Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Błogosławione kapłaństwo

Alicja Chruścicka
Edycja przemyska 40/2006

Ponad pół wieku służby kapłańskiej, 51 lat życia poświęcone jednej owczarni, wciąż żywa pamięć wszelakich dobrodziejstw oraz drogowskazów, a także pamięć tragicznych aktów prześladowania za prawdę i wiarę - to wszystko składa się na piękno kapłaństwa ks. kan. Wojciecha Prugara, proboszcza parafii Świętej Trójcy w Babicach w latach 1900-1951. Aby zrozumieć to niezwykłe kapłaństwo, cofnęłam się do źródeł - do miejsca urodzenia i rodziny macierzystej, a także sięgnęłam po świadectwa żywych świadków jego kapłaństwa. W tym roku mija 55 lat od jego śmierci. Dla uczczenia pamięci powstał ten zbiór świadectw i wspomnień zebranych w Trześniowie, Babicach, Przemyślu, Warszawie - pośród ludzi pamiętających jego kapłaństwo.

Trześniów - tu 23 kwietnia w 1870 r. urodził się Wojciech Prugar.
Rozmawiam z Weroniką Kaczor, prawnuczką rodziców ks. Wojciecha Prugara, wnuczką rodziców Bronisława Prugara - słynnego generała o przydomku „Kesling”:
- Z kapłaństwem Wojciecha Prugara to było tak - tu zaznaczam, powtarzam opowieści rodzinne. Ojciec Mateusz przeznaczył Wojciecha do kapłaństwa. Wojciech był jednym z siedmiorga dzieci. Miał trzech braci i trzy siostry. Pradziadek Mateusz postanowił: „Wojtek idzie na księdza”. Wojciech nie czuł szczególnego powołania. Kiedy zmarł ojciec, matka pocieszyła Wojciecha słowami: „Wojtuś, już nie musisz być księdzem, nie będę miała jak ciebie wykształcić”. I stała się wówczas rzecz niezwykła. Babci Wojciecha we śnie przyśniły się liczby. Aby ich nie zapomnieć, zapisała je kredą na polepie. Rano, nic nie mówiąc, udała się do miasta i poczyniła zakłady w jakiejś grze losowej. Wygrała sporą sumę. Wojciech uznał to za znak od Boga, że powinien wolę ojca wypełnić i wstąpił do seminarium. Wkrótce trafił do Babic. Tam dość szybko został proboszczem. Tuż po śmierci proboszcza ks. Józefa Karpińskiego, jako wikary zaskarbił sobie szacunek i uznanie u ludzi z Babic i ci wybrali się całą parafią do biskupa usilnie błagać, aby młodemu księdzu dać probostwo na tejże parafii. Zostali wysłuchani i tym sposobem probostwo, a potem dekanat znalazły się w ręku Wojciecha na 50 kolejnych lat.

Babice nad Sanem. Ks. Wojciech Prugar przychodząc do Babic w 1900 r., został tu na zawsze. Cieszył się sławą solidnego kapłana, sprawiedliwego, miłosiernego, odważnego w obronie prawdy i moralności. Dla Babic był niewymownym darem. Toteż często na jego grobie palą się znicze, bo pamięć o nim jest wciąż żywa wśród mieszkańców.
Wspomina Karolina Buchowska, 97 lat (najstarsza mieszkanka Babic):
- Ks. Prugar był zacnym człowiekiem, porządnym gospodarzem. Pomagał biednym, dając drzewo, zboże. Nam (a byliśmy biedną rodziną wielodzietną i wcześnie utraciliśmy ojca) dał kawałek pola, na którym zasadziliśmy ziemniaki. Od granszusów (tj. niemieckich żołnierzy) cierpiał prześladowanie, gdy stanął w obronie moralności i czystości młodych dziewcząt. Za karę cały dzień pod bronią musiał dźwigać i ręczną piłą przecinać kloce.
Był dobrym pasterzem, czujnym okiem ogarniał całe swoje stado powierzonych mu owiec, aby żadnej z nich nie utracić dla wiecznego życia.

Tomasz Zaleski, 85 lat:
- Ks. Prugar w Babicach obchodził 50-lecie kapłaństwa. Był bardzo dobrym pasterzem i kaznodzieją. Oprócz tego był wzorowym gospodarzem. Pod jego dozorem ziemia była solidnie uprawiana. W stajniach było ponad 10 sztuk bydła, 3 konie. Zajmowali się tym ludzie zatrudnieni na plebanii: parobek, kucharka, gospodyni. Opierając się na powiedzeniu „Pańskie oko konia tuczy”, ksiądz wychodząc na długie spacery, doglądał pracy w polu. Odwiedzał też księży w sąsiednich parafiach, obwożony był tam własną bryczką, którą powoził Jacek Lach. Na gruntach należących do parafii na początku poprzedniego wieku założył nowy cmentarz, który służy do dnia dzisiejszego. Na tym cmentarzu, pięknie oświetlonym w słoneczne dni, spoczywa pośród swoich parafian.
Ks. kan. Prugar był bardzo szanowany przez swoich parafian. Świadczy o tym fakt, że był zapraszany na różne uroczystości rodzinne, a także na uroczystości i spotkania wiejskie, jak chociażby opłatek organizowany przez grupę działaczy społecznych w remizie strażackiej. Ksiądz nie lubił się fotografować, więc mamy tylko jedno zdjęcie, na którym zasłonił się przed obiektywem kwiatami.

Reklama

Jan Staszkiewicz, 79 lat:
- Ksiądz Kanonik był bardzo dobrym proboszczem i takim pozostanie w naszych sercach. Był to człowiek o dużym sercu, wyczulony na ludzką biedę. Przychodzili do niego po radę gospodarze. Każdemu dobrze radził, każdego ugościł i nikogo nie wypuścił bez poczęstunku. Był człowiekiem światłym, wszystkich wspierał jak mógł i podnosił na duchu.
Miał bratanka, który był oficerem, później generałem. Kanonik uprosił bratanka o przeniesienie działań wojennych poza granice zabudowań Babic, aby nie narazić mieszkańców na odwet ze strony Niemców i nie powodować strat w ludności cywilnej i mieniu. Oszczędził tym samym Babice wraz z mieszkańcami od wojennych zniszczeń w 1939 r.
Ksiądz należał również do rady Gminy, był członkiem Kasy „Stefczyka” i raz do roku przydzielał pieniądze na ubrania i obuwie dla biednych. Był dla parafian jak ojciec.

Mieszkanka Babic, 72 lata - nazwisko i imię znane redakcji:
- Jako młoda dziewczyna zapamiętałam Wielebnego Księdza Prugara z dużym brązowym różańcem, którego paciorki często przesuwał skupiony na modlitwie podczas obchodu pola. W południe zwykle śpieszył do sygnaturki, aby oznajmić mieszkańcom przez sygnał dzwonów porę na zwyczajową krótką modlitwę Anioł Pański, modlitwę za zmarłych i odpoczynek od zajęć domowych i polowych.
Ks. Prugara zapamiętałam szczególnie z kazań, które głosił z zabytkowej rokokowej ambony w kształcie okrętu. Zwykle jedną ręką wspierał się o burtę, ogarniał wszystkich wiernych wzrokiem, aby z każdym uchwycić kontakt wzrokowy, a drugą ręką gestykulował dla podkreślenia swoich słów.
Przemyśl. Joanna Bury, mieszkanka Przemyśla - (nauczycielka w okresie 1937-1944 w miejscowości Połanki należącej do parafii Babice):
- Ks. kan. Wojciecha Prugara poznałam w sierpniu 1937 r., gdy z ramienia Towarzystwa Szkoły Ludowej pragnęłam uruchomić nauczanie dla dzieci z małej miejscowości Połanki, gdzie przeważnie zamieszkiwały zubożałe rodziny wielodzietne dawnej szlachty zagrodowej. Z pomysłu tego bardzo ucieszył się ks. Prugar, wspierając realizację przedsięwzięcia we wszystkich zakresach. Szczególną pomocą było zabezpieczenie opału dla szkoły, a także dla mnie. Pierwotnie szkoła mieściła się w jednej izbie, gdzie dzieci uczyły się na zmianę. W 1942 r. rozpoczęto budowę szkoły. Ks. Prugar na ten cel (potajemnie przed Niemcami) z parafialnego lasu podarował kilka pięknych sosen na krokwie i legary pod podłogę oraz deski na podłogi do klasy i mieszkanka da nauczycielki. Ponadto wyszukał i opłacił budowniczego z własnych funduszy. Zmobilizował też mieszkańców do pomocy. Ten wspaniałomyślny kapłan wiedział, że tylko przez oświatę można wyrwać tamtą społeczność z biedy. Wspominam go z rozrzewnieniem i uznaniem, gdyż dzięki jego szlachetnej postawie mogłam rozpocząć pracę nauczycielki, tak potrzebną tej zaniedbanej pod względem edukacyjnym, oddalonej o cztery kilometry od najbliższej szkoły miejscowości. Ksiądz nie bał się pomagać przy budowie szkoły pomimo rozszalałego terroru okupanta. Był patriotą i postępowym człowiekiem.

Stanisław Kazienko, ministrant:
- Ksiądz Kanonik utrzymywał przyjazne stosunki z popem z sąsiedniego Skopowa. W parafii było wiele małżeństw mieszanych. Raz do roku odbywała się wspólna Msza, aby wspólnie we wzniosły sposób wierni przeżywali najważniejsze święta. Przy jednym ołtarzu bocznym Mszę w liturgii łacińskiej odprawiał ks. Prugar, przy drugim pop. Chóry śpiewały na przemian kolędy po polsku i po ukraińsku. Wszyscy wspólnie do końca Mszy trwali na modlitwie. Na takie uroczystości, jak Jordan, z naszego kościoła z księdzem na czele szła asysta. Na Boże Ciało z asystą przychodził pop. Zapraszali się wzajemnie. Ks. Prugar ludzi łączył, godził i troszczył się o więzi rodzinne i społeczne.
Nie bał się mówić prawdy i zła jawnie potępiać. Był patriotą. W czasach, gdy Prezydent Polski był na uchodźstwie, pomimo zakazu władz po Mszy odmawiał z wiernymi modlitwę w jego intencji i intonował pieśń Boże, coś Polskę. Doszło to do władz. Ksiądz był ścigany. Zdążył uciec. Musiał się ukrywać aż dwa tygodnie, nim wszystko ucichło.

Warszawa. Zygmunt Prugar „Kesling”, mieszkaniec Warszawy, syn gen. Bronisława Prugara. Fragment książki Generał Bronisław Prugar Ketling - wspomnienia syna:
„…o moim kochanym stryju Wojciechu (tak kazał siebie nazywać). Pamiętam go dobrze, był powszechnie szanowanym, wspaniałym kapłanem, dobrym i uczynnym człowiekiem, któremu ojciec i my bardzo dużo zawdzięczamy. Ojciec - ukończenie studiów na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (Wydział Prawa i Umiejętności Politycznych), a ja miłe wakacje. Prawie co roku byliśmy przez kilka lub kilkanaście dni w Babicach. Przed pierwszą wojną brał czynny udział w ruchu niepodległościowym, zakładał Drużyny Bartoszowe. W okresie pobytu Ojca w Przemyślu (1921-26 był szefem sztabu 2. Dywizji Górskiej, a później szefem sztabu Dowództwa Korpusu), ksiądz brał udział w uroczystościach wojskowych. Ich wzajemny kontakt był bardzo serdeczny” (fragment listu).
„Stryj Wojciech proboszcz w Babicach, uważający Bronka za swego wychowanka, pomagał jak tylko mógł bratankowi w ukończeniu studiów. Ojciec go bardzo kochał i szanował. Ostatni raz widzieli się 11 września 1939 r. W kościele pełnym ludzi, stryj odprawiał mszę za ocalenie Ojczyzny.
Wokół grzmiały działa i dochodziły odgłosy bitwy. Nagle usłyszał ruch i gwar. Odwrócił się i zobaczył swojego Bronka w mundurze polowym, wchodzącego na czele małej grupki oficerów do kościoła. Ze wzruszenia nie mógł dokończyć mszy. A potem z monstrancją wyszedł błogosławić idących w bój żołnierzy 11. Karpackiej Dywizji Piechoty. Krótka rozmowa, łzy i pożegnanie. Już więcej się nie zobaczyli” (fragment książki).

Ze wspomnień mojej matki Petroneli Chruścickiej:
- W rodzinnym domu ks. Prugar był często wspominany przez moją matkę jako bardzo wymagający kapłan, kładący nacisk na wartość rodziny. Nie bał się potępiać pijaństwa, rozwiązłości, lenistwa i innych przywar, które niszczyły godność rodziny. Kładł nacisk na wychowanie człowieka w rodzinie, na wpojenie mu Dekalogu jako fundamentu pod godne życie. Z kazań wspominała cytat: „Człowieka nie wystarczy tylko urodzić, trzeba go ukształtować, aby miał charakter, umiał być sobą, trzeba go nauczyć rozróżniania dobra od zła, nauczyć pracy i wiary”. Tamte zapamiętane fragmenty kazań były przesłaniem dla niej.
Ks. Prugar kochał przyrodę; gospodarstwo, ogród i las to były jego królestwa, w których odnajdywał Boga. Często prosił Boga o słoneczną pogodę lub deszcz dla wysuszonej ziemi i zwykle je sobie wypraszał. Był wymagającym spowiednikiem, zawsze dążył do takiej przemiany serca, aby winowajca poczuł skruchę i naprawił wyrządzone grzechem zło. Kładł duży nacisk na sprawiedliwość i godziwość w ludzkich zachowaniach. W kazaniach czy też luźnych rozmowach udzielał wskazówek. Zdarzało się, że biednych młodych małżonków zachęcał do budowania swoich domów, wspierał takie decyzje nie tylko materialnie, dając przysłowiową pierwszą belkę z lasu, ale też zachęcał społeczność do wsparcia i wzajemnej pomocy. Nawoływał do solidaryzmu społecznego. „Wspólnie możecie dużo”. Nędzarzom po śmierci, bywało, cały pochówek łącznie z trumną organizował, pamiętając o godności każdego człowieka. W polu, jak był młodszy i silniejszy, pracował razem z najemnikami. Tej pracy zwykle towarzyszył śpiew, z którym łatwo było pokonać zmęczenie.

Ks. Józef Słysz z parafii Jasionka koło Rzeszowa, emeryt - ostatni żyjący z księży obecnych przy pochówku ks. Prugara:
- Byłem wówczas klerykiem w Krasiczynie, odwiedzałem sędziwego kanonika w Babicach podczas choroby. Był bardzo pogodnym człowiekiem, z dużym poczuciem humoru pomimo cierpienia, jakie go dotykało. Utkwiło mi w pamięci takie zdanie ks. Wojciecha: „Tak patrzę teraz na tych ludzi i myślę sobie, że Pan Bóg leży tak jak ja i myśli sobie - czy to ja stworzyłem tych dziwaków?”. Na pogrzebie były niezliczone tłumy wiernych, ludzie kochali go i mocno przeżywali jego odejście.

Ks. Prugar do końca swoich dni zachował autorytet. Był dla parafian jak dobry ojciec, który nigdy nie zawiódł swojej duchowej rodziny. Pamiętał o wszystkich w swojej parafii. Zmęczony trudnymi czasami powojennej dramatycznej rzeczywistości i podeszłym wiekiem odszedł do Pana i jak głosi epitafium na jego grobie na babickim cmentarzu: „Oczekuje zmartwychwstania”. Pamięć o nim pośród parafian z Babic i okolicy jest tu wciąż bardzo żywa.

To początek świadectw. Każdy, kto chciałby podzielić się swoimi wspomnieniami, może je spisać i złożyć. Mój telefon (0-16) 678-77-74. Za każdy materiał będę wdzięczna. Może uda się opracować biografię tego wspaniałego duszpasterza.

Św. Łucja z Syrakuz

2013-12-13 08:10

ts (KAI) / Warszawa/KAI

MARGITA KOTAS

Kiedy rokrocznie 13 grudnia odbywa się w Sztokholmie koronacja wieńcem ze świec „oblubienicy Łucji”, nastrój przypomina bardziej wybory miss niż wspomnienie sycylijskiej chrześcijanki, która zginęła męczeńską śmiercią w 304 roku w Syrakuzach, w czasach prześladowań chrześcijan. A gdy w tym czasie przyjeżdżają do Szwecji Włosi, dziwią się, jak powszechnie jest tam czczona ich rodaczka. Sami Szwedzi nie bardzo wiedzą, skąd ona rzeczywiści pochodzi, ale święto obchodzą wszyscy mieszkańcy kraju.

Dzień św. Łucji jest to jedyne święto typowo szwedzkie. W święto to wybraną w konkursie najpiękniejszą dziewczynę stroi się w długą białą suknię przepasaną czerwoną wstążką i wianek z borówkowych gałązek, w którym tkwi siedem świeczek. W procesji prowadzona jest przez miasto w otoczeniu druhen, które śpiewają tradycyjną piosenkę o Łucji (Nadchodzi Łucja, rozpraszając ciemności zimowej nocy) oraz kolędy. Często towarzyszy im grupka gwiazdorów.

Łucja pojawia się także w szpitalach i domach starców. Świętą Łucję obchodzi się także w szkołach, klubach i domach parafialnych, gdzie częstuje się gości kawą i lussekatter („oczy św. Łucji”), pieczonymi specjalnie na tę okazję pszennymi bułeczkami z szafranem, o pomysłowych kształtach. W domach mamy lub starsze rodzeństwo przygotowują rano lussekatter, a potem najmłodsza dziewczyna w rodzinie wciela się w Łucję i w białej sukience i borówczanym wianku na głowie przynosi rodzinie śniadanie do łóżka.

Zwyczaj obchodów Łucji stał się powszechny w całej Szwecji u schyłku XIX w., a pierwszy pochód zorganizowano w Sztokholmie w 1927 r. Panna ze światłem oznacza św. Łucję, gdyż to łacińskie imię wyraża „światło”. Tradycja ta jest bardzo dawna, kiedy to jeszcze obowiązywał kalendarz juliański i dzień św. Łucji przypadał dwa tygodnie później, 25 grudnia, gdy nadeszła najdłuższa noc i najkrótszy dzień.

Życie i śmierć dziewicy i męczennicy, św. Łucji, związane są z Syrakuzami - miastem założonym w 734 r. przed narodzeniem Chrystusa. Syrakuzy były niegdyś najbogatszym i najludniejszym miastem na Sycylii, stolicą niezależnego państwa. W 212 r. przed Chrystusem zdobyli je Rzymianie. Zginął wtedy w obronie miasta największy w starożytności matematyk i fizyk świata, Archimedes. Miasto wydało kilkunastu świętych, ale wśród nich pierwsze miejsce zajmuje św. Łucja, która żyła na początku III wieku (być może w latach 286-304, jak piszą niektórzy jej hagiografowie).

Według najstarszego przekazu datowanego na V w., święta pochodziła ze znakomitej rodziny. Była przeznaczona dla równie zamożnego młodzieńca. Kiedy jednak udała się z pielgrzymką do grobu św. Agaty do pobliskiej Katanii, aby uprosić o zdrowie dla matki, miała jej się ukazać ta święta i przepowiedzieć męczeńską śmierć; radziła też przygotować się na czekającą ją ofiarę. Kiedy Łucja powróciła do Syrakuz, cofnęła obietnicę zamążpójścia, rozdała swoje majętności i złożyła ślub dozgonnej czystości. Niebawem wybuchło prześladowanie chrześcijan, najkrwawsze w dziejach chrześcijaństwa. Wtedy niedoszły małżonek oskarżył Łucję, że jest chrześcijanką i 13 grudnia ok. 304 r. została ścięta mieczem; miała 23 lata.

Została pochowana we wczesnochrześcijańskich katakumbach, nad którymi już w VI wieku, jak wspomina papież św. Grzegorz I Wielki, wznosił się kościół i klasztor jej imienia, w obecnych Nowych Syrakuzach. Tenże papież wprowadził imię św. Łucji do kanonu Mszy św.

Początkowo czczono Łucję jako nieugiętą chrześcijankę, która została wpisana w poczet świętych za trwałość w wierze.

Mieszkańcy jej rodzinnych Syrakuz, potomkowie cywilizacji greckiej, a nie bizantyjskiej czy arabskiej, są powściągliwi i mają wyczucie dobrego smaku, a obchody świętej Łucji nie mają tam w sobie nic z ludowego festynu. Wokół kultu „ich” świętej nie powstał żaden przemysł pamiątek czy dewocjonaliów.

W Rzymie pierwszy kościół ku czci świętej męczennicy wystawił papież Honoriusz I (625-638). Na mozaice bazyliki św. Apolinarego (Nuovo) w Rawennie znajduje się wizerunek świętej pochodzący z VI w. Kiedy w 718 r. z polecenia cesarza Leona III zaczęto niszczyć wizerunki świętych, relikwie św. Łucji przeniesiono do Corfino w Abruzzach, potem wróciły do Syrakuz. W 1204 r. krzyżowcy zabrali je do Wenecji, gdzie w 1313 r. wystawiono ku czci świętej osobny kościół i tam złożono jej doczesne szczątki. W 1860 r., ze względu na budowę dróg, kościół został rozebrany, a relikwie św. Łucji przeniesiono do kościoła św. Jeremiasza, gdzie przebywały do 7 października 1981 r., kiedy to zostały wykradzione. Obecny kościół pochodzi z XVIII w. Relikwie umieszczono w kaplicy nad jednym z kanałów weneckich, na której zewnętrznym szczycie wyświetla się widoczna z daleka postać św. Łucji, otaczana czcią przez weneckich gondolierów. Na całym świecie, również i w Polsce znana jest i chętnie śpiewana włoska piosenka „Santa Lucia”. W grudniu 2004 r. . po dziesięciu stuleciach doczesne szczątki św. Łucji wróciły do rodzinnych Syrakuz. Wenecjanie zastrzeli, że „to tylko pożyczka”, obawiając się, by wierni Syrakuz nie potraktowali tego jako ostatecznego zwrotu.

Św. Łucja ma trzy sanktuaria: w kościele św. Jeremiasza w Wenecji, w Syrakuzach oraz w kościele klaretynów w Rzymie. Według legendy, św. Łucja miała piękne, wielkie oczy, które przyciągały powszechną uwagę. Widząc zachwyt nawet u oprawców, kazała je sobie wyłupić. Na tę pamiątkę w dzień jej dorocznego święta w Syrakuzach niesie się na drogocennej tacy „oczy św. Łucji”. Św. Łucja była tak dalece czczona jako patronka chorób oczu, że modlił się do niej m.in. Dante, gdy tracił wzrok.

Aż do czasu wprowadzenia przez papieża Grzegorza XII reformy kalendarza w 1582 r. wspomnienie św. Łucji przypadało 25 grudnia, gdy była najciemniejsza i najdłuższa noc w roku. Z tą nocą wiązały się legendy o demonach pochodzące jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Tradycja ta „przeszła” na św. Łucję, którą straszono leniwe służące i niegrzeczne dzieci. Straszono też każdego, kto po odmówieniu wieczornej modlitwy „Anioł Pański” wychodził na dwór. Tego też dnia nie wolno było piec chleba, tkać ani szyć, a kto się odważył to robić, narażał się na gniew Łucji. Z czasem jednak zapomniano o tamtych zwyczajach i pojawiły się przyjemniejsze, np. nagradzanie drobnymi upominkami za dobre uczynki. Z czasów przedchrześcijańskich pozostało jedynie „powitanie światła”, a więc - pielęgnowane w wielu miejscach, zwłaszcza w regionie alpejskim i w Skandynawii - pochody ze światłami.

Od kilku wieków znany jest zwyczaj wróżenia przyszłości: w dniu św. Łucji dziewczęta nacinają kawałek kory na gałązce wierzbowej i opasują to miejsce. Odkrywają je ponownie w Nowy Rok, szukając znaków, z których - podobnie jak z wosku lanego w andrzejki - przepowiadają sobie przyszłość. Szczególnie odważne dziewczęta wychodzą w noc św. Łucji na dwór, żeby zobaczyć cień świętej, który też wróży przyszłość. W austriackim Burgenlandzie sieje się 13 grudnia pszenicę w doniczkach. Jeśli ziarna wykiełkują do Bożego Narodzenia, zapowiada to dobre żniwa w nadchodzącym roku. Są też regiony, gdzie w dzień św. Łucji, podobnie jak w dzień św. Barbary, ścina się wiśniowe „gałązki św. Łucji”, które zakwitną na Boże Narodzenie. W dzień św. Łucji w niektórych regionach sprawiano prezenty małym dziewczynkom.

Dzień, w którym obchodzone jest wspomnienie św. Łucji, jest także dniem astronomicznego „zatrzymania się Słońca”, po czym kilkanaście dni później - w Boże Narodzenie - następuje przełom czasu i zaczyna przybywać dnia. Nawiązuje do tego polskie przysłowie: „Święta Łuca dnia przyrzuca”. Teresa Sotowska

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Czy warto było?

2018-12-14 10:36

Marian Florek

W dniu 13 grudnia 2018 r. w całej Polsce obchodzono już 37. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego.

Jak zawsze w tym dniu na Jasnej Górze, w narodowum sanktuarium odprawiono poranną Mszę św. w intencji pomordowanych przez reżim komunistyczny i popołudniową w intencji Ojczyzny, która zgromadziła przedstwaicieli częstochowskiej "Solidarności" z pocztami sztandarowymi, przedstawicieli Stowarzyszenia Więzionych Internowanych i Represjonowanych WIR w Częstochowie.

Po Mszy św. w Alei Sienkiewicza w uroczystej atmosferze zapalono znicze. Słowo do zgromadzonych wygłosił m. in. o. Jan Poteralski, który dramatycznie pytał: "Co takiego w Polsce się stało, że wasze ideały powoli zanikają? Czy warto było tak się starać , oddać życie i być internowanym?"

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem