wiary. W ich świetle słuchacze mogli dostrzec, że szansą dla Kościoła jest dziś otwarcie się na moc Ducha Świętego, by swoim życiem i słowem głosić wiarę.
W ostatniej części zostały zaprezentowane wnioski. Ks. Stroynowski wskazał, że: - Najważniejsze jest ponowne otwarcie się na działanie Ducha Świętego i odwaga do pójścia za Jego wskazaniami; - Potrzebny jest dialog katechizujących z Duchem Świętym i refleksja nad katechetyczną posługą; - Niezbędne jest większe związanie katechizowania z osobistą modlitwą, a nawet z postem w intencji katechizowanych; - Równie ważna jest dyskusja i wymiana doświadczeń między katechizującymi; - Dni Katechetyczne są szansę do doskonalenia warsztatu metodycznego katechetów; - Wykładowca prosił kapłanów o piękne, pełne czci sprawowanie Eucharystii oraz o homilie i kazania, które będą wyjaśnianiem prawd wiary i ukazywaniem związku dogmatów z codziennym życiem. Zachęcał ich też do dzielenia się własnym doświadczeniem wiary z wiernymi.
W drugim wykładzie ks. dr Paweł Płaczek nakreślił obraz ucznia Chrystusa - katechety w świetle listu apostolskiego „Porta fidei” papieża Benedykta XVI. Mówił m.in., że wartość katechety nie mierzy się ilością posiadanych przez niego kwalifikacji czy stopniem awansu zawodowego, ale przede wszystkim jakością jego osobowości i bogactwem jego duchowości. Wizerunek wewnętrzny nauczyciela religii powinien odznaczać się dojrzałością ludzką, duchową, intelektualną i w końcu dojrzałością apostolską. Wskazując na nauczanie Papieża podkreślił, że obecne czasy są wezwaniem, aby uczeń Chrystusa był człowiekiem zasłuchanym w Słowo Boże i odkrył smak karmienia się Słowem i Ciałem Pana, stając się świadkiem Słowa. Człowiek taki został powołany, aby rozjaśniać Słowo prawdy i wzmacniać świadectwo miłosierdzia oraz głosić z entuzjazmem Ewangelię na drogach świata. Przywołane przez Papieża postawy: słuchać, towarzyszyć, świadczyć i ewangelizować są obrazem ucznia Chrystusa, przypomnianym w nauczaniu pierwszego Katechety.
Ks. Paweł zaznaczył, że te wszystkie postawy są ze sobą ściśle i nierozerwalnie związane. Tworzą one jednolity i całościowy obraz ucznia Chrystusa - katechety. W życiu katechety należy zatem dbać o harmonijne połączenie wspomnianych postaw, co wpływa na jedność życia w wierze.
Omawiając pierwszą postawę katechety jako słuchacza Słowa Bożego, prelegent mówił: „Osoba katechety jest «żywym znakiem Słowa». Trudno wyobrazić sobie owocną posługę katechetyczną, jeśli sam katecheta nie jest słuchaczem Słowa. Bez «światła» Słowa katecheta może być targany różnymi wizjami. Będzie też żył w potrzasku różnych wyobrażeń. Będzie ciągle zagubiony. Owocne katechezy rozpoczynają się od słuchania przez katechetę Słowa Bożego”.
Podkreślał, że początkiem katechezy jest chęć poznania drugiego człowieka. Na co dzień oznacza to nie tylko pokorne słuchanie, co dzieci i młodzież mówią. Bycie katechetą wymaga od nas, byśmy znali i rozumieli świat dzieci i młodzieży. Bycie towarzyszem jest nieocenioną cechą dobrego i skutecznego katechety.
Przedstawiając obraz katechety jako towarzysza w drodze, ks. Paweł przywołał słowa brata Johna - członka ekumenicznej wspólnoty z z Taize: „Jeśli dziś Kościołowi nie udaje się przyciągnąć młodego pokolenia, może wynika to po części z faktu, że my jako Kościół nie sprawiamy już wrażenia «ludu w drodze», a także z naszej tendencji do zapominania o tym, że jeśli Chrystus jest Prawdą, to jest On również Życiem i Drogą”. Być w drodze - to iść i towarzyszyć człowiekowi - mówił.
Ostatnią omówioną postawą w wystąpieniu był obraz katechety jako świadka i ewangelizatora. Prelegent przypomniał, że Bóg jest autorem ewangelizacji, a posłannictwem Kościoła jest głoszenie Dobrej Nowiny światu. Kościół istnieje po to, aby ewangelizować. Katecheta, który ma być ewangelizatorem, musi zrozumieć i pokochać Kościół. Katecheta jako ewangelizator ma nieść światu Boga, stałe i niezmienne wartości i powinien być w to dzieło zaangażowany. Na końcu prelegent dopowiedział: - ma być również odważny.
Abp prof. Andrzej Dzięga przemawiając do Księży Proboszczów, podkreślił całościowe postrzeganie wspólnoty parafialnej. Duszpasterską troską księża i katecheci powinni otoczyć wszystkich parafian, szczególnie szukać dróg do tych, którzy żyją z dala od Kościoła. Podkreślił pilną potrzebę nowej ewangelizacji, jako szansy dla rozwoju wiary i budowania wspólnoty. Zwracając się do katechetów, przypomniał o ich odpowiedzialności w kształtowaniu sumień młodego pokolenia. Wskazał, że to jest nasz obszar posługi, a ci, którzy zniekształcają obraz sumienia, są na tym polu intruzami. Katecheta ma odważnie mówić o kwestiach spornych między nauką Kościoła a nauką świata. Chodzi przede wszystkim o tematykę życia - podkreślał.
Warto również zaznaczyć, że Szczecińskim Dniom Katechetycznym towarzyszyła modlitwa i życzenia skierowane do tych wszystkich, którzy uczą w szkołach, by ten nowy rok szkolny i katechetyczny był owocny oraz zaowocował chrześcijańskim wychowaniem młodego pokolenia.

2012-09-24 13:31

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dziecko Auschwitz

Niedziela kielecka 21/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

Auschwitz

TD

Janusz Rudnicki. Dzisiaj na stałe mieszka w Sędziszowie

Nie miał dziesięciu lat, gdy z ogarniętej wojną Warszawy trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz, potem do Mauthausen. Rozdzielony z rodzicami, więcej już ich nie ujrzał

W idealnie wysprzątanym mieszkanku w Sędziszowie, gdzie Janusz Rudnicki, dzisiaj 85-letni, mieszka po śmierci żony, znalazło pomieszczenie niewielkie mauzoleum: proporzec, fotografie, urna z ziemią z obozu koncentracyjnego, z prochem z ciał jego rodziców, który wmieszał się w prochy niezliczonych ofiar. – To ziemia z Auschwitz. Niedługo będziemy razem – mówi pan Janusz, patrząc na zdjęcie żony, na garstkę ziemi w urnie.

Chłopak z Leszna

Z warszawskich wojennych wspomnień sporo w jego pamięci przetrwało: walki powstańcze, przesiedlanie Żydów do getta, stawianie muru wokół „dzielnicy żydowskiej”, przemycanie jedzenia dla żydowskich kolegów, roznoszenie ulotek przed wybuchem powstania, ukrywanie się po całych dniach w piwnicach, łapanki, gdy Niemcy kazali im, dzieciom, patrzeć na schwytanych, patrzeć i pamiętać. – Wybuch wojny też pamiętam, jak cztery bomby spadały na zabudowania na Lesznie, gdzie mieszkaliśmy, tylko oficyna została – wspomina. Janusz Rudnicki urodził się 17 listopada 1934 r., ojciec Paweł (1906) był dozorcą przy ul. Leszno 113. – Któregoś dnia ojciec i wujek przywieźli skądś dwie beczki benzyny, do pracy stanęła cała rodzina. Ojciec i wujek nalewali benzynę do półlitrowych flaszek, a ja drutem w korkach robiłem otwory, natomiast siostry przez te otwory przeciągały knoty i korkowały te butelki. Tak powstawały prymitywne, ale groźne dla Niemców pociski, które Polacy zrzucali z dachów na transporty niemieckie – przywołuje jeden z obrazków wojennych p. Janusz.

6 sierpnia 1944 r. Niemcy wyprowadzili ich z piwnic, dali 20 minut na zabranie podstawowych rzeczy. Zapakowali w wagony bydlęce, przewieźli do Pruszkowa („w takie, wie pani, krowiaki, z zakratowanymi okienkami, dwie doby byliśmy bez jedzenia i picia, potrzeby fizjologiczne załatwiało się pod siebie”), potem znowu bydlęcym składem – przez Częstochowę, do Oświęcimia.

Auschwitz Birkenau

Jest noc z 11 na 12 sierpnia 1944 r. Z łomotem otwierane drzwi wagonów, krzyki, szczekanie psów, dymy, jakiś przerażający odór, swąd… (nie wiedzieli jeszcze, że to palone ludzkie zwłoki). Ustawili ich rodzinami, kosztowności – do „depozytu”, bagaże – na rampę. Dzieci z matkami osobno, mężczyźni osobno, golenie na łyso, komenda: do łaźni! – To było przerażające, ogień buchał, my wszyscy nago, z kobietami…, potem pasiaki, drewniaki i na łagier kobiecy, ale już po trzech dniach zabrali nas od matek, nigdy więcej nie widziałem ani taty, ani mamy... Miała na imię Stefania. Obydwoje zginęli w 1944 w obozie, dlatego mam stamtąd ziemię w urnie, ich prochy zmieszały się ze wszystkimi innym spalonymi w krematoriach – mówi.

Numer obozowy? – Od 1944 r. Niemcy nie tatuowali więźniów, zbyt wielkie przepełnienie było w obozach, nie nadążali… Numer ma tylko zapisany w dokumentacji, i w pamięci, już na zawsze: 192687.

Najgorsze wszy i apele

Po rozłące z matkami przepędzili ich truchtem, ok. 200 chłopców, na męski łagier, za każdy krzyk, jęk, było bicie. Łagier A, 16 baraków i pierwsze „lekcje” do odrobienia – nauka obozowej dyscypliny: padnij, powstań, czapki z głów, czołgać się, skakanie żabką. Za kilka tygodni – łagier B, 32 baraki, wokół wszędzie druty kolczaste.

Mycie poranne? Jakie tam mycie, koryta k. latryn, cieknąca z rurki cuchnąca woda. Między godz. 6 a 22 do baraku nie można było wejść, ani w latrynie też nie można było chwilki posiedzieć. – Najlepiej jeszcze było wyjść do roboty, w pole do pielenia, znalazło się kawałek liścia czy marchewki, po kryjomu zjadło. Głód to coś nieludzkiego, ssie się palce... Dostawaliśmy kawę, ale czy to kawa była? Jakieś pomyje, nie widomo z czego. W obozie trawa była wyjedzona do gołej ziemi… Apel wieczorny był postrachem, a najgorzej jak nie zgadzał się stan ludzi, nawet trupy zbierało się z pola, żeby liczba była taka, jak przy wyjściu. No i wszy. Po całych nocach się nie spało, biliśmy te wszy na sobie, chodziło się z tym na skórze. W nocy szczury nic a nic się nie bały, śmigały po nas, trzeba się było oganiać. Zwłoki to bez przerwy obgryzały – tak obozowy horror zapamiętał Rudnicki, tak pamiętają obóz inni ówcześni chłopcy. Janusz Rudnicki nie zapomni nigdy, jak jego kolega spłonął razem z matką, gdy dotknęli się przez druty kolczaste, jak topiono cygańskie dzieci w basenie, jak bił „czarny diabeł” (esesman), jak więźniarki wleczono na „eksperymenty medyczne”.

W nocy upchnięci na pryczach, gryzieni przez wszy i szczury, nie mogli utrzymać moczu („sikaliśmy we śnie, to wszystko leciało na tych, co spali na dole”), ale żaden poranek nie przynosił zmiany na lepsze.

Blokowy i straszne zimy

Zimy w czasie II wojny światowej były bardzo surowe, śnieżne, mroźne („nie to, co dzisiaj”), do obozu wciąż przychodziły transporty Żydów, Cyganów; od razu oni, mali więźniowie wiedzieli, czy to transport do gazu, czy do obozu, nieomylnie rozpoznawali symptomy – Niemcy w maskach i kaskach, huk zatrzaskiwanych hermetycznych drzwi. Zimą 44/45 roku Niemcy ustawili choinkę w bloku na Boże Narodzenie, kazali im śpiewać kolędy, bo Niemcy bardzo lubili śpiew...

Stoją w szeregu, ciemny poranek, może minus 25 stopni, zjedli po kromce czarnego gliniastego „chleba”, na obiad będzie zupa, ale nie wiadomo z czego, bo w lecie to przynajmniej z zielska, co rosło w rowach za obozem. Wpatrują się w blokowego.

Blokowy był dobry. Mówił, jak chronić ręce (długie płaszcze po zamordowanych) czy stopy (worki papierowe) – ale to dopiero tuż przed likwidacją obozu przynosił im z magazynów ubrania, to było już po przeniesieniu na łagier F, ostatni naprzeciw krematorium, w 1945 r. Te ubrania trochę ratowały, chłopcy mieli tyfus, biegunkę, notoryczne odwodnienie. Na dwa dni przed opuszczeniem obozu wstrząsnął nimi huk – Niemcy wysadzili krematoria. Myśleli, że to koniec świata.

Pod koniec stycznia, gdy chłopców przeniesiono na łagier C, Niemcy rozpalili wielkie ogniska; płoną obozowe dokumenty, a zaraz potem nocna pobudka, ustawienie piątkami, wokół esesmani z karabinami. Czyli koniec. A tu dostali po dwa bochenki chleba i po kostce margaryny, blokowy zapowiada, żeby trzymać się razem, nie ustawać, bo zastrzelą.

Mauthausen i wyzwolenie

Wychodzą z obozu w nocy, słychać artylerię, brną przez śniegi, wokół ani domu, ani żywego ducha, Niemcy jadą samochodami, rowerami, furmankami, kto ustaje – zabijają. Na jakiejś stacji kolejowej załadowali małych więźniów na węglarki, którymi „gdzieś” (do Austrii) dojechali, piechotą dotarli do obozu Mauthausen/Komando Melk. Nieduży obóz, kilka murowanych bloków, no ale o ile łatwiej, lepiej. To nic, że gorączka i biegunka, bo nie było już codziennego apelu, była tylko pobudka. Chłopcy mieli swoje zadanie: w gigantycznym silosie strugali ziemniaki, blaszkami, bo noży nie dostawali, a trzeba było cienko obierać no i nie poszło się spać, póki silos nie był pełen. Ale rano dostawali herbatę, kawałek chleba, na obiad ugotowane obierki z ziemniaków, i to już pozwalało nabierać sił.

Mróz i śnieg dokuczał, wtedy w lutym, w Mauthausen, ale stopniowo poprawiało się, Niemcy mniej prześladowali, krematorium nie kopciło. Dostał tam nowy numer obozowy: 118257.

W maju pojawiły się amerykańskie samoloty, widać było walki toczące się w mieście na dole. 5 maja do obozu wjechał amerykański czołg, Niemcy złożyli broń. – Orkiestra grała, była wielka radość między więźniami, pojawiały się różne flagi narodowe, bo była tam nas zbieranina, ale zaraz zaczęła się kolejna tragedia: przeżyliśmy obóz, ale zaczęliśmy umierać od jedzenia. Ci, co próbowali normalnie jeść umierali, żołądki w obozie pracują inaczej, dobre jedzenie zabija więźnia – mówi Janusz Rudnicki.

Blokowy im mówił: żadnego jedzenia. Dostali suchary, prawdziwe – słodkawe i suche, że tylko ustępowały pod młotkiem, ssali je jak cukierki, oswajali układ trawienny, to ich ratowało. – Ale nawet jak tu gryźć, tylko się mamlało, każdy miał szkorbut, zębów nie mieliśmy, nadal nie trzymało się moczu, pomimo amerykańskich witamin. Ale nic nie było tak dobre, jak te suchary – zamyśla się Rudnicki.

Droga do domu

Guma do żucia, od żołnierzy amerykańskich, to był cud, no ale połykali ją, bo skąd mieli wiedzieć, do czego służy? Mijał maj, czerwiec, więźniowie powoli stawali na nogi. Na początku lipca Janusz zgłosił się, że chce wracać do Polski. Mógł jechać na Zachód, albo do jakiegoś prewentorium, ale uparł się na tę Warszawę, marzył o domu, o swoich, o sąsiadach. Dostał ubranie, plecak z jedzeniem (jeszcze dzisiaj pamięta, w co był ubrany, wyruszając na poszukiwanie bliskich), wojskowe samochody przewiozły chętnych do wyjazdu na teren Czechosłowacji, a potem po wielu perypetiach znaleźli się – pięciu chłopców z obozu – w Katowicach w punkcie repatriacyjnym. Do Warszawy wędrował już sam, z biletem, który zarazem stanowił dokument tożsamości i prawo do noclegu czy nabycia jedzenia. Tydzień w obróconej w ruinę stolicy przygnębił małego ekswięźnia jeszcze bardziej, bo nie znalazł nic ani nikogo, co mogłoby go zatrzymać. – Na ul. Leszno 113 wpadłem do zburzonej kamienicy. Na środku naszej izby usypany był kopiec z cegieł i kamieni, spod których wystawały nogi małej dziewczynki. Uciekłem na dworzec – opowiada.

Wrócił więc do Katowic, gdzie zapamiętał kilka życzliwych osób. Gdzieś, o kogoś trzeba było przecież się wesprzeć.

Szczęście do ludzi

Swoich nie znalazł, ale to obcy przygarnęli go, jak kogoś bliskiego, drogiego. Z domu dziecka trafił do rodziny państwa Krzyżanowskich, którzy w Czechowicach-Dziedzicach prowadzili aptekę i mieli dwóch synów. Jego potraktowali jak trzeciego, ale Rudnicki nie zmienił nazwiska. Dobrze pamięta te lata, jak chorował na nerki, na pęcherz, jak leczyli go przybrani rodzice, pamięta okoliczności pierwszej komunii św. (1948 r.). W 1953 r. uzyskał maturę. Pracował kolejno w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach, w Krakowie przy hucie Lenina, w kopalni Sosnowiec, w kieleckim Społem, wreszcie – za pracą trafił do Sędziszowa, gdzie organizowano fabrykę kotłów.

Założył szczęśliwą rodzinę, ma trzy najlepsze córki, mieszka z nim ukochana wnuczka. Od 1999 r. wiedzie spokojne życie emeryta. Jest pogodnym człowiekiem, obdarzonym doskonałą pamięcią i darem narracji. Za ocalenie dziękował Bogu tysiące razy, specjalnie pielgrzymował do Matki Bożej Fatimskiej. Chciałby tylko, aby taka historia, jak jego, wtedy małego chłopca, była przestrogą przed wszelką agresją, dominacją, poczuciem wyższości, w imię których sankcjonuje się i dokonuje zbrodni na milionach.

CZYTAJ DALEJ

Volvo XC90 Recharged – odpowiedzialny luksus dla odpowiedzialnych ludzi

2020-01-29 12:11

[ TEMATY ]

ekologia

samochód

Volvo

www.volvocars.com

Volvo XC90 Recharged

W trosce o środowisko naturalne oraz wpływ, jaki pojazdy wywierają na emisję gazów cieplarnianych i zmiany klimatu, Volvo już od pewnego czasu wyznacza trendy, prowadząc rynek motoryzacyjny w kierunku zrównoważonego transportu. W ramach strategii elektryfikacji Volvo ostatecznie wyposaży wszystkie pojazdy we „wtyczkę”, hybrydę plug-in czy też w elektryczny układ napędowy. Tę przyszłość widać już dzięki hybrydzie Plug-in XC90 Recharged.

Globalne ocieplenie staje się poważnym problemem, konsumenci zdają sobie sprawę z potrzeby bezpośredniego przyjęcia programów energii odnawialnej i wyboru bardziej zrównoważonej opcji transportu. Zanieczyszczenia są jednym z głównych powodów, dla których ludzie skłaniają się ku samochodom elektrycznym. Korzyści środowiskowe związane z samochodami elektrycznymi należą do najważniejszych czynników przy przechodzeniu z silnika napędzanego paliwem na silnik elektryczny.

Recharged – dobra energia

By zrealizować cele klimatyczne i zwiększyć popyt na auta elektryczne, Volvo wprowadza na rynek linię produktową Recharged, tym samym deklarując, że do 2025 roku 50% całej jego sprzedaży będą stanowiły samochody w pełni elektryczne. W ofercie Volvo już znajdują się samochody hybrydowe, tzw. mild hybrid, oraz hybrydy typu plug-in, które można naładować z gniazdka i bez uruchamiania silnika spalinowego przejechać nawet do 40 km. Takim modelem jest właśnie hybryda plug-in Volvo XC90 T8.

Luksusowy SUV to krok w kierunku bardziej wydajnej i przyjaznej środowisku formy mobilności. Układ odzyskuje energię hamowania i wykorzystuje ją podczas jazdy, zapewniając płynne przyspieszenia, niewielkie zużycie paliwa i niską emisję spalin. 

XC90 T8 jest sposobem na to, aby luksusowy samochód stał się częścią zmian w kierunku neutralnej dla klimatu motoryzacji, bez uszczerbku dla przestrzeni osobistej, wygody i wydajności. Jest to zgodne z dążeniami marki Volvo dotyczącymi bezpieczeństwa i odpowiedzialności. Hybryda plug-in jest najbardziej odpowiedzialnym wyborem przy zakupie dużego SUV-a.

Luksus i ekologia

Marka Volvo tworzy najbardziej zaawansowane samochody elektryczne, w których niezwykły wysiłek został włożony w stworzenie maksymalnie zrównoważonego produktu – od wyboru dostawców po zastosowane materiały i wyjątkowe funkcje. Stawiając na najlepsze rozwiązania technologiczne, pomaga zmniejszyć niekorzystny wpływ na środowisko, a najbardziej zaawansowane rozwiązania dotyczące motoryzacji przyczyniają się do stworzenia jednych z najbardziej bezpiecznych samochodów na świecie.

Pojazdy elektryczne mogą zmniejszyć emisje przyczyniające się do zmiany klimatu i powstawania smogu, poprawiając zdrowie publiczne i zmniejszając szkody ekologiczne. Jazda na czystej energii elektrycznej oznacza brak emisji spalin, a więc i brak emisji dwutlenku węgla i tlenku azotu.

Volvo XC90 Recharged łączy w sobie luksusowy styl dużego SUV-a, wysokowydajny elektryczny układ napędowy, duży zasięg i inteligentny zmysł praktyczny – dzięki czemu nie trzeba wybierać między dbałością o ekologię a poczuciem luksusu.

Więcej informacji na stronie: www.volvocars.com

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję