Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

Bóg nas stworzył wolnymi

2018-03-14 11:03

Rozmawia Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 11/2018, str. 18-21

Archiwum autora

„W Europie jesteśmy obiektami zarządzanymi przez władzę, w USA to my zarządzamy naszą władzą i jesteśmy wolnymi obywatelami.” – mówi „Niedzieli” Wojciech Cejrowski, podróżnik, komik, przedsiębiorca zamieszkały w Arizonie.

TOMASZ WINIARSKI: - Co roku ucieka Pan przed śniegiem i mrozem na swoje ranczo w Arizonie. W jednym z wywiadów przyznał Pan, że nie zimował w Polsce od połowy lat 80-tych... Dlaczego to właśnie preria skradła serce „Naczelnego Kowboja RP”?

WOJCIECH CEJROWSKI: - Zakochałem się. W ziemi, w nieograniczonym nieskończonym pejzażu prerii, w klimacie zimy, gdzie temperatura normalna w grudniu to 20 stopni. Ale przede wszystkim kocham wolność osobistą. Bóg nas stworzył wolnymi, człowiek powinien być wolny, ma być wolny, ma szukać wolności, ma wybierać, a nie być przymuszanym. W Europie stale jestem do czegoś przymuszany przez Państwo Polskie, przez Unię Europejską - przymus szczepień, przymus szkolny, obowiązek meldunkowy, a w USA jestem człowiekiem wolnym, który wybiera czy chce się szczepić, czy chce chodzić do szkoły czy woli uczyć w domu. Pan Bóg pozwala nam wybierać, nawet, gdy wybieramy źle. Pan Bóg traktuje nas jako osoby z wolną wolą, a nie jako obiekty, którymi się zarządza.

- W 2014 roku ukazała się Pana kolejna książka „Wyspa na prerii”. Opowiada ona o życiu na południu USA na pograniczu. Czym Arizona różni się od rzeczywistości znanej z Unii Europejskiej?

- Ta książka opowiada o tym przez 300 stron. Nie mamy 300 stron w "Niedzieli". Najkrócej: w Europie jesteśmy obiektami zarządzanymi przez władzę, w Arizonie to my zarządzamy naszą władzą i jesteśmy wolnymi obywatelami i suwerenami swojego państwa. W Arizonie policjant nie może mnie zatrzymać bez powodu do kontroli drogowej - wolno mu zawracać mi głowę tylko wtedy, gdybym dokonał wykroczenia, ale nigdy prewencyjnie. W Arizonie mam własność (ziemi, domu, tego co pod ziemią) - w Europie tylko pozory własności. Mój dom w Polsce nie jest moją własnością skoro nie mogę go zburzyć ani wybudować bez zezwolenia. A w Arizonie na mojej ziemi robię co mnie się podoba bez pytania władzy o pozwolenie: sadzę i wycinam drzewa, biję studnie, szukam sobie ropy naftowej, kupuję i sprzedaję moje krowy, strzelam do jeleni. W Polsce nie mogę nawet wytępić kretów we "własnym" ogrodzie, a gdybym znalazł pod moim domem węgiel, to on nie należy do mnie lecz do państwa. Za wodę z własnej studni muszę płacić. Granda, zniewolenie, system feudalny.
Dla Polaka moje życie w Arizonie jest równie egzotyczne co opisywane w innych moich książkach życie Indian w Amazonii. Z tą różnicą, że... życie w Polsce nie może być takie jak w Amazonii, ale mogłoby być takie jak w Arizonie. Jesteśmy stworzeni do wolności, więc moim zdaniem Bóg chce byśmy się wolności domagali. I dlatego do dzisiaj śpiewam: Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie. Brak wolności jest cierpieniem.

Jarosław Sosiński©W. Cejrowski

- W Pana gabinecie w Arizonie obok zdjęcia Donalda Trumpa wisi inny amerykański prezydent – Ronalda Reagan. Czy jest coś co łączy obu tych prezydentów? Czy Trump to kontynuator doktryny Ronalda Reagana?

- Dla obu doktryną była wolność osobista obywateli. Obaj startowali w młodości z pozycji raczej liberalnych np. w kwestii aborcji (wolny wybór osobisty, niech każdy robi jak uważa), a potem, przechodzili głęboką przemianę i już jako prezydenci bronili życia. Obaj modlili się publicznie, z urzędu. To ważne, gdy król, czy prezydent, modli się w imieniu narodu, za powierzony sobie w opiekę kraj. Bardzo ważne. Proszę poczytać Stary Testament.
Ale za moimi plecami, wisi też Matka Boża Częstochowska. Mam ją z tyłu głowy w sensie dosłownym i w sensie przenośnym. Jestem korespondentem zagranicznym, nadaję z USA i to co Pan widzi, to są dekoracje wystawione w "studiu telewizyjnym", ale też są to ważne symbole, rekwizyty, znaki dla Widza. Podobnie jak ważne rekwizyty i dekoracje w teatrze. One coś mówią, coś znaczą.
Kiedy nadaję korespondencje z Polski, wówczas też mam za plecami Częstochowską, a także za moim prawym ramieniem, figurę Mojżesza, który w jednej ręce trzyma kamienne tablice, a palcem drugiej ręki grozi bałwochwalcom i wskazuje niebo.

- Wspomniał Pan o publicznej modlitwie polityka pełniącego urząd. W Europie takie zachowanie zostałoby uznane za złamanie zasady świeckości państwa…

- To są właśnie te europejskie bzdury i zniewolenie osobiste. Bo: państwo ma być świeckie, ale już obywatel prezydent ma pełne prawo być religijny. Skoro naród wybiera sobie religijnego prezydenta to jakim prawem i czyim zabraniać osobie wybranej wolą narodu, by modliła się publicznie? Naród chciał rozmodlonego, to naród ma i nikomu nic do tego!

- Prezydentów Reagana i Trumpa łączy chyba również wyjątkowa sympatia do Polski. Sam Pan mówił, że Trump dosłownie zakochał się w naszym kraju, naszej historii.

- Owszem zakochał się. Gdy mu przygotowano przemówienia do wygłoszenia w Polsce to pewnie pierwszy raz w życiu poczytał sobie jakim narodem jesteśmy. A potem widział entuzjazm tłumu, gdy przemawiał pod pomnikiem Powstania Warszawskiego. W innych krajach Europy witały go gwizdy, skwaszona Merkel, nieprzyjemny Francuz, a w Polsce szczere wiwaty. Tę jego sympatię do Polski należy wykorzystać. Polska powinna już dawno otworzyć w Waszyngtonie firmę zajmującą się lobbingiem na rzecz RP. Inne kraje to robią. Polonia Amerykańska, Kongres i inne organizacje polonijne są nie do tego - one powstawały w innych celach. Lobbing polityczny to osobna branża i mamy w Ameryce ludzi do tego, których warto zatrudnić. Jest profesor Chodakiewicz, jest Max Kolonko, jest kilku Amerykanów znających Polskę. Brzeziński to było dawno, poza tym to był lewak, trzeba się oprzeć na nowej krwi.

- Donald Trump obiecał ograniczyć liberalne prawo aborcyjne w USA. Dzięki temu zyskał wiele głosów ze strony chrześcijańskich środowisk pro-life. Poczynił realne postępy w walce z aborcją, jednak czy uda mu się zrealizować tę obietnicę w pełni?

- Trump jest skuteczny od urodzenia. Walczy wytrwale. Dotrzymuje obietnic. Robił to jako przedsiębiorca i robi to teraz. Ukończył szkołę kadetów i potem w biznesie był jak żołnierz, wojownik. Z Bożą pomocą pokona lewaków. Dla naszego własnego dobra powinniśmy się za niego modlić, o co z resztą często publicznie prosi. To dobry znak. Żadna gwarancja, ale... gdy Bóg z nami, wówczas źli ludzie będą pokonani.
Zakaz aborcji, gdy ktoś o nim wspomina w Polsce, wydaje się całkowicie niemożliwy, więc po co gadać o mrzonkach - dlatego Jarosław Kaczyński wciąż nam obiecuje w kampaniach wyborczych jedno a potem w Sejmie szuka "rozsądnego kompromisu". Czy Pan Jezus szukał kompromisów, czy szedł na całość? Trump w kampanii wyborczej szedł na całość i teraz jako prezydent punkt po punkcie realizuje obietnice wyborcze i robi to w sposób DOSŁOWNY. Demokratów to wkurza, protestują, a Trump im odpowiada: przecież dokładnie to i to obiecywałem w kampanii, wybrano mnie , więc teraz mam OBOWIĄZEK zrealizować moje obietnice wyborcze, a nie jakiś "rozsądny kompromis".
Poparcie dla aborcji w USA maleje. Wyrok sądu Najwyższego sprzed lat nie jest wyrokiem na zawsze, Kongres jest od ustanawiania nowych praw, od zmieniania praw starych, złych, nieaktualnych na nowe. Nie widzę powodu dla którego nie można by wprowadzić w USA zakazu aborcji. Nie widzę też powodu, dla którego miałoby to być niemożliwe w Polsce. Tylko że w Polsce nie widzę polityka, który gotów byłby najpierw obiecać, a potem wykonać. Widzę tylko takich, którzy obiecują.

- W USA prawo do posiadania broni gwarantuje Konstytucja. Dla wielu Amerykanów to jedna z najważniejszych swobód obywatelskich. Czy widzi Pan szansę, by nasze polskie ustawodawstwo zostało w tej kwestii zreformowane na wzór amerykański?

- Polacy na razie żyją w iluzji, że mamy wolność i wolną Polskę. A moim zdaniem o wolność trzeba zawalczyć i ją odzyskać. Wtedy dopiero mielibyśmy szansę wybudować wolne Państwo dla wolnych obywateli i PODMIOTÓW, suwerenów, a nie przedmiotów, którymi jesteśmy teraz. Nie ma co reformować Konstytucji Kwaśniewskiego, który jest komunistą i wiele lat służył Moskwie. Stare worki trzeba wywalić, i wlać nowe wino w nowe bukłaki. Trzeba nowego świeżego fermentu, trzeba nowej woli zbudowania Państwa Polskiego. BUDOWY, a nie reformy. A my reformujemy ten stary barak skonstruowany przez sowieckiego okupanta, zarządzany przez kolaborantów. Barak trzeba rozwalić i zbudować całkiem nowy... pałac, całkiem nową Polskę, na fundamencie wolności, czyli.. na fundamencie bożym.
Powinniśmy zostać monarchią konstytucyjną, skoro mamy legalnie wybranych i urzędujących monarchów: Matkę Bożą Królową Polski i Chrystusa Króla intronizowanego w zeszłym roku. Gdyby tak to zapisać w nowej Konstytucji, wówczas cała reszta paragrafów byłaby ustawiona w prawidłowym porządku. Skoro królem jest Chrystus, to prawo do życia obywateli jeszcze nienarodzonych staje się oczywiste, tak jak oczywiste jest prawo do życia obywateli urodzonych.
A wie Pan skąd wynika prawo do posiadania broni w USA? Z prawa do życia. Skoro mam prawo do życia, muszę też mieć prawo mego życia bronić, i do tej obrony mam prawo dobrać sobie takie narzędzia jakie ja uznaję za stosowne. Mogę do obrony przed bandytami wybrać telefon na policję, ale mogę też wybrać karabin zamiast telefonu. Moje życie - mój wybór. Tak to jest u mnie w Arizonie. Nikt tu nikogo nie zmusza do posiadania broni, ale wszyscy roztropni mają ją w domu i ćwiczą się w stosowaniu. Jedziemy do sąsiada na grilla i postrzelać.
Władza podlega kontroli obywateli tylko wtedy, gdy obywatele mogą powstać zbrojnie przeciwko wyrodnej władzy lub tyranii. A w Polsce i w Europie (poza Szwajcarią) tylko władza ma broń i prawo jej stosowania przeciwko obywatelom.

- Samo prawo do posiadania broni nie gwarantuje jeszcze obywatelom wspomnianej przez Pana podmiotowości. Musi ono iść w parze z prawem do używania broni, co również podkreślał Pan wielokrotnie. Jak to wygląda w Arizonie?

- Gdyby mi ktoś wszedł na posesję, mam prawo go zastrzelić. Mam prawo (nie muszę) najpierw zapytać w jakim celu przyszedł, mam prawo nie zastrzelić, gdybym wolał pogadać, ale... nie muszę - mogę od razu strzelać do intruza i wszyscy o tym wiedzą.
My tu nie widzimy takiego rozróżnienia jakie pan uczynił. W Ameryce prawo do posiadania broni oznacza jednocześnie prawo do używania. Tu nikt nie zadałby takiego pytania.

- Jak Ameryka powinna podejść do problemu tzw. „marzycieli” czyli osób, które jako dzieci zostały nielegalnie przywiezione do USA? Czy Trumpowi uda się załatwić pieniądze na budowę obiecywanego muru w zamian za ustawę dającą „marzycielom” szansę na obywatelstwo?

- Po pierwsze Trump to stary wyga i gracz, ogrywał bardzo trudnych polityków i urzędasów na Manhattanie, gdy budował wieżowce, to da sobie radę z Demokratami z Waszyngtonu. Jego pierwsza książka to klasyk pod tytułem „The Art of The Deal”, „Sztuka negocjacji” i on jest w dziedzinie negocjacji artystą, wirtuozem.
Demokraci codziennie podkładają mu różne świnie, a on te świnie z uśmiechem odrzuca w ich stronę i pisze na Twitterze: Wasza świnia, nie moja! Przeciwnicy Trumpa nie potrafią sobie z tym poradzić, bo nikt nigdy z nimi tak nie grał. A przecież to jest uczciwa gra: Nie moja świnia, lecz wasza, to ją sobie zabierajcie.
Politycy są przyzwyczajeni do dogadywania się i sprzedawania. (Amerykańscy podobnie jak i nasi w Polsce.) Całe życie dogadują się ze stroną przeciwną, sprzedają swój elektorat w zamian za jakieś małe zwycięstwa, a potem usprawiedliwiają się że "tylko tyle dało się załatwić". Trump zawsze gra o wszytko i gra aby wygrać. A politycy grają tylko o to, by gra toczyła się przez kolejne kadencje. Obserwuję sytuację codziennie i uważam, że po pierwsze Trump mur wybuduje, bo tę budowlę popiera naród. Muru nie lubią politycy, ale naród nie lubi tych polityków... Sukces murowany, dla Trumpa. I jeszcze w dodatku za ten mur zapłaci Meksyk. Stany Zjednoczone wyłożą pieniądze, ale ostatecznie zapłaci Meksyk. Już sporo zapłacił po reformie podatkowej, która spowodowała że duże fabryki przeniosły swoje zakłady z Meksyku do USA, bo w USA zaczęło się bardziej opłacać. Podatki które do niedawna zarabiał Meksyk, teraz będą płacone w USA. Bingo!
A co do "marzycieli" to jest nieprawidłowa nazwa. Marzycielami byli rodzice tych dzieci. Rodzice, w pogoni za swoimi marzeniami, nielegalnie przyszli do USA przez niestrzeżoną granicę z Meksyku (brak muru!). Rodzice przemycili swoje nieświadome dzieci, więc te dzieci nie są "marzycielami". I teraz to już nie są dzieci tylko mają po 30 lat są wychowani w USA, nie znają kraju swoich rodziców, znają tylko USA. Z tym coś trzeba zrobić bo byłoby okrutne odsyłanie ich do krajów pochodzenia o których oni nie mają pojęcia. Trump coś z tym zrobi, ale tylko pod warunkiem, że najpierw powstanie mur na granicy, który raz na zawsze zakończy zjawisko nielegalnego przemytu nieletnich.

- No właśnie, pytanie tylko czy Kongres wyłoży pieniądze na mur. Demokraci za wszelką cenę próbują powstrzymać jego budowę, bo jak Pan sam przyznał, doskonale zdają sobie sprawę, że realizacja tej obietnicy zapewni prezydentowi Trumpowi reelekcję.

- Trump jako przedsiębiorca zbankrutował kiedyś spektakularnie z długiem osobistym sięgającym miliarda dolarów i się podniósł, i odrobił majątek. Czyli... został miliarderem dwa razy w życiu: pierwszy raz przed bankructwem i drugi raz po, przy czym po bankructwie najpierw musiał odrobić długi, czyli zaczynał nie od zera, ale od miliarda na minusie, a dzisiaj jest znowu miliarderem, a do tego prezydentem. Skoro jako osoba fizyczna potrafił dwa razy w życiu dorobić się miliardów dolarów, to znajdzie forsę na ten mur.
Jesienią mamy tu cząstkowe wybory do Kongresu. Zwykle w takich wyborach nie wygrywa partia urzędującego prezydenta lecz ta przeciwna - ludzie dla równowagi głosują na odwrót, ale… Tym razem Trump ma szansę wprowadzić do Kongresu większość bezwzględną i wtedy niezależnie od tego co Demokraci będą sobie myśleć większość republikańska przegłosuje wszytko bez pytania Demokratów o opinię. Świnie mogą latać i kwiczeć, a maszyna Kongresu po prostu naprawi państwo.
A gdyby nie, to Trump i tak ich wykołuje, bo czego mu nie da Kongres, to on znajdzie sobie w stanach przygranicznych. Proszę pamiętać że prezydent zarządza w USA budżetem federalnym, ale są jeszcze ogromne budżety stanowe. Teksas, sam jeden, to jest szósta co do wielkości gospodarka na świecie. Boom gospodarczy, który stworzył Trump oznacza ogromne wpływy podatkowe. Część tych wpływów idzie do Waszyngtonu i Waszyngton może Trumpa blokować, ale ogromna forsa to podatki stanowe i wystarczy, żeby się Trump dogadał na coś z Teksasem... Jako prezydent może Teksasowi dać całą masę rzeczy, na przykład związanych z ropą naftową i nagle Teksas zarabia niespodziewane krocie i stawia mur za swoje, lub pożycza Trumpowi forsę na mur, której nie chciał wyłożyć Kongres. To co panu opisałem to tylko jedna z wielu możliwych sztuczek i ja wiem tylko o tych sztuczkach o których pisuje prasa, a co Trump wymyśli - wirtuoz negocjacji - to jeszcze pewnie nawet Trump nie wie.

- Gospodarcza koniunktura w USA: niskie bezrobocie, które wśród Afroamerykanów i Latynosów jest najniższe w historii, amerykańskie firmy powracające z inwestycjami do Stanów Zjednoczonych. Lewica uparcie twierdzi jednak, że nie jest to zasługa administracji Donalda Trumpa…

- Mowa nasza ma być prosta: tak-tak, nie-nie. Więc nie bardzo wiem czemu pan mówi "Afroamerykanin" a nie po prostu: murzyn, biały... Przepraszam, że Pana poprawiam, ale jako antropolog jestem nauczony, że mowa, słowa, określenia, wpływają na nasze myślenie. Słowa przenoszą idee, zachwyty i uprzedzenia..
Kiedy pan powie "Afroamerykanin" to wcale nie oznacza szacunku, lecz jest czymś w rodzaju przesadnego ukłonu. A przesadny ukłon to sarkazm. Amerykańska lewica mówi "Afroamerykanie", natomiast konserwatyści mówią zwyczajnie po ludzku: czarni, biali, kolorowi, murzyni.
Wracając do tematu: kiedy na giełdzie są wzrosty, lewica twierdzi, że to wcale nie zasługa Trumpa, lecz dziedzictwo po Obamie, ale kiedy dzień później giełda idzie w dół, to już wtedy wina Trumpa. Lewicy słuchać nie warto, a nawet nie należy, na podobnej zasadzie jak w czasie egzorcyzmu nie należy słuchać co mówią demony, lecz się modlić i je przeganiać. Demon nigdy nie powie prawdy, a kiedy podaje jakieś prawdziwe fakty, to też tylko po to, by panu zaszkodzić. Lewica judzi i tyle, a ludzie wiedzą swoje. Te powracające do USA korporacje same powiedziały jasno, że wracają z powodu nowej ekonomii Trumpa. Przez osiem lat Obamy duża forsa uciekała z Ameryki.

- Faktycznie, skoro mówimy biali, a nie „Euroamerykanie”, to dlaczego mielibyśmy używać określenia „Afroamerykanin”, zamiast po prostu czarny? Widać padłem ofiarą nowomowy i poprawności politycznej. Tej samej, przeciwko której zbuntowali się Amerykanie tworzący elektorat Donalda Trumpa…?

- Ludzie ogólnie mają dość nieprawdy, ściemniania. Ta nowomowa to ściema, zawsze służy ukrywaniu jakichś faktów. Jeden mój kumpel, murzyn, mówi o tym tak: Ja jestem po prostu Amerykanin, a nie jakiś gorszy z dodatkiem Afro.
U nas politycy często mówią, że któryś "mija się z prawdą", a ja powiem, że nie "mija się" tylko zwyczajnie kłamie, a czasami nawet łże.
Statystycznie rzecz ujmując, podkreślam dwa razy STATYSTYCZNIE, w Ameryce biali płacą podatki, a kolorowi dostają socjal. To wkurza białych i wkurza też tych kolorowych, którzy dorobili się jakiegoś majątku, prowadzą firmę i muszą płacić podatki na socjal dla darmozjadów. Tego ludzie mieli dość i dlatego głosowali na Trumpa, który jest uosobieniem pracowitości. W Ameryce nikt mu nie zazdrości bogactwa, bo Amerykanie podziwiają dorobkiewiczów i nie szydzą z sukcesu. STATYSTYCZNIE rzecz ujmując, Demokraci to lenie reprezentujący leniów i wygrał z nimi pracuś reprezentujący tę ogromną cześć Ameryki, która ceni uczciwą pracę i sama chce pracować, dorabiać się i mieć państwo bogate bogactwem swoich obywateli.

- Sekretarz Stanu USA Rex Tillerson oświadczył, że Stany Zjednoczone są rozczarowane decyzją prezydenta Andrzeja Dudy, by podpisać nowelizację ustawy o IPN. Czy w związku z tym obawia się Pan pogorszenia polsko-amerykańskich relacji?

- Obawiam się pogorszenia nie dlatego co powiedział Sekretarz Stanu, ale dlatego, że nie mamy dobrej dyplomacji. Prezydent Duda dobrze zrobił, że podpisał nowelizację, ale zanim podpisał, powinien wymienić cały korpus dyplomatyczny na nowych ludzi.
Kwalifikacją do pracy w MSZ jest dziś "doświadczenie", czyli praca jeszcze za sowieckiej okupacji, oraz ukończenie moskiewskiej szkoły dyplomacji. MOSKIEWSKIEJ! Granda, że wciąż trzymamy ten stary korpus. Wszyscy won! (śmiech)
Na stanowisku ambasadora dużo lepszy byłby porządny przedsiębiorca patriota, niż doświadczony dyplomata z komunistycznym wyszkoleniem. Trump mianował na stanowisko ambasadora USA w Polsce panią biznesmen z Florydy. Bo ona jest patriotą, choć nigdy wcześniej nie była dyplomatą. Poprawne trzymanie noża i widelca oraz kulturalne zachowania można wynieść z domu, niekoniecznie ze szkoły w Moskwie. Natomiast ze szkoły w Moskwie na pewno nie wynosi się miłości do Polski.
Gdyby Duda miał zaplecze w postaci porządnego patriotycznego i CAŁKIEM NOWEGO korpusu dyplomatycznego, wówczas sprawa nowelizacji ustawy o IPN byłaby przygotowana i rozegrana w taki sposób, że nie musielibyśmy się niepokoić o pogorszenie stosunków.

- Georgette Mosbacher, którą Pan tutaj przywołał – czyli nowa ambasador USA w Warszawie – to również wieloletnia aktywistka republikańska, a także dobra znajoma prezydenta Trumpa. Skoro Donald Trump wysyła do nas tak bardzo zaufaną osobę, to chyba znak że postrzega Polskę, jako kluczowego sojusznika Ameryki. To dla nas nobilitacja?

- To dla nas szansa, a nie nagroda za dobre sprawowanie i bohaterską przeszłość. Ameryka rozgrywa wszystkie wojny i konflikty jak najdalej od własnego terytorium. I dobiera sobie sojuszników nie ze względu na ich siłę militarną, ale ze względu na położenie geograficzne. Dlatego sojusznikami strategicznymi USA są Izrael, mała i odległa Korea Południowa, a teraz dość mała i słaba ekonomicznie Polska. To nie są sojusze gospodarcze, bo Ameryce sojusz gospodarczy z Koreą, Polską ani Izraelem nie jest do niczego potrzebny. Polska leży pomiędzy Niemcami, a Rosją. Aby Ruskich trzymać w szachu, aby Ruscy nie pokumali się z Niemcami, do czego mają od wieków nieustające ciągoty, Ameryka wybiera sojusz strategiczny z Polską. I... jak pokazuje historia Izraela i Korei Południowej na takim sojuszu można się dorobić również gospodarczo.
Ameryce nie opłaca się inwestować w Polsce ze względów wyłącznie gospodarczych, ale... Ameryce opłaca się inwestować u strategicznego sojusznika po to, by ten strategiczny sojusznik stał się silniejszy w swoim regionie. Gabinet Dudy chyba tego nie rozumie, skoro zamiast budować sojusz strategiczny, stale zabiega o amerykańskie inwestycje gospodarcze. Forsa z Ameryki przypłynie sama i nie będzie trzeba o nią zabiegać, ale pod warunkiem, że będziemy dla USA sojusznikiem strategicznym.

- Może Polska powinna, w ślad za USA uznać Jerozolimę za stolicę Izraela? Prezydent Trump na pewno doceniłby taką decyzję, nie mówiąc już o Izraelu. To mogłoby poprawić polsko-żydowskie stosunki dyplomatyczne?

- Nieee! Nie teraz! Teraz, po tym co się stało, to by wyglądało na desperacką próbę podlizywania się Żydom i Amerykanom. Przegapiliśmy dobry moment, kiedy należało to zrobić.
Podpowiadałem gabinetowi Dudy, aby Polska uznała Jerozolimę już dawno. Mówiłem, że Polska powinna to zrobić jako pierwsza w świecie, jeszcze przed Trumpem. Ze względu na to, że żaden inny naród nie pomógł Żydom bardziej niż Polska. A z Holokaustu nikt nie uratował więcej Żydów, niż Polacy. No i ze względu na naszą wiarę, to my jako pierwsi powinniśmy uznać FAKTY biblijne i historyczne. Naród Wybrany otrzymał Ziemię Obiecaną w osobistym prezencie od naszego Boga i ten Bóg nakazał przepędzić z Kanaanu (starożytna kraina leżąca m.in. na terenach dzisiejszej Palestyny i Izraela – red.) wszystkie inne ludy. Jerozolima jest wyłączną stolicą Żydów i nikogo innego.
Mogliśmy uznać ten fakt zaraz po objęciu urzędu przez prezydenta Dudę. Wtedy należało stanąć odważnie w prawdzie i przy okazji zebrać całą masę pozytywnych punktów. Drugi taki moment to była debata w ONZ zaraz po tym, gdy Trump uznał Jerozolimę jako pierwszy. Polska zrobiła najgłupiej jak można było, bo wstrzymała się od głosu. Kiedy się wstrzymuje od głosu, wówczas nie lubią nas obie strony sporu: Francuzi nas nie lubią bo się wstrzymaliśmy i Amerykanie nas nie lubią, bo się wstrzymaliśmy. W takich sprawach mężczyzna powinien być odważny, mężny i opowiedzieć się albo na tak, albo na nie. To są też podstawy dyplomacji. Przegraliśmy dwa razy z kretesem naszą szansę.
A teraz... Gdybyśmy teraz uznali fakty, potwierdzili prawdę o Jerozolimie, to też przegramy po raz trzeci, bo uznają nas za lizusów, którzy próbują desperacko ratować nieprzyjemną sytuację związaną z nowelizacją ustawy o IPN. Ech, naprawdę załamuję ręce, kiedy takie najprostsze sprawy są źle rozgrywane. Lubię Dudę, nie znam osobiście, ale lubię tak ogólnie z daleka; niestety w tej sprawie zachował się beznadziejnie. Żadne kolejne muzeum, ani kampanie społecznie nie byłyby dzisiaj potrzebne, gdyby Duda w roku 2015 swoim pierwszym dekretem jako zwierzchnik polskiej dyplomacji uznał oficjalnie Jerozolimę za stolicę Izraela.

- Wróćmy na chwilę jeszcze do ekonomii. Demokraci mocno sprzeciwiali się obniżce podatków. Okazuje się jednak, że to prezydent Trump oraz partia republikańska mieli najwyraźniej w tej kwestii rację. Wprowadzona przez nich reforma pozytywnie stymuluje amerykańską gospodarkę, a wielu Amerykanów otrzymało spore podwyżki. Czy to osłabi szanse demokratów w tegorocznych wyborach do Kongresu?

- Podwyżki przyjdą w drugiej połowie roku. Na razie to nie były podwyżki, bo pensje pozostały na tym samym poziomie, ale skoro podatki spadły, to z tej samej pensji, zostaje ludziom więcej na ręku. Władza zabiera mniej, na ręku zostaje więcej pomimo, że pensja taka sama.
Pensje wzrosną natomiast dlatego, że przedsiębiorstwa też będą płaciły niższe podatki, czyli będzie je stać na podwyższanie ludziom pensji, no i skoro bezrobocie mocno spada, to trzeba ludziom więcej płacić, żeby ludzie z naszej firmy nie poszli do innej, która więcej płaci. Niestety premier Morawiecki jakoś tego nie rozumie, że boom gospodarczy tworzy się poprzez zmniejszanie podatków, a nie poprzez zwiększanie kontroli podatkowej.
Wybory cząstkowe do Kongresu są jesienią. Mam nadzieję, że do tego czasu ludzie poczują w kieszeniach na tyle dużo pieniędzy, że zagłosują na ekipę Trumpa, czyli na boom gospodarczy, a nie na Demokratów, czyli na rozdawnictwo socjalne w stylu naszego 500+.

- Ok, może podwyżek pensji jako takich jeszcze nie było, ale wielu pracowników otrzymało już od swoich pracodawców premie finansowe w wysokości tysiąca dolarów. Nancy Pelosi, liderka demokratycznej mniejszości w Izbie Reprezentantów nazwała takie kwoty „okruchami”. Wielu przedstawicielom amerykańskiej klasy średniej nie spodobało się to określenie…

- O kobietach powinno się mówić z kurtuazją, ale Nancy Pelosi to przede wszystkim polityk i sama prosi, aby nie zauważać jej płci, gdyż jest feministką, w takim razie powiem Panu o niej najprościej jak się da: zwykła idiotka i szkoda na nią pańskiego czasu. Z głupkami nie warto rozmawiać, bo wówczas musiałby Pan poziom rozmowy zdegradować do poziomu głupoty. Kobieta bredzi.
Tysiąc dolarów jako nieopodatkowany bonus z firmy, to jest kupa forsy. W Ameryce wszytko jest tańsze niż w Polsce, więc za tysiąc dolarów jest Pan sobie w stanie kupić całą masę rzeczy naprawdę znaczących, dużych. Gdybym to przeliczył na moje rachunki za benzynę, to za tysiaka jeżdżę w USA pół roku. Często kupuję książki - tysiąc dolarów to jest sto pięćdziesiąt książek, plus ładna szafka na te książki. W domu mam wszytko na prąd, grzanie, chłodzenie, kuchnia, lodówa, wszytko i nie oszczędzam. Tysiąc dolarów to jest rachunek za cały mój prąd na zimowe półrocze, które spędzam w USA. Jeśli to są wyskrobki, to Pelosi jest idiotką i niech mi w takim razie podaruje kilka takich wyskrobków, chętnie przyjmę.

- W Ameryce, a szczególnie na Południu, wiara w Boga, Chrześcijaństwo to absolutnie powszechne wartości, wyznawane przez zdecydowaną większość ludzi, a także obecne w przestrzeni publicznej. To jedna z wielu kwestii, które odróżniają Stany Zjednoczone od Unii Europejskiej. Skąd się biorą te różnice?

- W USA ludzie mają zagwarantowane wolności religijne, razem ze wszystkimi innymi wolnościami, a Europa zniewala, zabrania, zdejmuje krzyże i zagania Boga do sfery ścisłej prywatności.
W USA człowiek nauczony od urodzenia, że jest wolny, nie boi się przeżegnać publicznie przed kościołem. Nie wstydzi się pomodlić przed kolacją w eleganckiej restauracji. W telewizyjnej reklamie popularnych poduszek właściciel fabryki występuje z krzyżykiem wystawionym na wierzch koszuli. Wielka sieć sklepów Hobby Lobby jest zamknięta w niedziele z powodów religijnych, oraz odmawia kupowania pracownikom ubezpieczenia zdrowotnego, obejmującego usługi aborcyjne lub antykoncepcję. We Środę Popielcową prowadzący wieczorne programy informacyjne występują przed kamerami z popiołem na czole i nikt im tego nie pudruje, ani nie zmywa.
W Polsce, modlitwa przed jedzeniem w restauracji budzi zdziwienie, często zażenowanie - że przesada i dewocja. W USA jesteś wolny, więc masz prawo być kim chcesz i głosić to całemu światu; masz prawo publicznie żyć na chwałę Pana. W Europie też masz prawo... ale jest ono bardzo ograniczone. Wierzyć wolno i głosić wolno, ale w domu, dyskretnie, po cichu w kruchcie, ale już nie w pracy, szkole, tylko raczej w rodzin kole. Stewardessom zabrania się nosić medaliki, aby nie obrażać muzułmanów.
Na amerykańskich dolarach jest napisane „Wiara nasza w Bogu” (nie w mamonie). Bóg jest wykuty w kamieniu na fasadach budynków publicznych, sądów. USA to państwo świeckie, ale jednocześnie państwo należące do ludzi wierzących. W Europie państwa też są świeckie, ale nie należą do obywateli tylko do władzy świeckiej.

- Jak tak Pana słucham to ciśnie mi się na usta tylko jedno – Boże błogosław Amerykę!

- Tymi słowami politycy w USA kończą oficjalne przemówienia, bo tam to nie obciach, tylko normalka. Chciałbym, by nasi zaczęli postępować podobnie: Boże błogosław Polsce! po przemówieniu. My z Rachoniem w TVP robimy to na naszą miarę rozpoczynając wejścia od Szczęść Boże! Dajemy przykład i świadectwo, bo ostatecznie z tego będziemy rozliczeni, a nie z oglądalności. Amen.

Tagi:
wywiad ludzie

Czy jesteście powołani do niepłodności?

2018-05-22 12:23


Edycja wrocławska 17/2018, str. IV-V


Małgorzata Trawka: – Oktawa Wielkanocna w tym roku była dla Was szczególnym momentem, w Waszej rodzinie pojawiło się nowe życie.

Bernadetta: – W Oktawie Wielkanocnej zadzwoniła do nas pani z ośrodka adopcyjnego i zapytała, czy jesteśmy gotowi na odrobinę szaleństwa, ponieważ jest dziecko, które urodziło się z końcem marca, w Wielkim Tygodniu. I pytanie, czy bylibyśmy zainteresowani, by je poznać, jego akta, historię, spotkać się z nim i dowiedzieć czegoś więcej. Powiedzieliśmy: tak, chcemy się spotkać. To jest noworodek, nie jest wolny prawnie. To jest dziecko, które zostało w szpitalu po urodzeniu. Matka biologiczna złożyła pismo, że chce dziecko oddać do adopcji. Po sześciu tygodniach tę decyzję musi potwierdzić w sądzie. To jest troszeczkę niespodzianka, nie wiemy, jak się skończy, ale jesteśmy poddani woli Bożej. Liczymy na to, że będziemy mogli dziecko adoptować, ale jeżeli Pan Bóg zaplanował inaczej, to po prostu przez te sześć tygodni damy mu tyle miłości, ile możemy.

Krzysztof: – Cała procedura przy noworodkach jest szybka. Na decyzję mieliśmy jeden dzień, następnego byliśmy go zobaczyć, a kilka dni później był już z nami.

– W którym momencie pozwalacie sobie na stwierdzenie: „To jest nasze dziecko”?

K: – Zdecydowanie już w tej chwili. Tym bardziej, że czekaliśmy na naszego maluszka rok i cztery miesiące. To jest nasze wymodlone dzieciątko.

B: – Z naszą starszą córką było tak, że potrzebowałam trzech tygodni, by oswoić się z myślą, że jestem mamą, że mam córkę. Potrzebowałam czasu, żeby tę więź nawiązać. Wydaje mi się, że tym razem idzie dużo szybciej.

– Kiedy poczuliście się powołani do zorganizowania i poprowadzenia rekolekcji dotykających problemu niepłodności?

K: – Należymy do ruchu Equipes Notre-Dame. Wiosną 2017 r. byliśmy na rekolekcjach naszej wspólnoty małżeńskiej o komunikacji w małżeństwie współprowadzonych przez ks. Gabriela Pisarka, sercanina, który na co dzień pracuje w Kluczborku. Podczas jednego z posiłków zaczęliśmy rozmawiać z księdzem o naszej historii i może trochę zbyt śmiało zapytałem, czy na rekolekcjach albo warsztatach dla małżeństw prowadzonych przez sercanów poruszany jest temat trudności z zajściem w ciążę, niepłodności itp. I ks. Gabriel powiedział, że nie ma takich tematów, i zachęcił: to zróbmy coś.

– Czy te rekolekcje są adresowane do małżonków, którzy wprawdzie mają już swoje dziecko, ale jednocześnie doświadczają trudności w poczęciu następnego?

K: – Rekolekcje są dla małżeństw sakramentalnych, to jest jedyny podstawowy warunek. Mogą to być małżeństwa, które mają dzieci i dalej nie mogą naturalnie począć. Adresujemy je do małżeństw, które są na każdym etapie zmagania się z trudnościami z poczęciem, czy to jest pół roku starania się, czy kilka lat, czy to jest już któryś rok leczenia niepłodności, czy któryś rok oczekiwania na adopcję, czy któryś rok, gdy ona jest zdrowa, on jest zdrowy, a dalej mimo wszystko nie ma potomstwa.

– A jak Wy odbieraliście sytuację, że nie możecie mieć dzieci?

B: – Przeszliśmy drogę, która może nie jest idealna, ale typowa. Zaczęło się od decyzji, że staramy się o dziecko i skoro wszystkim innym naokoło wychodzi to dosyć szybko, to z nami będzie tak samo, bo dlaczego by nie? Staramy się jeden miesiąc, drugi, trzeci i kolejny, ciągle nic. I w pewnym momencie pojawiały się pytania, wątpliwości i myśl, że może należałoby się przebadać. Ja się badałam i Krzysiu też, no i wyniki nie były dobre. Zaczął się okres leczenia, ale nie przynosiło ono oczekiwanych skutków. Była medycyna niekonwencjonalna, testy owulacyjne, dużo modlitwy, pas św. Dominika, różne sposoby... W pewnym momencie pojawił się bunt, foch na Pana Boga: Panie Boże, my jesteśmy Tobie wierni już długie lata, jesteśmy wobec Ciebie fair, a Ty z nami postępujesz niesprawiedliwie. Obiecałeś: „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się”, a u nas tego nie widać. I był okres głębokiego dołu i załamania, i patrzenia z zazdrością na inne pary, które spodziewają się dziecka, albo prowadzą wózek. I były myśli naprawdę nieżyczliwe w stosunku do tych osób, bo też czuliśmy, że zasługujemy na dzieci.

K: – W Piśmie Świętym jest napisane: „Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie” (Mt 18,19). To zdanie nas buntowało. To była masakra.

B: – Jak jedno z nas było w dole, to drugie ciągnęło ku górze i odwrotnie, tak na wymianę, a w pewnym momencie oboje byliśmy w dołku. Jednej niedzieli modliliśmy się w kościele po Mszy św. i wtedy łzy leciały strumieniami. Wychodzimy z kościoła, patrzymy, stoi przed wejściem Kuba, nasz znajomy, i mówi, że właśnie powstaje ekipa Notre-Dame, może byśmy chcieli przyjść na takie niezobowiązujące spotkanie, by się więcej dowiedzieć. Myślałam wtedy, po co nam to, przecież przeżywamy dół i mamy inne problemy. Ale okazało się, że jak już poszliśmy, to był to początek wspaniałej przygody z Panem Bogiem. Wsparcie, jakie zaczęliśmy dostawać w naszej ekipie, bardzo nam pomogło. Niedługo potem okazało się, że jest miejsce na wcześniejszy kurs adopcyjny i sprawy potoczyły się szybko.

– Słyszymy czasami o rekolekcjach dla bezpłodnych małżeństw, w których dominująca wydaje się być modlitwa o uzdrowienie. Temat tych rekolekcji może sugerować, że akcent jest położony na akceptacji niemożliwości bycia biologicznymi rodzicami.

B: – Akcent stawiamy na działanie. Widzimy wokół siebie wiele par, które, mówiąc kolokwialnie, bardzo się guzdrają, gubią, tkwią w marazmie, trzymając się kurczowo jednego rozwiązania, np. jednego lekarza, i to nie przynosi efektów. Są nieszczęśliwi, stoją w miejscu. My chcemy, żeby z tego miejsca ruszyli. Chcemy ich zaprosić do zaufania Panu Bogu, żeby działa się Jego wola w czasie, jaki On chce, i w sposób, w jaki On chce.

K: – Doświadczyliśmy tego, że łatwo jest popaść w stagnację i czekać na cud. Nasz przykład: zaczynamy się starać, mijają kolejne miesiące i nie wiemy, co zrobić. Później, gdy chcemy się zbadać, kobieta wie, gdzie pójść, bo badanie ginekologiczne jest dosyć naturalnym sposobem. Ale mężczyzna? Żeby zbadać swoje nasienie? Jeszcze w sposób zgodny z moralnością katolicką? To jest trudne i nie wiadomo, gdzie pójść, kogo zapytać. To jest pierwszy krok, trzeba odwagi, żeby zacząć rozmawiać. Gdy dostaje się wyniki poniżej normy, to jest kolejny cios, gdy słyszę, że najlepiej jest pójść na in vitro lub spróbować inseminacji, do których nasza wiara i Kościół mają jednoznaczne stanowisko: nie. Idziemy z wynikami do jednego ginekologa, drugiego, większość nie wie, jak do tego podejść. Specjalistów naprotechnologii nawet we Wrocławiu jest bardzo mało, a leczących mężczyzn prawie wcale. I dalej trwa się w dole, nostalgii. Te rekolekcje są również po to, żeby pokazać konkretne miejsca, w których można otrzymać pomoc. Nie jesteśmy ekspertami, ale chcemy podzielić się naszym doświadczeniem.

B: – Nie chcemy robić reklamy adopcji. Chcemy pokazać drogi wyjścia, na które Pan Bóg otwiera serce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Franciszek: chrześcijańskie świadectwo to czynienie tego, czego chce Duch Święty

2018-05-23 10:58

tłum. st (KAI) / Watykan

„Świadectwo chrześcijańskie polega na czynieniu wyłącznie tego i tego wszystkiego, czego wymaga od nas Duch Chrystusa, udzielając nam sił, aby to wypełnić” – powiedział Ojciec Święty podczas dzisiejszej audiencji ogólnej. Papież podjął nowy cykl katechez poświęconych omówieniu sakramentu bierzmowania. Jego słów na placu św. Piotra wysłuchało dziś około 15 tys. wiernych.

Grzegorz Gałązka

Oto tekst papieskiej katechezy w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Po katechezach na temat chrztu, dni następujące po uroczystości Pięćdziesiątnicy zachęcają nas do refleksji nad świadectwem, jakie Duch Święty wzbudza w ochrzczonych, wprawiając ich życie w ruch, otwierając je na dobro innych. Jezus powierzył swoim uczniom wspaniałą misję: „Wy jesteście solą dla ziemi, wy jesteście światłem świata” (por. Mt 5,13-16). Są to obrazy, które każą pomyśleć o naszym zachowaniu, ponieważ zarówno niedobór jak i nadmiar soli sprawiają, że jedzenie jest niesmaczne, podobnie jak zarówno brak, czy też nadmiar światła uniemożliwiają widzenie. Tylko Duch Chrystusa może nas naprawdę uczynić solą, która nadaje smak i zachowuje od zepsucia oraz światłem rozjaśniającym świat! I to jest dar, który otrzymujemy w Sakramencie Bierzmowania, na którym razem z wami pragnę się zatrzymać i zastanowić. Nazywa się on „bierzmowaniem” (confirmatio), ponieważ utwierdza chrzest i umacnia jego łaskę (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, 1289); oraz „chryzmacją”, ponieważ otrzymujemy Ducha poprzez namaszczenie „krzyżmem” - olejem zmieszanym z balsamem konsekrowanym przez biskupa. Termin ten odwołuje do „Chrystusa”, namaszczonego Duchem Świętym.

Odrodzenie się do życia Bożego w chrzcie św. jest pierwszym krokiem. Następnie trzeba zachowywać się jak dzieci Boże, to znaczy upodobnić się do Chrystusa działającego w Kościele świętym, angażuje się w jego misję w świecie. Zapewnia to namaszczenie Ducha Świętego: „Bez Twojego tchnienia nie ma nic w człowieku” (por. sekwencja uroczystości Zesłania Ducha Świętego). Tak jak całe życie Jezusa było ożywione przez Ducha, podobnie też życie Kościoła i każdego z jego członków toczy się pod przewodnictwem tego samego Ducha.

Jezus poczęty przez Dziewicę za sprawą Ducha Świętego rozpoczął swoją misję po tym, jak wyszedłszy z wód Jordanu został namaszczony przez Ducha, który zstąpił i spoczął na Nim (por. Mk 1,10; J 1, 32). Wyraźnie to stwierdza w synagodze w Nazarecie, jakże pięknie Jezus ukazuje siebie – to jakby dokument tożsamości w synagodze w Nazarecie: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę” (Łk 4,18). Jezus przestawia siebie w synagodze swojego miasteczka jako ten, który został namaszczony Duchem Świętym.

Jezus jest pełen Ducha Świętego i jest źródłem Ducha obiecanego przez Ojca (J 15,26; Łk 24,49; Dz 1,8; 2,33). Istotnie, wieczorem dnia Paschy Zmartwychwstały tchnął na uczniów i powiedział im: „Przyjmijcie Ducha Świętego” (J 20, 22); a w dniu Pięćdziesiątnicy moc Ducha zstąpiła na Apostołów w formie nadzwyczajnej (por. Dz 2, 1-4), tak jak to znamy.

„Tchnienie” Chrystusa zmartwychwstałego napełnia życiem płuca Kościoła; i rzeczywiście usta uczniów „napełnione Duchem Świętym” otwierają się, by głosić wszystkim wielkie dzieła Boga (por. Dz 2,1-11).

Pięćdziesiątnica jest dla Kościoła tym, czym dla Chrystusa było namaszczenie Duchem otrzymane w Jordanie, mianowicie bodźcem misyjnym, aby ofiarować swe życie dla uświęcenia ludzi, na chwałę Boga. O ile w każdym sakramencie działa Duch Święty, to dzieje się tak zwłaszcza w bierzmowaniu, że „wierni otrzymują Dar samego Ducha Świętego” (PAWEŁ VI, Konst. ap. Divinae consortium naturae o sakramencie bierzmowania).

W chwili namaszczenia biskup mówi: „Przyjmij znamię daru Ducha Świętego”. To wielki dar który znajduje się w głębi naszej duszy, prowadzi nas, abyśmy stali się dobrą solą i właściwym światłem.

Jeśli w chrzcie Duch Święty zanurza nas w Chrystusa, to w bierzmowaniu Chrystus napełnia nas swoim Duchem, konsekrując nas na swoich świadków, uczestników tego samego źródła życia i misji, zgodnie z planem Ojca Niebieskiego. Świadectwo złożone przez bierzmowanych ukazuje przyjęcie Ducha Świętego i uległość wobec Jego twórczego natchnienia. Jak można zobaczyć, że otrzymaliśmy Dar Ducha? Jeśli wypełniamy dzieła Ducha, jeśli wypowiadamy słowa jakich nauczył nas Duch Święty (por. 1 Kor 2,13). Świadectwo chrześcijańskie polega na czynieniu wyłącznie tego i tego wszystkiego, czego wymaga od nas Duch Chrystusa, udzielając nam sił, aby to wypełnić.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

O. Antonello Caddedu: Jezus chce poprzez nas dokonywać cudów

2018-05-24 09:52

msz / Poznań (KAI)

„Jezus żyje, kroczy z nami. Powinniśmy wierzyć z mocą, że Jezus chce dokonywać poprzez nas cudów, bo chce uczynić wielkie rzeczy” – mówił 23 maja w poznańskiej farze o. Antonello Caddedu, współzałożyciel wraz z o. Pedro Mariano, powstałej w Brazylii wspólnoty Przymierze Miłosierdzia.


Włoski misjonarz, od lat mieszkający i posługujący w Brazylii, wygłosił pierwszą naukę rekolekcyjną podczas wieczornej Mszy św. wieńczącej pierwszy dzień Misji Talitha Kum w Poznaniu, czyli ulicznej ewangelizacji, która potrwa do 27 maja.

O. Antonello podkreślił, że ewangelizacja uliczna nie jest prowadzona dla wspólnoty Przymierze Miłosierdzia, ale dla całej archidiecezji. „Wszyscy powinniśmy czuć się zobowiązani, by głosić słowo Boże” – mówił do wypełnionej wiernymi bazyliki kolegiackiej.

Misjonarz nawiązał do czytanego w czasie Mszy św. fragmentu Ewangelii wg św. Mateusza o powołaniu pierwszych Apostołów. „Jezus idzie brzegiem morza, które symbolizuje śmierć. On się nie zatrzymuje, ale wychodzi na spotkanie ludziom i powołuje wybranych po imieniu” – zauważył o. Caddedu. Podkreślił, że imię każdego z nas od wieków wypisane jest na dłoniach Boga.

„Dziś prosi nas, byśmy poszli na spotkanie z tymi, którzy są poranieni, smutni, nieszczęśliwi, którzy biorą narkotyki, prostytuują się, piją piwo i nie przejmują się Bogiem. To zadanie dla nas” – przekonywał.

Podkreślił, że nie powinniśmy się niczego obawiać, bo Jezus zawsze wychodzi pierwszy do ludzi i będzie nam towarzyszył. „Nie możemy zostać w zakrystii, ale trzeba, abyśmy poszli na peryferie miasta” – dodał rekolekcjonista.

„Jezus prosi ciebie, byś Mu towarzyszył. Przychodzi do ciebie w codzienności twojego życia. On wzywa ciebie, choć ty czujesz się niczym, ale dla Niego jesteś bardzo ważny. On ciebie wybrał spośród tysięcy innych osób” – przekonywał o. Antonello.

Opowiedział też historię, która wydarzyła się w San Paulo, podczas jednej z pierwszych misji wspólnoty Przymierze Miłosierdzia. „Dwaj misjonarze, idąc ulicą spotkali smutnego i załamanego mężczyznę. Zapytali go, czy mogą się nad nim pomodlić. Mężczyzn zgodził się i kiedy tylko oni położyli ręce na jego głowie i zaczęli wypowiadać słowa modlitwy, zadzwonił jego telefon” – opowiadał misjonarz. Okazało się, że dzwoniła jego żona z informacją, że właśnie otrzymał propozycję pracy. Po chwili znowu odezwał się telefon. Tym razem zadzwonił przedstawiciel firmy, która chciała go zatrudnić.

„Ten człowiek upadł na ulicy na kolana i zaczął głośno wielbić Boga. Miał rodzinę na utrzymaniu, a od dłuższego czasu nie mógł nigdzie znaleźć pracy. Kiedy tylko misjonarze zaczęli się modlić nad nim, Pan Bóg zesłał na niego błogosławieństwo. Czy wierzysz w to?” – pytał zgromadzonych założyciel wspólnoty Przymierze Miłosierdzia.

„To jest potencjał modlitwy i wy też to macie” – dodał o. Antonello.

Codziennie do 26 maja w poznańskiej farze o godz. 19 można wziąć udział we Mszy św. i rekolekcjach kerygmatycznych, które głoszą o. Antonello Caddedu i o. Pedro Mariano, założyciele powstałej w Brazylii wspólnoty Przymierze Miłosierdzia.

Idea Misji Talitha Kum zrodziła się w Brazylii, w Sao Paulo, gdzie powstała wspólnota Przymierze Miłosierdzia, która jest koordynatorem misji. Charyzmatem wspólnoty jest przede wszystkim praca z ubogimi i ewangelizacja. Swoją tożsamość odnajduje w Słowie Życia: „Duch Pana Boga nade mną…” (Iz 61,1nn).

Podobne uliczne ewangelizacje odbyły się już w Szczecinie i Warszawie.

W Poznaniu odbywają się po raz pierwszy i zakończą się 27 maja Mszą św. pod przewodnictwem abp. Stanisława Gądeckiego, którą metropolita poznański odprawi na pl. Wolności. Szczegółowy plan wydarzeń dostępny jest na stronie www.misjapoznan.pl.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem