Reklama

Z dobrą wiadomością z Houston o leczeniu raka

Z dr. Stanisławem Burzyńskim rozmawiał bp Ryszard Karpiński
Niedziela Ogólnopolska 10/2003

Z dr. Stanisławem Burzyńskim - odkrywcą systemu biochemicznej obrony przeciwrakowej, założycielem i głównym właścicielem Instytutu Badań Naukowych, a także kliniki i zakładu farmaceutycznego oraz apteki w Houston i w Stafford (Teksas) w USA - rozmawia bp Ryszard Karpiński

Bp Ryszard Karpiński: - Panie Doktorze, proszę o kilka słów na temat Pańskich badań naukowych i ich rezultatów.

Dr Stanisław Burzyński: - Jeszcze jako student Akademii Medycznej w Lublinie odkryłem we krwi substancje należące do grupy peptydów, czyli małych białek, i spostrzegłem ich niedobór we krwi osób chorych na raka. Pierwszy pacjent, którym się zainteresowałem, był chory na raka prostaty. Zacząłem badać dalej te substancje i stały się one tematem mojej pracy doktorskiej. Miałem tu duże poparcie kierownika katedry chemii ogólniej - prof. Krzeczkowskiej. Natomiast wywołało to zazdrość, a nawet nienawiść wysoko postawionych partyjnie lekarzy, którzy postanowili mi "pomóc" przez skierowanie mnie do wojska. Później sobie nawet to chwaliłem, była to bowiem słodka bezczynność w białych koszarach w Kołobrzegu, a następnie w Braniewie. Trafiłem tam na dobrych dowódców. Ale gdy trzeci raz skierowano mnie do Modlina na dwa lata, postanowiłem szukać innych dróg. Legalnie starałem się o zezwolenie na wyjazd za granicę. Po pięciu odpowiedziach odmownych zacząłem myśleć o przejściu przez Słowację i Węgry na Zachód. Okazało się to jednak zbyteczne, gdyż w ostatniej chwili zainteresował się moim przypadkiem znany prof. Marian Mazur, który specjalnie przyjechał do Lublina, aby zapoznać się z moimi badaniami, i obiecał mi pomoc. Nagle dostałem paszport i 4 września 1970 r. znalazłem się w Nowym Jorku. Wojsko jeszcze przez długi czas poszukiwało mnie w Lublinie.

- Jakie były Pana pierwsze wrażenia i doświadczenia amerykańskie?

- Pierwsze wrażenia były bardzo ciekawe, ponieważ jest to piękny kraj, tylko ja nie miałem pieniędzy ani na turystykę, ani nawet na życie. Znalazłem schronienie u mojego stryja - ks. Jana Burzyńskiego, kapłana diecezji lubelskiej, duszpasterza w Nowym Jorku. Poszukiwania pracy w tej metropolii nie powiodły się. Dotarłem do katedry św. Patryka i zacząłem prosić patrona Irlandii o wsparcie. Napisałem kilka listów do ośrodków poza Nowym Jorkiem - m.in. do Houston i do prof. Georgesa Ungara, który zajmował się peptydami. Prof. Ungar zaprosił mnie tutaj, a nawet opłacił moją podróż. Po spotkaniu zaangażował mnie jako swojego asystenta na Uniwersytecie Baylor i tak zaczął się nowy etap w moim życiu.
Po dwóch latach miałem już stanowisko profesorskie, a po siedmiu postanowiłem się usamodzielnić i założyłem własne laboratorium, które z czasem rozrosło się w duży instytut prywatny i klinikę. Instytucje te zatrudniają ponad 130 osób, w tym ok. 40% Polaków.

- Może powie Pan coś o przeżytych kłopotach?

- Pierwszą i bardzo ważną sprawą było opanowanie języka angielskiego. Później na uniwersytecie nie miałem poważniejszych trudności. Prowadzone przeze mnie badania były cenione i subwencjonowane przez Narodowy Instytut Raka. Problemy zaczęły się wtedy, gdy przedstawiłem wyniki moich badań na wielkim zjeździe naukowym. Agencja Associated Press określiła je jako jedne z najbardziej interesujących spośród ok. 4 tys. prac naukowych. Artykuły na ten temat pojawiły się na całym świecie. Na naszym uniwersytecie przyjęto je początkowo entuzjastycznie. Później ludzie, którzy mieli decydujący głos w sprawach rakowych, chcieli mieć nade mną kontrolę. Ofiarowali mi wyższe stanowisko, większe fundusze, profesurę biochemii i onkologii, w zamian za rezygnację z praktyki prywatnej i zajmowanie się teoretycznymi badaniami. To pozbawiłoby mnie swobody działania. Dlatego pożegnałem się z karierą uniwersytecką i otworzyłem własny ośrodek badawczy. Znalazłem się w niewielkim gronie naukowców, którzy podejmują badania na własny koszt. Musiałem rozbudować moją praktykę prywatną. Tak powstała duża klinika, która zatrudnia obecnie 25 lekarzy. Pieniądze uzyskane z usług lekarskich przeznaczałem na badania naukowe, które prowadziłem po wypełnieniu obowiązków lekarskich, często wieczorem czy rano.

- Czytelników "Niedzieli" z pewnością zainteresuje sprawa dość głośnego procesu sądowego przeciwko Panu Doktorowi. Proszę opowiedzieć nam tę historię.

- Gdy stwierdziliśmy działania przeciwrakowe odkrytych przeze mnie substancji, nazwanych antyneoplastonami, i brak ich działania toksycznego u zwierząt, zaczęliśmy leczenie eksperymentalne chorych. Procedura leczenia została zatwierdzona przez komisję etyczną. Moi adwokaci zasięgnęli opinii władz Teksasu i stwierdzili, że nie ma żadnych przekroczeń praw stanowych czy federalnych. Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Ale kiedy pozytywne wyniki leczenia zaczęły nabierać rozgłosu i do naszej kliniki zaczęli przyjeżdżać ludzie z całego świata, wtedy władze federalne, reprezentowane przez FDA (Food and Drug Administration - Agencja ds. Leków i Żywienia), postanowiły mieć nad nami ścisłą kontrolę. Skończyło się to procesem przeciwko nam w maju 1983 r. Największym zarzutem był fakt wysyłania naszych leków do ludzi ciężko chorych z innych stanów. Przypadki takie były uzgodnione wcześniej z FDA, która poinformowała nas, że jeżeli chory nie może przyjechać do naszej kliniki, wtedy możemy wysłać leki do jego lekarza. Zostało to jednak nazwane przekroczeniem przepisów handlu międzystanowego. Domagano się likwidacji naszej działalności oraz kar pieniężnych. Sprawa została zakończona po ok. 6 tygodniach. Sędzia federalny wydał wyrok, według którego żądania FDA zostały odrzucone. Otrzymaliśmy zezwolenie na produkcję leków i ich stosowanie w całym stanie Teksas. Natomiast wysyłanie leków poza stan miało być zatwierdzone przez FDA. Agencja usiłowała szantażować sędziego. Jednak pani sędzia nie cofnęła się przed wydaniem pozytywnego dla mnie wyroku. Później FDA usiłowała postawić mnie w stan oskarżenia kryminalnego, ale na szczęście bez rezultatu. Na początku lat 90. wydawało się, że sprawa umarła śmiercią naturalną, ale w tym właśnie roku pojawiła się na scenie pewna firma farmaceutyczna, która chciała przywłaszczyć sobie wyniki naszych badań i zdobyć licencję na produkcję i sprzedaż wynalezionych przez nas leków. Ataki na nas trwały kilka lat, nasilając się w 1995 r., kiedy to ponownie zostałem postawiony w stan oskarżenia. Główne zarzuty dotyczyły ponownie tzw. handlu z innymi stanami. Każdy z tych zarzutów dotyczył faktu przenoszenia leków przez pacjentów do innych stanów w celu kontynuowania leczenia. Nie było dowodów na wysyłanie leków przez klinikę. Groziło mi za to 270 lat więzienia i ok. 100 mln dolarów grzywny. I ten smutny proces zakończył się naszym zwycięstwem. Większość ludzi, którzy nas prześladowali, straciło pracę, łącznie z komisarzem FDA. Rząd wydał na ten proces ok. 60 mln dolarów. Obecnie żyjemy w zgodzie z FDA i mamy nadzieję, że dostaniemy od niej większe fundusze na nasze badania.

- Na czym polega działanie Pańskich preparatów?

- Preparaty te działają na zasadzie przełączników genów, tzn. włączają geny supresory, które uaktywniają program śmierci komórkowej, zabijając w ten sposób jedynie komórki rakowe bez uszkadzania komórek zdrowych. Podobnie jak wyłączenie prądu powoduje zatrzymanie silnika elektrycznego - wyłączenie sygnału elektrycznego w komórce rakowej powoduje jej śmierć.

- Co jest największym sukcesem i radością w Pańskiej karierze?

- Naszą największą radością są nasi pacjenci, w stosunku do których inni lekarze wyczerpali już wszystkie możliwości współczesnej medycyny i praktycznie wydali na nich wyrok śmierci, a tymczasem po zastosowaniu naszych preparatów pod ścisłą kontrolą lekarską ci ludzie nadal żyją i wypełniają różne zadania życiowe. Są wśród nich osoby różnej płci i w różnym wieku, różnych narodowości. To oni bronili nas w czasie procesu, stojąc z transparentami na zewnątrz sali sądowej i pod Białym Domem w Waszyngtonie. Oni także w dużej liczbie ok. 600 osób, stanowiąc większość gości, wzięli czynny udział w 2002 r. w skromnych obchodach 25-lecia naszej działalności.

- Panie Doktorze, może jeszcze słowo o parafii polonijnej w Houston. Jest Pan przecież jednym ze znaczniejszych fundatorów obecnego kościoła.

- Jeszcze w latach 70. rozpoczęliśmy starania o założenie parafii polonijnej. Główną organizacją było Stowarzyszenie Inteligencji im. M. Kopernika, któremu nawet przez pewien czas przewodniczyłem. Początkowo mieliśmy trudności ze strony miejscowej władzy diecezjalnej. Po wyborze Polaka na Stolicę Piotrową trudności znikły. Zakupiono odpowiednie grunty i zamieniono istniejącą salę gimnastyczną na kościół pw. Matki Bożej Częstochowskiej. Kilka lat temu rozpoczęto budowę nowego kościoła, który został poświęcony 26 sierpnia 2001 r. Od 1993 r. proboszczem naszej parafii jest ks. Jerzy Frydrych TChr. Cieszymy się, że w niedzielę 2 lutego br. Ksiądz Biskup mógł w naszym kościele odprawiać Mszę św. i spotkać się z tutejszą Polonią.

- Dziękuję za rozmowę.

Katolicy i Orkiestra

Ks. Andrzej Kobyliński
Niedziela Ogólnopolska 11/2003

W Polsce od kilkunastu już lat słyszymy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Wśród katolików akcja Jerzego Owsiaka ma swoich zwolenników i przeciwników. Stosunek do WOŚP wyraźnie pokazuje różne nurty polskiego katolicyzmu. Katolicy sympatyzujący z Wielką Orkiestrą uważają, że akcja Jerzego Owsiaka to piękna inicjatywa. Ich zdaniem, Kościół w Polsce przeszedł ewolucję w ocenie WOŚP - od negacji i dystansu po aprobatę. Natomiast katolicy dystansujący się od Wielkiej Orkiestry nazywają akcję Jerzego Owsiaka "graniem na ludzkich uczuciach" oraz "laicyzacją działalności charytatywnej". Orkiestra jest zjawiskiem bardzo złożonym, w którym dobro miesza się ze złem. Szlachetności wolontariuszy i darczyńców towarzyszy ideologia Wielkiego Dyrygenta, który promuje wizję życia obcą chrześcijaństwu.

Argumenty zwolenników

Po pierwsze - podstawowym argumentem zwolenników WOŚP jest cel akcji, tzn. zakup sprzętu medycznego do leczenia chorych dzieci. Po drugie - w opinii zwolenników akcja Jerzego Owsiaka jest dobrą zabawą. Po trzecie - Wielka Orkiestra budzi wrażliwość dzieci, młodzieży i dorosłych na ludzi potrzebujących, szczególnie na potrzebujące pomocy noworodki. Po czwarte - zwolennicy akcji Jerzego Owsiaka podkreślają, że druga niedziela stycznia integruje nasze społeczeństwo wokół wspólnego dobra.

Filantropia a miłosierdzie

Przeciwnicy WOŚP nie negują racji jej zwolenników, ale ukazują drugą stronę akcji Jerzego Owsiaka. Pierwszy argument przeciwników stanowi przekonanie, że Wielka Orkiestra jest typową oświeceniową filantropią, która dzisiaj bardzo często zastępuje miłosierdzie chrześcijańskie. Filantropia (gr. phileo - kocham, anthropos - człowiek) to idea przyjaznego odnoszenia się do każdej istoty ludzkiej z racji wspólnoty w tym samym człowieczeństwie. W filantropii przedmiotem miłości nie jest konkretna osoba, ale ludzkość jako zbiorowość. Natomiast miłość chrześcijańska, w przeciwieństwie do filantropii, ma zawsze charakter osobowy. Terminologia chrześcijańska nie zna "umiłowania ludzkości". Jej podstawową zasadą jest "miłość bliźniego". Owocem miłości chrześcijańskiej jest miłosierdzie. W postawie miłosierdzia chodzi o pomoc bliźniemu płynącą z potrzeby serca. Pomagam drugiemu, ponieważ mu współczuję i widzę w nim bliźniego, z którym mamy wspólnego Ojca w niebie. Oświeceniowa filantropia jest obca chrześcijaństwu. Dla katolików wzorem ewangelicznego miłosierdzia nie jest medialny gwiazdor Jerzy Owsiak, ale Matka Teresa z Kalkuty, osoba wewnętrznie prawa, żyjąca w przyjaźni z Bogiem, kochająca innych ludzi i świadcząca pomoc bez rozgłosu.
Cele filantropii mogą być bardzo szlachetne. To nie zmienia jednak faktu, że filantropia nie jest miłosierdziem, ale jego świecką namiastką. Wartość moralna filantropii nie jest sama w sobie pozytywna, ale zależy od okoliczności i intencji działającego. Oceniając wartość moralną akcji Jerzego Owsiaka, musimy uwzględnić nie tylko zebrane pieniądze, ale także okoliczności i intencje ludzi zaangażowanych w to przedsięwzięcie. W przypadku WOŚP mamy do czynienia z filantropią, która w sposób niezwykle mocny podkreśla wymiar zabawy. Dla wielu uczestników akcji Jerzego Owsiaka zabawa staje się celem pierwszorzędnym, a pomoc innym schodzi na drugi plan. Niektórzy wyznają szczerze: "Pomagam, bo się przy tym dobrze bawię". W ten sposób dobroczynność staje się ubocznym efektem rozrywki. Zresztą sam Wielki Dyrygent przyznał w rozmowie ze Zbigniewem Nosowskim, opublikowanej w czerwcu 2000 r. w miesięczniku Więź, że rozpoczynając Orkiestrę, myślał o "hucpie, zabawie, happeningu, a wyszło wielkie przedsięwzięcie".

"Róbta, co chceta"

Drugim argumentem przeciwników WOŚP jest kultura luzu, którą promuje w mediach Wielki Dyrygent. Najgłębiej wyraża ją powiedzenie: "Róbta, co chceta". Styl życia proponowany przez Jerzego Owsiaka to przyzwolenie na rozprzężenie moralne. Zgodnie z tą perspektywą - młodzi ludzie mogą robić, co chcą, jeśli tylko raz do roku chodzą z serduszkami.

Koszty Organizacji

Trzecim argumentem krytycznym są koszty organizacji Wielkiej Orkiestry. Sama transmisja telewizyjna kosztuje TVP kilka milionów złotych. Telewizja publiczna lansuje całą imprezę "za darmo", czyli za pieniądze podatników. Do kosztów transmisji trzeba doliczyć organizację imprez w dziesiątkach polskich miast za publiczne pieniądze. Potężne sumy wydaje się w ciągu roku na plakaty, billboardy, reklamę. Kto policzył, ile kosztują organizowane w drugą niedzielę stycznia koncerty i pokazy sztucznych ogni? Niektórzy podejrzewają, że koszty organizacji Wielkiej Orkiestry mogą przewyższać zebrane fundusze.

Co dziesiąta złotówka

Czwarty argument to tzw. działania statutowe Fundacji WOŚP. Każdego roku 10% pieniędzy zebranych w ramach akcji Jerzego Owsiaka przeznacza się m.in. na wynagrodzenia, utrzymanie biura, samochody oraz organizowanie Przystanku Woodstock. Z tego wynika, że co dziesiąta złotówka dawana w styczniu Orkiestrze idzie na cele, których być może ofiarodawca nie akceptuje.

Woodstock

Piątym argumentem krytycznym jest Przystanek Woodstock. Został on pomyślany jako podziękowanie i możliwość wspólnej zabawy dla wolontariuszy WOŚP. Przystanek jest organizowany za pieniądze Orkiestry. Z biegiem lat stał się największym koncertem rockowym w naszym kraju. Naoczni świadkowie mówią o pijanych tłumach kołyszących się w rytm ostrej muzyki, powszechnie dostępnych i używanych narkotykach, "dzikim seksie" itp. Największe wrażenie wywołują obrazy nagich ciał tarzających się w błocie. Jeden z ewangelizatorów na Przystanku Jezus opowiadał, że duchowni muszą wysłuchiwać od "pokojowej młodzieży" Woodstocku niezliczonej ilości wściekłych wyzwisk, obietnic zaszlachtowania w nocy oraz bluźnierstw rzucanych pod adresem Boga i Kościoła. Siostra zakonna, pisząca o Przystanku Woodstock w dominikańskim miesięczniku W drodze, zatytułowała swoją relację tak: Widziałyśmy przedsionek piekła.

Hare Kryszna

Szósty argument to powiązania Jerzego Owsiaka z bardzo groźną sektą Towarzystwa Świadomości Kryszny. Jest to jedna z najbardziej niebezpiecznych sekt działających w naszym kraju. Hare Kryszna jest zakazana w wielu państwach. Doktryna i etyczny charakter tej sekty są całkowicie sprzeczne z chrześcijaństwem. Na Przystanku Woodstock największy namiot, tuż przy głównej scenie koncertowej, należy do Pokojowej Wioski Kryszny. Można odnieść wrażenie, że Towarzystwo Świadomości Kryszny ma duży wpływ na oficjalną ideologię Przystanku Woodstock.

Wolontariusze

Siódmy argument odnosi się do sposobu naboru wolontariuszy. W wielu miastach w przygotowania do Wielkiej Orkiestry angażują się szkoły, przedszkola, domy kultury i inne instytucje publiczne. W niektórych szkołach odwołuje się zajęcia lekcyjne, ponieważ dzieci muszą przygotować się do akcji Jerzego Owsiaka. Co więcej, słyszałem o szkole wyższej, w której zaliczenie danego przedmiotu było uzależnione od zaangażowania w WOŚP. Nie wolno nikogo w ten sposób zmuszać i nie wolno angażować instytucji publicznych w działania tylko jednej z wielu organizacji charytatywnych.
W tym kontekście wątpliwość budzi także wiek wolontariuszy. Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem - w zbiórce pieniędzy mogą brać udział tylko osoby pełnoletnie. Dla WOŚP czyni się wyjątek. Czy wiek wolontariuszy i brak zabezpieczeń skarbonek nie są czasami pokusą, zachętą do nieuczciwości?

Niesprawiedliwość medialna

Ósmy argument krytyczny to nagłaśnianie przez media akcji Jerzego Owsiaka przy jednoczesnym pomijaniu innych działań charytatywnych. Po ósmym finale WOŚP w jednym z dzienników przeczytaliśmy: "Wielka Orkiestra gra raz w roku. W jej cieniu przez cały rok z mniejszym medialnym wsparciem działają inne organizacje charytatywne, których pomoc nie jest tak efektowna, ale bywa, że większa". Obowiązkiem mediów publicznych jest sprawiedliwe informowanie społeczeństwa o wszystkich działaniach dobroczynnych. Wystarczy porównać czas antenowy WOŚP z czasem przeznaczonym dla Caritas, PCK, PAH, lokalnych organizacji i wielu placówek kościelnych, aby głęboko zdumieć się absurdalnością sytuacji, w której żyjemy.

Poglądy

Dziewiąty argument dotyczy osobistych poglądów Jerzego Owsiaka. Wielki Dyrygent jest typowym luzakiem i swojakiem. O Radiu Maryja mówi, że je "spłukuje", ponieważ jest "radiem agresywnym, poniżającym ludzi" i wyzwalającym u odbiorców "najniższe instynkty". Z jednej strony Jerzy Owsiak chce pomagać noworodkom, z drugiej - jest zwolennikiem prawa do zabijania dzieci nienarodzonych. Czy katolikom wolno ratować chore dzieci pod sztandarami człowieka, który opowiada się za zabijaniem tych jeszcze nienarodzonych?

Fundament etyczny III RP

Dziesiąty argument to postrzeganie WOŚP jako dziecka kultury lewicowo-liberalnej, która zwalcza kulturę konserwatywno-religijną. W lutym 2000 r. Roman Graczyk opublikował w Gazecie Wyborczej artykuł pt. Demokratyczna asceza i jej wrogowie. W perspektywie dziennikarza Gazety święta narodowe 11 Listopada i 3 Maja są dla współczesnej młodzieży martwą tradycją. "Bo choć my autentycznie cieszymy się z odzyskanej wolności - podkreśla Roman Graczyk - nie potrafimy już tego wyrazić w kategoriach, które «kręciłyby» młodzież. A Owsiak, owszem, «kręci». (...) Jeśli chcemy odkryć etyczny fundament nowej, demokratycznej Polski, pomyślmy nad fenomenem Orkiestry".
Dla przedstawicieli kultury lewicowo-liberalnej moralnego fundamentu naszej Ojczyzny nie stanowi tradycja powstańcza, katolicyzm, dwudziestolecie międzywojenne czy mit "Solidarności". Ich zdaniem, naszym nowym fundamentem etycznym może być natomiast Orkiestra lub coś podobnego do niej. Nie ulega wątpliwości, że akcja Jerzego Owsiaka to także pewien projekt kulturowy. Wielka Orkiestra jest wyraźnym przykładem walki kultury lewicowo-liberalnej z tradycyjnym polskim etosem, zbudowanym na gruncie wartości narodowych i religijnych. W Orkiestrze chodzi nie tylko o pomoc chorym i biednym dzieciom, ale także o duchowy kształt naszego kraju.

* * *

Jednym z cieni polskiego katolicyzmu jest brak profetyzmu w sprawach społecznych. Wydaje się, że przejawem tej słabości jest także brak spójnej oceny religijno-etycznej WOŚP z perspektywy światopoglądu katolickiego. Katolicy w Polsce powinni usłyszeć od swoich duszpasterzy opinię Kościoła na temat "wielkiej młodzieżowej mszy" Jerzego Owsiaka. Nie wolno nam zapominać, że w dyskusji o Wielkiej Orkiestrze chodzi nie tylko o ocenę konkretnej akcji charytatywnej, ale także o kondycję naszego katolicyzmu i etyczny fundament III Rzeczypospolitej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

O pilotowaniu

2019-01-15 21:17

Katarzyna Krawcewicz

W Domu Formacyjnym Ruchu Światło-Życie im. św. Jana Chrzciciela w Łagowie 14 stycznia rozpoczęła się sesja o pilotowaniu kręgu, czyli rekolekcje dla par pragnących podjąć posługę formacji nowo powstających kręgów Domowego Kościoła. Sesję poprowadzili Grażyna i Roman Strugowie z archidiecezji łódzkiej.

Maciej Krawcewicz
W Łagowie rekolekcje dla par pragnących podjąć posługę formacji nowo powstających kręgów Domowego Kościoła

- Te rekolekcje przeznaczone są dla małżeństw po formacji podstawowej. Pilotowanie kręgu to ukazywanie małżonkom, którzy dopiero wchodzą do Domowego Kościoła, tego, czym żyjemy, jak funkcjonuje Ruch Światło-Życie, jakie są nasze zobowiązania – wyjaśnia Roman Strug.

Te zobowiązania to m.in. codzienna modlitwa osobista, małżeńska i rodzinna, regularne spotkanie ze słowem Bożym czy też comiesięczny dialog małżeński oraz systematyczna praca nad sobą, małżeństwem i rodziną.

W rekolekcjach uczestniczy 7 par. Zakończą się 19 stycznia.

Więcej w papierowym wydaniu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem