Reklama

Biskupstwo go nie zmieniło

Irena Świerdzewska
Edycja warszawska (st.) 49/2004

- Niezwykle pokorny, bardzo ciepły i bezpośredni. Kryształowy człowiek. Biskupstwo go nie zmieniło - tak mówią ci, którzy dobrze znają bp. Stanisława Kędziorę, który 6 grudnia br. obchodzi 70. urodziny.

- W seminarium jako kleryk zajmowałem się ogrodem. Pamiętam, w czasie rekreacyjnym wicerektor ks. Stanisław Kędziora przychodził i pytał mnie, co jest do zrobienia. Brał grabie i razem sprzątaliśmy liście - wspomina ks. Jerzy Gołębiewski.

Każdego ranka pieszo przemierza Park Praski - z dawnego Domu Księży Emerytów gdzie mieszka, do kurii, gdzie pracuje. W sutannie, z czarną teczką w ręku. Skromny i prostolinijny. Tym ujmuje. Taki był zawsze. Jako kleryk, wikariusz, proboszcz, prefekt a potem wicerektor warszawskiego seminarium.

Palec Boży na niego wskazał

Nominacją na biskupa pomocniczego archidiecezji warszawskiej w 1987 r. najbardziej zaskoczony był chyba sam ks. Stanisław Kędziora, wówczas proboszcz w parafii Wszystkich Świętych w Warszawie. - Jego kandydatura nie była dla nas zaskoczeniem. Był człowiekiem głębokiej pobożności, kulturalnym, dyskretnym, skromnym. Przy tym wszystkim, tak po ludzku biorąc, nie zabiegał o to, aby być biskupem. Palec Boży na niego wskazał - podsumowuje ks. prał. Wiesław Kalisiak, kolega kursowy bp. Kędziory.
Nigdy nie lubił splendoru. - Przed ingresem mówił: po co ta cała oprawa, wyjdę zwyczajnie z zakrystii i odprawię Mszę św. - wspomina ks. prał. Marcin Wójtowicz. Był bardzo zmieszany w czasie pierwszej posługi biskupiej na jednej z parafii. Po wybierzmowaniu młodzieży, parafianie tradycyjnie przygotowali kwiaty i podziękowania. - Przecież to mój obowiązek. Jak będziecie mi dziękować, to się zdemoralizuję - przestrzegał Biskup.
Po nowym podziale diecezji w 1992 r. znalazł się w diecezji warszawsko-praskiej. Jako Przewodniczący Wydziału Nauki Katolickiej zatroskany był o każdego katechetę i katechetkę. Jeśli gdzieś wystąpiły konflikty, wysyłał wtedy pracownika w teren, żeby zbadać sytuację, złagodzić napięcia. Chciał mieć dobre rozeznanie, czy katecheta słusznie jest pomawiany. Sam też jeździł na wizytacje, organizował spotkania z katechetami w kurii. Wszystko było przygotowywane z dużym wyprzedzeniem, dopięte na ostatni guzik.
Bp Kędziora mieszkał w Domu Emerytów przy ul. Ratuszowej. - W Wydziale Nauki Katolickiej byłem podwładnym Księdza Biskupa, potem żartowałem, że Biskup stał się moim pensjonariuszem - mówi ks. Marcin Wójtowicz, były dyrektor Domu Księży Emerytów. Fakt, że Biskup zechciał zamieszkać razem z chorymi, starszymi ludźmi, którzy mają swoje nawyki, nie zawsze wyglądają estetycznie, świadczy też o osobowości Biskupa. Posiłki w Domu Księży Emerytów były dość skromne, na ile pozwalały 600-złotowe kapłańskie emerytury - Pamiętam, że ja niechętnie przychodziłem jeść do refektarza. Biskup był zawsze. Nigdy nie powiedział, że mu coś nie smakuje - opowiada ks. Wójtowicz. Można też było spotkać Biskupa jak spaceruje z emerytami czy odwiedza chorych w pokojach.
Kiedy został biskupem tęsknił też za zwykłą pracą duszpasterską. Poza dniam, kiedy wyjeżdżał z biskupią posługą, przychodził cichutko do kościoła Matki Bożej Loretańskiej spowiadać. A potem odprawiał Mszę św.
- W pewnym okresie w parafii przez pół roku miałem tylko jednego wikariusza. Bp Kędziora zjawiał się wtedy, kiedy było najtrudniej. Kiedy była kolejka do spowiedzi, patrzę: już siedzi w konfesjonale, a innym razem wychodzi pomagać udzielać Komunii św. - mówi ks. prał. Stefan Gwiazdowski, ówczesny proboszcz. W szufladzie w zakrystii miał ułożoną swoją bieliznę kielichową.
- Tak było przez lata. Przychodził spowiadać jeszcze za czasów następnego proboszcza. Pewnego dnia zniknął. Nie wiem, może coś się stało? - mówi ks. Gwiazdowski.
Opanowanie i spokój zawsze malują się na twarzy bp. Kędziory. - To kryształowy człowiek. W okresie posługi biskupiej, kiedy musiał podejmować różne decyzje, ten spokój okupiony był dużym wewnętrznym napięciem. Także wypracowany ogromnym wysiłkiem. Przypłacił to chorobą serca - mówi ks. Kalisiak. Nawet po by-pasach podejmował zajęcia, które wymagają większego wysiłku. W tym roku tradycyjnie już wprowadzał Warszawską Akademicką Pielgrzymkę Metropolitalną na Jasną Górę. Przeszedł z pielgrzymami 4 km. Kilka dni wcześniej wstał o 4 rano, żeby dojechać z Warszawy i na trasie odprawić pielgrzymom Mszę św. - Zawsze jest przeze mnie zapraszany i nie odmawia - mówi ks. Bogdan Bartołd, rektor kościoła św. Anny. W tym roku także bp Kędziora obiecał po Mszy św. pielgrzymom: „Jak tylko zdrowie pozwoli, zawsze możecie na mnie liczyć”.

Chciałem być takim księdzem jak Franio

Nie lubi mówić o sobie, fotografować się, być na pierwszym planie. W bodaj jedynym wywiadzie, którego udzielił przed 10 laty powiedział: „Życie nauczyło mnie być blisko ludzi”. Rodzice bp. Kędziory mieli małe gospodarstwo rolne w Seligowie koło Łowicza.
- Wychowywali nas w trudnych warunkach materialnych. Ja byłem najmłodszy spośród dwóch braci; gdy miałem 6 lat zmarł nam ojciec i mama wychowywała nas sama. Z domu tylko ja jeden mogłem pójść do szkoły średniej - wspominał bp Kędziora.
Jego ojciec zmarł w czasie II wojny światowej. W domu często brakowało chleba. Nie brakowało natomiast nigdy klimatu prostej, żywej wiary. Mama wnosiła w domowe ognisko dużo ciepła. Dzieci starała się wprowadzać w modlitwę codzienną. Uczyła je też umiłowania Mszy św.
- Znałem Stasia. Był bardzo uczynny, spokojny, inni chłopcy to byli rozrabiacy. Jego to nie obchodziło. Pamiętam, że tylko jeden z kolegów, który wstąpił do PZPR-u nie chciał go znać - wspomina Leszek Pokora, sołtys z Seligowa.
Kiedy był w trzeciej klasie liceum, jego najstarszy, 18-letni brat zginął tragicznie po zaledwie kilku miesiącach pracy na kolei. Sytuacja materialna rodziny pogorszyła się. Rodziny nie było stać na opłacenie stancji w mieście dla Stasia. Wtedy sąsiedzi złożyli się i pomogli mu kupić rower, którym mógł dojeżdżać 12 km do szkoły. Do dziś zachował wdzięczność dla swoich dobrodziejów.
Właściwie rodzice nie mieli nawet takich marzeń, żeby któryś z synów ukończył szkołę średnią. Ze względu na konieczność szybkiego podjęcia pracy, dzieci wysyłało się głównie do szkoły zawodowej. Najmłodszy syn państwa Kędziorów o kapłaństwie myślał od dzieciństwa, dlatego wybrał liceum. - W moim życiu nie było nadzwyczajnych wydarzeń, po Bogu najwięcej zawdzięczam w moim powołaniu rodzicom i kapłanom, tak pracującym w rodzinnej parafii, jak i pochodzącym z niej - a takich było sześciu - powiedział kiedyś bp Kędziora.
Wśród nich był śp. ks. Franciszek Foks. W czasie uroczystości pogrzebowej w marcu ubiegłego roku, bp Kędziora wspominał w homilii zmarłego: - „Pochodzimy z tej samej parafii. Pamiętam, kiedy byłem małym chłopcem, ks. Franciszek przyjeżdżał do Pszczonowa i głosił kazania. Swoim przykładem sprawił, że zapragnąłem być księdzem takim jak on”.
Przyszły biskup przez rok po maturze pracował w urzędzie gminy. Do pracy dojeżdżał rowerem. W 1953 r. wstąpił do seminarium. - Pamiętam jak przyjechał do mnie i pomagałem mu pisać podanie. Byłem wtedy na drugim roku, dlatego mogłem służyć radą - wspomina ks. Tadeusz Marat pochodzący z parafii w Pszczonowie.

Reklama

Liczyło się na notatki Stasia

W seminarium kleryk Stanisław Kędziora miał numer 2 na liście. Ustalano ją według daty zgłoszenia. Pierwszy numer przypadł Zdzisławowi Królowi, dziś infułatowi i proboszczowi w kościele Wszystkich Świętych. Choć zgłosił się jako jeden z ostatnich, z racji piastowania funkcji seniora kursu z nadania ówczesnego rektora ks. Władysława Miziołka umieszczony był na liście jako pierwszy.
Kursowi koledzy wspominają, że Stasio Kędziora był niezwykle koleżeński, pracowity, bardzo pobożny i nadzwyczaj uczynny w stosunku do kolegów. Zawsze dostrzegał ich potrzeby i starał się wychodzić im naprzeciw. Jako seminarzysta był wzorowym uczniem. - Miał bardzo dobre notatki. Zawsze liczyło się na Stasia - wspomina ks. Kalisiak. Z zeszytów Kędziory korzystało wielu jego kursowych kolegów. Kiedy już z nich się nauczyli, oddawali zeszyty właścicielowi i dopiero wtedy Stasio mógł z nich korzystać. - Nawet wtedy nie złościł się i nie robił nam z tego powodu przykrości - wspomina ks. Kalisiak.
Stasio zwłaszcza z teologii uczył się razem ze Zbigniewem Brzozowskim, dziś kanonikiem i proboszczem w Nieporęcie. - Czytaliśmy skrypt dwa razy. Często w seminaryjnym ogrodzie. Raz szybciej, a potem szczegółowo, wolniej. Przeważnie na egzaminie były piątki - wspomina ks. Brzozowski.
Wakacje w czasie seminarium spędzał ks. Kędziora w rodzinnym domu w Seligowie. Stąd codziennie chodził na Msze św. do kościoła parafialnego w Pszczonowie. W dni powszednie na godz. 8.00. W niedzielę na 9.00. - Służyliśmy do Mszy św. Zbieraliśmy tacę. Zostawaliśmy na Sumę. Potem jedliśmy obiad. Z kościoła wracaliśmy po nieszporach o godz. 16.00 - wspomina ks. Tadeusz Marat, wówczas kleryk pochodzący z wioski Łagów.
Mieszkańcy Seligowa, znając trudną sytuację materialną rodziny zorganizowali nawet zbiórkę pieniędzy dla Stasia.
- To było z inicjatywy mojego wuja, który był wtedy sołtysem - wspomina Leszek Pokora.
Święcenia kapłańskie przyjął Stanisław Kędziora 3 sierpnia 1958 r. wraz z 34 kolegami kursowymi. - Byliśmy w seminarium 5 lat, a szósty rok zaliczaliśmy w czerwcu i lipcu. Było to podyktowane tym, że w 1958 r. do szkół wróciła religia i potrzeba było kapłanów do katechezy - wspomina ks. inf. Zdzisław Król.

Legendarny wicerektor

Pierwsza posługa jako wikariusza wypadła mu w parafii w Brwinowie. Pracował tu 4 lata, z przerwą na studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. - Byłem na sąsiedniej parafii w Grodzisku. Odwiedzaliśmy się nawzajem. Potem, kiedy byłem kapelanem w Zielonce i robiłem doktorat na KUL-u, często mnie zastępował, odprawiał Msze św. Sam rozpoczął studia doktoranckie na KUL-u na wydziale teologii, rok później niż ja. Pisał pracę dotyczącą życia św. Bernarda - wspomina ks. Król. Doktorat obronił w 1971 r. już jako prefekt Wyższego Seminarium Duchownego. Wykładał klerykom teologię dogmatyczną. Był wykładowcą jako wicerektor, a także po mianowaniu go w 1982 r. na proboszcza parafii Wszystkich Świętych.
- W dziejach seminarium zaznaczył się na równi, a może jeszcze bardziej niż legendarny wicerektor ks. Eugeniusz Szlenk - wspomina ks. Jacek Bereziński, wówczas kleryk, potem wykładowca, dziś proboszcz w Skierniewicach.
Przez cały dzień przebywał razem z klerykami: w kaplicy na modlitwie, w czasie posiłków w refektarzu, przy pracy fizycznej w ogrodzie i przy budowie bielańskiego seminarium.
- Jako klerycy do południa mieliśmy wykłady, a po południu jeździliśmy do pomocy przy budowie nowego gmachu seminarium na Bielanach. Wicerektor w stroju roboczym razem z nami. Tak jak my nosił cegły, piasek - wspomina ks. Bartołd. Razem z klerykami pracował w ogrodzie i włączał się we wszelkie inne wspólne zadania. Na przykład wtedy, gdy trzeba było rozładować ciężarówkę z żywnością zebraną przez wiejskie parafie na rzecz seminarium.
Czasy komunizmu dawało się odczuć również w seminaryjnej kuchni. Z reglamentowanej żywności klerycy otrzymywali kartki na najgorsze mięso czy wędlinę w racjach niemal głodowych. Sytuację ratowały dary z Zachodu i te zebrane w diecezji, ale nie można powiedzieć, że dawało się przetrwać ten czas ze zdrowym żołądkiem. Kiedy seminarium otrzymywało ciężarówkę jaj, serwowane były na każdy posiłek: śniadanie, obiad i kolację, aż do wyczerpania zapasów, niezależnie od ich świeżości. Podobnie jak dary, które trafiały do Polski na granicy daty ważności. Wicerektor Kędziora wszystkie posiłki jadał z klerykami. Był wyjątkiem wśród kadry wykładowców. Zdarzało się, że nawet niektórzy seminarzyści rezygnowali z posiłków. Wicerektor nigdy nie kontestował i nie narzekał.
Po obiedzie szedł razem z klerykami do kaplicy na modlitwę, po której był czas na rekreację. Biskup jako pierwszy wychodził z kaplicy i zatrzymywał się w korytarzu. Zawsze ustawiała się przed nim kolejka kleryków, którzy czekali po „przepustki” na miasto. Niektórym machał ręką już z daleka, że mogą wyjść. - Księże wicerektorze, ale ja na kilka dni... - chciałem się tłumaczyć. „Tak, tak. Ty już idź”, nie czekał na wyjaśnienia Biskup - wspomina ks. Henryk Zieliński, wówczas seminarzysta. Innym klerykom Biskup z kolei z daleka dawał znać ręką, że nie mogą wyjść z budynku. Dobrze wiedział na co stać każdego z podopiecznych. Widać było, że w seminarium nie sprawuje tylko urzędu. Czuło się, że ma dobry kontakt z klerykami. Ale jeśli trzeba było dyscyplinował, chociaż robił to inaczej niż pozostali. - Kiedy widziałem, że błędy wynikają nie ze słabości seminarzysty, ale z wyrachowania, reagowałem ostrzej. Biskup podchodził do takiego kleryka z łagodnością, zwracał uwagę w sposób bardzo delikatny. W trudnych sytuacjach bywało, że radził się nas, wykładowców. Bo w efekcie wszystko składało się na decyzję o dopuszczeniu kleryka do święceń bądź nie - mówi ks. Jacek Bereziński.
Większość kapłaństwa ks. Kędziory związana była z seminarium. 16 lat poświęcił formacji kapłanów jako wykładowca i wychowawca, a następne 5 lat już tylko jako wykładowca. O pracy w seminarium bp Kędziora wspominał potem sam: „To były piękne lata mojej kapłańskiej służby. Ważną rzeczą jest przekazywanie młodzieży wiedzy i kapłańskiego doświadczenia, lecz przynosi ono większe owoce, gdy połączone jest z osobową obecnością pośród młodych”.
W 1982 ks. Kędziora został mianowany proboszczem parafii Wszystkich Świętych w centrum stolicy.

Promienny proboszcz

- Wprowadził promienność w stosunkach między proboszczem a parafianami. Zawsze serdeczny, przechodząc przez kościół uśmiechał się do wszystkich. Szybko poznawał nowych parafian. W dużym kościele, który wydaje się dość ponury, jakby zaczęło tętnić życie. Stworzył wspaniałą atmosferę, dzięki której ludzie chętnie uczestniczyli w różnych inicjatywach w parafii - wspomina prof. Adam Strzembosz, były parafianin. Wcześniej parafia zarządzana była przez wikariusza, w zastępstwie schorowanego starszego proboszcza.
Za czasów ks. Kędziory przy kościele powstało dużo nowych grup formacyjnych: wspólnota Ruchu Światło-Życie, bodaj najprężniejsza z działających w stolicy, istniejąca do dziś grupa Kościół Domowy czy Rodzina Rodzin. Grupa osób z tutejszej parafii dwukrotnie wyjeżdżała do parafii Saint Honore we Francji, z którą nawiązała współpracę. Były także wyjazdy integracyjne młodzieży w polskie góry. Nie były to łatwe czasy dla pracy duszpasterskiej. W parafii działała Komisja Charytatywna niosąca pomoc ubogim oraz rodzinom internowanych i aresztowanych. Przekazywano im dary, które napływały do parafii z Zachodu. Aby uniknąć nadużyć prowadzona była kartoteka osób wymagających pomocy. Każda paczka była rejestrowana. W sytuacjach wątpliwych przeprowadzano w domach wywiady. W pewnym momencie okazało się, że w komisji charytatywnej są agenci Służby Bezpieczeństwa. - Poradziliśmy sobie z tym problemem. Rozwiązaliśmy Komisję i powołaliśmy ją w innym składzie. Potem można było stwierdzić, kto był informatorem SB - wspomina prof. Strzembosz, członek Komisji.
Jako proboszcz ks. Kędziora wszystkich parafian traktował z jednakowym szacunkiem, po ojcowsku, z wielką miłością. W parafii zamieszkiwały osoby utytułowane, ale dużo było także prostych ludzi zaniedbanych moralnie i żyjących bardzo ubogo. Odwiedzał z kolędą jednych i drugich. Stąd potem wiedział do kogo kierować pomoc charytatywną. Sam żył dość skromnie, o czym świadczyły chociażby bardzo proste meble w jego mieszkaniu.
Stosunek do wikarych miał braterski i ojcowski. Jednym z nich był ks. Henryk Małecki. - Jechałem na nową parafię z mieszanymi uczuciami. Zdawałem sobie sprawę, że będę pracował pod okiem byłego wicerektora. Kiedy proboszcz dowiedział się przez domofon, że już jestem, wybiegł na schody i uściskał mnie tak serdecznie, że wszystkie obawy natychmiast się rozwiały - mówi ks. Małecki. Ks. Kędziora jako proboszcz nie korzystał z żadnych przywilejów. Równo dzielił obowiązki, chodził z kolędą, zbierał tacę. Parafianie często widzieli go dyżurującego w konfesjonale.
- Dla nas wikariuszy jak na ówczesne czasy w Warszawie było czymś niezwykłym, że każdy mógł pracować zgodnie ze swoim charyzmatem, nie czując się w jakikolwiek sposób zagrożonym. Nigdy niczego nie zazdrościł, nie przeszkadzał w pracy. Uważał, że w służbie Kościoła każdy ma wręcz obowiązek działać zgodnie ze swoimi talentami - wspomina ks. Małecki. Jeśli inicjatywa pochodziła od wikariusza to z wielkim entuzjazmem ją pilotował, a jeśli trzeba było, wspierał materialnie lub pomagał w inny sposób.
Szczególną uwagę zwracał na katechizację. Chciał, aby młodzież korzystała z niej chętnie, dlatego starał się o dobrych katechetów świeckich i zakonnych. Wszystkich mobilizował do solidnej pracy, starał się, aby nie było zaniedbań. - Był dobrym organizatorem pracy, ale nie efekciarzem. Potrafił stanąć z tyłu, nigdy nie oczekiwał na oklaski - ocenia ks. Małecki. Tak było także wtedy, gdy parafia przygotowywała się do przeżywanego w Polsce w 1987 r. Kongresu Eucharystycznego. Wtedy to Ojciec Święty pierwsze kroki skierował do kościoła Wszystkich Świętych. Przygotowanie świątyni na tę uroczystość było ogromnym wysiłkiem. Jednak znalazło się wtedy dużo ludzi dobrej woli, którzy spieszyli z pomocą bezinteresownie, począwszy od sprzątania, po ofiary na odnowienie świątyni. - Kiedy został biskupem i odchodził z parafii, ogromnie naszego proboszcza żałowaliśmy. Potem stało się tak, że ja przeprowadziłem się na Pragę. Kiedy spotkałem Biskupa żartowałem, że przyszedłem za nim do drugiej diecezji - wspomina prof. Strzembosz.

Zostaje to, co szlachetne

Poza kurialną pracą Biskup lubi spędzać czas na górskich wędrówkach. Od około 30 lat wyjeżdża w Tatry. Górskie szlaki przemierzał zwykle z księżmi Mieczysławem Mosakiem i Zbigniewem Brzozowskim.
- Poznaliśmy się jeszcze w seminarium, byłem od niego nieco starszy. Okazało się, że obydwaj lubimy góry. Zaczęliśmy wyjeżdżać do Księżówki w Zakopanem - mówi ks. prał. Mosak. Trasy ustalał zwykle bp Kędziora, on też był przewodnikiem. W ciągu 10-godzinnego spokojnego marszu był czas na modlitwę różańcową i na rozmowy. - Przeszliśmy całe Tatry - wspomina ks. Brzozowski.
Bp Kędziora czuje się mocno związany z rodzinną łowicką ziemią. Na święto Patronki diecezji św. Wiktorii 11 listopada przyjeżdża do łowickiej katedry. W Dzień Zaduszny odwiedza grób rodziców i braci w Pszczonowie. - Kiedy przyjeżdża, zawsze bardzo serdecznie się wita - mówi proboszcz pszczonowskiej parafii. Serdecznością, prostolinijnością i skromnością zdobywa sobie innych. Ci, którzy znają bp. Stanisława Kędziorę, powtarzają: biskupstwo go nie zmieniło.

"Szczęść Boże" czy... "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus"?

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 6/2003

Piotr Drzewiecki

Ostatnio jedna z kobiet zapytała mnie jakby z pewnym wyrzutem: "Proszę księdza, zauważam z niepokojem, że ostatnimi laty coraz modniejsze w ustach duchownych, kleryków, sióstr duchownych jest pozdrowienie: «Szczęść Boże» zamiast «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». Nawet ksiądz, który przyszedł do mnie po kolędzie, pozdrowił nas słowami «Szczęść Boże». To nie jest przywitanie chwalące Boga. Kiedyś w taki sposób pozdrawiano osoby pracujące: «Szczęść Boże w pracy» i wówczas padała odpowiedź: «Bóg zapłać». Dzisiaj kiedy słyszę «Szczęść Boże», od razu ciśnie mi się na usta pytanie: do czego, skoro nikt nie pracuje w tej chwili? Nie wiem, co o tym myśleć. Według mnie to nie jest w pełni chrześcijańskie pozdrowienie".
No cóż, wydaje się, że powyższa interpretacja pozdrowień chrześcijańskich jest uzasadniona. Ale chyba może za bardzo widać tutaj przyzwyczajenie do tego, co jest tradycją wyniesioną z dziecinnych lat z domu rodzinnego. Pamiętajmy jednak o jednym: to, co jest krótsze, a mam tu na myśli zwrot "Szczęść Boże", niekoniecznie musi być gorsze.
Owszem, pozdrowienie "Szczęść Boże" jest krótsze i z tego powodu częściej stosowane. Ale ono ma swoją głęboką treść, która nie tylko odnosi się do ciężkiej, fizycznej pracy. To w naszej tradycji związano to pozdrowienie z pracą. A przecież życzenie szczęścia jest związane z tak wieloma okolicznościami. Bo jest to ludzkie życzenie skierowane do Boga, stanowiące odpowiedź na całe bogactwo życia człowieka. I jest tu wyznanie wiary w Boga i Jego Opatrzność; wyznanie wiary, że to, co jest ludzkim życzeniem, spełnić może tylko Bóg. To szczęście ma pochodzić od Niego. Mamy tu więc skierowanie uwagi na Boga i naszą od Niego zależność. Zależność, w którą wpisana jest Boża życzliwość dla człowieka. Tak oto odsłania się nam głębia tego skromnego pozdrowienia "Szczęść Boże". Czyż to mało?
Poza tym życzyć szczęścia od Boga, to znaczy życzyć Bożego błogosławieństwa. A jak jest ono cenne, świadczy opisana w Księdze Rodzaju nocna walka patriarchy Jakuba z aniołem, której celem jest m.in. uzyskanie błogosławieństwa w imię Boga: "Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz" (por. Rdz 32, 25-32). I tu znów odsłania się znaczenie naszego pozdrowienia "Szczęść Boże". Jest to prośba o udzielenie przez Boga błogosławieństwa, czyli prośba o uszczęśliwienie człowieka, a więc ogarnięcie go Bożą łaską. Z tym łączy się życzenie osiągnięcia szczęścia wiecznego, którego wszelkie szczęście doczesne jest zapowiedzią i obrazem.
Nie chciałbym jednak być źle zrozumiany. To, że piszę tak wiele o pozdrowieniu "Szczęść Boże", nie znaczy automatycznie, iż chcę przez to podważać pierwszeństwo pozdrowienia "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Moją intencją jest jedynie odkrycie głębokiej wartości wypowiedzenia słów "Szczęść Boże" przy spotkaniu dwóch osób.
A na koniec pragnę przytoczyć - niejako w formie argumentu na poparcie moich rozważań - słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, które wypowiedział 10 czerwca 1997 r. w czasie wizyty w Krośnie: "Niech z ust polskiego rolnika nie znika to piękne pozdrowienie «Szczęść Boże» i «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». Pozdrawiajcie się tymi słowami, przekazując w ten sposób najlepsze życzenia (bliźnim). W nich zawarta jest wasza chrześcijańska godność. Nie dopuście, aby ją wam odebrano".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ewa Kowalewska o waszyngtońskim Marszu dla Życia: tłum radosnych ludzi manifestujących swoje zaangażowanie pro-life

2019-01-18 21:18

pra / Gdańsk (KAI)

„Atmosfera tego marszu jest absolutnie unikalna, wręcz niesamowita. To niezapomniane przeżycie znaleźć się w tłumie tak wielu młodych, radosnych ludzi, manifestujących swoje zaangażowanie w obronie życia” - wspomina Ewa H. Kowalewska. Prezes Human Life International w Polsce w waszyngtońskim Marszu dla Życia uczestniczyła trzykrotnie i - jak mówi - „za każdym razem było to coś niepowtarzalnego”.

dlazycia.info

W dzisiejszym newsletterze Human Life International w Polsce Ewa H. Kowalewska przypomina historię Marszu dla Życia, który w tym roku w Waszyngtonie przejdzie po raz czterdziesty szósty. Odbywa się on w rocznicę niesławnej decyzji Sądu Najwyższego USA w sprawie Roe contra Wade, która w 1973 roku w praktyce zalegalizowała aborcję na życzenie podczas całej ciąży, aż do urodzenia dziecka.

W tym roku Marsz odbywa się pod hasłem „Jedyny w swoim rodzaju od pierwszego dnia: pro-life jest pro-naukowe”. „W ten sposób organizatorzy chcą pokazać, że każda istota ludzka jest unikalna, niepowtarzalna od samego poczęcia oraz połączyć te fakty z rzetelną wiedzą, która zawsze stoi po stronie prawdy i życia” - komentuje Ewa Kowalewska.

Marsz tradycyjnie przejdzie Aleją Konstytucji pod Kapitol oraz gmach Sądu Najwyższego. Zapowiedziano wielu znakomitych gości, w tym abp. Josepha Neumanna przewodniczącego Komitetu ds. Aktywności Pro-life Konferencji Episkopatu USA. Narrację ma prowadzić znany dziennikarz Ben Shapiro.

Z okazji Marszu organizowanych jest wiele wydarzeń towarzyszących. Większość dużych organizacji przygotowuje własne spotkania dla swoich wolontariuszy i pracowników, najczęściej połączone z posiłkiem. Wieczorem poprzedniego dnia odbywa się Msza św. w waszyngtońskiej katedrze, po której wielu młodych pozostaje na całonocnym czuwaniu. „Punktem kulminacyjnym jest jednak uroczysta kolacja po marszu nazywana „Rose Dinner”. W tym roku ma w niej wziąć udział wiceprezydent USA Mike Pence, który od lat jest osobiście związany z ruchem pro-life” - informuje prezes HLI Polska.

Human Life International, najstarsza w USA organizacja pro-life, założona przez benedyktyna o. Paula Marxa w 1974 roku, od początku uczestniczy w Marszu zwartą grupą swoich wolontariuszy i pracowników. „Atmosfera tego marszu jest absolutnie unikalna, wręcz niesamowita. To niezapomniane przeżycie znaleźć się w tłumie tak wielu młodych, radosnych ludzi, manifestujących swoje zaangażowanie w obronie życia” - wspomina Ewa H. Kowalewska. Prezes Human Life International w Polsce w waszyngtońskim Marszu dla Życia uczestniczyła trzykrotnie i - jak mówi - „za każdym razem było to coś niepowtarzalnego”.

„18 stycznia duchowo łączymy się z obrońcami życia z Ameryki! Papież Franciszek ogłosił odpust zupełny pod zwykłymi warunkami dla wszystkich, którzy tego dnia będą się łączyć w modlitwie w intencji obrony życia z uczestnikami Marszu dla Życia w Waszyngtonie - przyłączmy się” - zachęca Ewa Kowalewska.

Waszyngtoński Marsz dla Życia jest największym tego typu wydarzeniem na świecie. Weźmie w nim udział kilkaset tysięcy ludzi, w większości młodych. „Udział w nim robi wielkie wrażenie, bo jest to autentyczna, radosna afirmacja życia” - mówi Ewa Kowalewska. Marsz dla Życia w Waszyngtonie jest ukoronowaniem podobnych akcji pro-life, które w tych dniach odbywają się w ponad osiemdziesięciu amerykańskich miastach.

Prezes HLI Polska zwraca uwagę, że batalia o zaprzestanie aborcji w ostatnich latach w Ameryce nasila się coraz bardziej. „Od ujawnienia handlu organami zabijanych dzieci przez Planned Parenthood, organizację posiadającą najwięcej placówek aborcyjnych w USA, rozgorzała walka o pozbawienie ich funduszy federalnych. Są to duże pieniądze i jest o co walczyć. Zamknięto już ponad 200 placówek aborcyjnych, ale proceder zabijania poczętych dzieci nadal trwa. Wybór prezydenta Trumpa wzmocnił amerykański ruch pro-life, jednak każdy krok w kierunku delegalizacji aborcji wywołuje totalną awanturę, wspieraną głównie przez demokratów” - pisze Kowalewska.

W najnowszym newsletterze HLI Polska zauważono także, że po ostatnich zmianach w amerykańskim Sądzie Najwyższym większość sędziów jest po stronie ochrony życia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem