Reklama

Biały Kruk 1

Przyprowadziła go sama Opatrzność

2013-08-19 14:14

Ks. Marek Łuczak
Niedziela Ogólnopolska 34/2013, str. 16-17

Reprodukcja: Piotr Mecik/FORUM

Po wojnie propaganda komunistyczna „uszyła” mu buty człowieka przeciętnego. Jednak fakty z życia kard. Augusta Hlonda wystawiają mu zupełnie inne świadectwo: był prawdziwym tytanem ducha, mężem opatrznościowym

Trwało akurat burzliwe dwudziestolecie międzywojenne. Świat próbował sobie poradzić po zawirowaniach I wojny światowej. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale też w całej Europie mieliśmy do czynienia z kryzysem ekonomicznym na niespotykaną dotąd skalę. Polska dopiero co odzyskała niepodległość, co wbrew pozorom wcale nie oznaczało sielanki, a wręcz same problemy. Na Śląsku sytuacja była jeszcze trudniejsza, bo nie po 123 latach, jak to miało miejsce w przypadku zaborów, ale po kilku wiekach dzielnica ta wróciła do Macierzy. W związku z oceną ówczesnych przemian podzielone było duchowieństwo, parafie, a nawet całe rodziny. Do dzisiaj, kiedy duszpasterze odwiedzają wiernych podczas kolędy, na ścianach mogą zobaczyć zdjęcia braci w żołnierskich mundurach: jedni są w polskim, inni - w niemieckim.

Dwa narody - jeden Kościół

W konsekwencji powstań, plebiscytu oraz decyzji międzynarodowych mocarstw Górny Śląsk został włączony do Polski. Wydarzenie to miało nie tylko doniosłe znaczenie historyczne, ale także przekładało się na wiele wyzwań. Trzeba było uporządkować rzeczywistość na nowo. Pojawiła się konieczność wprowadzenia do obiegu nowej waluty, ujednolicenia urzędowej dokumentacji czy zmiany nazwy miast i ulic.

Przed dokładnie tymi samymi dylematami stał Kościół katolicki. O ile do niedawna kuria biskupia zarządzająca parafiami na tym terenie mieściła się we Wrocławiu, o tyle po włączeniu Górnego Śląska do Polski pozostawienie takiej sytuacji bez zmian byłoby anachronizmem. Nie do pomyślenia byłoby zarządzanie sprawami Kościoła na polskim terenie przez niemieckich biskupów czy wikariuszy generalnych. Nie chodziło tu na pewno jedynie o sprawy logistyczne, choć z Katowic do Wrocławia jest daleko, a ponadto aby pokonać tę odległość, trzeba było przekroczyć granicę. Tu chodziło jednak także o kwestie mentalnościowe. Byłoby czymś niedorzecznym w tamtych latach mówić o przyjaźni polsko-niemieckiej.

Reklama

Nieprzyjaźń ta miała swoje źródła na długo przed powołaniem do życia najpierw Administracji Apostolskiej, a później śląskiej diecezji. Ówczesne parafie były areną bardzo licznych konfliktów na tle narodowościowym. Z oczywistych względów polityka Kurii wrocławskiej nie sprzyjała interesom ludności polskiej żyjącej w ramach niemieckich parafii. Chodziło tu nie tyle o sprawy drugorzędne, jak np. język, bo duszpasterski zmysł biskupów wrocławskich kazał zadbać o odpowiednią liczbę nabożeństw w języku polskim. Chodziło chociażby o osobliwą politykę personalną, dzięki której większe i bardziej znaczące parafie obsadzane były przez proboszczów o wyraźnej proweniencji niemieckiej. Polskie duchowieństwo spotykało się pod tym względem z szykanami, a nawet z dyskryminacją.

Oprócz zagadnienia polityki Kurii wrocławskiej na uwagę zasługuje też sytuacja wewnątrz Kościoła lokalnego na terenie Górnego Śląska przed włączeniem go do Polski. Chodzi o podziały wśród duchowieństwa. Część księży popierała niemiecką partię Centrum, której polityka była nastawiona przeciwko Polsce. Wśród duchowieństwa polskiego można było spotkać zwolenników Józefa Piłsudskiego, ale też Wojciecha Korfantego, który jako wytrawny Ślązak o wiele lepiej orientował się w lokalnych sprawach, a jako katolik budował podwaliny pod chrześcijańską demokrację.

Nie bez znaczenia wreszcie były też podziały dotykające rodzimą społeczność. Zgodnie z ustaleniami historyka B. Reinera, stosunki narodowościowe panujące na tym terenie były odbiciem panujących tu stosunków politycznych i ekonomiczno-społecznych: ludność polską od niemieckiej dzieliła przede wszystkim różnica języka, narodowości, a także pozycji społecznej czy kondycji ekonomicznej.

Diecezja narzędziem pokoju

W tak zagmatwanej sytuacji miał się znaleźć nowy biskup lokalnego Kościoła, którego zadaniem było ogarnięcie troską duszpasterską nie tylko Polaków, ale i Niemców. A trzeba pamiętać, że podział na Polaków i Niemców, jeśli chodzi o diecezję katowicką, nie jest oczywisty. Mieliśmy na tym terenie w ówczesnym czasie zwolenników Polski mówiących po polsku, ale też niektórzy popierali polskie interesy, mimo że ich językiem był niemiecki. Były również osoby, które mówiły po polsku czy niemiecku, a utożsamiały się ze Śląskiem, traktując go jak własną ojczyznę.

Niezwykle trudne byłoby ustalenie dokładnej liczby Niemców, którzy znaleźli się po polskiej stronie po włączeniu Górnego Śląska do Polski. Kolejne spisy ludności z 1921 r. i 1931 r. dostarczały jedynie danych przybliżonych.

Na tle narodowościowym dochodziło zatem do wielu napięć, którym - zgodnie z wolą Augusta Hlonda - zaradzić mieli duszpasterze. Nie dziwi więc, że nowy rządca Kościoła na Śląsku w momencie powołania do życia tygodnika „Gość Niedzielny” zachęcał jego redaktorów, by stworzyli pismo jak „gałązka oliwna”. Jak wynika z ustaleń Andrzeja Grajewskiego, zamieszczano w tym kontekście w „Gościu” zachęty następującej treści: „Kapłan powinien problemy narodowościowe rozwiązywać w duchu Chrystusowym, patrząc jedynie na dusze sobie powierzone”. W praktyce oznaczało to zabezpieczenie tym wszystkim, którzy uważali się za Niemców, prawa do duszpasterstwa w tym języku.

Niestety, proza życia wyglądała różnie. „Gość Niedzielny” był więc drukowany po polsku i niemiecku. Natomiast listy pasterskie odczytywane były najpierw po polsku, potem po niemiecku. Ludność polska bojkotowała niemiecką, wychodząc z kościoła na czas odczytywania listów pasterskich po niemiecku, i nie była pod tym względem dłużna swym niemieckim pobratymcom.

Niemcy - jak się wydaje - charakteryzowali się większą pieczołowitością w utrudnianiu Polakom życia. Świadczy o tym chociażby bojkot zjazdu katolickiego, który bardzo leżał na sercu polskim duszpasterzom, a osobiście bp. Hlondowi. Zaproszeni mówcy wywodzili się zarówno spośród katolików polskich, jak i niemieckich. Polskie teksty były przetłumaczone na język niemiecki. Można więc założyć, że ze strony polskiej zauważalna była dobra wola, jednak nie spotkała się ona z życzliwością Niemców, którzy nie tylko bojkotowali inicjatywy Polaków, ale także wysyłali na nich do Watykanu donosy, w tym na samego bp. Hlonda.

Prowadzony ręką Boga

Te doświadczenia mówią wiele na temat działań późniejszego prymasa Polski na Ziemiach Odzyskanych po II wojnie światowej. Niektórzy zarzucają pierwszemu biskupowi śląskiemu, że był zbyt gorliwy w usuwaniu niemieckich proboszczów czy niemieckich biskupów. A on doskonale wiedział, że polska ludność i niemiecki proboszcz to by było zbyt wiele, szczególnie zaś po doświadczeniach wojennych. Trudno też się dziwić, że kampania wrześniowa skłoniła kard. Hlonda do ucieczki przed Niemcami, którzy z powodu śląskich doświadczeń nienawidzili polskiego hierarchy. Zachowały się zapiski, z których wynika, że do polskiego prymasa, kiedy tylko niemiecki wywiad donosił o możliwym miejscu jego pobytu, strzelano jak do kaczek.

Gdzie zatem szukać źródeł fenomenu śląskiego hierarchy? Jak to się stało, że nieznany wcześniej nikomu zakonnik otrzymał zadanie stworzenia na Śląsku zrębów nowej diecezji? Wszystko wskazuje na to, że był człowiekiem przysłanym tu przez samą Opatrzność. Jako sprawny przełożony salezjański przypadł do gustu Achille Rattiemu, nuncjuszowi apostolskiemu, przyszłemu papieżowi Piusowi XI. Namiestnik Chrystusowy wiedział, że biskupem katowickim nie może zostać nikt z miejscowego duchowieństwa, bo istniejące w nim podziały uniemożliwiały bezstronność rządcy diecezji.

Po latach niełatwo o bilans działalności kard. Hlonda. Niewątpliwie był duszpasterzem niesamowicie pracowitym, o czym świadczą setki wydrukowanych stron, będących owocem nauczania i aktywności publicystycznej. Kolejnym świadectwem jego wielkości były niezliczone inicjatywy duszpasterskie. Był pionierem, jeśli chodzi o zaangażowanie na rzecz świeckich, prasy katolickiej czy duszpasterstwa na emigracji.

Niektórzy uważają, że kard. Hlondowi zawdzięczamy też świetlaną teraźniejszość: prawdopodobnie to dzięki jego intuicji, a przede wszystkim skłonności do wsłuchiwania się we wskazania Ducha Świętego do naszej historii możemy wpisać najpierw kard. Stefana Wyszyńskiego, a potem Jana Pawła II. Nawet gdyby niewiele zrobił w swojej pracy duszpasterskiej, ta ostatnia okoliczność jest wystarczająca, by okazywać mu naszą wdzięczność.

Tagi:
Hlond

Pierwszy taki Prymas

2017-04-11 10:22

Andrzej Tarwid, Łukasz Krzysztofka
Edycja warszawska 16/2017, str. 4-5

Komisja Teologiczna Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych pozytywnie zaopiniowała dekret ukazujący heroiczność cnót kard. Augusta Hlonda. To milowy krok przybliżający nas do beatyfikacji. Ale też dobry czas, aby przypomnieć o pierwszym prymasie Polski, który był jednocześnie metropolitą warszawskim

Ze zbiorów AAW
Kard. August Hlond rok 1946.

Niewielkie Rościnno w powiecie węgrowskim znane jest wiernym głównie z działającego tam prężnie Domu Rekolekcyjnego. To w tym budynku przed II wojną światową często przebywał kard. August Hlond, ówczesny metropolita gnieźnieńsko-poznański. Także z Rościnna Hierarcha wyruszył do Warszawy na ingres, o którym powiedział, iż to będzie „największe posłannictwo mego życia”.

Był 29 maja 1946 r. Droga do stolicy została zaplanowana na dwa dni i wiodła przez Kutno, Łowicz i Sochaczew. Przez setki lat trasa ta była tradycyjnym szlakiem prymasów Polski, którzy przyjeżdżali z Gniezna do Warszawy. Wraz z kard. Hlondem miało to się zmienić, bo Prymas Polski miał mieć swoją siedzibę w stolicy.

– Na początku marca 1946 r. Stolica Apostolska zawiesiła unię istniejącą od 1821 r. między archidiecezją gnieźnieńską i archidiecezją poznańską. I ustanowiła unię personalną łączącą najstarszą metropolię gnieźnieńską z najmłodszą metropolią warszawską – przypomina ks. dr Henryk Małecki, historyk warszawskiego Kościoła.

Ingres w mieście ruin

30 maja 1946 r. punktualnie o godz. 17 auto z kard. Hlondem wjechało na pl. Zamkowy wypełniony duchowieństwem i mieszkańcami stolicy. Po krótkim powitaniu z abp. Antonim Szlagowskim, kard. Hlond poszedł pomodlić się do kościoła św. Anny. Następnie uformowany pochód przeszedł do kościoła seminaryjnego, który pełnił wówczas funkcję prokatedry.

Tradycyjne miejsce ingresów, czyli archikatedra św. Jana Chrzciciela, była kompletnie zniszczona. Podobnie jak cała Starówka. Zburzone lub bardzo poważnie uszkodzone były też pozostałe świątynie po lewej stronie Wisły i całe kwartały miasta.

– Do Was, moi ukochani Diecezjanie Metropolii Warszawskiej, zwracam się z wyrazem podziwu, żeście wśród najtragiczniejszych powikłań ostatnich lat na tym ośrodkowym szańcu polskości wytrwali w obronie polskiego życia i honoru oraz swobód wierzącej duszy narodu. Czerpiąc niepokorne energie z bogactwa darów złożonych w duszy polskiej, dowiedliście wśród lawiny ognia i walących się gmachów, że Warszawę tylko sercem można zdobyć – powiedział kard. Hlond.

Tytan pracy

Skala wyzwań, jaka czekała nowego Metropolitę, była przeogromna. Oprócz gigantycznych zniszczeń materialnych, w warszawskim Kościele brakowało kapłanów, których 20 proc. zginęło lub zostało zmordowanych w trakcie wojny. Tylko te fakty pokazują, że stolica potrzebowała nowego zorganizowania struktur kościelnych i nowych pomysłów duszpasterskich. A przecież 12 września 1945 r. komuniści zerwali konkordat, co również nie zapowiadało nic dobrego w przyszłych relacjach Państwo-Kościół, którego najważniejszym reprezentantem był Prymas Polski.

Paradoksalnie jednak to chyba zerwanie umowy międzynarodowej przesądziło, że to właśnie kard. Hlond został metropolitą warszawskim i gnieźnieńskim.

– On sam wcale o tę godność nie zabiegał. Co więcej, jednemu z biskupów powiedział, że wskazał innych kandydatów. Ale Stolica Apostolska w swoich decyzjach kieruje się zasadą, aby nominowana osoba była jak najbardziej odpowiednia na dany urząd. A wówczas taką osobą był bez wątpienia kard. Hlond – mówi „Niedzieli” ks. prof. Stanisław Wilk z KUL.

Kard. Hlond urodził się w 1881 r. W wieku 16 lat został przyjęty do Zgromadzenia św. Jana Bosko. Święcenia kapłańskie przyjął w 1905 r., był już wtedy doktorem teologii. Do czasu odzyskania przez Polskę niepodległości ks. Hlond był m.in. kapelanem w schronisku w Krakowie, przełożonym salezjanów w Przemyślu i dyrektorem zakładów salezjańskich w Wiedniu, gdzie pełni też funkcję inspektora prowincji austriacko-węgiersko-niemieckiej. W 1922 r. został pierwszym administratorem apostolskim na Górnym Śląsku, a trzy lata później ordynariuszem diecezji katowickiej. Następnie zaś arcybiskupem gnieźnieńsko-poznańskim i prymasem Polski.

W zgodnej ocenie historyków od roku 1926 do 1939 r. nie było w dziejach polskiego Kościoła wydarzenia o większym znaczeniu, które w jakiś sposób nie wiązałoby się z postacią kard. Hlonda. Jak żaden z jego poprzedników na Stolicy św. Wojciecha, wycisnął niezatarte piętno na życiu duchowym całego narodu. Organizował z wielkim rozmachem zjazdy i kongresy w Polsce. Był reprezentantem papieża, jako delegat, w innych krajach. Wziął w opiekę wielomilionową emigrację polską. Gdziekolwiek się pojawiał, witały go tłumy wiernych.

Po wybuchu wojny przedstawiciele rządu przekonali kard. Hlonda do wyjazdu z kraju, aby „jego uwięzienie nie stało się kartą przetargową dla Niemców”. W latach 1939-45 był m.in. w Rzymie, a potem we Francji, gdzie nawet został aresztowany przez gestapo, któremu stanowczo odmówił współpracy. Do kraju wrócił 2 lipca 1945 r. ze specjalnym pełnomocnictwem papieża i zajął się administracją na Ziemiach Odzyskanych. – Kard. Hlond cieszył się dużym autorytetem wśród wiernych w kraju, ale był też znany i ceniony za granicą. Właśnie taka osoba stanęła na czele warszawskiego Kościoła – podsumowuje ks. dr Małecki. A ks. prof. Wilk dodaje: – Wszędzie, gdzie wcześniej posługiwał, wyróżniał się dużą energią i znakomitą organizacją w pracy. Co potwierdził także w stolicy.

Kuria w seminarium

Podobnie, jak katedra św. Jana Chrzciciela, w gruzach leżał też Dom Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej oraz nuncjatura apostolska na Szucha. Pierwszą siedzibę Metropolity zorganizowano w budynku seminarium. Już dzień po ingresie odbyło się tam posiedzenie kapituły metropolitalnej. Niedługo potem kard. Hlond konsekrował dwóch biskupów dla archidiecezji warszawskiej – ks. Zygmunta Choromańskiego i ks. Wacława Majewskiego, którzy stali się jego najbliższymi współpracownikami.

Podczas Powstania Warszawskiego zostało zniszczonych 55 kościołów. Ich odbudowa stała się priorytetem Metropolity, podobnie jak pomoc materialna dla mieszkańców, zwłaszcza dla osieroconych dzieci. – Za czasów jego posługi w samej stolicy istniały 32 sierocińce prowadzone przez Caritas. Jedenaście kolejny działało poza Warszawą – mówi ks. dr Małecki i dodaje. – W sumie w tamtym czasie ok. 500 sierot i ok. 450 półsierot korzystało z pomocy Kościoła w powojennej Warszawie.

Do odbudowy świątyń kard. Hlond powołał Prymasowską Radę Odbudowy Kościołów Warszawy. – Konstrukcja tej rady była gruntownie przemyślana, miała ona np. kilka sekcji, które odpowiadały za poszczególne działania. Z kolei sam Kardynał pisał listy do Polaków za granicą oraz do metropolitów Paryża czy Londynu, aby wsparli odbudowę stołecznych kościołów – opowiada ks. prof. Wilk.

We wprowadzaniu nowych form duszpasterstwa pomogło powołanie przy Kurii Metropolitalnej Kolegium ds. Duszpasterskich oraz erygowanie nowych dekanatów: nowodworskiego, piaseczyńskiego, pruszkowskiego i rembertowskiego.

Stałą troską kard. Hlonda był rozwój duchowy wiernych. Hierarcha pisał listy duszpasterskie i odezwy do mieszkańców stolicy. Organizował też uroczystości religijne.

Do historii Warszawy przeszło słynne spotkanie z kobietami na Kamionku. Natomiast w wymiarze krajowym takim wydarzeniem był akt ofiarowania narodu Niepokalanemu Sercu Maryi, który 8 września 1946 r. zgromadził niemal milion wiernych na Jasnej Górze.

– Przez cały czas swojej posługi w stolicy odwiedzał też zwykłe parafie. W archiwach zachowało się ponad 40 relacji z takich wizytacji – mówi ks. prof. Wilk.

Nie trzeba rozpaczać

W październiku 1948 r. kard. Hlond miał operację wyrostka robaczkowego. Początkowo wydawało się, że operacja udała się. Niestety. Kilka dni później Metropolita ponownie trafił do szpitala. Miał pełną świadomość, że jego czas na ziemi dobiega końca.

Do s. Maksencji, pracującej w Sekretariacie Prymasa, powiedział: – Jutro w procesji będzie przyniesiony Pan Jezus, aby pokazać ludziom, że Arcybiskup jest zaopatrywany i aby się nie lękali przyjmować sakramentów św. Natomiast w swoich notatkach napisał: „W obliczu śmierci trzeba być radosnym. Wszystkich nas to czeka. Trzeba śmierć pogodnie przyjmować, ona jest drogą do lepszego życia. Jest drogą do wieczności...”. Kard. August Hlond umarł 22 października 1948 r. – Swemu najbliższemu otoczeniu, sekretarzom mówił: – Nie trzeba rozpaczać ani wątpić. Gdy przyjdzie zwycięstwo, będzie to zwycięstwo Najświętszej Maryi Dziewicy! I oddał swą maryjną duszę w dzień Matki Bożej Szczęśliwej Śmierci – tak po latach wspominał swojego poprzednika kard. Stefan Wyszyński.

Pogrzeb kard. Hlonda zgromadził takie tłumy, że trasę z prokatedry do katedry specjalnie przedłużono, aby jak najwięcej osób mogło pożegnać Metropolitę. – Kondukt nie poszedł więc prosto, lecz m.in. ulicami Miodową i Długą – mówi ks. prof. Wilk.

Kard. Hlond został pochowany w podziemiach archikatedry. W 2006 r. dokonano uroczystej translacji szczątków z podziemi archikatedry do kaplicy św. Jana Chrzciciela w lewej nawie świątyni.

Po marcowej decyzji Komisji Teologicznej w Watykanie do ogłoszenia kard. Augusta Hlonda błogosławionym potrzebny jest jeszcze cud za jego wstawiennictwem. W archikatedrze warszawskiej każdego 22. dnia miesiąca odprawiana jest Msza św. w intencji jego rychłej beatyfikacji. Potrzeba zatem jeszcze gorętszej modlitwy, aby Kościół zaliczył kard. Augusta Hlonda do grona błogosławionych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Rocznica objawienia obrazu „Jezu, ufam Tobie”

2018-02-22 12:14

Agnieszka Bugała

S. Faustyna przyjeżdża do domu w Płocku w maju, lub w czerwcu 1930 r. Rok później 22 lutego 1931r. widzi Pana Jezusa i notuje w „Dzienniczku”:

pl.wikipedia.org
Eugeniusz Kazimirowski, Jezu ufam Tobie, 1934


„Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. (…) Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie” (Dz. 47).

Ale dopiero 2 stycznia 1934r. w Wilnie rozpoczyna się malowanie obrazu wg instrukcji przekazanej Świętej przez samego Jezusa. W tym dniu s. Faustyna pierwszy raz udaje się do malarza Eugeniusza Kazimirowskiego, który ma malować obraz Miłosierdzia Bożego. W czerwcu, gdy obraz jest ukończony, Siostra Faustyna płacze, że Pan Jezus nie jest tak piękny, jak Go widziała…

Dziś, 22 lutego 2018 r. mija 87 lat od chwili, gdy Pan Jezus poprosił s. Faustynę o namalowanie obrazu. Wiele kościołów szczególnie dziś zaprasza na Koronkę do Bożego Miłosierdzia o godz. 15.00.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Trwa kongregacja Ruchu Światło - Życie

2018-02-24 14:56

o. Stanisław Tomoń

Pod hasłem „Młodzi w Kościele” na Jasnej Górze trwa 43. Kongregacja Odpowiedzialnych Ruchu „Światło-Życie”. Tegoroczne spotkanie trwa w dniach 23-26 lutego z udziałem ponad tysiąca osób. Kongregacja, odbywająca się na Jasnej Górze, jest czasem poświęconym na przygotowanie do kolejnego roku pracy formacyjnej, która rozpocznie się latem.

Niedziela TV

W tym roku w czasie Kongregacji rozważane jest pytanie o przyszłość ruchu, który postrzegany był głównie jako wspólnota młodzieżowa, a dziś gromadzi głównie dorosłych i małżonków z Domowego Kościoła. Papież Franciszek podkreśla, że młodzi są nadzieją Kościoła, stąd ruch stanął przed wyzwaniem, jak w swoim charyzmacie odnaleźć siły, które pozwolą mu na nowo przyciągnąć dzieci i młodzież do grup oazowych.

Zobacz zdjęcia: Oaza melduje się

„Ta coroczna Kongregacja Ruchu Światło-Życie, w tym roku już 43., związana jest z prezentacją nowego tematu na najbliższy rok formacyjny. W tym roku właśnie tym tematem będą słowa: ‘Młodzi w Kościele’ – one nawiązują do hasła tegorocznego Synodu Biskupów w Rzymie: ‘Młodzież, wiara i rozeznanie powołania’ – mówi ks. Marek Sędek, moderator generalny Ruchu Światło-Życie – Po to się gromadzimy, żeby odpowiadać sobie na to pytanie – jak zachęcać młodych ludzi do bycia w Kościele. Ewangelia jest zawsze atrakcyjna dla ludzi młodych, ona pociąga ludzi młodych, daje przestrzeń, pewną perspektywę, nadzieję. Problemem natomiast jest znalezienie odpowiedniego języka komunikacji z młodymi, bo zmieniają się czasy , zmienia się sposób przekazu pewnych treści, i trzeba znaleźć adekwatne do tych czasów słowa, środki, aby Ewangelię głosić młodym”.

Tradycyjnie do sanktuarium przybyli moderatorzy i animatorzy z Polski i zagranicy - Niemiec, Ukrainy, Słowacji, Czech i Białorusi. Po raz pierwszy jako delegat ds. Ruchu Światło-Życie z ramienia Episkopatu, w Kongregacji bierze udział bp Krzysztof Włodarczyk, biskup pomocniczy diec. koszalińsko-kołobrzeskiej. Jak podkreśla biskup-delegat, inspiracja do tegorocznej Kongregacji jest podwójna: „Pierwsza to jest przygotowywany Synod Biskupów, który będzie poświęcony młodym ludziom – ‘Młodzież, wiara i rozeznanie powołania” (15. Zgromadzenie Zwyczajnego Synodu Biskupów, zwołanego przez papieża Franciszka, odbędzie się w październiku 2018 r. w Rzymie – przyp. BPJG). To jest jakby wyjście naprzeciw. Natomiast druga inspiracja, to patrzymy, jakie są w tej chwili proporcje członków Ruchu Ś-Ż – okazuje się, że jest po 50%. Kiedyś mówił się, że Ruch Ś-Ż to ruch dzieci i młodzieży, dzisiaj te proporcje wyrównały się, to znaczy 50% to są dzieci i młodzież, a 50% to już Ruch dojrzały, czyli rodzinna gałąź - Domowy Kościół. Dobrze, że on się rozwija, że ci ludzie, którzy są ukształtowani w tej formacji dziecięcej, młodzieżowej, kontynuują swoją obecność w Ruchu, i czerpią z charyzmatu właśnie w tej gałęzi rodzinnej, natomiast nie przybywa tak szybko dzieci i młodzieży. I trzeba sobie postawić pytanie, skąd to się bierze. Sam Synod Biskupów to też jest sygnał, że to nie jest problem nasz – krajowy, polski, ale jest to też ogólnoświatowy problem obecności młodego pokolenia w Kościele. Jest ich mniej, rzeczywiście. Nawet, jeśli przyjmują sakrament bierzmowania, to widzimy tę dziwną tendencję do zerwania później ze wspólnotą Kościoła. Ale nie można tylko ubolewać, tylko wiedzieć problem, ale trzeba szukać rozwiązania, szukać antidotum”.

Jak mówi Jolanta Szpilarewicz, odpowiedzialna główna Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła, aby zaprosić młodych do uczestnictwa w życiu Kościoła, „potrzebne są wydarzenia – i te ewangelizacyjne, głoszenie Słowa Bożego, zaproszenie młodych. Tutaj te środowiska mają szansę zapraszać młodych. Ważne jest też oddziaływanie w szkole – młodzi do młodych najprędzej docierają, więc i formowanie młodych, aby oni mieli odwagę, śmiałość, by znali konkretne sposoby, jak wychodzić do swoich rówieśników i zapraszać ich na tę drogę. To zawsze pozostaje jako droga uniwersalna. Oczywiście są też środki bardziej nowoczesne – Internet otwiera bardzo duże przestrzenie, by zapraszać młodych”.

W programie dorocznego spotkania przewidziane są m.in. wykłady, spotkania modlitewne, świadectwa, a także błogosławieństwo nowo przyjętych członków. Sobotniej Mszy św. o godz. 14.15 w bazylice jasnogórskiej przewodniczyć będzie bp Marek Solarczyk, biskup pomocniczy diec. warszawsko-praskiej, a w niedzielę i poniedziałek w Kaplicy Matki Bożej Eucharystie celebrować będzie bp Krzysztof Włodarczyk, delegat KEP ds. Ruchu Światło-Życie.

Podczas spotkania na Jasnej Górze po raz pierwszy zostanie zaprezentowana piosenka Marty i Darka Madejskich pt. „Młode serca”, która wygrała w konkursie na piosenkę roku formacyjnego 2018/2019 Ruchu Światło-Życie. „U nas jest zwyczajem, że na każdy rok pracy formacyjnej, niezależnie od stałego programu formacyjnego, wybieramy znak roku, piosenkę roku. W tym roku piosenkę skomponowali nasi ludzie z Ruchu Ś-Ż , na podstawie Ewangelii św. Marka i homilii Ojca Świętego Franciszka. Piosenka nosi tytuł ‘Młode Serca’” – informuje ks. Marek Sędek.

Na pytanie, jakich owoców spodziewa się po tegorocznej Kongregacji, moderator generalny ks. Marek Sędek odpowiada: „Taka Kongregacja to przede wszystkim nabranie ‘nowego ducha’. Nasze spotkanie to nie tylko rozważanie, nie tylko referaty, ale i modlitwa, podtrzymywanie więzi. Zjeżdżamy się tu z całej Polski, ale nie tylko – bo są też z zagranicy, z Niemiec, Ukrainy, Słowacji, Czech, Białorusi, mamy też listy jedności z Filipin i Chin. Więc jest to dla nas takie spotkanie jedności. A czego się spodziewam? Przede wszystkim odnowienia nowej gorliwości. Chcemy przekazywać tradycję Kościoła, ale przekazywanie tradycji to nie znaczy przekazywanie popiołu, tylko to znaczy rozpalanie ognia, który ciągle z Kościele płonie i ma płonąć”.

„Ruch Światło-Życie przede wszystkim jest propozycją, aby kroczyć z Chrystusem przez życie, żeby w Nim odnajdywać fundamenty dla budowania, tak jak to Jan Paweł II mówił, projektu na swoje życie. I właśnie temu chce służyć Ruch Światło-Życie. Chcemy różnymi nowymi inicjatywami, pomysłami towarzyszyć młodym w ich podejmowaniu decyzji życiowych, i towarzyszyć im przede wszystkim ze słowami Chrystusa” – podkreśla moderator generalny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem