Reklama

Potrzeba strategicznego myślenia

2018-09-12 10:40

Z prof. Markiem Janem Chodakiewiczem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 37/2018, str. 36-37

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Polscy politycy od dawna pocieszają Polaków i siebie samych, że nikt nam nic nie zrobi, bo z nami jest Ameryka...

PROF. MAREK JAN CHODAKIEWICZ: – Ci politycy albo są demagogami, albo są infantylni. Na Stanach Zjednoczonych nie można polegać, bo też są infantylne. To nie jest imperium zła, lecz imperium głupoty. Tak, my, Amerykanie, popełniamy grzech głupoty!

– I mówi to waszyngtoński konserwatysta, a nie lewacki demokrata?!

– Absolutnie tak! Stałym kłopotem Amerykanów jest to, że często zapominają, porzucają jakieś sprawy... Wietnamczycy Południowi byli przekonani, że ponieważ prawie 60 tys. Amerykanów zginęło w Wietnamie i miliardy dolarów poszły na pomoc dla tego kraju, to oni sami już nie muszą się o nic starać, bo zawsze będzie ta amerykańska pomoc. A gdy nadeszła kontrkultura i lewactwo dostało się do amerykańskiego Kongresu – wszystko obcięto, porzucono Wietnam Południowy. Stany Zjednoczone, podobnie jak Polska, nie mają – choć wielu tak myśli – stałej i długofalowej strategii. Pytanie, czy taka strategia jest w ogóle możliwa w demokracji.

– Nie jest?

– Jeśli nawet nie jest możliwa, to jest niezbędna, dlatego też w niektórych krajach w tej mierze działają instytucje pozademokratyczne, w ramach wywiadu cywilnego i wojskowego. Np. we Francji tego rodzaju instytucje wprost ignorują cywilną władzę polityczną, uważając, że są to zdrajcy, złodzieje i lewacy. Francuskie wojsko po prostu robi swoje, do tego stopnia, że na poziomie praktycznym nie funkcjonuje tam tzw. nadzór cywilny ani nad wojskiem, ani nad służbami specjalnymi. Gdy w parlamencie chciano wzmocnić tenże nadzór, to nagle w tabloidach pokazały się zdjęcia bratanka prezydenta republiki – który wtedy był ministrem kultury – w domu publicznym w Tajlandii z małymi chłopcami. I dyskusja w parlamencie się skończyła... Tak się to załatwia, jeśli nie ma innego wyjścia.

– Co pewien czas pojawiają się pomysły – których główną orędowniczką jest właśnie Francja – o konieczności utworzenia armii europejskiej. Co Pan Profesor na to?

– Ostatnio usłyszałem to od Viktora Orbána. Powiedział nam wprost: przedtem nas oskarżano, że mamy pomysły nierealistyczne, teraz będziemy robić rzeczy niemożliwe, czyli np. tworzyć armię europejską, bo amerykański parasol nie powinien być jedyny. Orbán jest pewny siebie. Ja uważam, że takie żarty można sobie robić, gdy ten amerykański parasol jeszcze istnieje... Na moje pytanie, kto będzie dowodził armią europejską, węgierski premier odpowiedział, wskazując na siebie: my! Dosyć dobrze zna ograniczenia europejskich polityków i doszedł do wniosku, że bez większego trudu można by przejąć ten cały interes...

– Samodzielnie, czy może jednak w ramach projektu Międzymorza?

– Jak najbardziej samodzielnie. Według niego, Węgry nie są takie jak Polska czy państwa bałtyckie, które – jego zdaniem – przesadnie kierują się fobią antyrosyjską. Oczywiście, rozumie zaszłości historyczne i często powtarza: „Polska to nasz przyjaciel”, ale podkreśla, że bliżej mu choćby do Czechów z powodu podobnego podejścia do Rosji. I nie chodzi tu już li tylko o sprawę energii, lecz o wybór geopolityczny. Dla Węgier ważne jest przede wszystkim to, że Rosja, nie będąc komuną, nie stanowi już zagrożenia ideowego. A zatem, wobec nieporadności europejskich polityków, premier Orbán uważa, że może śmiało zaproponować węgierskie przywództwo Europy.

– Czy w takim razie pomysł stworzenia wzmacniającego Europę i chroniącego kraje środkowoeuropejskie Międzymorza, tworzenia mocnej osi północ-południe – na realizacji którego tak bardzo zależy Polsce – nie staje się mało realny?

– Niekoniecznie. Siłą inercji Węgry zaczynają już tworzyć pewne zręby infrastrukturalne Międzymorza. W Siedmiogrodzie do tamtejszych górali premier Orbán powiedział: Bukareszt ma was w nosie, to my wam zbudujemy drogi, koleje, szkoły... To jest właśnie to, o czym już dawno temu pisałem, że trzeba budować wokół granic. Orbán, mimo że nie jest wielkim fanem idei Międzymorza, to zamierza je jednak po swojemu tworzyć. Ale przede wszystkim chce budować wielkie Węgry, korzystając z europejskiej próżni. W pewnym sensie jest nacjonalistą i myśli sobie, że na europejskim bezrybiu jest rekinem, ale tak naprawdę to przecież zaledwie zwinna płotka.

– A zatem Polska przesadnie liczy na węgierskich bratanków?

– Polska w każdej sytuacji powinna liczyć przede wszystkim na siebie. I – do znudzenia będę to powtarzał – przede wszystkim trzeba wygenerować odpowiednie elity polityczne, bo jeden Jarosław Kaczyński nie wystarczy!

– A tymczasem tym chyba najmniej się martwimy... Niedawno jeden z polskich emerytowanych generałów zagrzmiał, że jeżeli Polacy nie wyrzucą rządu PiS, to niechybnie grozi nam wojna z Rosją.

– Ta rosyjska wojna przecież już się toczy, choć tego nie widać, bo jej głównym teatrem są media i cyberprzestrzeń. Nie tylko Polacy nie chcą jej dostrzec, także większość amerykańskiej elity nie wierzy, że coś takiego się dzieje. Wyjątkiem tutaj jest tylko lewicowa narracja, że Władimir Putin zrobił Donalda Trumpa prezydentem, co jest bezsensem. Ale ta niewidoczna wojna jest prowadzona dosłownie na każdym poziomie – finansowym, kulturowym, informacyjnym. Nie potrzeba już konwencjonalnych działań wojskowych, by choćby za pomocą umiejętnej dezinformacji skutecznie osłabić przeciwnika. Dlatego np. przebiegli Chińczycy już nie starają się budować armii konwencjonalnej, lecz robią wszystko, by asymetrycznie, po partyzancku przezwyciężyć Amerykanów.

– I w ten sposób mogą rzeczywiście wygrać?

– Wygląda na to, że tak. Wszystkie ćwiczenia konwencjonalne prowadzone przez Amerykę, tzw. gry wojenne, pokazują, że to my wygrywamy, natomiast oni zdecydowanie zwyciężają w wojnie asymetrycznej, partyzanckiej... A zatem – wcale nie trzeba rozbudowywać kosztownej armii konwencjonalnej, lecz należy tworzyć tylko te struktury armijne, które w obecnych warunkach – czyli w świecie zdominowanym przez cybertechnologie – mogą dać rzeczywistą przewagę. Jeżeli postsowiecki helikopter kosztuje 100 mln zł, to z pewnością lepiej zainwestować w znacznie mniej kosztowną broń elektroniczną, która z łatwością pokona taki helikopter... Ale, oczywiście, zawsze dobrze byłoby mieć jakąś rezerwę, którą można szybko rozbudować, przystosować do działań wojennych. Budujmy więc w Polsce solidne traktory Ursus na eksport, choćby do Arabii Saudyjskiej, a jak zajdzie potrzeba, przerabiajmy je szybko na czołgi. Ale tu znowu potrzeba strategicznego myślenia, którego tak bardzo w Polsce brakuje.

– W Polsce bardzo boimy się rosyjskich czołgów, za to zupełnie bagatelizujemy prowadzoną przez Rosję cyberwojnę, w której Rosjanie są ponoć mistrzami świata.

– Prawdą jest, że Polska bagatelizuje cyberwojnę, natomiast Rosjanie wcale nie są w niej najlepsi; z pewnością są gorsi od Chińczyków, ale rzeczywiście lepsi od wszystkich innych. Rosjanie są dobrzy przede wszystkim w tym, co się nazywa otumanianiem innych, dezinformacją. Widać wyraźnie, że w tej wojnie już osiągają pożądane efekty.

– Z kolei Niemcy zwijają swoją armię i nie chcą płacić więcej na NATO. W Polsce nie wiemy, co o tym myśleć, czy się martwić, czy może cieszyć...

– To jest najwyraźniej antyamerykańska prowokacja. Bundeswehra ćwiczy dziś z miotłami, bo jej czołgi i łodzie podwodne są w bardzo kiepskim stanie. Nie dlatego, że Niemcy mają imigrantów i nie starcza im pieniędzy. Tak nie jest. Postępują tak z premedytacją. Niedawno zadzwoniła do mnie niemiecka telewizja z pytaniem, kiedy prezydent Trump rozwiąże NATO. Odpowiedziałem, że oczywiście, prezydent Trump tego nie zrobi i że to same Niemcy chcą się uwolnić od tej NATO-wskiej czapki, która je najwyraźniej krępuje. W związku z tym mamy teraz cały szereg rozmaitych prowokacji. Niepłacenie na NATO jest najważniejszą z nich, bo denerwuje Biały Dom.

– Może jednak powinniśmy się cieszyć z tego militarnego samoosłabiania się Niemców?

– Bynajmniej! Przypomnijmy sobie, że Hitler w ciągu kilku lat osłabione Niemcy wywindował na sam szczyt. Obecny potencjał gospodarczy Niemiec tym bardziej pozwala na taką sztuczkę.

– Na terenie naszego kraju mamy dziś wojska NATO funkcjonujące w trybie rotacyjnym, jednak w obliczu narastającego różnorakiego zagrożenia ze strony sąsiedzkich potęg Polska nalega na zainstalowanie stałych amerykańskich baz wojskowych na swoim terenie. Czy istotnie zwiększyłoby to nasze bezpieczeństwo?

– Tak, bo rzecz polega na tym, że stałe bazy wojskowe oznaczają obecność żołnierzy wraz z rodzinami. W razie ataku – nie tylko na amerykańskich żołnierzy, ale przede wszystkim na amerykańskich cywilów – amerykańskie społeczeństwo bardzo by się zdenerwowało i domagało zdecydowanej reakcji Waszyngtonu.

– Niektórzy powiadają, że najprościej było przenieść stałe bazy z Niemiec do Polski.

– Do tego w żadnym razie nie można dopuścić! Stany Zjednoczone przez 70 lat łożą wielkie pieniądze na infrastrukturę, technologię i personel swoich niemieckich baz wojskowych. To wszystko można by przenieść do Polski, być może nawet ku zadowoleniu Niemców, których coraz bardziej uwiera amerykańska obecność. I właśnie dlatego nie należy tego robić. Niemcy muszą wiedzieć, że przegrały wojnę. Trzeba im o tym nadal przypominać, bo robią wszystko i wszelkimi sposobami, by wyzwolić się z konsekwencji II wojny światowej. Permanentna amerykańska obecność w Niemczech jest wciąż nieodzowna. A poza tym na pewno nie da się przenieść tamtejszej amerykańskiej bazy medycznej, gdyż jej odtworzenie w Polsce zabrałoby co najmniej kilkadziesiąt lat.

– Stałe amerykańskie bazy w Polsce muszą więc raczej pozostać polską mrzonką?

– Niekoniecznie. Bo nawet jeśli takie rozwiązanie jest mało możliwe, to nie trzeba aż tak bardzo się tym martwić. Wojska rotacyjne wraz z szerokim zapleczem logistycznym (a więc dużą liczbą cywilnych pracowników amerykańskich sił zbrojnych) stanowią już dostateczną ochronę. A poza tym, aby w Polsce mogły być zainstalowane na stałe amerykańskie bazy wojskowe, Ameryka musi mieć w tym jakiś istotny interes.

– A Ameryce w tej chwili na Polsce aż tak nie zależy? Jak Polska jest widziana z perspektywy Waszyngtonu?

– Im mniej jest widziana, tym lepiej. Niestety, oprócz tego, że postrzega się ją jako miejsce „polskich obozów koncentracyjnych”, miejsce, w którym panoszą się „polscy naziści”, niewiele się wie o Polsce w USA. Wciąż wypomina się antysemityzm, nadal dominuje taka sama – nieżyczliwa narracja na temat Polski.

– Co Polska mogłaby zrobić, by ją przełamać?

– Chciałbym wreszcie zobaczyć polskich polityków, którzy potrafiliby wyzyskać choćby sentyment prezydenta Trumpa wobec proamerykańskiej Polski. Za czasów Baracka Obamy było to trudne, prawie niemożliwe. Gdy prezydent Andrzej Duda w czasie pobytu w Stanach Zjednoczonych odwiedził nasz Institute of World Politics, dostał radę: Polska powinna zjednoczyć Międzymorze i w ten sposób pomóc Ameryce. Ponadto Polska, jako koordynator tegoż projektowanego Międzymorza, powinna jak najszybciej zorganizować „nową Norymbergę” – nasz instytut mógłby tu służyć organizacyjną pomocą – czyli wielki cyrk medialny pod hasłem „sąd nad komuną”. Pomogłoby to nie tylko Polsce w odkłamaniu jej wizerunku, ale także owładniętej przez lewactwo Ameryce, gdzie 85 proc. studentów chce, żeby był socjalizm, a większość uczniów myśli, że George Bush zabił więcej ludzi niż Józef Stalin! Niestety, ku naszemu zdumieniu, polski prezydent nie podchwycił tej myśli.

Prof. Marek Jan Chodakiewicz
Amerykański historyk polskiego pochodzenia, kierownik Katedry Studiów Polskich im. Tadeusza Kościuszki w waszyngtońskim Instytucie Polityki Międzynarodowej. Specjalizuje się w badaniu stosunków polsko-żydowskich i Holokaustu oraz historii Europy Środkowej i Wschodniej XIX i XX wieku.
Jest autorem ponad 20 książek w języku polskim i angielskim oraz setek materiałów naukowych.

Całodzienna spowiedź w Warszawie

PIOTR CHMIELIŃSKI
Edycja warszawska (st.) 30/2002

Wojciech Łączyński

Tylko w kilku kościołach warszawskich można skorzystać z całodziennej posługi w konfesjonale. Są to głównie świątynie prowadzone przez zgromadzenia zakonne: jezuitów, kapucynów, pallotynów oraz misjonarzy.

Kościół usilnie zachęca proboszczów do wprowadzenia codziennej praktyki słuchania spowiedzi poza godzinami sprawowania Eucharystii. " Tak jak we wszystkich parafiach istnieje ustalony porządek Mszy św., tak też powinny być podawane do publicznej wiadomości godziny dyżurów w konfesjonale. Z tych samych racji, zwłaszcza w większych ośrodkach miejskich, należy pomnażać liczbę miejsc, w których sakrament pokuty jest sprawowany cały dzień" - czytamy w dokumentach II Polskiego Synodu Plenarnego.

Jednak miejsc, gdzie trwa całodzienna spowiedź, jest w Warszawie bardzo mało. "Spowiedź podczas Mszy św." - taką informację można przeczytać na tablicach ogłoszeń większości świątyń w Warszawie. Najlepiej sytuacja wygląda na Starym i Nowym Mieście. Tutaj większość kościołów jest w ciągu dnia otwarta, w niektórych trwa całodzienna spowiedź, a także adoracja Najświętszego Sakramentu. Często odprawiane są także Msze św.

Chyba najbardziej znanym w Warszawie miejscem, gdzie przez cały dzień można skorzystać z sakramentu pokuty, jest sanktuarium Matki Bożej Łaskawej przy ul. Świętojańskiej. Spowiedź trwa tam w dni powszednie w godzinach: 6.30-12.45, 15.00-18.45 i 20.00-20.15. W niedziele kapłani spowiadają od 7.00 do 13.50 oraz od 20.00 do 20.50. Przez cały ten czas trwa adoracja Najświętszego Sakramentu w kaplicy adoracyjnej. Spowiedź odbywa się właśnie w tej kaplicy. Ustawiono tam ogromny konfesjonał, z zewnątrz przypominający nieco szafę. Penitent otwiera drzwiczki i wchodzi do niewielkiego pomieszczenia z klęcznikiem i kratką. Umieszczona na zewnątrz lampka informuje, czy konfesjonał jest zajęty, czy nie. A zajęty jest praktycznie cały czas. - Codziennie mamy bardzo dużo penitentów - twierdzą jezuici ze Świętojańskiej.

Całodzienna spowiedź trwa również w kościele Przemienienia Pańskiego Braci Mniejszych Kapucynów przy ul. Miodowej. Posługa sakramentu pokuty to szczególny charyzmat kapucynów. Wśród wielu wybitnych spowiedników pochodzących z tego zakonu można wymienić chociażby bł. o. Honorata Koźmińskiego czy św. o. Pio. Na Miodowej spowiedź trwa w godz. 6.30-12.00 i 15.30-19.00. Tutaj także przychodzi bardzo dużo ludzi. Niektórzy wstępują przypadkowo i widząc kapłana w konfesjonale decydują się na spowiedź. Większość jednak doskonale wie, że w kapucyńskiej świątyni jest możliwość wyspowiadania się przez cały dzień. Zdarzają się nawrócenia po wielu latach trwania w grzechu. - Spowiedź wtedy odbywa się często z wielkim żalem, bólem, płaczem. Zdarzyło mi się nieraz, że chłop jak dąb, którego nie można podejrzewać, że jest mięczakiem, ryczy jak bóbr u kratek konfesjonału podczas właśnie takiej spowiedzi. Nie ma w tym nic udawanego, jest to autentyczna spowiedź nawrócenia - opowiada o. Dariusz Sosnowski.

Od godz. od 6.00 do 12.00 oraz od 16.30 do 19.30 można skorzystać z sakramentu pokuty w Bazylice Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu. Tę świątynię, położoną w ścisłym centrum miasta, odwiedza szczególnie wiele osób, wśród których dużą część stanowią studenci pobliskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

Studenci chętnie też korzystają z posługi duszpasterzy akademickich w kościele św. Anny przy pl. Zamkowym. Tutaj ze spowiedzi można skorzystać codziennie w godz. 15.00-18.00. W pozostałym czasie o sakrament pokuty można zawsze poprosić dyżurującego w rektoracie świątyni kapłana. Jak podkreśla rektor kościoła ks. Bogdan Bartołd, bardzo wielu penitentów to, oprócz studentów, narzeczeni przygotowujący się do sakramentu małżeństwa. - W naszej świątyni odbywa się bardzo wiele ślubów, po prostu młodym parom podoba się to miejsce. Może także decyduje to, że św. Anna jest patronką małżeństw - wyjaśnia ksiądz rektor. Dodaje, że w posłudze duszpasterskiej w kościele św. Anny pomaga wielu zaprzyjaźnionych kapłanów, w tym np. z Opus Dei.

W kościele św. Marcina na Piwnej co prawda nie ma całodziennej spowiedzi, ale na dwóch konfesjonałach wiszą kartki z dokładnymi godzinami dyżurów spowiedników. Są tam nawet ich nazwiska. Jest to więc doskonała okazja, żeby praktykować regularną spowiedź u tego samego kapłana. Jak podkreślają duszpasterze, jest to bardzo ważne dla rozwoju życia duchowego. U św. Marcina z sakramentu pokuty można skorzystać np. w soboty od godz. 19.30 do 20.30.

W kościołach na Starym i Nowym Mieście Msze św. odprawiane są bardzo często, nie tylko rano i wieczorem. To także dobra okazja do spowiedzi. I tak np. u franciszkanów konwentualnych na Zakroczymskiej spowiednicy posługują w konfesjonale podczas Mszy św. o godz. 10.00, a u dominikanów na Freta - o 12.00.

Na terenie diecezji warszawsko-praskiej całodzienna spowiedź odbywa się w kościele św. Wincentego Pallottiego przy ul. Skaryszewskiej. Posługują tu pallotyni. Z sakramentu pokuty można skorzystać codziennie w godz. 8.00-12.30 i 15.00-17.30. Spowiedź odbywa się w specjalnym pomieszczeniu połączonym z kaplicą adoracyjną, gdzie przez cały dzień wystawiony jest Najświętszy Sakrament. - Przyjeżdżają do nas ludzie z całej Warszawy. Wielu ma stałych spowiedników. Sporo jest także podróżnych, gdyż w pobliżu znajduje się Dworzec Warszawa Wschodnia - mówi ks. Edmund Robek, proboszcz parafii.

Szkoda, że miejsc w Warszawie, gdzie trwa całodzienna spowiedź, jest tak mało. W dodatku większość z nich znajduje się na terenie Starego Miasta i okolic, gdzie dominują kościoły zakonne. Praktycznie nie zdarza się, żeby całodzienna spowiedź odbywała się w świątyni prowadzonej przez księży diecezjalnych. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. W klasztorach jest więcej kapłanów. - Na plebaniach diecezjalnych zwykle jest ich mało i w dodatku mają różne czasochłonne zajęcia, jak np. katechezę - wyjaśnia ks. Bartołd.

Wydaje się jednak, że w wielu parafiach diecezjalnych, zwłaszcza tam, gdzie świątynie szczycą się tytułami sanktuariów, wprowadzenie spowiedzi w ciągu dnia, choćby przez 2-3 godziny, byłoby możliwe bez uszczerbku dla innych obowiązków księży. Potrzeba może jedynie trochę dobrej woli. Doświadczenie pokazuje bowiem, że kiedy się naprawdę chce usłużyć drugiemu człowiekowi, czas zawsze się znajdzie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zwyczaje wielkanocne: dzielenie się jajkami

2019-04-20 12:30

ts (KAI) / Warszawa

Dekorowanie jaj i dzielenie się nimi to nieodłączne elementy świąt wielkanocnych. W tradycji chrześcijańskiej dzielenie się poświęconym jajkiem oraz składanie sobie przy tym życzeń radości, zdrowia i szczęścia w życiu rodzinnym, rozpoczyna uroczyste śniadanie wielkanocne. Bywają też jajka - dzieła sztuki jubilerskiej, których ceny sięgają nawet milionów euro. Do najsłynniejszych należą ozdobne jaja wytwarzane od połowy XIX w. przez firmę Fabergé w Sankt-Petersburgu.

BOŻENA SZTAJNER

Jajka w tradycji

Zdobienie ugotowanych jaj stanowi nieodłączną część przygotowań do świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Greckie podanie z X w. mówi, że zwyczaj malowania jajek sięga czasów Marii Magdaleny, która - dowiedziawszy się od anioła o zmartwychwstaniu Jezusa - pobiegła do domu i tam zobaczyła, że wszystkie jaja zabarwiły się na czerwono. W zachodniej tradycji kościelnej zwyczaj malowania jaj i zdobienia ich różnymi technikami sięga przełomu XII i XIII wieku.

Istnieją też starsze dowody, że zdobienie jajek i obdarowywanie nimi bliskich znane było "od zamierzchłych czasów". Już przed pięcioma tysiącami lat Chińczycy dawali kolorowo pomalowane jaja w prezencie u progu wiosny. Jajko było dla nich symbolem płodności, podobnie jak dla Egipcjan i Germanów.

Symboliczną rolę odgrywa jajko również w judaizmie. Obok specjalnych precli jajka przypominają o cyklicznym i ciągle trwającym charakterze życia. Dlatego też podawane są na żydowskich stypach jako symbol przerwanego życia, a więc znak żałoby, zarazem jednak symbolizują one nadzieję, której nie wolno nigdy tracić. Owalny kształt wyraża nadzieję na odrodzenie życia.

Obdarowywanie się czerwonymi kraszankami w Wielkanoc było znane już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa w Armenii. Chrześcijańskie jajko wielkanocne symbolizuje nowe życie, które zawsze przebija skorupkę, tak samo jak Jezus zwyciężył śmierć i wydostał się z grobu. Jajka koloru czerwonego, znane do dziś w Kościele prawosławnym, swoją barwą przypominają o żywym, zmartwychwstałym Chrystusie i przelanej przez Niego krwi. Również w Austrii do I wojny światowej wielkanocne jajka malowano tylko na czerwono.

Najdroższe dziś - jaja Fabergé

Za czasów cara Aleksandra III (1881-94) w kołach arystokratycznych Rosji pojawiła się moda dawania w prezencie jaj wykonanych z kamieni szlachetnych lub porcelany, bogato zdobionych rubinami, diamentami i innymi kamieniami szlachetnymi. W produkcji tych kosztowności zasłynął jubiler na dworze carów Rosji, pochodzący z rodziny francuskich hugenotów Peter Carl Fabergé (1846-1920). Już jako uznany jubiler w 1885 r. postanowił podarować w prezencie małżonce cara Aleksandra III, Marii Fiodorownie, szczególne jajo wielkanocne, „jajko z kurką”. Wykonał je ze złota pokrytego na zewnątrz białą emalią. Wewnątrz umieszczone było szczerozłote żółtko, a w nim ukryta była złota kurka z rubinowymi oczkami. Ptaszek zawierał w sobie jeszcze jedną niespodziankę: miniaturową kopię korony cesarzowej Marii, bogato ozdobioną brylantami, a w koronie zawieszone - wycięte z rubinu – malutkie jajeczko.

Rodzina carska była tak oczarowana prezentem, że rokrocznie oczekiwała na kolejne prace swego jubilera. Najsłynniejsze Jajka Carskie, oprócz tego, że były pięknie zdobione, zawierały także miniaturowe biżuteryjne "niespodzianki". Do najsłynniejszych i najwspanialszych z nich należały: dokładna kopia pałacu carskiego, portrety członków rodziny królewskiej w biżuteryjnej oprawie i Piotra Wielkiego na koniu, a nawet złota kareta koronacyjna.

Do tych mistrzowskich dzieł należy też m.in. "Jajo koronacyjne" wykonane z okazji wstąpienia na tron 9 maja 1896 cara Mikołaja II. We wnętrzu mierzącego 12,7 cm złotego jajka znajduje się miniatura karocy, którą cesarz z małżonką jechali na koronację. Na wykonanie tego arcydzieła - ze złota, platyny, diamentów, górskich kryształów i rubinów - jubiler potrzebował 15 miesięcy. Inne, 27-centymetrowe "Jajo z kogutem" z 1900 r., jedno z sześciu tzw. "jaj cesarskich", ma umieszczony w środku szwajcarski zegarek. Po naciśnięciu guzika z wnętrza wyskakuje piejący i trzepoczący skrzydłami kogut.

Te niezwykle bogate "jaja od Fabergé" stały się tak słynne, że wystawiono je w 1900 roku na Wystawie Światowej w Paryżu. Fabergé został za nie nagrodzony Złotym Medalem i Krzyżem Legii Honorowej. W trakcie wystawy sprzedał wszystkie swoje eksponaty. W sklepach jubilera w Moskwie, Odessie, Kijowie i Londynie wyroby te kupowali cesarze i królowie, arystokraci europejscy i przedsiębiorcy z USA. W okresie największego rozkwitu Fabergé zatrudniał 500 specjalistów. Wszystkie prace były wykonywane perfekcyjnie, a jeśli któraś praca nie podobała się mistrzowi, osobiście rozbijał ją młotkiem.

Do dzisiejszych czasów w różnych krajach świata zachowały się tylko 42 jaja tej firmy. Osiągają one zawrotne ceny. "Zimowe jajko", które w 1913 car Mikołaj II podarował swej matce Marii Fiedorownie, sprzedano w 2002 r. na aukcji w Nowym Jorku za 7,94 miliona euro - była to najwyższa suma, na jaką wyceniono tego rodzaju dzieło. Wykonano je z przezroczystego kryształu górskiego i ozdobiono platyną oraz trzema tysiącami diamentów. W jego wnętrzu mistrz umieścił koszyczek z kwiatami. Jajko to miało upamiętniać niezwykle surową zimę przełomu lat 1912/13.

Ostatnim spośród ogółem 56 "jaj Fabergé" było "Jajko Orderu Świętego Jerzego", wykonane na przełomie lat 1915-16. Car Mikołaj podarował je swojej matce na Wielkanoc 1916 roku. Było jedynym, które członkowi rodziny Romanowów udało się po przewrocie bolszewickim wywieźć za granicę kraju. Po ucieczce z Rosji cesarzowa przewiozła jajko do Anglii, gdzie od lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia przechowywała je - jak najdroższą relikwię - jej córka, księżna Ksenia i dopiero po jej śmierci zostało wystawione w 1961 r. na aukcji w Londynie.

Dziesięć jajek z należącej do multimiliardera Malcolma Forbesa miało się znaleźć na aukcji u Sotheby'ego w Nowym Jorku, wcześniej jednak (prawdopodobnie za 75 mln euro) kupił je w 2004 r. rosyjski przemysłowiec Wiktor Vekselberg, prawdopodobnie na zlecenie Władimira Putina. Jaja można oglądać na Kremlu w Muzeum Arsenału.

Rewolucja 1917 roku i upadek caratu, pociągnęły za sobą upadek "Domu Fabergé". Peter Carl wraz z rodziną uciekł z Rosji, korzystając z pomocy zaprzyjaźnionych dyplomatów. Umarł we wrześniu 1920 r. w Lozannie.

"Fabergé" dzisiaj

Synowie twórcy firmy nie kontynuowali jego dzieła i w 1951 za 25 tys. dolarów sprzedali markę i technologię rosyjskiemu emigrantowi Samowi Rubinowi, producentowi perfum z USA. W 1989 spółkę Fabergé Inc. (wraz z marką Elisabeth Arden) za 1,5 mld dolarów zakupił koncern Unilever.

Ostatnio "jaja Fabergé" przeżywają renesans. Te kunsztowne wyroby są znowu bardzo modne. Kosztowne jaja z cennych kruszców i kamieni szlachetnych można spotkać w największych sklepach jubilerskich Europy, a ich znacznie tańsze kopie - w sklepach z upominkami. Kolejny właściciel znaku firmowego Fabergé-Unilever i ich amerykański oddział Chesebrough Ponds, próbowali przez wiele lat wskrzesić tradycję Fabergé. W 1992 r. wybrali niemieckiego jubilera Victora Mayera z Pforzheim na nowego Mistrza Złotniczego. Pochodzące z XIX wieku notatki z projektami biżuterii autorstwa Victora Mayera, założyciela firmy, ukazują zainteresowania bardzo podobne do tych, jakie miał Peter Carl Fabergé. Podobnie jak on tworzył biżuterię w stylu archeologicznego odrodzenia. On też wykonał m.in. jedyne jajko z bursztynu ofiarowane miastu Gdańsk. W 2009 prawa zakupiło południowoafrykańskie przedsiębiorstwo Pallinghurst Resource.

Firma "Fabergé" nadal istnieje, m.in. w Sankt-Petersburgu, a właścicielem jej znaku firmowego jest Fabergé-Unilever. Pierwsze "współczesne" jajo Fabergé, tzw. jajko pokoju, poświęcono Michaiłowi Gorbaczowowi, który otrzymał je w prezencie w 1991 r. Szczególnie sławne było "jajko milenijne" z 2000 r. Jednym z ostatnich dotychczas wykonanych projektów jest "jajko faz Księżyca".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem