Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Rahel Kebebe Tshay

Kochać do bólu

O Niedzieli Palmowej i nie tylko...

Z ks. Bogdanem Bartołdem, rektorem kościoła św. Anny rozmawia Paweł Zuchniewicz.
Edycja warszawska (st.) 12/2002

Kościół św. Anny to ośrodek duszpasterstwa akademickiego, z którym stały kontakt ma około tysiąca młodych ludzi. To także miejsce, w którym zawieranych jest bardzo dużo małżeństw - najprawdopodobniej najpopularniejsza pod tym względem świątynia w Warszawie. To spod św. Anny wyrusza corocznie ogólnowarszawska Droga Krzyżowa, która z roku na rok gromadzi coraz większe rzesze wiernych. Podczas procesji Bożego Ciała właśnie przed św. Anną homilię wygłasza Prymas Polski. Ten kościół jest swoistym fenomenem w życiu mieszkańców stolicy, może trochę dlatego, że jest jakby symbolem naszego życia. Jest piękny, a zarazem podatny na zniszczenie. Ta wspaniała barokowa świątynia stoi bowiem na skarpie wiślanej i grozi jej obsunięcie. Podobnie ludzie, którzy tu przychodzą: beztroscy nowożeńcy, którzy później poznają , że małżeństwo to nie tylko radości i zachwyty; ludzie znękani życiem szukający pokrzepienia w sakramencie pojednania, wreszcie ci, którym - mimo cierpień i prób - udało się odnieść sukces: pokochać na prawdę Boga i innych ludzi.

PAWEŁ ZUCHNIEWICZ: - Czy spodziewa się Ksiądz, że w Niedzielę Palmową u św. Anny będzie więcej ludzi niż zazwyczaj?

KS. BOGDAN BARTOŁD: - Na pewno. I to nie tylko dlatego, że zawsze do kościoła przychodzi więcej ludzi, gdy jest jakiś "rekwizyt" - palma, popiół, jajko. Przede wszystkim dzieje się tak dlatego, że ludzie przychodzą do spowiedzi. To jest ostatni rzut na taśmę przed Wielkanocą. Konfesjonały są wówczas oblegane od wczesnego poranka do późnego wieczora (od 8.00 do 23.00). Księża są bardzo zmęczeni, ale cieszymy się, że tyle ludzi chce się pojednać z Bogiem.

To jest jakiś charyzmat Świąt Wielkiej Nocy: człowiek dotykając Męki Chrystusa, przeżywając ją - pragnie pogodzić się z Bogiem. To trochę tak jak na Kalwarii. Chciałoby się powiedzieć, że jeszcze w ostatniej chwili Pan Jezus zdążył zbawić łotra. Chrystus i dziś bardzo hojnie okazuje swoją łaskę. Tak hojnie, że to aż zadziwia.

- W Niedzielę Palmową czytamy opis Męki Pańskiej, ale ten opis zestawiony jest z wcześniej czytanym fragmentem Ewangelii o wjeździe Pana Jezusa do Jerozolimy. Dwie zupełnie różne sytuacje - radości i męki. Czy Ksiądz nie czuje pewnego dyskomfortu tego dnia w czasie Mszy św.?

- Nie. Czyż nie jest to pełen opis naszego życia? Przecież składa się ono z radości, ze szczęścia, z przyjemności, ale także z cierpienia i prób. Gdy wspominamy wjazd Jezusa do Jerozolimy jesteśmy jakby na jej ulicach. Chcemy razem z tym tłumem wiwatować na Jego cześć. Przecież to jest wjazd królewski. Jezus wjeżdża do Jerozolimy ziemskiej, ale ona symbolizuje Jerozolimę niebiańską, do której każdy z nas zdąża.

Z drugiej strony stajemy przed tajemnicą cierpienia. Jest to zarazem tajemnica miłości. Jeżeli ktoś chce tak na prawdę kochać to musi dotknąć się krzyża. Nieraz ludziom wydaje się, że miłość to tylko tzw. "odlot" - to wyłącznie przyjemność, bycie z osobą kochaną, stan duchowego upojenia. W miarę uzyskiwania wewnętrznej dojrzałości człowiek zauważa, że miłość to ofiara z siebie, to przełamywanie siebie, otwieranie się na drugiego człowieka. Nie miejmy złudzeń - to kosztuje.

Taka jest tajemnica Niedzieli Palmowej. Pan Jezus wjeżdża do Jerozolimy. Tłum wiwatuje. Za kilka dni ten sam tłum będzie wołał " Ukrzyżuj Go!". Wyjaśnienie tego paradoksu znajdziemy w samej Ewangelii. Zwróćmy uwagę na sytuacje, w których Chrystusa otaczają tłumy. Tak dzieje się na przykład w chwili, gdy dokonuje On rozmnożenia chleba. Ludzie są bardzo nastawieni na to, co sami mogą otrzymać. Nie odnosi się to wyłącznie do tzw. rzesz ludzkich. To samo przecież dzieje się z uczniami. Łatwo było im, gdy byli zafascynowani Panem Jezusem, gdy widzieli jak uzdrawia, jak głosi, jak czyni różne cuda. Oni uważali, że przy Chrystusie będą mogli się wybić. Że nie będą jakimiś tam rybakami, ale ludźmi, którzy będą coś znaczyć. Ale, gdy Jezus przygotowuje ich do tego, co ma nadejść oni zaczynają się bać i buntować. Pytają: Panie, wszystko zostawiliśmy i co z tego będziemy mieli? Dlatego była potrzebna góra Tabor, gdzie Jezus ukazał im się w chwale. Tam chciał ich umocnić przed wydarzeniami Wielkiego Tygodnia. Mimo to na Kalwarii poza Janem nie było żadnego z Apostołów. Przestraszyli się. Piotr się zaparł. I tak jest w naszym życiu.

- Ludzie witający Pana Jezusa na ulicach Jerozolimy w jakiś sposób Go kochali, uwielbiali Go. A jednak Ci sami ludzie - jak to już zauważyliśmy - skazali Go potem na śmierć. W czym ich miłość była ułomna?

- To tkwi w ludzkiej naturze. Oni byli przekonani, że to będzie ktoś kto wypełni rolę mesjasza, ale w takim wydaniu, jakie oni sobie wyobrazili: przyjdzie człowiek, który zaprowadzi dobrobyt, uwolni od politycznej zależności, zdejmie z nas cierpienia i wszystkie trudności. W ich pojęciu przychodził taki właśnie człowiek. Gdy dziś mówimy o polityce populistycznej mamy do czynienia z tym samym zjawiskiem. To nie była miłość, to był zachwyt. Uwielbienie tłumu. Ci, którzy robili ten hałas traktowali Jezusa jak swojego idola. Kilka dni później poczuli się oszukani i skazali - można powiedzieć demokratycznie - niewinnego człowieka na śmierć. Warto o tym pamiętać w kontekście słów Ojca Świętego, który przypomina, że demokracja bez wartości staje się totalitaryzmem.

- Takie rozczarowania zdarzają się też i w naszych rodzinach. Przeradzają się potem w rozwody, kłopoty wychowawcze z dziećmi itp.

- U źródeł takich sytuacji leży przekonanie, że to mnie się coś należy, że to drugi człowiek ma niemal obowiązek ciągle świadczyć mi dobro. Zdarza mi się spotykać młodych ludzi, którzy kierują się taką właśnie zasadą postępowania: Jeśli będzie nam ze sobą dobrze to będziemy razem. Natomiast jeśli pojawią się jakieś trudności to powiemy sobie do widzenia. Często w obliczu problemów zapominają oni, że są jednym ciałem i mają to we dwoje rozwiązać.

Kiedyś przyszła do mnie para, która po dwóch czy trzech latach małżeństwa wpadła w straszny kryzys. Myśleli nawet o rozwodzie. Dwoiłem się i troiłem używając najróżniejszych argumentów. Mieli już dziecko, przekonywałem ich, że choćby dla jego dobra trzeba spróbować jeszcze raz. Niestety, nawet to ich nie przekonało. Siedzieliśmy w kancelarii parafialnej. Podniosłem się i powiedziałem: Chodźcie ze mną.

Przeszliśmy do kościoła, stanęliśmy przed Najświętszym Sakramentem. "Uklęknijcie" - powiedziałem - "i jeżeli macie odwagę, to powiedzcie Panu Jezusowi, że nie chcecie być razem ze sobą". Efekt był taki, że oboje się popłakali i zostali ze sobą.

- Czy patrząc na młodą parę wychodzącą z kościoła przy dźwiękach marsza Mendelssohna i pamiętając o takich sytuacjach jak opisana wyżej, nie obawia się Ksiądz, że wiele małżeństw może czekać srogi zawód i w konsekwencji cierpienie?

- W homilii ślubnej często im mówię, że obok chwil pięknych i pełnych radości mogą nieraz przyjść doświadczenia, cierpienia. Oni w tym momencie - tak mi się wydaje - nie są nastawieni na przyjęcie tych słów. W dniu ślubu przepełnia ich radość - oto spełniły się ich oczekiwania, marzenia. Na spotkaniach przygotowujących do sakramentu mówimy o tym i muszę powiedzieć, że większość bardzo dojrzale patrzy na życie. Staramy się pokazać, że problemy można rozwiązywać wspólnie, we trójkę - mąż, żona i Pan Jezus.

- W Niedzielę Palmową szczególnie szokuje zestawienie wielkiej miłości z wielką nienawiścią. Ci ludzie, którzy skazywali Jezusa na śmierć wiedzieli, że jest niewinny, mało tego, widzieli jego miłość. A jednak tak bardzo go nienawidzili. Często i nasze życie zatruwa złość, która jest przyczyną wielu cierpień innych. Skąd się to bierze?

- Żeby to zrozumieć musimy cofnąć się aż do opisu grzechu pierworodnego. Dlaczego ci ludzie zgrzeszyli? Przecież byli szczęśliwi, chodzili w obecności Pana Boga. W pewnym momencie pojawiło się zło - szatan i wówczas oni wystąpili przeciw Panu Bogu. I w nas jest coś podobnego: pycha, podejrzliwość. Otrzymujemy od kogoś coś dobrego i już go podejrzewamy: dlaczego on to zrobił, czy nie ma w tym jakiegoś interesu. Człowiekowi trudno jest uwierzyć w bezinteresowną miłość. Pierwszym ludziom też było trudno. Pan Bóg zakazał im spożywania owocu, a szatan przekonał ich, że za tym coś się kryło. My też czasem tak uważamy. Z kolei pycha sprawia, że uważamy się za lepszych od Pana Boga. Myślimy czasem: Panie, gdybym był na Twoim miejscu, to nie dopuściłbym do tego wypadku, do takiej choroby. Nie do końca ufamy, że Pan Bóg naprawdę nas kocha.

- Dlaczego jednak swoją miłość wyraził w taki sposób - na krzyżu?

- W duszpasterstwie zadawaliśmy sobie to pytanie: Czy Bóg mógł zbawić nas inaczej? Mógł. A dlaczego tego nie zrobił? Żeby pokazać, jak bardzo nas kocha. Dla mnie osobiście Chrystus wiszący na krzyżu to wielkie wołanie Boga do człowieka: "Co ja jeszcze więcej mogę dla ciebie zrobić, żebyś ty we mnie uwierzył?". Szczęśliwie są tacy, którzy na to wołanie odpowiadają godnie. Myślę tu szczególnie o pewnej parze małżeńskiej, z którą niegdyś się zetknąłem. Otóż krótko po ślubie żona uległa poważnemu wypadkowi. Było jasne, że nigdy już nie opuści wózka inwalidzkiego. Ci państwo pojawili się u mnie i poprosili o rozmowę - każde z nich chciało rozmawiać na osobności. Najpierw żona zapytała mnie, jakie są prawne możliwości rozwiązania tego związku. "Przecież on ma prawo mieć sprawną żonę - mówiła - nie mamy jeszcze dzieci, może dałoby się to jakoś rozwiązać". Odpowiedziałem, że takiej możliwości nie ma. Potem przyszedł mąż. I mówi: "Pewnie żona pytała księdza, jak można by rozwiązać nasze małżeństwo. Ale ja księdzu powiem jedno. Uświadomiłem sobie, że równie dobrze to ja mógłbym być na wózku. I myślę, że ona by ze mną wtedy została. To, co przeżywamy obecnie jest bardzo trudne, ale może to Pan Bóg postawił przed nami taką poprzeczkę. Ja podjąłem decyzję. Będę z żoną do końca".

- Dziękuję za rozmowę.

Hymn o miłości


Niedziela Ogólnopolska 51/2006, str. 18-19

© Igor Mojzes/Fotolia.com

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i miał tak wielką wiarę, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa,
które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie.
Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz.
Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: największa z nich [jednak] jest miłość.

Z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian (1 Kor 13, 1-13)

Przeczytaj także: Hymn o miłości
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Józef Czyżewski - pomorski bohater naszej niepodległości

2018-08-14 13:17

Antoni Szymański

W tym roku polska obchodzi jubileusz 100-lecia odzyskania niepodległości. Nie byłaby ona możliwa gdyby nie lokalni bohaterowie działający na rzecz jej odzyskania. Taką osobą był Józef Czyżewskiego – gdańszczan, który niewątpliwie dokonał wiele na rzecz prowadzenia akcji oświatowej i patriotycznej wśród zamieszkujących w Gdańsku Polaków.

Archiwum prywatne
Antoni Szymański Senator IX Kadencji

Był polskim wydawcą, drukarzem, ale przede wszystkim aktywnym działaczem narodowym. Wykorzystując swoją działalność i rozwożąc własne wyroby po całym terytorium Pomorza, prowadził jednocześnie działalność narodową – nawiązywał kontakty, sprzedawał polskie gazety i książki. Był wydawcą „Kuriera Gdańskiego (od 1884 r.), który ukazywał się trzy razy w tygodniu. Jego następcą był „Tygodnik Gdański” (od 1885 r.). Dodatkiem do tych pism była „Gazeta Świąteczna”. W 1891 r. Czyżewski był współzałożycielem „Gazety Gdańskiej”. Już w końcu XIX wieku gazeta zyskała sporą popularność i stała się najpoczytniejszym polskojęzycznym czasopismem w północnej części Prus Zachodnich. Poruszała przede wszystkim tematy związane z polskim odrodzeniem narodowym na ziemiach dawnego zaboru pruskiego. Łączność z czytelnikami zapewniała redakcji sieć agencji rozsianych po całym regionie, zajmujących się zarówno kolportażem, jak i nadsyłaniem tematów i materiałów. Józef Czyżewski w 1908 przez pewien czas drukował pismo „Gryf” wydawane przez Aleksandra Majkowskiego kaszubskiego pisarza i założyciela Ruchu Młodokaszubskiego. Józef Czyżewski wraz z rodziną prowadził nowoczesną drukarnię, hurtownię papieru i toreb papierowych, wydawał też Kurier Polski wraz z dodatkiem „Pomorze”. Warto wspomnieć, że drukarnię podporządkował realizacji celów narodowych, a jego wszyscy synowie i córki pracowali w drukarni. Jego córka Maria Czyżewska-Lniska była pierwszą kobietą mistrzynią drukarstwa w Europie. Syn Mieczysław, który po Józefie przejął wydawnictwo i drukarnię został zamordowany w Wielki Piątek 22 marca 1940 r. w lesie przy niemieckim obozie koncentracyjnym KL Stutthoff.

Czyżewski był jednym z głównych animatorów polskiego życia w Gdańsku i na Pomorzu Wschodnim na przełomie XIX i XX wieku. W 1884 r. zainicjował on powstanie Towarzystwa Ludowego Jedność, mającego prowadzić działalność oświatową i patriotyczną wśród Polaków zamieszkujących w Gdańsku. W 1904 r. Towarzystwo przekształciło się w Związek Polskich Towarzystw Ludowych. Dwa lata później współuczestniczył w powstaniu w Gdańsku Zjednoczenia Zawodowego Polskiego organizacji związkowej - centrali polskich związków zawodowych. Zjednoczenie Zawodowe Polskie promowało rozwój spółdzielczości, a od połowy lat 30. korporacjonizm głównie rzemieślniczy.

W latach 1918-1920, kiedy powstawała Niepodległa Polska, Józef Czyżewski włączył się w akcję agitacyjną na terenie Pomorza Gdańskiego jeżdżąc po okolicznych wioskach i nawołując do walki w imię obrony polskich interesów narodowych. Brał też czynny udział w ochotniczej akcji werbunkowej Polaków gdańskich do armii polskiej, w wyniku, której zgłosiło się ok. 500 osób z Gdańska i okolic. Przy ul. Kotwiczników 6 w Gdańsku, gdzie mieściła się drukarnia Czyżewskich, koncentrował się gdański ruch niepodległościowy i sztab gdańskiego oddziału powstańczego wchodzącego w skład Organizacji Wojskowej Pomorza. Pod drukarnią znajdowały się magazyny broni powstańczej. Józef Czyżewski przeznaczył także swoje środki finansowe na zakup tej broni. Przygotowywane powstanie zbrojne miało być połączone z przyjazdem gen. Hallera do Gdańska, a jego celem rozbrojenie pruskiej załogi i opanowanie miasta. Plan ten nie uzyskał jednak aprobaty.

W grudniu 1918 r. drukarnia Czyżewskich została napadnięta i zniszczona przez bojówkę niemiecką ze Stahlheimu, która wydała tajny wyrok śmierci na rodzinę Czyżewskich. Obrabowano także dom i sklep, poturbowano personel i usiłowano zamordować całą rodzinę, która cudem ocalała. Mimo tego rodzina Czyżewskich nie załamała się i odbudowała w ciągu 6 miesięcy drukarnię i przystąpiła na nowo do pracy, a Józef Czyżewski działał nadal aktywnie w polskim ruchu narodowym, wszedł w skład Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu oraz polskiej Rady Ludowej w Gdańsku. W kwietniu 1919 na zjeździe w Gdańsku zakładał Polskie Stronnictwo Ludowe – Pomorze. Po utworzeniu Wolnego Miasta Gdańska należał do założycieli i czołowych działaczy Gminy Polskiej oraz Macierzy Szkolnej. W 1928 r. został honorowym prezesem Gminy Polskiej.

Od władz Polskich otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Medal Niepodległości oraz Order papieski Pro Ecclesia et Pontifice nadany mu przez biskupa gdańskiego Edwarda O’Rourke. Józef Czyżewski był osobą zasłużoną i szanowaną przez najważniejsze gremia i osoby w II RP. O sprawach Polaków na Pomorzu, germanizacji w okresie zaborów osobiście rozmawiał m.in. z marszałkiem Józefa Piłsudskim i prezydentem RP Ignacym Mościckim w Belwederze.

Pogrzeb Józefa Czyżewskiego w październiku 1935 r. na cmentarzu św. Mikołaja we Wrzeszczu stał się największą manifestacją patriotyczną Polaków przed wybuchem II wojny światowej. Dziś jego prochy spoczywają na gdańskim Cmentarzu Centralnym Srebrzysko.

W roku jubileuszu odzyskania niepodległości Polski warto przypominać o postaciach, które do odzyskania wolności ojczyzny się przyczyniły, a postać Józefa Czyżewskiego do nich niewątpliwie należy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem