Reklama

Arche Hotel

Ludobójstwo i deportacje metodą rozwiązywania tzw. problemu polskiego przez państwo sowieckie w latach 1939-1941

Ludobójstwo i deportacje (2)

Andrzej Witkowski
Niedziela Ogólnopolska 17/2008, str. 32-33


Trumny ze zwłokami generałów Bronisława Bohaterewicza i Mieczysława Smorawińskiego
www.pamietamkatyn1940.pl

Publikujemy drugą część obszernego studium nt. ludobójstwa sowieckiego wobec Polaków w latach 1939-41 w opracowaniu prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Jest to wykład wygłoszony 9 lutego 2008 r. na sympozjum w Pucku, zorganizowanym przez Polskie Stowarzyszenie Morskie-Gospodarcze im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, w 68. rocznicę pierwszej masowej wywózki Polaków na Sybir. Tydzień temu zamieściliśmy w „Niedzieli” pierwszą część tego ważnego historycznego materiału.

W miejscu przeznaczenia…

Po przybyciu na stację przeznaczenia zesłańcy byli protokolarnie przejmowani przez funkcjonariuszy NKWD. W Łuptinku (rejon szaryński, obwód gorkowski) zesłańców witała nawet orkiestra, czekał poczęstunek. Wygłoszono okolicznościowe przemówienie „powitalne” z sugestią, by „zapomnieć o istnieniu Polski, której już nigdy nie będzie”. Odtąd o tym, że zesłańcy w ogóle już Polski nie zobaczą, często wrzeszczeli ich nadzorcy. Miało to służyć złamaniu ducha Polaków, odebraniu im nadziei na zmianę losu i bodźca do wytrwania.
Przybyłych wygnańców traktowano jako „wrogów ludu”, „burżujów”. Niekiedy po przybyciu do stacji końcowej zesłańcy musieli jeszcze czekać kilka dni na przewiezienie do miejsca stałego zakwaterowania z powodu braku środków transportu. Na ten okres byli lokowani w świetlicach, halach magazynowych, cerkwiach, więzieniach lub u miejscowej ludności. Potem na saniach, ciężarówkach czy platformach traktorowych przewożono ich w tęgim mrozie do rozrzuconych w tajdze lub stepie specjalnych osiedli - „specposiołków”. Osiedla te były oddalone od innych ludzkich siedzib. Składały się zazwyczaj z kilku do kilkunastu bliźniaczo podobnych baraków oraz - nie w każdym przypadku - z pomieszczeń gospodarczych i usługowych, takich jak piekarnia, stołówka, żłobek-przedszkole, szpitalik, szkoła. Najwyższą władzę w „specposiołku” piastował komendant NKWD. Zaraz po przybyciu informował on zesłańców o regulaminie „specposiołka”, w tym o zakazie samowolnego oddalania się, o zakazie kontaktów z miejscową ludnością, o kontroli obecności. Przy każdej sposobności pozwalał sobie na drwiny, ośmieszanie i obrażanie Rzeczypospolitej Polskiej.
Gorsza pod tym względem była sytuacja zesłańców skierowanych do pracy w przedsiębiorstwach Ludowego Komisariatu Hutnictwa Metali Kolorowych - m.in. zatrudnionych przy wydobyciu złota. Zostali oni rozlokowani w różnych barakach, pomieszczeniach gospodarczych, tymczasowych namiotach i klubach na terenie osiedli kopalnianych. Wobec braku odizolowanych budynków mieszkalnych niemożliwe było zorganizowanie dla nich typowych „specposiołków”. Nie organizowano odrębnych brygad „specprzesiedleńców”. Zesłańcy pracowali razem z innymi robotnikami na takich samych zasadach9.

Upadlające warunki bytowania i niewolnicza praca

Przybyła „siła robocza” weryfikowana była na miejscu osiedlenia przez specjalne komisje. Mężczyzn w wieku od 16 do 60 lat oraz kobiety w wieku do 55 lat kwalifikowano do najcięższych prac. Dzieci i inwalidów uznawano za pozostających na utrzymaniu rodziny. Zatrudnionym wydano książeczki uprawniające do kupna chleba i porcji zupy. Osoby zdrowe uchylające się od pracy nie otrzymywały żadnych racji żywnościowych w myśl zasady: „Kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”. Większość zesłańców zaangażowano do wyrębu lasu, do załadunku, wywożenia i spławu drewna, w tartakach, przy zbieraniu żywicy, do wytyczania i wykonania duktów, w przemyśle celulozowo-papierniczym, we wspomnianych kopalniach metali kolorowych. Była to niezwykle wyczerpująca praca fizyczna, wykonywana pod nadzorem, w nadzwyczaj uciążliwych warunkach klimatycznych, bez niezbędnych zabezpieczeń. Harowano całymi dniami pod gołym niebem, często po pas w śniegu, w głodzie i przemoczeniu. W niektórych obwodach, mianowicie archangielskim, czkałowskim, gorkowskim i innych, przedsiębiorstwa Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego przez dłuższy czas nie potrafiły zapewnić miejsca pracy wszystkim osadnikom i leśnikom z powodu braku narzędzi (pił, siekier, pilników) oraz odzieży roboczej i obuwia.
Poczucie bezkarności ośmielało tzw. pracodawców do maksymalnej eksploatacji przesiedleńców i poniżania ich. Przedłużano im dzień roboczy do 11-15 godzin, tj. od świtu do zmroku, zaniżano i tak darmowe stawki wyceny efektów pracy, nie dbano o zapobieganie urazowości.
Warunki zamieszkiwania zgotowane przybyłym na zsyłkę były wszędzie wręcz tragiczne. Najczęściej ludzi lokowano w ogólnych pomieszczeniach typu barakowego, po 15-20 rodzin w baraku, gdzie życie toczyło się na oczach wszystkich. Jeśli baraki posiadały ścianki działowe, umieszczano po 2-4 rodziny w tzw. kajucie - izbie, o powierzchni od 6 do 8 m2. W madżskim „lesopunkcie”, w rejonie kortkeroskim (Komi ASRS) ustanowiono pod tym względem swoisty rekord. Dla 800 osób przeznaczono łącznie 784 m2 powierzchni mieszkalnej. Baraki były zbudowane z bali drewnianych, uszczelnionych mchem. Często wobec braku przepierzeń i przegród kobiety, dzieci i mężczyźni spali na wspólnych pryczach i narach (niekiedy piętrowych) pokotem, na gołych deskach lub na podłodze. Do snu kładziono się w noszonej na co dzień odzieży. Kołder, koców czy bielizny pościelowej sowieccy gospodarze nie byli w stanie zapewnić. Z treści sprawozdań NKWD wynika, że w pomieszczeniach tych było zimno i wilgotno. Zimą, pomimo palenia w jednym, maksimum dwóch piecykach przez całą dobę, woda zamarzała już w odległości kilku metrów od piecyka (na północnych i syberyjskich terenach ZSRS, zima trwa 9 miesięcy, a mrozy dochodzą do -60° C). Oświetlenie dawało łuczywo lub lampa naftowa. Brakowało wiader, cebrzyków, umywalek, stołów, ławek, taboretów, lamp naftowych, beczek na wodę. Kłopoty z tym sprzętem wynikały stąd, że nie był on produkowany na miejscu, a w sieci handlowej od dawna nie było go na stanie. Podstawowe wyposażenie należało więc wytwarzać samemu.
Niektórych zesłańców lokowano w pomieszczeniach w ogóle nienadających się do zasiedlenia, tj. w namiotach pokrytych tkaniną workową, w czymś w rodzaju szałasów wzniesionych z cegły samanowej i z darni, w magazynach i zruinowanych pomieszczeniach gospodarczych. W „specposiołkach” brakowało łaźni, pralni, suszarni. Lokatorzy baraków zamieszkiwali w brudzie, wilgoci, zaduchu, w mroku, wśród karaluchów, pcheł, wszy i pluskiew, gryzoni, w ciągłym zagrożeniu epidemiologicznym10.

Reklama

Przymusowa rusyfikacja i wykorzystanie siły roboczej deportowanych

Mając umocowanie w uchwałach rządu ZSRS, sowiecki resort oświaty, wyposażony w wykaz miejsc rozmieszczenia zesłańców, polecił 2 kwietnia 1940 r. administracji terenowej objąć niezwłocznie nauczaniem dzieci mieszkańców „specposiołków”. Naukę polskich dzieci prowadzono w języku rosyjskim według obowiązujących zasad w istniejących już szkołach. Wykorzystywano do tego celu również miejscowe kluby, świetlice i tzw. czerwone kąciki.
Planową rusyfikacją objęto również dorosłych mieszkańców „specposiołków” w ramach akcji tzw. zwalczania analfabetyzmu.
Przedsięwzięciom powyższym towarzyszyła szeroka „praca polityczno-masowa i uświadamiająca”. W celu prowadzenia intensywnej komunistycznej indoktrynacji polecono utworzyć sieć izb - czytelni, bibliotek i innych instytucji o charakterze polityczno-oświatowym.
W realiach życia w „specposiołkach” rusyfikacja jako rodzaj szerzenia tzw. oświaty, będąc w istocie formą terroru i walki z katolicką wiarą, znajdowała się na odległym planie zajęć. Uruchomienie stosownych placówek „oświatowych” było uwarunkowane wcześniejszym zapewnieniem na ten cel niemałych środków finansowych, lokali, mebli, sprzętu, zeszytów itp. Tego podstawowego wyposażenia niemal wszędzie brakowało. Z tej przyczyny kolejne rozporządzenia i dyrektywy sowieckich władz oświatowych nie były wprowadzane w życie11.
Ostatecznie w akcji deportacyjnej w lutym 1940 r. przesiedlono, według danych NKWD, prawie 140 tys. osadników i leśników wraz z rodzinami - łącznie około 220 tys. osób. Rozlokowano ich w 115 „specposiołkach” rozrzuconych w 21 krajach i obwodach.
Podstawową rzeszę przesiedleńców skierowano do obwodu archangielskiego, Kraju Krasnojarskiego, obwodu swierdłowskiego, Komi ASRS i obwodu irkuckiego, a więc na obszary bardzo odległe, o trudnych warunkach bytowych i klimatycznych, na które nie byli oni przygotowani. Przekazano ich do pracy głównie w przedsiębiorstwach:
- Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego - 17 077 rodzin, tj. 85 779 osób, co stanowiło 61,5 % ogółu zesłańców;
- Ludowego Komisariatu Komunikacji - 4573 rodziny, tj. 23 026 osób, co stanowiło 16,5 % ogółu zesłańców;
- Ludowego Komisariatu Hutnictwa Metali Kolorowych - 3951 rodzin, tj. 19 455 osób, co stanowiło 13,9 % ogółu zesłańców.
Kolejne 1867 rodzin (tj, 11 336 osób - 8,1 % ogółu) przekazano do Ludowych Komisariatów: Przemysłu Miejscowego, Hutnictwa Żelaza i Stali, Budownictwa, Uzbrojenia, Materiałów Budowlanych oraz do odpowiednio przystosowanych leśnych obozów NKWD: Tajszetłagu, Unżłagu i Siewurałłagu12.

Inne wywózki Polaków w latach 1940-1941

W kolejnym etapie tzw. rozwiązywania problemu polskiego na zagrabionych terytoriach II Rzeczypospolitej władze sowieckie skierowały omawiany rodzaj represji wobec osób mających osobiste i rodzinne powody do wrogości wobec Związku Sowieckiego oraz odgrywających opiniotwórczą rolę w społeczeństwie, w tym aresztowanych wcześniej przez NKWD, uwięzionych w obozach jenieckich czy też skazanych na pobyt w obozach pracy. Akcją wysiedleńczą objęto, stanowiące nie mniejsze zagrożenie dla komunistycznych oprawców, rodziny polskich oficerów, rodziny funkcjonariuszy policji, służby więziennej i żandarmerii, ziemian, fabrykantów i urzędników. O ich dalszym losie zdecydowało Biuro Polityczne KC WKP(b) i Rada Komisarzy Ludowych ZSRS w wyniku decyzji podjętych 2 marca 1940 r. W dniu 10 kwietnia 1940 r. Rada Komisarzy Ludowych zatwierdziła instrukcję o trybie przeprowadzenia w nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 r. deportacji tych osób do Kazachstanu. Osoby zesłane osiedlono w obwodach aktiubińskim, akmolińskim, kustanajskim, pawłodarskim, północnokazachstańskim, pietropawłowskim i semipałatyńskim. Spośród deportowanych 36 729 osób skierowano do pracy w kołchozach i 17 923 osoby do pracy w sowchozach. Około 8 tys. osób umieszczono w osiedlach robotniczych przedsiębiorstw przemysłowych i przy budowie linii kolejowych. Wśród wypędzonych większość stanowiły kobiety, dzieci i osoby w podeszłym wieku, pochodzące przeważnie z miast, nieprzygotowane do ciężkiej pracy fizycznej oraz życia w prymitywnych warunkach i surowym klimacie. W fali kwietniowych wywózek, deportowano łącznie ok. 320 tys. Polaków13.
Po napaści Związku Sowieckiego na państwa nadbałtyckie w czerwcu 1940 r. oraz ustanowieniu w ich miejsce republik sowieckich NKWD przystąpiło do aresztowań Polaków zamieszkujących również na tych terytoriach. Deportowano polskich jeńców internowanych po wrześniu 1939 r. w obozach w Połądze, Olicie i Kownie. Jeńców tych umieszczano najpierw w obozie w Juchnowie koło Smoleńska, potem rozesłano m. in. do Pawliszczew Boru i Griazowca k. Wołogdy. Uwięziono dziesiątki tysięcy cywilnej ludności polskiej, od ziemian i inteligencji począwszy, na niższych urzędnikach i chłopach kończąc. Ogółem w tej fali aresztowań i deportacji uwięziono 240 tys. osób14.
14 maja 1941 r. KC WKP(b) i Rada Komisarzy Ludowych, kontynuując rozpoczęte dzieło, podjęły uchwałę o przeprowadzeniu kolejnej akcji deportacyjnej ludności polskiej z terenu zachodniej Ukrainy. Objęto nią członków organizacji okrzyczanych jako „kontrrewolucyjne” oraz pominiętych wcześniej w planach wywózek żandarmów, strażników więziennych, obszarników, kupców, przemysłowców, wyższych urzędników państwowych i samorządowych wraz z rodzinami. Akcję wysiedleńczą rozpoczęto w nocy z 21 na 22 maja 1941 r., deportując 3349 rodzin, tj. łącznie 12 371 osób. Transporty z Polakami skierowano do miejsc docelowych w Kraju Krasnojarskim, w obwodach omskim, południowo-kazachstańskim i nowosybirskim15.
Na podstawie decyzji z 16 maja 1941 r. na terenie LSRS rozpoczęto przygotowania do operacji wywózek Polaków, w wyniku której 14 czerwca 1941 r. aresztowano 5664 osoby oraz wysiedlono 10187 osób. Część z nich stanowili uchodźcy „z burżuazyjnej Polski”, np. aresztowane w Wilnie siostry nazaretanki. Wielu ojców rodzin zatrzymano pod pretekstem przesłuchania i bezprawnie pozbawiono wolności względnie odłączono od najbliższych na stacji kolejowej w czasie formowania transportów do obozów pracy. Następną grupę osób wysiedlono w nocy z 18 na 19 czerwca 1941 r. i w dniu 19 czerwca 1941 r. Furmankami lub ciężarówkami dowożono ludzi na stację i rozmieszczano rodzinami w wagonach towarowych. Wówczas niespodzianie zaczęto segregować osoby wypędzone, kierując kobiety i dzieci do jednych, a mężczyzn w sile wieku do innych pociągów. Nowym elementem w trakcie transportu były detonacje niemieckich bomb. Przejazd na wschód odbywał się w ogromnym upale, zaduchu i tłoku. Deportowanych zagnano do ciężkiej pracy fizycznej w rolnictwie i leśnictwie.
Operacji tej nie udało się zakończyć tak, jak wcześniej planowano, w związku z agresją III Rzeszy na zdeklarowanego nie tak dawno sojusznika. Z odnalezionych w Wilnie dokumentów wynikało, że siostry nazaretanki zamierzano wywieźć w dniach 24 i 29 czerwca 1941 r. Transport deportowanych z Grodna został zbombardowany i ostrzelany przez samoloty niemieckie pod Stołpcami. Spowodowało to uszkodzenie torów, pożar wagonów oraz ofiary wśród osób wysiedlonych. Dla tych, którzy ocaleli, powstała możliwość powrotu do ograbionych domostw. Niemcy ostrzelali też pociąg z przesiedleńcami z Łomży, bombardowali nawet pociągi znajdujące się na obszarach odległych od linii frontu.
Pomimo działań wojennych pociągi deportacyjne wywiozły na zsyłkę około 90 tys. osób16.

Mord w lesie katyńskim

W końcu 1939 r. Związek Sowiecki zgromadził polskich jeńców wojennych w trzech wydzielonych obozach: w Kozielsku k. Briańska, Starobielsku nad rzeką Ajdar we wschodniej Ukrainie oraz na wyspie Iłowaja na jeziorze Seliger k. Ostaszkowa. Do marca 1940 r. liczba jeńców sięgała około 15 tys. osób, w tym 8700 oficerów i podoficerów Wojska Polskiego. W Kozielsku znajdowało się wówczas 5 tys. osób, w tym 4,5 tys. oficerów, w Starobielsku 3920 osób, spośród których prawie wszyscy byli oficerami, w Ostaszkowie - 6750 osób, z których 400 było oficerami, zaś pozostali policjantami i żołnierzami KOP. Obozem kozielskim kierował płk NKWD Koralow, starobielskim - płk NKWD Bierieżkow, zaś ostaszowskim - płk NKWD Borysowiec. Prowadzili oni pod zwierzchnictwem gen. NKWD Zarubina intensywne tzw. badania jeńców, dążąc do poznania ich życiorysów i charakterów pod kątem „przydatności” dla ZSRS.
Od początku kwietnia do połowy maja 1940 r. z obozów tych wywożono w nieznanym kierunku grupy od 60 do 250 jeńców w odstępach jedno-, dwu- i trzydniowych. Wszyscy oni zginęli bez śladu z wyjątkiem 4253 jeńców z obozu w Kozielsku, których zwłoki odnaleziono w 1943 r. w lesie katyńskim k. Smoleńska, na terenie od dawna należącym do NKWD, a także 448 osób, które z ostatnich transportów trafiły do obozów w Pawliszczew Borze, a następnie do Griazowca.
Stanisław Swianiewicz, ekonomista wileński uratowany z transportów kwietniowych, był świadkiem przeładunku jeńców z pociągu do autobusów na stacji Gniazdowo k. Katynia. Autobusy te odjeżdżały z jeńcami w stronę lasu katyńskiego i wracały po jakimś czasie puste.
Przy zwłokach zamordowanego w lesie katyńskim mjr. Adama Solskiego znaleziono w 1943 r. fragment jego pamiętnika, który urywał się na słowach: „…Przywieziono gdzieś do lasu, coś w rodzaju letniska. Tu szczegółowa rewizja. Zabrano zegarek, na którym była godzina 6.30, pytano mnie o obrączkę, zabrano ruble, pas główny, scyzoryk (…)”17.
Ofiary mordu katyńskiego leżały w grobach w takim samym porządku, w jakim wywożono je z Kozielska. W 1943 r. w lesie katyńskim zidentyfikowano zwłoki 2914 polskich jeńców wojennych.
Pozostałych ponad 10 tys. oficerów i innych jeńców polskich z trzech obozów nigdy nie odnaleziono. Istniejące dane wskazują, że zostali oni wymordowani w podobny sposób jak w lesie katyńskim w miejscowości Dergacze w pobliżu Charkowa, w okolicach Bołogoje i Miednoje. Rosyjskie Stowarzyszenie „Memoriał” ogłosiło w połowie 2006 r., że odnotowano na terenie b. Związku Sowieckiego ok. 800 miejsc egzekucji, gdzie mordowano Polaków za czasów Stalina. M.in. w Bykowni, na północno-wschodnich przedmieściach Kijowa, odnaleziono strzępki polskich mundurów i przedmioty, które należały do polskich wojskowych18. Część jeńców mogła trafić na Kołymę, na Kamczatkę lub Czukotkę. Polscy jeńcy wojenni widziani byli koło portu Piestraja Dreswa nad Morzem Ochockim, w rejonie rzeki Sośwy koło Gori, przy budowie kolei z Kołtasu do Workuty i z Jakucka na Kołymę. Według innej wersji, polskich oficerów wieziono barkami przez Morze Białe i barki te zatonęły. Wśród nigdy nieodnalezionych oficerów polskich, których zwłoki spoczywają gdzieś na terytorium ZSRS, byli generałowie: Leon Billewicz, Stanisław Haller, Aleksander Kowalewski, Kazimierz Orlik-Łukoski, Konstanty Plissowski, Franciszek Sikorski, Leonard Skierski i Piotr Skuratowicz; pułkownicy: Konstanty Drucki-Lubecki, Bolesław Szwarcenberg-Czerny, Jarosław Szafran, Alojzy Wir-Konas i ok. 150 innych; 250 majorów, ponad 1000 kapitanów i rotmistrzów oraz tysiące podoficerów. Zginęli prawie wszyscy pracownicy Wojskowego Instytutu Geograficznego, kapelani - jak ks. Antoni Aleksandrowicz i ks. Edmund Nowak, uczeni - jak Zygmunt Mitera, Karol Piotrowski czy Edward Ralski, literaci i działacze społeczni19.
Przez niemal pół wieku Związek Sowiecki konsekwentnie podtrzymywał tezę o swej niewinności za ten mord oraz podejmował nadzwyczajne środki dla obrony takiego stanowiska. Stalin oświadczył Polakom w 1941 r., że owi oficerowie „musieli z pewnością uciec do Mandżurii”. Twierdzenie, że piętnaście tysięcy ludzi z trzech całkowicie odosobnionych obozów położonych na zachód od Wołgi mogło niezauważenie przemierzyć Syberię, było tak absurdalne, jak późniejsze milczenie zachodnich sojuszników Polski - zwycięzców armii Hitlera - wobec faktu tej zbrodni. Z dnia na dzień sowieckie kłamstwa na temat nieznajomości losu jeńców zostały zastąpione szczególnym wyjaśnieniem. Oficjalne czynniki sowieckie kłamliwie twierdziły tym razem, że Polacy zostali zatrudnieni przy pracach budowlanych i „wpadli w ręce niemiecko-faszystowskich oprawców”, kiedy sowieckie oddziały wycofały się z okolic Smoleńska latem 1941 r.
Dopiero 13 kwietnia 1990 r. prezydent Michaił Gorbaczow formalnie przyznał, że winę za zbrodnię katyńską ponosi Związek Sowiecki. Następny cywilizowany krok - formalne publiczne przeprosiny - nigdy nie został dokonany. Obecnie strona rosyjska w pewien sposób powróciła do wcześniejszego stanowiska w sprawie Katynia. Nadal nie przedstawia ona ważnych informacji, które mogłyby pozwolić na zamknięcie sprawy20.
Na początku lat dziewięćdziesiątych ujawniono wiele istotnych faktów, w tym dokumenty na czele z osławioną decyzją o rozstrzelaniu polskich jeńców wojennych, podjętą przez Berię oraz zatwierdzoną przez Politbiuro i Stalina 5 marca 1940 r. Dokument ten, sporządzony na blankiecie NKWD ZSRS, na pierwszej karcie w poprzek tekstu zawiera odnotowaną, zatwierdzającą mord w lesie katyńskim, dekretację: „Za (tu cztery własnoręczne podpisy): J. Stalin, K. Woroszyłow, W. Mołotow, A. Mikojan”. Na marginesie dokumentu odręcznie dopisano: „Kalinin - za, Kaganowicz - za”21.

Konsekwencje zbrodni

Bolszewicy, jako mistrzowie terroru, strategię swych zbrodniczych poczynań wobec bezbronnej, pozostawionej samej sobie przez państwa sojusznicze ludności polskiej opracowali i realizowali w sposób perfekcyjny. Jej ostatecznym założeniem było wyeliminowanie tzw. elementu polskiego z zagrabionych ziem. Zbrodniarze skoncentrowali więc swe plany głównie na tych grupach społecznych, które reprezentowały narodowe aspiracje i kultywowały najcenniejsze dla Polaków wartości.
W pierwszej zatem kolejności sowiecki aparat bezpieczeństwa, dążąc do szybkiego zniszczenia struktur Państwa Polskiego, uderzył w jego filary, tj. wojsko, policję, wymiar sprawiedliwości, administrację cywilną, szkolnictwo, liderów partii politycznych, organizacji społecznych i życia gospodarczego. W konsekwencji osłabieniu uległa elita niepodległościowa, która miała zasadnicze, kreatywne znaczenie dla powstania ruchu oporu i dywersji na zagrabionych ziemiach. Represje wobec tych grup Polaków w języku sowieckiej propagandy określano jako „likwidację wyzyskiwaczy” i przekształcenie „burżuazyjnego społeczeństwa” w „lepsze społeczeństwo bezklasowe” typu sowieckiego.
Za globalny cel Związku Sowieckiego w tym okresie przyjęto konsolidację terytorialną i umocnienie imperium przy krótkowzrocznym założeniu, iż niemiecki kontrahent zawartej niedawno umowy rozbiorowej zadowoli się przyjętym podziałem łupu. Wytyczony cel w stosunku do Polaków realizowano poprzez:
- dopuszczenie się ludobójstwa w następstwie wymordowania polskich jeńców wojennych, stanowiących kwiat inteligencji i trzon polskiej armii, w rozmiarach i zakresie wciąż poznawanych i odkrywanych;
- usunięcie osób potencjalne niebezpiecznych dla systemu sowieckiego bez uciekania się do masowej fizycznej likwidacji w miejscu zamieszkania, poprzez ich rozproszenie, odizolowanie i ograniczenie swobody poruszania się w wyniku akcji deportacyjnych;
- przeprowadzenie tzw. klasowej i narodowościowej czystki na zagrabionych terenach w celu zmarginalizowania znaczenia społeczności polskiej;
- niewolnicze wykorzystanie tzw. siły roboczej uwięzionych i deportowanych Polaków w gospodarce sowieckiej, na odległych i zacofanych cywilizacyjnie terenach;
- rusyfikacja i sowietyzacja pozbawionej wolności ludności polskiej22.
Dokonując deportacji Polaków, Związek Sowiecki zakładał uniemożliwienie realizacji dążeń Polaków do zjednoczenia terenów II Rzeczypospolitej kiedykolwiek w przyszłości. Deportacje prowadzono na zasadzie zbiorowej odpowiedzialności, powodując bezmiar ludzkich nieszczęść, tragedii i rozpaczy o trwających do dzisiaj skutkach.
Represje wobec ludności polskiej doprowadziły do zmiany struktury etnicznej i społecznej zagrabionych ziem, pogłębiły depolonizację wschodnich terytoriów II Rzeczypospolitej. Nastąpił duży napływ rosyjskich rodzin wojskowych i urzędniczych do ośrodków miejskich i na obszary osadnictwa polskiego. Ocalała od represji część polskiej ludności żyła w nędzy, pozbawiona jakichkolwiek perspektyw. Spowodowane wywózkami duże rozproszenie Polaków utrudniało lub uniemożliwiało niesienie wzajemnej pomocy.
Deportowani Polacy, poddawani na zsyłce wyniszczeniu biologicznemu, przechodzili proces degradacji fizycznej i moralnej. Uczyniono ich nędzarzami, rzucono na poniewierkę, ograbiono z dzieciństwa, młodości, radości życia.
Działania aparatu sowieckiego rozbudziły powszechną bojaźń przed represjami u tych, których jeszcze nie zdążono nimi objąć. Terror NKWD wywarł deprymujący wpływ na nastroje wszystkich, obudził strach przed wszechpotęgą reżimu, sparaliżował wolę działania politycznego. Aresztowania i deportacje skutecznie rozbiły polskie przedwojenne struktury państwowe, poderwały bazę dla polskiego ruchu oporu, zniszczyły grupę inteligencji, która była w stanie podjąć próbę ich odbudowy. Poprzez represje doprowadzono do atomizacji polskiego społeczeństwa, czyniąc zeń bezwolny łup sowieckiej władzy.
Sowieckie rozumienie efektów represji sformułowano w trakcie obrad IV sesji RN USRS, w końcu maja 1940 r., w meldunku o brzmieniu następującym: „…rozbite i zlikwidowane zostały klasy eksploatatorskie, obszarnicy, kapitaliści i ich wierna podpora - osadnicy. Równocześnie rozbity został państwowy aparat eksploatatorski byłego szlacheckiego Państwa Polskiego wraz ze wszystkimi jego atrybutami. Na oswobodzonej ziemi stworzono nasz nowy, sowiecki aparat (…)”23.

* * *

W latach osiemdziesiątych na falach radiowych uporczywie zagłuszanej przez władze PRL rozgłośni Radia Wolna Europa emitowana była cotygodniowa audycja o zbrodniach dokonanych na Polakach na Wschodzie i ich tragicznym losie. Powtarzane każdorazowo motto stanowiły - aktualne na zawsze - słowa modlitwy: „Jeżeli ja zapomnę o nich, Ty, Boże, zapomnij o mnie”...

KONIEC


9 Albin Głowacki, „Sowieci wobec Polaków”, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 1998, s. 331-332.
10 Op. cit., s. 334-337.
11 Op. cit., s. 341-342.
12 Op. cit., s. 333; por. również Andrzej Albert, „Najnowsza historia Polski 1918-1980”, Puls Publications Ltd, Londyn 1991, s. 322.
13 Albin Głowacki, op. cit., s. 350-355, por. również Andrzej Albert, op. cit., s. 322.
14 Andrzej Albert, op. cit., s. 322.
15 Albin Głowacki, op. cit., s. 393-396.
16 Op. cit., s. 397-399.
17 Andrzej Albert, op. cit., s. 324-325.
18 Op. cit., s. 325; por. również Allen Paul, „Katyń. Stalinowska masakra i tryumf prawdy”, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 373.
19 Andrzej Albert, op. cit., s. 325-326.
20 Allen Paul, op. cit., s. 11-12, s. 371-372.
21 Op. cit., s. 376-379.
22 Albin Głowacki, op. cit., s. 408-410.
23 Op. cit., s. 410.

Tradycje bożonarodzeniowe w Polsce i na świecie

2014-12-22 13:23

oprac. kw (KAI) / Warszawa / KAI

Od wieków chrześcijanie na całym świecie w różnorodny sposób obchodzą święta Bożego Narodzenia. Choinka jest znana niemal wszędzie, choć w Burundi przystraja się bananowca, a w Indiach drzewko mango. Najsłynniejszą kolędę „Cicha noc" przetłumaczono na 175 języków, najpiękniejsze szopki są podobno we Włoszech, a we Francji jada się podczas Wigilii ostrygi.

BOŻENA SZTAJNER

Korzenie tradycji związanych z Bożym Narodzeniem sięgają odległych czasów. Nierzadko zwyczaje te wywodzą się jeszcze z rytuałów pogańskich, na których miejsce wprowadzano później święta chrześcijańskie, nadając im zupełnie nowe znaczenie. Znacząca jest tu data. W wielu kulturach w przeróżny sposób starano się podczas przesilenia zimowego „przywołać” słońce z powrotem na ziemię i sprawić, aby odrodziła się przyroda.

Istotny jest także rys eschatologiczny świąt Bożego Narodzenia. Miejsce zostawiane przy wigilijnym stole przeznaczano dla „przybysza”, czyli dla duchów przodków. W Polsce zwyczaj ten upowszechnił się w XIX wieku. Miał on wówczas wymowę patriotyczną – dodatkowe nakrycie symbolicznie zarezerwowane było dla członka rodziny przebywającego na zesłaniu na Syberii.

Boże Narodzenie było także czasem wróżb. Wyjątkowość tego dnia polegała na tym, że jego przebieg miał znaczący wpływ na cały nadchodzący rok. Jedną z polskich tradycji jest kładzenie siana pod wigilijny obrus. Ciągnięto z niego słomki – im dłuższa, tym więcej pomyślności czekało danego człowieka w następnym roku. Jeszcze dzisiaj dość powszechna jest wiara w to, że w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Podsłuchujący je ludzie dowiadywali się ponoć najczęściej o zbliżającej się śmierci własnej albo kogoś z rodziny.

Chrześcijaństwo od początku swego istnienia nadało tym zwyczajom nowy sens, wytworzyło też swoje obrzędy. Niestety we współczesnej, zeświecczonej kulturze często zapomina się o chrześcijańskich źródłach tego święta.

ŻŁÓBEK

Żłóbek w dzisiejszej postaci zawdzięczamy św. Franciszkowi. Historia tej tradycji jest jednak znaczenie dłuższa i sięga piątego wieku. Wtedy, jak głosi podanie, żłóbek Jezusa przeniesiono z Betlejem do Rzymu i umieszczono w bazylice Matki Bożej Większej. Także Pasterkę w Rzymie odprawiano początkowo tylko w tym kościele.

To we Włoszech zaczęto w uroczystość Bożego Narodzenia wystawiać żłóbki, w których umieszczano figury Świętej Rodziny, aniołów i pasterzy. Do rozpowszechnienia tego zwyczaju przyczynił się św. Franciszek. Z przekazów pozostawionych przez jego biografa – Tomasza z Celano – wiemy, że w wigilijną noc Biedaczyna z Asyżu zgromadził w grocie w miejscowości Greccio okolicznych mieszkańców i braci, by w prosty sposób pokazać im, co to oznacza, że „Bóg stał się człowiekiem i został położony na sianie ". W centrum jaskini leżał wielki głaz, pełniący rolę ołtarza. Przed nim bracia umieścili zwykły kamienny żłób do karmienia bydła, przyniesiony z najbliższego gospodarstwa. W pobliżu, w prowizorycznej zagródce, stało kilka owieczek, a po drugiej stronie wół i osioł. Jak pisał kronikarz, zwierzęta „zaciekawione, wyciągające szyje w stronę żłobu, pochylając się i jakby składając pokłon złożonej w nim figurce przedstawiającej dziecię Jezus". Postaci do szopki wybrano spośród obecnych braci i wiernych. Zapalonymi pochodniami św. Franciszek rozjaśnił niebo, a w lesie ukryli się pasterze, którzy na dane hasło wznosili gromkie okrzyki. Do dziś szopka w Greccio przyciąga corocznie rzesze turystów.

Obecnie najsłynniejsze są szopki toskańskie, sycylijskie i neapolitańskie. W Szwajcarii, w Niemczech i w Austrii modne są żłóbki „grające". W Polsce do najbardziej znanych należą szopki krakowskie, prawdziwe arcydzieła sztuki ludowej. Powstanie tej tradycji przypisuje się murarzom i cieślom. Nie mając zatrudnienia w zimie, chodzili oni z takimi szopkami-teatrzykami od domu do domu i tak zarabiali na swe utrzymanie. Wzorem architektonicznym był dla nich przede wszystkim kościół Mariacki, ale wykonywano także miniatury Wawelu, Sukiennic i Barbakanu. Od 1937 r. z inicjatywy Jerzego Dobrzyckiego odbywa się konkurs na najpiękniejszą „Szopkę Krakowską”.

Już w średniowieczu wystawiono przy żłóbkach przedstawienia teatralne zwane jasełkami. W Polsce najbardziej znanym utworem tego gatunku jest „Polskie Betlejem" autorstwa Lucjana Rydla.

WIECZERZA WIGILIJNA

Uroczystość Bożego Narodzenia wprowadzono do kalendarza świąt kościelnych w IV wieku. Dwieście lat później ustaliła się tradycja wieczornej kolacji, zwanej wigilią. Wieczerza wigilijna jest niewątpliwie echem starochrześcijańskiej tradycji wspólnego spożywania posiłku, zwanego z grecka agape, będącego symbolem braterstwa i miłości między ludźmi. Gdy w drugiej połowie IV w. Synod w Laodycei zabronił biesiadowania w świątyniach, zwyczaj ten przeniósł się do domów wiernych. W Polsce Wigilię zaczęto obchodzić wkrótce po przyjęciu chrześcijaństwa, choć na dobre przyjęła się dopiero w XVIII w.

Wigilia (łac. czuwanie) – pierwotnie oznaczała straż nocną i oczekiwanie. W słowniku kościelnym nazywa się tak dzień poprzedzający większe święto. Dawniej w każdą wigilię obowiązywał post. Do stołu wigilijnego siadano, gdy zabłysła pierwsza gwiazda. Miała ona przypominać Gwiazdę Betlejemską prowadzącą pasterzy i magów do Betlejem.

Na wschodzie Polski i na Ukrainie pierwszą potrawą jest kutia – pszenica lub jęczmień zaprawiana miodem, migdałami i śliwkami. Po modlitwie i czytaniu Pisma Świętego następuje podzielenie się opłatkiem, który jest symbolem Eucharystii.

W północnej Anglii jeszcze do połowy XX wieku podawano w Wigilię „mugga”, czyli owsiankę z miodem. Zwyczaj ten pochodził jeszcze z czasów Wikingów. W Szkocji tradycyjnie spożywa się „Athol Brose” – owsiankę z whisky.

W Walii tradycją jest Calennig – jabłko, ustawione na trójnogu z patyczków, naszpikowane migdałami, goździkami i innymi przyprawami oraz przybrane zielenią. Chodzące po kolędzie dzieci ofiarowują je w zamian za małe datki.

W Norwegii podczas Wigilii podaje się żeberka świni i gotowane mięso owcze lub specjalne danie przygotowane z solonej i gotowanej ryby, która wcześniej leżała w ługu sodowym przez 2-3 dni. Potrawę tę, podawaną z boczkiem, nazywa się Lutefisk.

W Szwecji tradycyjna uczta wigilijna składa się z rozmoczonej suszonej ryby, galarety, wieprzowej głowizny i chleba. We Włoszech podaje się ravioli z mięsnym farszem i ciasto drożdżowe z korzeniami. W Danii je się słodki ryż z cynamonem i pieczoną gęś z jabłkami.

Peruwiańskim przysmakiem podczas świąt Bożego Narodzenia są świnki morskie. Mięso tych zwierząt ma niewiele tłuszczu i jest tanie, dlatego może być świetną alternatywą dla wieprzowiny. Tradycja jedzenia świnki morskiej jest bardzo silna w andyjskich krajach. Na dowód tego, w katedrze w dawnej stolicy imperium Inków – Cusco, na obrazie przedstawiającym ostatnią wieczerzę, Chrystus i jego uczniowie jedzą właśnie świnkę morską.

Tradycyjnie w całej Ameryce Łacińskiej na Wigilię nie może zabraknąć kakao z mlekiem i babki z rodzynkami, zwanej „panetón" (od słowa „pan”, które oznacza chleb). Jest to zwyczaj pochodzący z Włoch, ale rozpowszechniony w wielu krajach. Ostatnio coraz popularniejszy staje się też szampan, którym jest musująca „sidra", czyli wino z jabłek.

PASTERKA

Pasterka jest pamiątką z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy nabożeństwa nocne należały do stałej praktyki Kościoła. Pierwsze Msze św. o północy 24 grudnia sprawowano w Betlejem. W Rzymie zwyczaj ten znany był już za czasów papieża Grzegorza I Wielkiego, pasterkę odprawiano przy żłóbku Chrystusa w bazylice Matki Bożej Większej. Charakter tej liturgii tłumaczą pierwsze słowa invitatorium, wprowadzenia do Mszy: „Chrystus narodził się nam. Oddajmy mu pokłon".

CHOINKA

Zwyczaj ten pochodzi jeszcze z czasów pogańskich, rozpowszechniony był wśród ludów germańskich. Wierzono, że szpilki jodłowe chronią przed złymi duchami, piorunem i chorobami. W czasie przesilenia zimowego zawieszano u sufitu mieszkań jemiołę, jodłę, świerk lub sosenkę jako symbol zwycięstwa życia nad śmiercią. Kościół chętnie ten zwyczaj przejął. Choinka stawiana była na znak narodzin Jezusa Chrystusa – rajskiego drzewka dla ludzkości.

Starożytni Rzymianie ozdabiali swoje domy wiecznie zielonymi roślinami, np. jemiołą, bluszczem, laurem, kiedy przygotowywali się do obchodów przypadających w dniach 17-24 grudnia święta boga urodzaju, Saturna. Odbywały się wtedy procesje ze światłem i obdarowywano się prezentami.

Najstarsze pisemne świadectwo o ozdobionym na Boże Narodzenie drzewku pochodzi z 1419 r. Wtedy to niemieccy piekarze z Fryburga ustawili choinkę w szpitalu Świętego Ducha, przybierając ją owocami, opłatkami, piernikami, orzechami i papierowymi ozdobami. Od XVI w. zwyczaj ten rozpowszechnił się wśród cechów i stowarzyszeń w miastach, a także w domach starców i szpitalach.

Do Polski zwyczaj stawiania choinek w domach przeniósł się z Niemiec w XVIII w. Jednak już znacznie wcześnie w naszym kraju przybierano dom na wigilię Bożego Narodzenia. W izbie zawieszano podłaźniczkę i sad oraz ustawiano snopy zboża.

Podłaźniczka jest to choinka z uciętym wierzchołkiem, przybrana jabłkami i orzechami i zawieszana nad drzwiami sieni. W domu stawiano ją w kącie centralnego pomieszczania, tzw. czarnej izby. Była symbolem życiodajnej siły słońca, stanowiła ochronę gospodarstwa od złych mocy i uroków.

Zwyczaj choinkowy rozpowszechniony jest niemal na całym świecie. W święta Bożego Narodzenia umieszcza się choinki w kościołach i domach, na placach i w wystawowych oknach. Najdroższą choinkę wystawiła pewna firma jubilerska w Tokio, w 1975 r. Oceniono ją na blisko trzy miliony dolarów. Najwyższa choinka stanęła przed wiedeńskim ratuszem w tym samym roku, a liczyła 30 metrów.

W Burundi tradycyjną bożonarodzeniową choinkę zastępują bananowce. Znaleźć je można w każdej szopce w tym kraju. Zgodnie z lokalną tradycją symbolizują one szacunek, z jakim witany jest rodzący się Jezus. Banan jest w Burundi symbolem przywitania gościa, dlatego nawet gdy prezydent kraju udaje się z wizytą do jakiegoś miasta, to trasę jego przejazdu dekoruje się młodymi bananami.

W Indiach w roli choinek występują drzewka mango. Tak samo przybiera się je ozdobami i słodkościami.

KOLĘDY

W dorobku kulturalnym i folklorystycznym Polska jest jednym z krajów, które mają najwięcej kolęd. Nasza tradycja zna ich blisko 500.

Najbardziej znaną, choć nieznanego autorstwa, jest „Cicha noc" śpiewana w 175 językach, w najodleglejszych zakątkach świata. Po raz pierwszy kolędę tę wykonano z akompaniamentem gitary podczas pasterki w 1818 r. w kościele św. Mikołaja w Oberndorfie koło Salzburga. W następnych latach śpiewano ją na dworze cesarza Franciszka Józefa. Zarejestrowano już ponad tysiąc wersji tej kolędy.

W Polsce z kolędowaniem łączy się zwyczaj przebierańców. Pierwotnie, już od XVI w. Polsce żacy, dziś chłopcy przebierają się za Heroda, trzech króli, śmierć, pasterzy, turonia. Śpiewają kolędy, niosą szopkę lub gwiazdę. W czasie od Bożego Narodzenia do uroczystości Objawienia Pańskiego obchodzą domy i zbierają dary.

ŻYCZENIA I PODARKI

Łącznie w całym świecie liczba wysyłanych kartek bożonarodzeniowych sięga kilku miliardów. W krajach anglosaskich jest to zwyczaj tak popularny, że na jedną osobę przypada średnio kilkanaście świątecznych kart. Istnieją całe firmy wydawnicze specjalizujące się w tej dziedzinie.

W USA dzieci telefonują do św. Mikołaja, a ten zjeżdża tam na spadochronie, bądź przyjeżdża na saniach. Warto zauważyć, że jego współczesny wizerunek – gromko śmiejącego się brodacza w czerwonym kaftanie wymyśliła Coca-Cola. Koncern ten użył w swojej reklamie postaci św. Mikołaja po raz pierwszy w 1930 r.

W Anglii dzieci stawiają w przedsionku swoich pokoi buty lub pończochy, a św. Mikołaj napełnia je w nocy łakociami. W Holandii przyjeżdża na białym koniu, a dzieci piszą do niego listy. Ma w różnych krajach różne nazwy: Santa Claus, Pan Heilige Christ, Befana, Dziadek Mróz.

Prezenty we Francji przynoszą, w zależności od regionu i rodzinnych tradycji, Aniołek, Dzieciątko Jezus lub, najpopularniejszy i najbardziej podobny do św. Mikołaja, „Pere Noël”. Pozostawia on, niezauważony, podarki w świąteczny poranek 25 grudnia. Wieczorem 24 grudnia należy zostawić pod choinką parę własnych butów, aby Pere Noël wiedział, gdzie położyć nasz prezent.

BOŻE NARODZENIE W EUROPIE ZACHODNIEJ

Święta Bożego Narodzenia w Wielkiej Brytanii już dawno zatraciły swój religijny charakter i stały się po prostu dniami wolnymi od pracy, kiedy to można najeść się do syta, odebrać prezenty, odwiedzić rodzinę i znajomych i nacieszyć oko świątecznymi ozdobami.

O godzinie 15.00 cały kraj zamiera przed telewizorami, gdyż o tej porze królowa wygłasza doroczne, dziesięciominutowe przemówienie do swoich poddanych. Słuchają go obowiązkowo wszyscy – nawet antymonarchiści. Pod koniec obiadu pociąga się tzw. crackersy, czyli ładnie opakowane tubki tekturowe, w których znajduje się kapiszon, wybuchający przy rozrywaniu papieru, a także drobne bibeloty i żarty (na ogół kompletnie niezrozumiałe dla cudzoziemców) zapisane na kawałku papieru. Mężczyźni po obiedzie często wymykają się do lokalnego pubu, a żony sprzątają i zmywają stosy naczyń.

Występuje tam zwyczaj całowania się pod jemiołą, praktykuje się go szczególnie na biurowych, przedświątecznych „parties”, odbywających się bądź to w biurach, bądź też w wynajętych salach pubowych. Tradycyjne też bogato dekoruje się ulice, sklepy i domy prywatne.

W Irlandii nadal jeszcze utrzymuje się w Wigilię starodawny zwyczaj stawiania w oknie zapalonej świecy, mającej wskazywać drogę obcemu wędrowcowi i gotowość przyjęcia go pod dach, tak jakby się przyjmowało Świętą Rodzinę. Na wsiach przed świętami myje się domy i budynki gospodarskie oraz bieli je wapnem na cześć nadchodzącego Chrystusa.

We Francji Boże Narodzenie obchodzi się przede wszystkim jako święto rodzinne, które niestety wiele straciło ze swego religijnego charakteru. Można to zrozumieć w kraju, w którym stale praktykuje zaledwie 8 proc. z 70 proc. jego mieszkańców, deklarujących się jako katolicy. W dni ważnych świąt kościelnych notuje się jednak znacznie wyższy, dochodzący do blisko 30 proc., napływ ludzi do kościołów. Drugi dzień świąt jest normalnym dniem roboczym.

We Francji na świateczny stół podaje się ostrygi, kaszankę i pieczonego indyka. W zachodniej Europie coraz częściej, szczególnie w dużych miastach, na świąteczny obiad wychodzi się cała rodziną do dobrej restauracji.

Tradycyjne francuskie desery to „buche de Noël” – bożonarodzeniowe polano i „mendiants” – żebracy. Pierwsza z tych potraw to rolada z kremem lub lodami, imitująca grubą gałąź – polano, które niegdyś wkładano do kominka, by ogrzało dom po powrocie rodziny z pasterki. Ciasto polewa się czekoladą i ozdabia motywami „leśnymi”. Mendiants, znane głównie na południu kraju, to kruche okrągłe ciasteczka, bogato ozdobione bakaliami, które oznaczać mają brązowe kolory habitów zakonów żebraczych.

Niewątpliwie do najważniejszych atrakcji świątecznego stołu należą też czekoladki. W wielu domach robi się jeszcze okrągłe miękkie czekoladki, ale na ogół są one kupowane. Paczuszka eleganckich czekoladek z renomowanej cukierni stanowić może doskonały prezent pod francuską choinkę.

Francuzi zwracają też ogromną uwagę na wina, które towarzyszą świątecznym potrawom, a szampan (w najgorszym wypadku dobre wino musujące) jest nieodłącznym elementem świątecznego posiłku.

W Wielkiej Brytanii w dzień Bożego Narodzenia obowiązkowo na stole pojawia się indyk, z farszem (ale podawanym osobno) z bułki tartej i przypraw oraz brukselka. Na deser pudding na gorąco, czyli gotowana na parze masa z suszonych owoców, bułki tartej i łoju, podawany z gęstymi sosami na bazie brandy lub rumu, podaje się ponadto „mince pies”, czyli ciastka nadziewane suszonymi owocami i czekoladową roladę albo tort z twardym jak kamień lukrem. Wieczorem je się na ogół zimną wędlinę, przede wszystkim szynkę.

Francja nie zna opłatka i zwyczaju dzielenia się nim, a jego rolę w instytucjach spełniają spotkania z okazji tradycji „migdałowego króla”. Organizuje się je od Trzech Króli w praktyce przez cały styczeń wokół okrągłego ciasta drożdżowego bądź francuskiego z migdałowym nadzieniem. Są one okazją do składania życzeń współpracownikom, wyborcom, klientom itp. Podobnie, kartki z życzeniami (raczej noworocznymi niż świątecznymi) wysyłane są z reguły dopiero po Nowym Roku i przychodzą przez cały styczeń.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Spotkanie opłatkowe w Sejmie

2018-12-14 14:40

dg / Warszawa (KAI)

Metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz poświęcił opłatki, którymi dzielili się dziś polscy parlamentarzyści. W przemowie zaznaczył, że jako chrześcijanie pragniemy, by wszyscy potrafili uszanować to, że Polska i Europa wyrasta z kultury chrześcijańskiej. Życzenia wygłosili również marszałkowie Sejmu i Senatu.

Twitter.com

Zebranych parlamentarzystów oraz gości przywitał marszałek Sejmu Marek Kuchciński oraz jako pierwszy złożył życzenia: „Chciałbym życzyć przede wszystkim, żeby ta wyjątkowa atmosfera świąt Bożego Narodzenia trwała każdego dnia. Niech inspiruje i zachęca do wspólnego budowania dobrej przyszłości Polski. Pragnę życzyć Państwu, byśmy wypełniali na co dzień przesłanie płynące ze świąt Bożego Narodzenia, aby nasze prace i nasze wspólne starania pomagały zawsze przywracać nadzieję i radość w każdym polskim domu”. Życzył również sukcesów w działalności poselskiej i senatorskiej oraz w życiu rodzinnym. „Niech Gwiazda Betlejemska zawsze wskazuje nam drogę, tę największą i najważniejszą” – zakończył.

Głos zabrał również marszałek Senatu Stanisław Karczewski.

– „Bóg się rodzi, moc truchleje” to słowa pięknej polskiej kolędy, które pokazują nam moc, pokazują również jak wiele spraw, którymi zajmujemy się, które są dla nas ważne, wydaje się że fundamentalne – karleją, stają się nieważne. W ten ważny dzień przyjścia Pana Jezusa na świat spotykamy się w gronie rodzinnym, przy stole wigilijnym, dzielimy się opłatkiem spożywamy wieczerzę wigilijną , kontynuujemy tradycję polską i chrześcijańską, w której zostaliśmy wychowani i którą przekazujemy naszym dzieciom, naszym wnukom. Rodzina rodzin to nasz naród, to cała Polska. Cała Polska celebruje i raduje się z przyjścia Pana Jezusa na świat – mówił marszałek Senatu.

Zauważając, że znane są podziały w sporach politycznych, zwrócił uwagę na to, że w roku 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości towarzyszyła świadomość, iż biało-czerwona łączy. „Życzę, abyście Państwo przy stołach wigilijnych, świątecznych, rozmawiali o wszystkich problemach, ale w spokoju, i mieli czas dla rodziny, bo tak bardzo nam, parlamentarzystom, brakuje rodziny”.

Duszpasterz parlamentarzystów, ks. Piotr Burgoński, odczytał następnie fragment ewangelii św. Łukasza o narodzeniu Pana Jezusa.

Opłatki i zebranych pobłogosławił metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz.

– Gromadzimy się przy stołach na wzór stołu w domu rodzinnym, z różnych motywów. Chcemy być na wzór wspólnoty rodzinnej, w której ten stół wigilijny ma największe uzasadnienie, dlatego że chcemy być blisko siebie w tym dniu. Gromadzimy się z motywów głębokiej wiary, ale czasem przychodzimy ze zwyczaju, tradycji. I chcę zaznaczyć, że mamy prawo. Mówi się dziś o tzw. chrześcijaństwie kulturowym. Ale przyjmujemy przy tym stole także wszystkich, którzy przychodzą z jeszcze innych motywów i szanujemy te postawy – mówił kardynał.

Zaznaczył, że jako chrześcijanie pragniemy, by wszyscy potrafili uszanować to, że Polska i Europa wyrasta z kultury chrześcijańskiej. „Nawet jeżeli ta ewangelia, którą przeczytaliśmy przed chwilą, nie jest przez nas przyjmowana do końca z motywów wiary. Ona mówi o wydarzeniu, które miało miejsce w Betlejem, które nazywamy narodzeniem się Syna Bożego i wcieleniem, wejściem Boga w ludzką historię. Bóg stał się człowiekiem dla nas i naszego zbawienia. Człowiek i jego zbawienie, jego dobro, są celem podstawowym tajemnicy wcielenia” – mówił.

Wskazał, że to również cel podstawowy dla parlamentarzystów. „Służycie człowiekowi i dobru wspólnemu, poczynając od rodziny, poprzez wspólnotę miasta, wioski, aż po wspólnotę naszej ojczyzny. To dwa podstawowe słowa: człowiek i dobro wspólne, dla których wasza praca jest piękna.

Kardynał zauważył, że w przyszłym roku minie 20 lat od wizyty Jana Pawła II w polskim parlamencie i wyraził przekonanie o aktualności ówczesnego przesłania papieża: „To ukierunkowanie na człowieka, na dobro wspólne, sprawia, że polityka może być – jak mówił papież – piękną, roztropną troską o dobro wspólne. Jeżeli te dwa słowa i rzeczywistości, które za nimi stoją, przyświecają pracy polityków, to nawet spory, jeśli się zdarzają, są o coś i mogą być bardzo konstruktywne, przynosząc pozytywne owoce. Kiedy tych rzeczywistości w perspektywie wzroku człowieka nie ma, wtedy spór może stać się niebezpieczny dla wspólnoty ludzkiej”.

– Życzę wam, państwo, aby wasza praca, piękna służba człowiekowi, dobru wspólnemu, Polsce, była zawsze piękną i roztropną troską o człowieka i dobro wspólne – zakończył metropolita warszawski.

Spotkaniu opłatkowemu towarzyszył śpiew kolęd w wykonaniu zespołu Mazowsze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem