Reklama

Kilka uwag o cierpieniu i sztuce umierania

Jolanta Wyleżyńska
Niedziela Ogólnopolska 44/2003


Tadeusz Górecki - „Przy łożu umierającej”

Krajobrazy z powiśla

Niekiedy wydaje mi się, że w naszym krajobrazie wewnętrznym czasy mieszają się i przenikają: przeszły z teraźniejszym i zaprzeszłym. Tak też dzieje się z krajobrazem Powiśla, starej dzielnicy Warszawy, opisywanej niegdyś przez Prusa, a malowanej przez Gierymskiego. Mojej dzielnicy, którą polubiłam głównie przez krajobraz stworzony przez ludzi.
Sprowadziłam się tu jako osoba dorosła, mężatka, z ulubionego Śródmieścia, gdzie się wychowałam w domu Babki. Tu, na Powiślu, mieszkali już moi przyjaciele, przeważnie historycy sztuki, ale i plastycy, aktorzy, księża. W jakimś momencie krajobraz ten poszerzył się o miejscowy - nazywając umownie - folklor: właścicieli małych sklepów, cukierenek, budek, księgarni, apteki itd. Na szczycie takich przyjaźni umieszczam Panią Władysławę, właścicielkę narożnego „warzywniaka”. Zawiązały się też moje bardzo serdeczne przyjaźnie z powiślańskimi kloszardami, często kończące się przeżyciami bolesnymi, bo dwaj z nich (młodzi ludzie) zmarli i nic nie mogłam zrobić. Byli ciężko chorzy. Zmarła kloszardka nazywana Babunią Drops. Zmarł też wielki ponury starzec, z obfitymi siwymi włosami, w zniszczonej, podartej odzieży. Ci zmarli specjalnie boleśnie leżą na moim sercu. Chcę ich spotkać w zaduszkowe dni, w mroku ulic Powiśla. Nie wiem, gdzie są pochowani, więc nie zapalę im świec. Kiedyś zapytałam kogoś o podobnym statusie społecznym, gdzie mogą być pochowani „Partyzant” i „Komandos”? Padła odpowiedź: „Jeich bierze miasto, bo byli samotne i biedne. Może na Wólkę (komunalny cmentarz). Kto ich tam wie i znajdzie?”. Wspomnienie losu tych ludzi napełnia bólem. Wspomnienie innych napełnia ciepłem. Moi najbliżsi Przyjaciele i Przyjaciółki z Solca... odeszło z nimi wiele słońca, a wspomnienie ich ogrzewa jak dobry uśmiech.
Pani Wanda Drecka, wspaniała, niezwykła kobieta, jakby legendarna niewiasta z epoki dawnych Sarmatów, której to epoki jako historyk sztuki była znawcą. Ks. prał. Piórkowski, mądry kapłan i cierpliwy spowiednik, zawsze uśmiechnięty. Andrzej Chudzikowski, niegdyś dziecko getta, znawca Rembrandta - człowiek o gołębim sercu. Pani Celina, farmaceutka, o grubym głosie, która podarowała mi śliczne, stare dewocjonalia, bo uważała, że ja je uszanuję. Nie wymienię tych wszystkich osób, ale kiedy o nich pomyślę, czuję jakieś ogromne ciepło. Myślę, że się spotkamy przecież.

Szpitalne spotkania i rozstania

Niedawno musiałam być w szpitalu na Solcu. Został wzniesiony w 1927 r. Trzyma się dzielnie i zachowuje jakąś estetykę architektury międzywojnia, pomimo wielkich trudności, z jakimi się boryka. Wiele bliskich mi osób chorowało tu, a część z nich umierała na soleckich łóżkach. Poznałam i ja ten dom cierpienia - szpital „parafialny”, gdzie przychodzi ksiądz z Panem Jezusem z naszej parafii, św. Teresy na Powiślu, i gdzie poznawałam wiele twarzy znanych mi przelotnie z ulic Powiśla lub z kościoła. Wrażenie, które trudno określić. Leżałam na korytarzu, bo szpital przepełniony, a koło mnie umierały powoli dwie kobiety. Jedna na nowotwór, a druga, jak to się potocznie określa - „na starość”. Obie kobiety nie miały świadomości. Pani Irmina chwilami tylko robiła wrażenie, jakby wypływała z jakiegoś oceanu niewiedzy. Były sytuacje, że chora formułowała pełne zdania, świadczące o ciekawej osobowości. Były to jednak tylko strzępy dawnej pełnej struktury psychicznej. Wiele godzin spędzała przy niej opiekunka, która zawsze odnosiła się do chorej z niespotykaną serdecznością i cierpliwością. Było to niemal szokujące: przychodziła trzy razy dziennie - wykonywała czynności konieczne, a bardzo przykre. Później karmiła chorą, w dużej przenośni, bo odżywianie właściwe odbywało się przez kroplówkę. Przez cały czas przemawiała ciepło, niezmiennie serdecznie. Przez te wszystkie dni nigdy się nie zniecierpliwiła. Trudno mi pojąć do tej chwili jej wielką autentyczną dobroć. Ona była też dobra kilka razy dla mnie. Wiem, że była bardzo zmęczona. A chora Pani Irmina błądziła w jakimś swoim świecie. Czasami mówiła pełnymi zdaniami, ale jej świadomość była zmącona. Kiedyś doktor posadził Panią Irminę, delikatnie ujmując ją za ręce. Podała je z ufnością, oparła się o poduszki, a jej oczy wyrażały zdziwienie. Dawno już nie patrzyła z takiej perspektywy, ciągle leżała wciśnięta w poduszkę. Zbyt słaba, niedługo tak siedziała. Znowu zapadała w swój świat. I znowu opiekunka z heroizmem wydzierała ją śmierci. Życie dane od Boga było tu ciągle ważne.
Natomiast Pani Ewelina była osamotniona przez wiele godzin, umierała powoli, miała 91 lat. Jej świadomość była zmącona, a przyjmowała taktykę agresywno-obronną. Odmawiała przyjmowania lekarstw, broniła się przed zastrzykami, które jej sprawiały ból. Ale pielęgniarki starały się jakoś to przełamać i prosiły, prosiły, prosiły... Prosili też lekarze. Jednak nie chciała ustąpić, głośno wzywała Boga, w sposób świadczący o tym, że kiedyś umiała się modlić.
Czasami nad jej łóżkiem stawała córka, krzyczała na matkę, jej głos był twardy, przerażony, drewniany. Co chciała przekrzyczeć córka? Czego się bała? Tego nieuchronnego? Na pewno coś chciała zakrzyczeć. Nie wykonywała żadnych czynności przy matce. Bała się zbliżającej śmierci? Tego nie można zakrzyczeć. Poznać prawa ars moriendi - uczestniczyć w czyjejś golgocie, uczestniczyć w golgocie matki? Uczestniczyć w każdej golgocie? Ktoś obok ciebie umiera, a ty np. jesz?... Wszystko staje się prochem, pyłem, chwieją się proporcje, przesuwają wartości!
Tylko ksiądz przynoszący co dzień Komunię św. wydawał się Panem Jezusem. Po prostu wydawało się, że to On chodzi po szpitalu. Myślałam tak. Leżąc na korytarzu, uczestniczyłam bardziej w życiu szpitala. Panował tam nieustanny ruch. Niedaleko był taras. Przechodzili więc chorzy, aby zaczerpnąć powietrza, wypalić papierosa albo karmić gołębie. Przepływali odwiedzający, szukali „swoich” chorych, zaaferowani, z niepokojem w spojrzeniu, ale kiedy wzrok ich napotkał bliską im osobę, rozluźniali się, uśmiechali. Ta galeria odwiedzających była bardzo różnorodna: mężczyźni, często młodzi, starsze kobiety, eleganckie kobiety, młodzież. To napawało optymizmem: ludzie pamiętają o chorych. Nieśli pakuneczki, jakieś znaki serca i znikali w czeluściach sal, w których zgromadziło się cierpienie.
Byłam im wdzięczna, że z potrzeby serca muszą odwiedzić tych, co cierpią. Przez korytarz przechodzili lekarze, pielęgniarki, salowe. Wieźli chorych na wózkach na badania, na operacje. Przywozili z badań, z operacji. Wszystko to czynione było z samozaparciem, nikt nie pokrzykiwał, ale głosy były dobre, cierpliwe.
I było to zdumiewające: wzywali owych łazarzy po nazwiskach, identyfikując ich i przywołując do życia, dźwigając z łóżek, mobilizując ich, żartując. Tak cały dzień i noc, dzień i noc. Zmienianie pościeli, mycie, usuwanie nieczystości. Pielęgniarki, salowe, salowi czynili to i nie słyszałam złości w ich głosach, w tej trudnej służbie przy cierpiących i umierających. Wiem, że byli zmęczeni na wyczerpujących oddziałach, jak interna, kardiologia, gdzie zbyt często kładzie się ludzi, aby dokonali żywota.
W jednej z sal umieszczono kloszardkę alkoholiczkę. Chodziła jeszcze trochę, ale umierała na nowotwór, miała 40 lat. Chciała palić papierosy. Łatwo regenerowała się po wielkich transfuzjach. Stare kobiety z Powiśla, które były tu najczęściej, aby dokonać żywota lub jeszcze walczyć o odrobinę życia, nie lubiły jej. Uważały, że jest osobą złą, że zmarnowała życie itp., a one swoje spędziły w trudach. Lekarka pozwoliła mi kupić jej papierosy, dając do zrozumienia, że jest to końcowy etap. Dziewczyna ta, z niewielką jasną główką, starała się mówić do mnie poprawnie, składnie i delikatnie, wyciszając głos. Była już bardzo kruchutka.

Reklama

Sztuka umierania

Przypomniały mi się słowa Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który powiedział że: „człowiek rodzi się w pieluchach i w pieluchach umiera”. Ars moriendi - jedna z najtrudniejszych sztuk dla człowieka.
Podczas mojego pobytu w szpitalu na Solcu widziałam wysiłek konsekwentny, chwilami heroiczny lekarzy i całego personelu, żeby ratować każde życie ludzkie, jego okruchy, iskierki, do końca. Nigdy tak wyraźnie tego nie widziałam.
Jakby wszyscy oni wiedzieli, Kto to życie nam daje i że trzeba go strzec, bo tak jest zapisane w duszy człowieka.
Moje krajobrazy powiślańskie jakoś się jeszcze poszerzyły o wielu nowych przyjaciół. Tu zacytuję rzymski napis nagrobny: Ktokolwiek na tej mogile postawi lampkę płonącą, / Niech kiedyś jego prochy pokryje ziemia złocista.

Watykan: nie ma zgody, by małżonkowie niekatoliccy przyjmowali Komunię św.

2018-04-18 22:50

st (KAI) / Linz

Kongregacji Nauki Wiary, której przewodniczy abp Luis Ladaria, listem z 22 lutego, miała odmówić zezwolenia, aby współmałżonek niekatolicki pary mieszanej mógł przyjmować Eucharystię w Kościele katolickim – informuje austriacki portal kath.net. Decyzję tę miał potwierdzić Papież Franciszek.

Tama66/pixabay.com

Zgodnie z projektem wytycznych zatwierdzonych przez Niemiecką Konferencję Biskupów w lutym b.r. większością 2/3 głosów, małżonkowie protestanccy mogli by przyjmować Komunię św. po „poważnym zbadaniu sumienia”, a także musieli by „potwierdzić wiarę Kościoła katolickiego” co do Eucharystii, pragnąc zakończyć „poważne cierpienie duchowe” oraz „zaspokoić głód Eucharystii”.

Pomimo zapewnień ze strony przewodniczącego konferencji, kardynała Reinharda Marxa, że nie jest to jakąkolwiek próbą zmiany doktryny Kościoła, wniosek głęboko podzielił biskupów niemieckich.

Kard. Gerhard Müller, były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, potępił ten ruch jako „sztuczkę retoryczną” i stwierdził, że warunki wymienione w projekcie dokumentu nie mogą zostać spełnione, jeśli chcemy pozostawać wiernymi nauczaniu Kościoła.

Na początku kwietnia b.r . pojawiała się informacja, że siedmiu biskupów, w tym kard. Rainer Woelki z Kolonii poprosiło o interwencję prefekta Kongregacji Nauki Wiary, abpa Luisa Ladarii Ferera SJ. W trzystronicowym liście opublikowanym na łamach Kölner Stadt-Anzeiger stwierdzili, że Niemiecka Konferencja Episkopatu może przekroczyć swoje kompetencje i poprosili Watykan o pomoc. List był adresowany również do kard. Kurta Kocha, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan.

Oprócz kardynała Woelkiego list podpisali abp Ludwig Schick z Bambergu oraz biskupi Konrad Zdarsa (Augsburg), Gregor Maria Hanke (Eichstätt), Wolfgang Ipolt (Görlitz), Rudolf Voderholzer (Ratyzbona) i Stefan Oster (Passawa). W lutym b.r. większość biskupów niemieckich wyraziła zgodę na umożliwienie luterańskiemu członkowi pary mieszanej komunii. Natychmiast podjęto w tej kwestii konsultacje z Watykanem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W tym roku zginęło już 10 kapłanów w 8 krajach

2018-04-19 16:48

kg (KAI/ilsismografo) / Warszawa

W ciągu 108 dni bieżącego roku (do 18 kwietnia włącznie) w 8 krajach Afryki, Ameryki Łacińskiej, Azji i Europy zginęło już 10 kapłanów, czyli statystycznie średnio 1 duchowny na niecałych 11 dni. Gdyby ta smutna tendencja utrzymała się do końca br., oznaczałoby to, że zginie ok. 35 kapłanów. W ostatnich latach na szczęście liczba księży – ofiar przemocy, choć nadal duża, nie przekracza 30: w 2017 było ich 23, w 2016 – 28, w 2015 – 22 i w 2014 – 26.

дзроман / Foter.com / CC BY

Od wielu lat niechlubny prymat w tej smutnej statystyce dzierży najbardziej katolicki kontynent, czyli Ameryka Łacińska, a na jej terenie zwłaszcza dwa kraje: Meksyk i Kolumbia. W tym roku zginęła tam połowa zamordowanych kapłanów – 5, z czego aż trzech przypada na Meksyk. Tam też doszło do ostatniego, jak na razie, zabójstwa: 18 kwietnia w mieście Cuautitlán Izcalli koło stolicy zginął 50-letni ks. Rubén Alcántara Vásquez Jiménez.

W Afryce śmierć ponieśli trzej kapłani – po jednym w Malawi, Republice Środkowoafrykańskiej i Demokratycznej Republice Konga oraz – również po jednym – w Azji (w Indiach) i w Europie (Niemcy).

Przyczyny mordowania duchownych są różne, choć najczęściej mają podłoże rabunkowe, ale zdarza się, że księża giną z powodu swego zaangażowania społecznego, np. występując w obronie biednych, których bogaci właściciele ziemscy usiłują pozbawić ich własności.

Oto wykaz tegorocznych ofiar przemocy wymierzonej w duchowieństwo katolickie:

Afryka – 3 osoby

Ks. Tony Mukomba (Malawi; zginął 18 stycznia) Ks. Joseph Désiré Angbabata (Republika Środkowoafrykańska; 22 marca) Ks. Etienne Nsengiunva (Demokratyczna Republika Konga; 8 kwietnia)

Ameryka – 5 osób

Ks. Germain Muñiz García (5 lutego) Ks Iván Añorve Jaimes (5 lutrego) Ks. Rubén Alcántara Díaz (18 kwietnia) – wszyscy z Meksyku Ks. Dagoberto Noguera (Kolumbia; 10 marca Ks. Walter Osmir Vásquez Jiménez (Salwador; 29 marca)

Azja – 1 kapłan

Ks. Xavier Thelakkat (Indie; 1 marca)

Europa – 1 duchowny

Ks. Alain-Florent Gandoulou (Niemcy; 22 lutego)

Ponadto w Republice Środkowoafrykańskiej znaleziono 2 marca zwłoki ks. Florenta Mbulanthie Tulantshiedi (znanego też jako Florent Tula), a chociaż na jego ciele stwierdzono oczywiste ślady tortur, nie uznano go za ofiarę zabójstwa.

Trzeba również pamiętać, że 20 marca utonął w Oceanie Indyjskim u wybrzeży Tanzanii polski misjonarz, niespełna 35-letni o. Adam Bartkowicz ze Zgromadzenia Misji Afrykańskich. Jego śmierć, choć także gwałtowna, nie była jednak spowodowana zabójstwem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem