Reklama

Sylwetka: biskup Stanisław Padewski

Misjonarz kresów

Monika Owczarek
Edycja zielonogórsko-gorzowska 7/2003

Wychował się w Popęszycach, wsi należącej do parafii w Nowym Miasteczku, tam też odkrył w sobie powołanie do życia konsekrowanego. Będąc skromnym i pokornym zakonnikiem, wyjechał na Wschód, aby głosić słowo Boże. Ci, którzy go znają, opowiadają, że jako biskup pomocniczy we Lwowie, gdy mieszkał w seminarium, odśnieżał ścieżki, by klerykom łatwiej było dojść na zajęcia. Choć dzisiaj jest ordynariuszem diecezji, to prosi, aby w zakonie nadal zwracano się do niego: bracie.

Ordynariusz diecezji

Ojciec Stanisław Padewski sakrę biskupią przyjął 10 czerwca 1995 r. w katedrze w Kamieńcu Podolskim na Ukrainie. Został biskupem pomocniczym diecezji kamieniecko-podolskiej, a przez ostatnie lata pracował we Lwowie. Na Mszy św., w czasie której o. Stanisław przyjął z rąk abp. Antonio Franco, nuncjusza apostolskiego na Ukrainie, sakrę biskupią, byli obecni przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego, greckokatolickiego i prawosławnego. Na tę uroczystość udała się cała jego rodzina z Nowego Miasteczka.
"Przed wieloma laty, na jednym ze spotkań rodzinnych, stryjek powiedział: zobaczycie, że ja kiedyś będę głosił słowo Boże na Ukrainie. Gdy słuchaliśmy tych słów, istniał jeszcze Związek Radziecki i bardzo trudno było wyjechać z kraju, tym bardziej duchownemu, który chce pracować na Wschodzie. Wiedzieliśmy, że wujek jest uparty i dopnie swego, jednak nikt z nas, nawet w najśmielszych snach, nie przypuszczał, że zostanie biskupem" - wspomina bratanek, również Stanisław Padewski, organista w kościele Ojców Kapucynów w Nowej Soli.
Od lipca 2002 r. bp Stanisław Padewski jest ordynariuszem nowo utworzonej na Ukrainie diecezji charkowsko-zaporowskiej.

Nauka i praca

Rodzina Padewskich po opuszczeniu rodzinnego domu w Hucie Nowej, w woj. tarnopolskim przybyła na Ziemie Odzyskane, osiedlając się w Popęszycach. Stanisław był wówczas małym chłopcem i rozpoczynał naukę w miejscowej Szkole Podstawowej, a następnie w nowosolskim Liceum Ogólnokształcącym. Do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów wstąpił 27 sierpnia 1949 r. w Sędziszowie Małopolskim i przyjął imię zakonne Wenanty. Po święceniach kapłańskich w 1957 r. został katechetą w Bytomiu. W latach późniejszych studiował polonistykę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i na Uniwersytecie Jagiellońskim. Magisterium z filologii polskiej otrzymał na podstawie pracy Sprawy słowiańskie w piśmiennictwie polskim i łacińskim czasów Zygmunta Starego. Po ukończeniu studiów został duszpasterzem akademickim przy parafii pw. św. Augustyna we Wrocławiu, następnie był katechetą w Krośnie i administratorem parafii w Rozwadowie.
"Nasza znajomość nawiązała się, gdy ja byłem klerykiem, a on wikariuszem w mojej rodzinnej parafii pw. św. Antoniego w Pile. Dał się poznać jako człowiek skromny, szczery i bardzo pogodny. Jednego roku odbywaliśmy wspólnie rekolekcje zakonne. Obserwowałem, jak on je w skupieniu przeżywał. Na cztery miesiące przed jego wyborem na biskupa uczestniczyliśmy w kursie formacji franciszkańskiej zorganizowanym we Włoszech dla kapucynów z prowincji słowiańskich. Pamiętam, że przewodniczył Mszy św. w rzymskich katakumbach i nawiązując do Sienkiewiczowskiej powieści Quo vadis?, mówił o świadectwie wiary. Już za niedługo miał sam o niej świadczyć jako biskup, choć nikt jeszcze o tym nie wiedział. Wspominam serdeczną atmosferę tego wspólnego pielgrzymowania do miejsc związanych z życiem św. Franciszka z Asyżu" - opowiada o. Mirosław Dudzis OFMCap., proboszcz parafii pw. św. Antoniego w Nowej Soli.

Reklama

Proboszcz w Winnicy

Na Ukrainę wyjechał przy okazji 1000-lecia chrztu Rusi i za zgodą przełożonych postanowił tam pozostać. Ponieważ sytuacja Kościoła w Związku Radzieckim była trudna, a duchowni często prześladowani, nie mógł przyznać się, że jest zakonnikiem. Przez pewien czas przebywał w Barze, mieszkając w pokoiku za zakrystią miejscowego kościoła i pełniąc obowiązki organisty. Dopiero w czasach przemian dokonujących się przed kilkunastu laty w ówczesnym Związku Radzieckim mógł ujawnić, że jest kapłanem i przywdziać habit zakonny. Udało mu się odzyskać dawny kościół kapucyński w Winnicy, który przez wiele powojennych lat był muzeum ateizmu. Odzyskana budowla w niczym nie przypominała świątyni. Wyburzone i zniszczone zostało wszystko, co przypominało pierwotne przeznaczenie tej sakralnej budowli. Na ścianie zewnętrznej widniał wyżłobiony w cegle monumentalny sierp i młot. To były trudne czasy, a praca duchownego na Wschodzie - pionierska. Od czasów rewolucji październikowej ludzie żyli tam pod wpływem systemu totalitarnego i ciężko było, tak od razu, zmienić ich sposób myślenia.
Ojciec Stanisław, będąc proboszczem w Winnicy, starał się odbudować zniszczoną świątynię i stworzyć żywy kościół w ludzkich sercach. "Przed dziesięciu laty - wspomina o. Mirosław - zostałem poproszony o wygłoszenie rekolekcji w Winnicy. Pamiętam, jak ten kościół wyglądał wówczas, i wiem, jak wygląda on dzisiaj. Na trwałe wyrył się w mojej pamięci pierwszy moment spotkania z ludźmi, pierwsze wrażenie. Oto po płytach pilśniowych podszedłem do ołtarza i ujrzałem rzeszę wiernych, którą uzdolniony muzycznie Ojciec Stanisław - ich proboszcz, uczył wielkopostnej pieśni. Tekst pieśni wypisany był tuszem na arkuszu brystolu i wywieszony na narożniku nieotynkowanej ściany. On dyrygował, a oni śpiewali. Śpiewali pięknie. Po polsku".
Z czasem na Ukrainę przyjeżdżało coraz więcej zakonników. Obecnie została tam utworzona samodzielna kustodia Zakonu Kapucynów podlegająca krakowskiej prowincji, a należą do niej placówki w Kijowie, Winnicy, Krasiłowie, Starym Konstantynowie, Dniepropietrowsku i Dnieprodzierżyńsku.

Służba ludziom

"Przyjeżdżając czasem w odwiedziny, opowiada nam dużo o ludziach i życiu na Ukrainie. Mówił, że wiele osób starszych zna język polski, natomiast młodzież i dzieci są katechizowane w języku ukraińskim. Ludzie są jednak szczerzy i życzliwi. Teraz, od kiedy stryjek został ordynariuszem diecezji, nie znajduje czasu, aby przyjeżdżać w odwiedziny"- opowiada bratanek Biskupa Stanisława.
"Po raz ostatni widzieliśmy się w kwietniu 2002 r. we Lwowie podczas parafialnej pielgrzymki na Kresy Wschodnie. Okazał nam wówczas bardzo dużo życzliwości, dwa razy przewodniczył też Mszy św.
Nikt z nas nie spodziewał się, że za trzy miesiące opuści Lwów i wyjedzie do Charkowa" - kończy swe wspomnienia o. Mirosław. Najbliżsi mówią o Biskupie Stanisławie, że jest bardzo pogodny i braterski, a jednocześnie rozmodlony i skupiony. Ze wszystkich sił stara się służyć ludziom jako dobry pasterz.

Reklama

Ojciec dziecka z Zespołem Downa: życie z takim dzieckiem może być piękniejsze

2018-03-21 18:23

Rozmawiał Dawid Gospodarek / Warszawa (KAI)

Dziecko z zespołem Downa to nie tragedia i koniec świata, a przeciwnie, daje ogrom radości i miłości, a życie z takim dzieckiem może być piękniejsze – mówi w rozmowie z KAI Krzysztof Bilinski, ojciec 2,5-rocznego Stasia. Dziś przypada Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa.

Joni Hofmann/pl.fotolia.com

Publikujemy treść rozmowy:

Dawid Gospodarek (KAI): Jak przyjął Pan wiadomość o tym, że Pańskie dziecko ma zespół Downa?

Krzysztof Biliński: Dowiedzieliśmy się z żoną o tym, że dziecko będzie niepełnosprawne dopiero tuż po porodzie. W pierwszym momencie był na pewno szok i pewnego rodzaju strach, ponieważ do tej pory w ogóle nie wiedziałem, co to znaczy dziecko z zespołem Downa, jak może wyglądać wychowanie i przyszłość takiego dziecka.

– Otrzymaliście jakąś pomoc?

– Mogę powiedzieć, że na szczęście w szpitalu otrzymaliśmy dobrą pomoc od personelu medycznego, duże wsparcie od lekarzy i szereg konkretnych informacji, jak dalej postępować. Jednak był to zdecydowanie ciężki czas. W szpitalu ze względu na różne problemy dziecka spędziliśmy znacznie więcej czasu niż planowaliśmy. Pojawiła się wada serca i problemy z odpornością, z układem immunologicznym. Ten czas przedłużającego się pobytu w szpitalu był trudny. Szczególnie dla mojej żony, która była cały czas w szpitalu na tym oddziale. Dla niej atmosfera na porodówce, gdzie ciągle rodzą się zdrowe dzieci, a ona swojego dziecka nawet nie mogła za bardzo widzieć, bo cały czas było na oddziale neonatologii w inkubatorze, była raczej depresyjna. Wiadomo, jak to też wygląda w naszych szpitalach. Można się naprawdę nabawić depresji.

– A po tych dwóch tygodniach w szpitalu?

– Było już dużo łatwiej. Jak już byliśmy nakierowani, wiedzieliśmy, co nas czeka, zaczęliśmy z pełnym zapałem i energią szukać pomocy u wielu różnych specjalistów, których musieliśmy odwiedzić, oraz szukać dla dziecka rehabilitacji. Tu znów pojawił się problem, taka ściana niemal nie do przejścia. Dostać się do specjalisty – okazuje się to niemożliwe. Dostać się na rehabilitację – za dwa lata. Jedynym wyjściem jest załatwiać wszystko prywatnie.

– Czy jeśli prywatnie się załatwia takie rzeczy, są możliwości jakichś dofinansowań?

– Niestety nie, jedyną możliwością jest to założenie subkonta 1% i poszukiwanie osób, które zechciałyby nas wesprzeć tym swoim procentem od podatku. Jednak powiem szczerze, że mimo iż odzew mieliśmy ogromny, to pieniądze z 1% wystarczają na jakieś 3 miesiące w roku rehabilitacji naszego dziecka.

– Państwo nie pomaga?

– Ja nie oczekiwałbym żadnej pomocy od państwa, oczekiwałbym tylko tego, żeby państwo nie przeszkadzało. Wspomniałem, że problemem jest dostać się do lekarzy specjalistów, i to jest naprawdę mordęga. Trzeba prywatnie. Kardiolog to wydatek rzędu 300 zł, a my co miesiąc musimy być u kardiologa. Rehabilitacja – godzina to od 80 do 100 zł. Rehabilitacja w ramach NFZ to jedne zajęcia tygodniowo, a tych zajęć musi być codziennie kilka, żeby były dla dziecka rozwojowe, owocujące samodzielnym funkcjonowaniem. A do tego właśnie przecież dążymy, żeby dziecko mogło samodzielnie funkcjonować. I takie problemy są, że na rehabilitację się czeka 2 lata, a jak się już ją dostanie, to tylko raz w tygodniu.

– Z jakimi kosztami się to wiąże?

– W naszym przypadku jest to ok. 2-3 tys. zł miesięcznie na rehabilitację. My z żoną na szczęście mamy ten komfort, że oboje pracujemy i możemy sobie na to pozwolić. Ale z drugiej strony czujemy się źle, kiedy wiemy, że można dostać dofinansowanie np. z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, a okazuje się, że ponieważ oboje pracujemy, dofinansowanie nam się nie należy. To jest frustrujące, że nie promuje się w naszym kraju pracowitości, tego, że ludzie chcą normalnie funkcjonować... Pomocy od państwa nigdy nie otrzymaliśmy, ani grosza. Ale powtórzę – nie oczekuję grosza, oczekuję tego, że będę mógł pójść np. do lekarza w ramach NFZ, za płacone na to podatki. Tymczasem nie mam takiej możliwości, poza podstawową opieką pediatryczną.

– Czy poza kwestiami medycznymi spotkali się Państwo z jakimiś problemami, np. w reakcjach społeczeństwa?

– Nie, odbiór społeczny, jeśli chodzi o moje środowisko, był bardzo pozytywny. Ludzie, wiadomo, czasem nie wiedzą, jak się zachować na wiadomość o tym, że dziecko urodziło się z zespołem Downa. Taką przykrą sytuację mieliśmy już na początku, w szpitalu, kiedy w czasie obchodu przyszedł znajomy kapłan. Mówiąc szczerze, byliśmy bardzo rozczarowani jego postawą, bo kompletnie nie wiedział, jak się zachować i w zasadzie uciekł z oddziału, nie udzielając żadnej pomocy, żadnego wsparcia. A był to dla nas okres bardzo depresyjny, kiedy tego wsparcia potrzebowaliśmy. Natomiast co do reakcji innych ludzi, mam pozytywne odczucia. Raczej chcą wesprzeć, dopytują jak mogą pomóc. Jednak wiem od rodziców starszych dzieci, że problem zaczyna się w szkole. Środowisko dzieci jest bardzo różne, czasem ma miejsce po prostu prześladowanie, dzieci są gnębione. Nad tym wszyscy musimy pracować, żeby dzieci lepiej odbierały inność.

– Czy szkoły integracyjne spełniają dobrze swoją rolę?

– Uważam, że szkoły integracyjne są bardzo dobrym pomysłem. Nasz Staś chodzi do przedszkola integracyjnego. To wszystko oczywiście pod warunkiem, że kadra pedagogiczna potrafi odpowiednio dzieci przygotować. Wiem, że zdarzają się w różnych miejscach w Polsce – nieliczne oczywiście – przykłady, że nauczyciele o takich dzieciach potrafią wypowiadać się z pogardą, więc tym bardziej inni uczniowie. Doświadczamy tego, że kontakt ze zdrowymi dziećmi jest bardzo istotny dla dzieci z zespołem Downa. One dzięki temu mogą się znacznie szybciej rozwijać niż będąc tylko we własnym, zamkniętym środowisku. My widzimy u naszego dziecka, że kiedy trafił do przedszkola i miał kontakt ze zdrowymi dziećmi, wykonał dostrzegalny skok rozwojowy.

– A jak dzieci w przedszkolu? One są przygotowane do kontaktu z rówieśnikami z zespołem Downa?

– Nasze przedszkole, do którego chodzi Staś, jest przedszkolem prywatnym. Są tam różne dzieci, też z różnymi schorzeniami, z autyzmem, zespołem Downa, dzieci zdrowe. Tam dzieci nie są po prostu w żaden sposób rozróżniane, wzajemnie się pozytywnie odbierają.

– Wspomniał Pan o przykrym doświadczeniu z kapelanem szpitalnym. Czy widzi Pan jakieś większe możliwości zaangażowania Kościoła w pomoc rodzinom z niepełnosprawnymi dziećmi?

– Wydaje mi się, że najbardziej potrzebna jest pomoc duchowa. Mam wielu przyjaciół kapłanów i wiem, że często się skarżą na braki w formacji. Brakuje przekazu, jak rozmawiać z takimi ludźmi. Kapłan jest osobą zaufania i często poszukuje się u niego wsparcia. Ja sam u księży takiego wsparcia szukałem i niestety wielu z nich nie wie, co powiedzieć, jak wesprzeć. Wydaje mi się, że zdecydowanie brakuje przygotowania księży.

– A przekaz Kościoła w kazaniach, oddziaływanie na społeczeństwo?

– Wydaje mi się, że pozytywny przekaz jest obecny, zauważam mocny głos i to mi się podoba.

– Jak ocenia Pan aktualne dyskusje wokół problemu aborcji?

– To co mi się nie podoba i co bardzo chciałbym zaznaczyć, a wiem, że wielu kapłanów, nawet hierarchów pod tym się podpisuje, to mianowicie to, że w Polsce w tej dyskusji o aborcji są wykorzystywane przez obydwie strony sporu głównie dzieci z zespołem Downa. Ja oczywiście jestem gorącym przeciwnikiem aborcji i jak najbardziej jednoznacznie opowiadam się za życiem, jednak to, co radykalnie mi się nie podoba, wręcz napawa mnie ohydą, to kiedy niektóre z organizacji pro life wykorzystują zdjęcia martwych płodów. To jest dla mnie paskudne i jak pan słyszy, jestem roztrzęsiony jak o tym mówię. To jest dla mnie skandaliczne i Kościół powinien się całkowicie odciąć od tego typu działań, bardzo bym tego oczekiwał. Naprawdę, te kampanie są dla mnie przykre. Przypomnę katolicką zasadę, że cel nie uświęca środków. Mnie jako rodzica dziecka z zespołem Downa, kiedy widzę martwe dziecko z zespołem Downa, bardzo to boli i jest okropne.

– Jak już po tych ponad dwóch latach ze Stasiem widzi Pan siebie? Czy bycie ojcem dziecka z zespołem Downa zmienia?

– Z pewnością rodzi się inna skala problemów. Człowiek przestaje się martwić pewnymi drobnostkami, które mu zaprzątały głowę do tej pory. Stałem się przed wszystkim człowiekiem bardziej empatycznym, lepiej rozumiem różne ludzkie problemy. Wydaje mi się, że do tej pory byłem bardziej obojętny, ale kiedy sam doświadczyłem w życiu tego, że musiałem się zaopiekować dzieckiem niepełnosprawnym, wzrósł we mnie poziom empatii, zmalał egoizmu. To otwiera na innych ludzi i ludzkie problemy.

– Co by powiedział Pan rodzicom, którzy dowiedzieli się, że spodziewają się dziecka z zespołem Downa, mają dużo lęku...

– Przede wszystkim bym zachęcał, żeby się mimo wszystko nie bali. Paradoksalnie trochę się cieszę, że mieliśmy taki komfort, iż nie wiedzieliśmy, że Stasiu będzie dzieckiem z zespołem Downa. Mam wrażenie, że rodzicom w ciąży się nie pomaga. Jedyny przekaz, z jakim się spotykają, to aborcja. On płynie zewsząd. Rozmawialiśmy o roli Kościoła – można dodać, że poradnie rodzinne przy parafiach mogłyby prowadzić też dla takich osób punkty z pomocą np. psychologa. Bo strach towarzyszący takiemu problemowi rodzi często nie do końca racjonalne decyzje. Takim rodzicom radziłbym poszukania pomocy, porozmawiania z kimś, kto ma dziecko z zespołem Downa, spotkania się z taką rodziną. To pozwoli się przekonać, że to nie tragedia i koniec świata, a przeciwnie – że takie dziecko daje ogrom radości i miłości, a życie z takim dzieckiem może być piękniejsze.

***

Krzysztof Biliński, ojciec 2.5 rocznego Stasia z Zespołem Downa. Tych, którzy chcą lepiej poznać życie dziecka z ZD zapraszamy na facebookowy profil Stasiowy Świat.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rekolekcje z Full Power Spirit

2019-03-21 15:48

Katarzyna Krawcewicz

W parafii Najświętszego Zbawiciela w Zielonej Górze odbyły się rekolekcje wielkopostne dla uczniów CKZiU „Elektronik”, LO IV i LO VII. Poprowadzili je muzycy z zespołu Full Power Spirit.

Katarzyna Krawcewicz
"Dzielimy się swoimi doświadczeniami poszukiwania szczęścia w życiu"

O tym, co artyści chcieli przekazać młodzieży, opowiada Mirek Kirczuk: - My sami jesteśmy tak zwanymi poszukiwaczami szczęścia. Jeżeli zapyta się ludzi, na czym im w życiu zależy, to jeśli nie będą umieli tego lepiej sprecyzować, powiedzą, że chcą być szczęśliwi. Nas to nie dziwi. Dzielimy się po pierwsze swoimi doświadczeniami poszukiwania szczęścia w życiu. Po drugie stawiamy pytania, od których może nie warto uciekać, z którymi warto się zmierzyć. A wszystko to prowadzi do tego, żeby pokazać, że Pan Bóg jest. Że w świecie, w którym nam się wydaje, że o nas zapomniał, że jesteśmy zdani na samych siebie, że Pan Bóg sobie siedzi w swoim fajnym niebie – to wbrew temu wszystkiemu On jest. I żeby Go dostrzec w naszej codzienności, wcale jakoś mocno wysilać się nie trzeba. O tym rozmawialiśmy w pierwszym dniu rekolekcji.

A dziś próbujemy w kontekście poszukiwania szczęścia w życiu – bazując na ważnych dla młodzieży wartościach: wolności, szacunku i samoakceptacji – skonfrontować to, co daje nam świat i za co każe nam płacić wcale niemałą cenę z tym, co Pan Bóg chce nam dać zupełnie za darmochę. Chcemy więc pokazać, że Pan Bóg jest, następnie pokazać ofertę, jaką ma dla każdego człowieka, a wreszcie zachęcić do podjęcia pewnego rodzaju wyzwania: sprawdzenia, czy to ma szansę zafunkcjonować również w moim życiu.

Pan Bóg składa nam ofertę, a jednocześnie dając nam wolność pozwala tę ofertę odrzucać. Pan Bóg nas nie zmusza do współpracy. Kiedy człowiek w wolności zaczyna z Bożej propozycji korzystać, to często w jego życiu zaczynają się dziać niesamowite rzeczy, które też wydarzyły się w naszych historiach. I tym się chcemy dzielić. Jeśli ktoś wyjdzie stąd bogatszy o jakąś wiedzę, może z jakimś postanowieniem – to super. My stawiamy się tylko i wyłącznie w roli ewangelicznych siewców, którzy sieją, bo w gruncie rzeczy nic więcej zrobić nie możemy. I to jest piękne, że my tylko siejemy, że nie zbieramy owoców tego zasianego Słowa, bo to groziłoby pychą. A tak człowiek tylko wykonuje misję i rusza dalej, wierząc, że Pan Bóg to zasiane ziarno chce podlewać, a później być może będzie zbierał jakiś plon.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem