Reklama

Wracają jak ptaki

2012-11-19 12:00

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 12/2009

Krystyna i Józef Zdralowie założyli jeden pierwszych rodzinnych domów dziecka w Polsce, ale aby ten cel osiągnąć, borykali się z różnymi przeciwnościami przez wiele lat. Dokładnie w Wielki Czwartek 20 lat temu ich samotność rozjaśniło pierwsze dziecko - Anetka

Agnieszka chciałaby śpiewać, ale pewnie skończy się na szkole hotelarskiej. No, ale warto mieć marzenia… Szkoła muzyczna w Kielcach, a może…? Agnieszka lubi pomagać mamie przy obiedzie. W niedzielę gotowała rosół, zrobiła surówkę, potrafi przyrządzić duszone mięso, zrobić pizzę. Jest w III klasie w gimnazjum w Podgajach. - Tutaj czuję się bardzo dobrze - mówi. Podobnie 17-latka Monika, uczennica gimnazjum w Stopnicy. Sprawnie podaje herbatę w filiżankach, ciasteczka. - Wszystkie nasze dziewczęta są dobrze przygotowane do pracy w domu - wyjaśnia Krystyna Zdral. Monika kocha sport: siatkówkę, ręczną, nożną (niedawno jej drużyna wywalczyła puchar w piłkę nożną). Ze szkołą i nauką - trochę gorzej. W domu zamieszkałym przez tak dużą rodzinę jest proporcjonalnie dużo sprzątania. Przodują w nim Agnieszka, Monika i Kuba. Wkrótce, o pierwszej wiośnie, ruszy akcja sprzątania obejścia i ogrodu przed porą wzrostu i rozkwitu. To wesołe miejsce i zawsze w nim gwarno: hałasują jamniki, dostojnie wygrzewają się puchate koty, czupurny kogut wodzi stadko kur. Do niedawna były jeszcze konie i zaczątki hipoterapii (koszt przedsięwzięcia okazał się zbyt wysoki). Między krzewami - drewniane rzeźby, wśród nich smutne oblicze Frasobliwego.

Małżeństwo bez dzieci to jak potrawa bez soli i pieprzu - mówi pan Józef. W ich domu, w niewielkiej miejscowości Janina k. Buska-Zdroju wychowało się 25 młodych osób „po przejściach”. Rodzina była tym, co w ich sytuacji okazało się absolutnie najlepsze.

Stromą drogą do marzeń

Próbowali różnych sposobów na bezdzietne życie, ale ono wciąż było niepełne, smutne. Początkowo myśleli o adopcji, ale skomplikowane, bezduszne procedury adopcyjne - zniechęcały. Zdarzało się słyszeć, że „chcieli się na dzieciach dorobić”. Józef Zdral, jako doświadczony buski nauczyciel, absolwent Politechniki Krakowskiej, miał podstawy, aby uważać, że przejawia zdrowe podejście do procesu wychowania, że rozumie potrzeby dzieci. Tak czy owak, zdecydowali się na rodzinny dom dziecka, co wtedy, w latach 80. było novum. Z jednej strony, choćby w środowisku lokalnym czy w parafii - spotykali się ze zrozumieniem; z drugiej tu i ówdzie znów padały zarzuty o chęci dorobienia się, o swoistym biznesie.
Zapadła decyzja: budujemy dom. Pożyczka, kredyt. Tak jest po dziś dzień, trudno bez kredytu utrzymać wymagany standard. Dom musi posiadać m.in. pokoje 2-3-osobowe, barierki, sanitariaty, odpowiednio wyposażoną kuchnię itp. Dom państwa Zdralów jest dostosowany dla jedenaściorga dzieci. Budowa, pozwolenia, różne szczeble urzędowo-papierkowe, wszystko to zajęło kilka lat. - Wreszcie żona mówi: te święta nie mogą być bez dziecka - wspomina pan Józef.
5-letnią uroczą Anetkę przywieźli z Domu Dziecka w Nagłowicach. Z płaczem i bólem serca jeździli tam kilkakrotnie, aby pobyt dziewczynki przedłużać. Jednocześnie oczekiwali na pozytywną opinię kuratorium, niezbędną przy uruchomieniu rodzinnego domu dziecka. W międzyczasie Boże Narodzenie 1989 r. spędzili już z nimi Ewelinka i Norbert, rodzeństwo Anetki. W styczniu 1990 r. Zdralowie uzyskali kwalifikację placówki na rodzinny dom dziecka, ostatecznie uruchamiając go w kwietniu 1990 r. Przez pierwsze 10 lat organem prowadzącym było kuratorium oświaty, a od 1999 - starostwo powiatowe. Kierowanie dzieci, księgowość, problemy natury organizacyjno- technicznej - to domena Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Busku-Zdroju. Rodzinny Dom Dziecka w Janinie to placówka budżetowa, podlegająca pod starostwo. Pośrednikiem w sprawowaniu opieki nad dziećmi, przede wszystkim w sensie pedagogiczno-psychologicznym, pozostaje wydział polityki społecznej w Kielcach.
Zdralowie podkreślają, że wśród większości ludzi, z którymi przyszło im współpracować, znaleźli serce i zrozumienie dla potrzeb dzieci. Obecnie sytuacja jest trudna. Rodzinne domy dziecka, jako droższe niż np. rodziny zastępcze, są mniej popierane i promowane. Na każde dziecko przebywające w domu do uzyskania przezeń pełnoletniości, przysługuje kwota 540 zł miesięcznie. Czy to dużo, czy mało, czy dość - odpowie sobie każdy posiadający dzieci w wieku szkolnym.
Pełnoletni wychowanek placówki, jeśli chce się dalej uczyć, otrzymuje zasiłek 490 zł, ale musi się usamodzielnić, czyli znaleźć mieszkanie i pracę. W rachubę wchodzi w zasadzie tylko nauka zaoczna. Jeśli nawet znajdzie się najtańsze mieszkanie, to po uiszczeniu opłat, na życie zostają grosze, nie można więc marzyć o nauce. Znalezienie pracy np. w Busku czy w okolicy graniczy z cudem, a kryzys i tak pogarsza fatalne perspektywy dla wychowanków rodzinnych domów dziecka. Ot, choćby Kaśka. Ukończyła 18 lat, zamieszkała w mizernym hotelowcu, po zapłaceniu należności zostaje jej 120 zł na miesiąc. Pracy dotąd nie znalazła. Co można za 120 zł? Kaśka prawie nie je, ewentualnie je to, co podrzucą jej Zdralowie. Przybrani rodzice tęsknią, wspominają ją bardzo ciepło. A to, jak uwielbiała konie (m.in. dlatego przez pewien czas trzymali konie, podejmując próby z hipoterapią), a to jak chorowała na zapalnie płuc… - Całą noc przemodliłam się w szpitalu, gorączka wciąż nie spadała - przypomina sobie p. Krystyna. Wozili ją do Rabki, wyleczyła się z tych swoich przeziębień. Teraz najważniejsze, żeby Kaśka znalazła pracę…
Natomiast Kamila, dzięki prawości PCPR i dobrym ludziom dostała pracę w Tesco, teraz ma widoki na lepsze mieszkanie.
25 dzieci wyszło z ich domu. Ich udziałem w nowej rodzinie stały się chrzciny, pierwsze komunie, bierzmowania, śluby i żmudne wyszukiwanie metryk w parafiach rozsianych w całej Polsce. Zdralowie, jak mówią, chcą „prostować życie sakramentalne swoich dzieci”. Zawsze mogli liczyć na pomoc księży i na życzliwość swoich proboszczów - poprzedniego ks. Stanisława Kowalskiego i obecnego ks. Ryszarda Majkowskiego.
Dzieci Zdralów pochodzą z różnych stron Polski, głównie z województw świętokrzyskiego, małopolskiego, śląskiego. Obecnie w Janinie jest ich siedmioro. Dom jest przystosowany dla jedenaściorga dzieci, ale, niestety, placówka jest w stanie likwidacji, co nastąpi do 2013 r. - Jesteśmy już starzy; obecnie nie widzimy możliwości kontynuacji, chociaż pomaga nam nasza córka Aneta Adamczyk. Od lat czekamy na bardziej ludzkie przepisy, na zmniejszenie absurdalnej biurokracji, która z domu robi jakąś machinę - mówią.
Jednak nadzieja nie wygasa. - Może Bóg da, że jakoś to się ułoży, że ktoś tę pracę po nas przejmie? - mówią. - Czasami bardzo by się nam przydało, aby ktoś spojrzał na nas po ludzku, jak na wielodzietną rodzinę z jej blaskami i cieniami - mówi Krystyna Zdral.

Reklama

Stworzyć dom

Przychodzą z całej Polski. Mają 14-18 lat. Idealnie byłoby, gdyby tych lat mieli mniej, np. 5-7, bo to etap, gdy można jeszcze dzieckiem pokierować skutecznie, popracować nad jego charakterem. Zdralowie nigdy nie trzymali się wiekowych barier - przyjmowali do siebie te dzieci, które akurat tego potrzebowały. - Przychodzą z różnymi nieszczęściami rodzinnymi i przynoszą je tutaj do nas, do naszej rodziny - mówią. - Najważniejsze, aby dziecko się wyciszyło, uspokoiło, nadrobiło szkolne zaległości, pozbierało psychicznie, podleczyło z różnych dolegliwości. Najtrudniej jest dzieciom z dużych aglomeracji, np. ze Śląska. Był np. Franek ze zdolnościami, których nie powstydziłby się filmowy Arsen Lupin - wykałaczką otwierał każdy zamek, przeczesał dom od piwnic po strych, włamanie do samochodu to była dlań bułka z masłem. Lekko z nim nie było… Opowieściom o różnych przypadkach, właściwych dużym rodzinom, nie ma końca; łamanym kończynom, alergiom, nabijanym guzom, zapaleniom płuc. Gotowanym wielkim garom zupy, pracom w gospodarstwie, pogaduszkom do późnych godzin nocnych („jesteśmy raczej nocnymi markami, nie przestrzegamy rygorystycznie ciszy nocnej”). Pan Józef chwali dzieci za coroczną „akcję siano” - pomagają wszyscy. Gdy wpadnie jedna córek z Warszawy, chwyta za widły i pomaga przy wyrzucaniu gnoju, choć w stolicy „pracuje za biurkiem”. Dzieci mówią o przygarniętych psach i kotach, których razem jest kilkanaście. O marzeniach.
„Mamo, tato” - mówią do nich dzieci. Na ile ten dom jest ich domem? - O całe niebo bardziej niż dom dziecka czy pogotowie - mówi Monika. Ideałem, do którego dążą Zdralowie, jest powrót dziecka do biologicznej rodziny, jeśli poprawi się np. jej status czy osobowe relacje. Udało się to w przypadku ciężko chorego na mukowiscydozę jelitową Krzysia, czy w przypadku trójki rodzeństwa z Kielc, gdzie konieczna była przebudowa relacji z ojcem.

Stołu wystarczy dla wszystkich

Bożena trafiła do nich z rodziny zastępczej w wieku mniej więcej 14 lat. W Kołaczkowicach skończyła podstawówkę, w buskim „ekonomiku” zdała maturę. W jej przypadku bardzo sprawnie poszło znalezienie pracy i mieszkania w Warszawie. Dziewczyna dobrze ułożyła sobie życie: ma kochającego męża i teściów, którzy dziękowali Zdralom, że „wychowali taką Bożenkę”. Młodzi przyjeżdżają do nich w wakacje - i obowiązkowo - na święta. A Janek właśnie wrócił z Irlandii. Zdralowie trochę się martwią, coś nie powiodło mu się z pracą.
Po 20 latach prowadzenia domu Krystyna i Józef zawsze chętnie wracają myślami do chwil, dla których warto było stworzyć ten Dom. Ot, choćby sakrament chrztu 7-letniej Zuzanki w kościele farnym w Stopnicy. Roratnia Msza św., grudzień, rodzicami chrzestnymi są Anetka i jej mąż. Kapłan unosi dziewczynkę - jak wielki dar - wysoko, wysoko, aż pod sam ołtarz…
Peregrynacja Obrazu Jasnogórskiego w parafii Janina, 3 lipca 2008 r. Wszystkie dzieci Zdralów pomagają przy renowacji krzyża naprzeciw ich domu. Stary, pamiętający powstania krzyż odmalowali, obsadzili kwiatami, ułożyli kostkę brukową wokół, postawili ozdobne donice. Cieszyli się, że tuż obok przy ich krzyżu wypadło powitanie Matki Bożej w parafii. - Jej matczyne spojrzenie, opieka, której tak często doświadczamy, wszystko to było w dwójnasób żywe i jakby dla nas przeznaczone - wspomina pan Józef.
Najpiękniejsze są święta. Powracają tutaj, do Janiny, jak ptaki do gniazda i wtedy są to naprawdę duże święta. Może nie bardzo wystawne, ale gwarne, pełne ciepłych słów i uśmiechów, z wnuczkami, które wnoszą tyle nadziei, radości. Czują się rodziną i u siebie. Stołu wystarczy dla wszystkich.

Imiona wychowanków zostały zmienione

Jego kapłaństwo to znak dla Kościoła

2019-05-28 13:07

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 22/2019, str. 7

Ks. Michał Łos FDP otrzymał święcenia diakonatu i prezbiteratu podczas jednej liturgii na sali oddziału onkologicznego. Nie musiał kłaść się krzyżem podczas uroczystości – jego krzyżem jest szpitalne łóżko

Decyzja o święceniach orionisty została podjęta błyskawicznie, bo jest on śmiertelnie chory. Za kilka tygodni jego stan może się tak pogorszyć, że przyjęcie sakramentu święceń mogłoby być niemożliwe. – Jego największym marzeniem było kapłaństwo. Chciał odprawić choć jedną Mszę św. – mówi Mariusz Talarek, przyjaciel ks. Michała.

Święcenia kapłańskie w szpitalu

30-letni kleryk o chorobie nowotworowej dowiedział się ponad miesiąc temu. Gdy jego stan okazał się bardzo ciężki, władze zgromadzenia złożyły do Ojca Świętego Franciszka prośbę o dyspensę z zapisów konstytucji Zgromadzenia Małego Dzieła Boskiej Opatrzności, a także o uchylenie wymaganego odstępu czasu między święceniami diakonatu i prezbiteratu. – To był kościelny ekspres. Dokumenty zostały złożone w Watykanie w poniedziałek 20 maja, a już w środę 22 maja mieliśmy papieski dokument – powiedział ks. Michał Szczypek, sekretarz polskiej prowincji orionistów.

Księża orioniści nie tracili czasu. W środę dostali papieską dyspensę, następnego dnia zorganizowali w szpitalu uroczystość złożenia wieczystych ślubów zakonnych, a w piątek – liturgię, podczas której biskup pomocniczy diecezji warszawsko-praskiej Marek Solarczyk udzielił kl. Michałowi święceń diakonatu i prezbiteratu. – Choć nie ma przepisów, które regulują udzielanie tych święceń podczas jednej liturgii, to powołaliśmy się na bardzo jednoznaczny dokument z Watykanu. Papież Franciszek napisał, że udziela wszelkich koniecznych dyspens, aby Michał Łos przyjął święcenia kapłańskie – wyjaśnił ks. Szczypek.

Sala warszawskiego szpitala przy ul. Szaserów musiała zastąpić prezbiterium świątyni. święcenia odbywały się w obecności księży orionistów, rodziny i znajomych. Michał Łos przyjął sakrament święceń na leżąco. Gdy sprawował swoją upragnioną pierwszą Mszę św., również leżał na szpitalnym łóżku. – Zawierzam Panu Bogu ciebie, Michale, i wszystko, co sakrament święceń w tobie dokona. Proszę Boga, abyś był świadkiem Jego miłości – powiedział bp Solarczyk i dodał: – Największym znakiem miłości Boga jest dar życia. W różny sposób to realizujemy, a ty dzisiaj także niesiesz to orędzie.

Boża determinacja

Ks. Michał Łos w czerwcu br. skończy 31 lat. Jest magistrem teologii. Odbywał właśnie 2-letnie praktyki zakonne w parafii księży orionistów w Kaliszu, które zakończyłby się w przyszłym roku ślubami wieczystymi. Pomagał w parafii i uczył religii w szkole. – Ciężka choroba przerwała jego formację, ale dzięki zaangażowaniu wielu osób i decyzji papieża Franciszka został kapłanem. Jego trudna historia mówi nam, że przepisy są dla ludzi, a nie ludzie dla przepisów – podkreślił ks. Antoni Wita FDP, proboszcz parafii Opatrzności Bożej w Kaliszu. – Michał ze swoimi święceniami, które oglądało tysiące osób, jest jakimś znakiem dla nas wszystkich. Swoim cierpieniem i pragnieniem kapłaństwa dosłownie wszedł w misję Jezusa Chrystusa. Jego postawa ma bardzo mocny wymiar ewangelizacyjny, który może zaowocować w sposób dla nas nieprzewidywalny.

Neoprezbiter jest ciężko chory na raka. Po ludzku jego stan jest tak ciężki, że lekarze praktycznie rozkładają ręce. – W swoim cierpieniu jest bardzo pokorny i ufa Bogu. Z determinacją dziecka Bożego pragnął zostać kapłanem i tak się stało – powiedział Mariusz Talarek. Oby wielu tak bardzo chciało realizować swoje kapłańskie powołanie, jak on tego pragnie.

Ornat z Panamy

Po liturgii święceń i błogosławieństwie bp Solarczyk ukląkł przy łóżku ks. Michała, ucałował ręce kapłana i poprosił go o błogosławieństwo prymicyjne. O błogosławieństwo poprosili neoprezbitera księża orioniści oraz jego rodzina. W prezencie prymicyjnym biskup ofiarował ks. Michałowi swój ornat, w którym odprawiał Mszę św. Posłania na Światowych Dniach Młodzieży w Panamie w 2019 r. – Jest trochę używany – zażartował.

Książa orioniści na całym świecie modlą się o łaskę zdrowia dla ks. Michała. Dziękują wszystkim, którzy towarzyszyli w tej wzruszającej uroczystości za pośrednictwem transmisji w mediach społecznościowych. Śmiertelnie chory neoprezbiter pokazał, że kapłaństwo jest darem i wielkim cudem. – On jest dla nas wszystkich świadkiem wiary. Jest też ważnym symbolem dla polskiego Kościoła w trudnych czasach, gdy nie wszyscy księża z należytym szacunkiem podchodzą do swojego kapłaństwa – podkreślił ks. Szczypek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Komunikat kurii gliwickiej w związku z zatrzymaniem proboszcza z Pawonkowa

2019-06-17 18:18

ks. sw / Gliwice (KAI)

Kuria gliwicka poinformowała w przesłanym KAI komunikacie, że z głębokim ubolewaniem i zaskoczeniem przyjęła informację o zarzutach postawionych proboszczowi parafii św. Katarzyny w Pawonkowie oraz prowadzonym dochodzeniu prokuratorskim. Wobec księdza podejrzanego o przestępstwa seksualne wobec osoby małoletniej niezwłocznie wszczęto postępowanie kanoniczne, a proboszcz został zawieszony we wszelkich obowiązkach duszpasterskich.

pixabay.com

Kuria odnosi się w komunikacie do sprawy ks. Waldemara C., proboszcza z parafii w Pawonkowie w powiecie lublinieckim. Kapłan został zatrzymany pod zarzutem przestępstw o charakterze seksualnym, m.in. dopuszczania się tzw. innych czynności seksualnych wobec osoby małoletniej oraz prezentowania jej treści o charakterze pornograficznym. Po przesłuchaniu w prokuraturze w Lublińcu ksiądz został aresztowany na trzy miesiące.

Mieszkanie ks. C. zostało przeszukane w ubiegły czwartek. Został zabezpieczony sprzęt komputerowy, który zostanie zbadany przez biegłego z zakresu informatyki. Tego samego dnia zatrzymano księdza.

Poniżej pełny tekst komunikatu:

Gliwice, 17 czerwca 2019 roku

KOMUNIKAT KURII DIECEZJALNEJ W GLIWICACH W ZWIĄZKU Z ZATRZYMANIEM PROBOSZCZA PARAFII W PAWONKOWIE

Z głębokim ubolewaniem i zaskoczeniem przyjęliśmy informację o zarzutach postawionych proboszczowi parafii św. Katarzyny w Pawonkowie oraz prowadzonym dochodzeniu prokuratorskim. Po otrzymaniu tej informacji została niezwłocznie wszczęta procedura kościelna, zaś proboszcz parafii został zawieszony we wszelkich obowiązkach duszpasterskich.

Równocześnie Kuria Diecezjalna deklaruje wszelką pomoc instytucjom publicznym w wyjaśnieniu sprawy oraz osobom poszkodowanym. Deklarujemy ponadto, że ze strony kościelnej zostaną dołożone wszelkie starania w celu wyjaśnienia okoliczności sprawy.

Kuria Diecezjalna w Gliwicach Kanclerz Kurii

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem