Reklama

Błysk światła prawdy

2013-03-25 12:11


Niedziela Ogólnopolska 13/2013, str. 38-39

DOMINIK RÓŻAŃSKI
Prof. dr hab. Lucjan Piela - specjalista w dziedzinie chemii kwantowej, dziekan Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego w latach 1993-96, członek Belgijskiej Królewskiej Akademii Nauk i Europejskiej Akademii Nauk

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: - Panie Profesorze, jest Pan „apostołem prawd objawionych”? Taką kategorię wśród polskich uczonych wyróżniła niedawno minister nauki i szkolnictwa wyższego Barbara Kudrycka, sugerując w dodatku, że zarówno te prawdy, jak i ci uczeni są wątpliwej jakości (ponieważ domagają się poważnych badań katastrofy smoleńskiej). Poczuł się Pan obrażony?

PROF. LUCJAN PIELA: - Czuję się raczej zażenowany i zasmucony słowami pani minister i ich formą, nie z tej epoki. Jeśli już jestem jakimś, nazwijmy to tak, „apostołem” prawdy (co byłoby dla mnie niezasłużonym zaszczytem), to tylko dlatego, że całe moje wykształcenie, od szkoły podstawowej aż do obecnej chwili, oraz cała moja praca naukowa opiera się na nieustannej weryfikacji tego, co jest prawdą, a co nią nie jest. To jest naukowy przymus.

- Trudno znaleźć słowo „prawda” w niedawno powstałym Kodeksie Etyki Pracownika Naukowego...

- To dobry, potrzebny i niezwyczajny dokument, ale rzeczywiście, nie pojawia się w nim słowo „prawda”. Zostało ono zastąpione sformułowaniem: „pogłębianie potwierdzonej wiedzy i poszerzanie jej horyzontów poza granice tego, co jest już znane”. Razi to dziwne przełamanie na dwa człony i to „pogłębianie potwierdzenia”, także niejasność. Dlaczego nie można powtórzyć tego, co tak prosto jest ujęte w przysiędze doktorskiej, że chodzi o poszukiwanie prawdy? „Nie dla czczej chwały, lecz aby jaśniej błyszczało światło prawdy, od którego dobro rodzaju ludzkiego zależy”...

- Dążenie do prawdy nie jest już misją każdego uczonego?

- Słowa „prawda” trudno się dziś dopatrzyć w deklaracjach składanych ostatnio seryjnie przez instytucje naukowe (na zamówienie władz). To nowość - nigdy tego nie było. W tzw. misjach (deklaracjach misji instytucji) jest dużo żenującej nowomowy, mało treści, a dużo szczegółów niepasujących do rangi czegoś takiego, jak misja instytucji. Nowomowa, jak się w końcu dowiedziałem, ma służyć do...wstawiania co celniejszych jej fragmentów w propozycje grantowe, gdzie jest, niestety, oczekiwana.

- Można przypuszczać, że to unijne przepisy (i pieniądze) wymuszają tę nowomowę i rugują słowo „prawda”...

- Tak, choć jest tu i dużo naszej nadgorliwości, a wynika ona z wysyłanego sygnału: badanie naukowe - tak, ale liczy się także spełnienie parytetów płci, specyficzna nowomowa o zrównoważonym rozwoju itp., czyli ważne jest nie tyle samo wykonanie projektu, ile dodatkowe spełnienie wydumanych koncepcji (wstawionych tam przez pozostających w cieniu „inżynierów społecznych”). Sygnały zaś zawsze odbierane są bezbłędnie, gdy na stole są pieniądze.

- Mamy czasy, w których pojęcie obiektywnej prawdy stało się politycznie niepoprawne, Panie Profesorze, a dążenie do prawdy w życiu społecznym - przeżytkiem. Z jednym wszakże wyjątkiem. Wydaje się, że ostatnio jedynie niepodważalną, bezwzględną i ostateczną jest oficjalna prawda o przyczynach katastrofy smoleńskiej. Dlatego minister Kudrycka z wysokości swego urzędu kpi z tych naukowców, którzy tę właśnie prawdę podważają.

- Tzw. polityczna poprawność jest, jak to ujęła moja żona, pożegnaniem się ludzkości z rozumem, a likwidacja prawdy, gdyby do niej doszło, byłaby śmiertelnym ciosem dla ludzkiej cywilizacji. Bardzo przepraszam, że muszę opowiadać oczywistości. W swojej wypowiedzi pani minister, prawniczka specjalizująca się w etyce służby publicznej, narusza jednak kilka paragrafów zachwalanego przez siebie Kodeksu. Otóż, pani minister zarzuca nieetyczność równą z fabrykowaniem wyników „fizykom, gotowym przysiąc, że tupolew został zestrzelony rosyjską rakietą w sztucznej mgle”. Mamy tu kłopot z rzetelnością przytaczanych przez panią minister faktów, bo o ile wiadomo, żaden z fizyków nie wygłaszał takich ostatecznych tez. Poza tym pani minister przecież dobrze wie, że w nauce przysięganie nie ma żadnej mocy, wręcz wzbudza odruch nieufności i zmusza do odrzucenia tezy. Ponadto w cywilizowanym kraju nie można zabraniać dyskusji naukowych na żaden temat.

- Pada argument, że fizycy i chemicy nie powinni brać udziału w „smoleńskiej dyskusji”, ponieważ nie są specjalistami od wypadków lotniczych.

- To dość uproszczone podejście. Wszystkie zjawiska, z którymi mamy do czynienia, podlegają prawom fizyki, wypadki lotnicze też. Rzecz w tym, by je zbadać, stosując wszystkie dostępne środki i metody naukowe. Tymczasem w tym przypadku ci wszyscy, którzy chcą badać przyczyny tej katastrofy najnowocześniejszymi metodami, są nazywani „sektą smoleńską”. Natomiast ci, którzy od razu mieli, według języka pani minister, „objawione”, co się stało, zostali uznani za ostoję rozsądku.

- Pojawia się też jeszcze inny argument etyczny (umocowany w nowym Kodeksie): naukowcy nie mogą wykorzystywać swego autorytetu, wypowiadając się o tym, na czym się nie znają.

- Z chwilą zlikwidowania pojęcia prawdy jesteśmy na równi pochyłej i można nami na niej sterować. Prawdę mógł wykazać każdy (z autorytetem i bez autorytetu), kto miał argumenty, np. kanonik z Fromborka, a nie profesor od ruchu ciał niebieskich z Uniwersytetu w Padwie. Jeśli istnienia prawdy nie uznajemy, to nie można nikogo do niczego przekonywać i przekonać. Jest w takim razie kłopot. Trzeba zrobić... licencję (najlepiej pokazać jakiś papier z pieczątką) i przywołać hasło z roku 1968, od którego gromkości drżały media: „Pisarze do pióra, studenci/uczeni do nauki”.

- Jak Pan Profesor odpiera zarzut, że dociekanie przyczyn katastrofy lotniczej nie leży w zakresie Pana kompetencji naukowych?

- Po pierwsze - gdyby wrak pieczołowicie składano w hangarze w Mińsku Mazowieckim z milionów kawałków, zbadano go współcześnie dostępnymi technikami, gdyby wykonano badania chemiczne i genetyczne natychmiast, a nie brano się za to wybiórczo prawie 3 lata po wypadku, gdyby polskie instytucje naukowe włączyły swój ogromny potencjał w badania, to nie byłoby żadnej potrzeby, aby ludzie do mnie podobni mieli się czymś niepokoić. Teorie nienaukowe umierałyby w konfrontacji z ustalonymi faktami. Tak jednak nie jest. Po drugie - nie rozumiem, dlaczego główny specjalista od lotnictwa powiedział w wywiadzie, że nie zna momentu bezwładności tego samolotu. Jest to najważniejsza liczba niezbędna, by ocenić tempo zmiany prędkości obrotu przy robieniu beczki. Ta sama wielkość (wartość liczbowa jest tylko inna) jest nam niezbędna w opisie obrotu w mechanice opisującej molekuły. Po trzecie - argumenty powinny być merytoryczne, argumenty ad personam to ostatnia naukowa liga.

- Kodeks mówi wyraźnie, że nieetyczne jest „wykorzystywanie swojego naukowego autorytetu przy wypowiadaniu się poza obszarem własnej kompetencji”. Czy Pan Profesor uważa, że to ograniczenie wolności wypowiedzi?

- Jest w tej myśli zdrowy rdzeń, że nie mogę dawać ekspertyzy i podpisywać się pod nią wtedy, gdy pole ekspertyzy wykracza poza moje faktyczne intelektualne kompetencje. Martwi mnie jednak nieprecyzyjność tego sformułowania o „wypowiadaniu się”. Czyżby układający Kodeks posunęli się do tego, że autorytet to literki: prof. dr hab. zw.? Wątpię, bo Kodeks pisali ludzie, z których wielu znam i cenię. Tymczasem tytuł naukowy ani żaden inny nie dają licencji na prawdę. Mówienie, że obywatela uwodzą tytuły naukowe, a nie argumenty, jest okazywaniem pogardy dla jego władz umysłowych. Masz licencję - to wypowiadaj się publicznie tylko na ten wąski temat, na który masz papier („uczeni do nauki, literaci do pióra”). W innych sprawach nie wolno ci zabierać publicznie głosu, mimo iż jesteś obywatelem. Wszystko, co masz do powiedzenia, powiemy za ciebie. To absurdalne podejście oznaczałoby jednak, że specjalista od owadów nie może zajmować się obronnością kraju, historyk ma uczyć w szkole historii i nie zabierać głosu w innych sprawach, piosenkarka ma mówić tylko o pieśniach, aktor - o dykcji, reżyser filmowy - tylko o filmach. To absurd.

- A nie razi Pana Profesora wyśmiewanie się z kolegów naukowców; ze specjalistów Parlamentarnego Zespołu ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej? Czyw świetle nowego Kodeksu to jest etyczne?

- Nigdy się z tym zjawiskiem nie spotkałem w swojej dziedzinie, nawet w czasach PRL-u. To nie ma już nic wspólnego z życiem naukowym, a jeśli to robi uczony, to już właściwie samoeliminuje się ze społeczności naukowej... A ma to właśnie miejsce, głównie za sprawą mediów, np. w przypadku prof. Kazimierza Nowaczyka, który sprawia na mnie wrażenie człowieka wyjątkowo dochowującego naukowej staranności: spokojna analiza, podkreślanie, czego nie wiemy, czego brak, co zaś wydaje się już pewne itp. To jest język, do którego jestem przyzwyczajony w nauce: ciągle wątpić - także w swoje rezultaty, zmniejszać obszar niewiedzy, posuwać się do przodu. Zarzuca się mu niekompetencję, bo - według krytyków - jest specjalistą od rejestracji danych w ultrafiolecie i podczerwieni, a „nie ma licencji” na mówienie o rejestracji danych na taśmie magnetofonowej...

- Dlaczego w tej tak ważnej dla wszystkich - choć może nie dla wszystkich? - sprawie, jaką jest badanie katastrofy smoleńskiej, nie można dojść do porozumienia przynajmniej na gruncie naukowym? Mamy wciąż do czynienia z lekceważeniem jednej strony przez drugą. Czy to jest etyczne według Kodeksu Etyki Pracownika Naukowego?

- W preambule Kodeksu napisano: „Wszystkie nauki posiadają podstawową cechę wspólną: opierają się na racjonalnej argumentacji i przedstawianiu sprawdzalnych dowodów materialnych lub rozumowych (...)”. Dalej czytamy: „To właśnie szerokie środowisko naukowe (...) weryfikuje wiarygodność wyników”. W paragrafie 2.3: „Opieranie interpretacji na danych, które są możliwe do sprawdzenia przez innych”. To fundament nauki. Uczony musi wziąć udział w dyskusji na temat swoich wyników, nie ma innego wyjścia.

- A to znaczy, że można mieć zastrzeżenia co do etyczności naukowych ekspertów Komisji Millera?

- Niechęć do współpracy, do dyskusji naukowej jest naganna. Oto kolejne cytaty z Kodeksu: paragraf 2.6: uczonych ma cechować „otwartość w dyskusjach na temat własnych badań z innymi naukowcami, co stanowi kluczowy warunek postępu”. Paragraf 2.7: „Dane po opublikowaniu mają stać się dostępne”. Paragraf 3.3: „Nie wolno ukrywać niewygodnych wyników badań, podważających stawiane hipotezy robocze, ani zatajać alternatywnych hipotez i sposobów interpretacji”. Jak zinterpretować w takim razie, jeżeli ktoś komputerowo maskuje trawką miejsce ostatniego alarmu TAWS 38, aby zakryć ten wcześniej zaznaczony przez siebie punkt obrazu?

- Minister Kudrycka wyraża nadzieję, że Kodeks nie będzie zalegał na półkach, że „coraz powszechniej wypełniać będzie uczelnianą codzienność, wzmacniając jej historycznie ukształtowaną godność i etos”. Może trzeba podjąć wysiłek, by dokładniej i sprawiedliwiej przyłożyć tę etyczno-kodeksową miarę, niż uczyniła to pani minister Kudrycka?

- Ten Kodeks warto uczynić drogowskazem i trzeba z niego korzystać zgodnie z jego intencją tworzenia nauki uczciwej i wiarygodnej. W przeciwnym razie ten dokument stworzony przez zespół mądrych ludzi będzie poddawany manipulacjom politycznym. Trochę mnie tu żenują i śmieszą te słowa pani minister o godności i etosie. Jakbym uczestniczył w jakiejś niekończącej się maskaradzie... A może to déjŕ vu? Znalazłem niedawno w jednym z rozdziałów książki Ryszarda Herczyńskiego „Spętana nauka” słowa Stalina: „Żadna nauka nie może rozwijać się i prosperować bez walki poglądów, bez wolności krytyki”.

* * *

Prof. dr hab. Lucjan Piela - specjalista w dziedzinie chemii kwantowej, autor „Ideas of Quantum Chemistry” - podręcznika dla doktorantów z tej dziedziny, używanego w uniwersytetach całego świata, dziekan Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego w latach 1993-96, członek Belgijskiej Królewskiej Akademii Nauk i Europejskiej Akademii Nauk

Tagi:
wywiad polityka

Reklama

30. rocznica częściowo wolnych wyborów parlamentarnych

2019-06-04 09:09

wpolityce.pl

30 lat temu, 4 czerwca 1989 r., na mocy porozumień między władzami PRL a częścią opozycji odbyły się częściowo wolne wybory parlamentarne. Zwycięstwo „S” otworzyło nową epokę w najnowszych dziejach Polski oraz wpłynęło na proces upadku komunizmu w Europie Środkowej.

Paweł Wysoki

Korzeni procesu transformacji historycy dopatrują się w zmianie sytuacji międzynarodowej, która nastąpiła w połowie lat osiemdziesiątych. Zapoczątkowany po dojściu do władzy Michaiła Gorbaczowa proces reform w ZSRS oznaczał jednocześnie przyzwolenie dla zmian w innych krajach komunistycznych. Dla Kremla jednak priorytetem pozostawało utrzymanie Układu Warszawskiego istniejącego od 1955 r.

Po 13 grudnia 1981 r. gen. Jaruzelskiemu nie udało się stłumić podziemnego ruchu „Solidarności”. Opozycja nie miała już jednak potencjału z okresu karnawału „S”. Było to także widoczne w połowie lat osiemdziesiątych. Późniejsze dwie fale strajków, w kwietniu i sierpniu 1988 r., były już nieporównywalnie mniejsze niż protesty z sierpnia 1980 r. Dla władz stanowiły jednak dowód na porażkę dotychczasowych prób stabilizacji systemu. Mimo przygotowywania wariantu rozwiązania siłowego, nazywanego przez opozycjonistów i później historyków „stanem wojennym-bis”, przywódcy PRL zdecydowali się na realizację scenariusza kooptacji części opozycji do struktury sprawowania władzy.

31 sierpnia 1988 r. w willi MSW przy ulicy Zawrat w Warszawie doszło do pierwszego od wprowadzenia stanu wojennego spotkania szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka z Lechem Wałęsą, w którym uczestniczyli również bp Jerzy Dąbrowski oraz sekretarz KC Stanisław Ciosek. Drugie spotkanie Wałęsy i Kiszczaka odbyło się 15 września 1988 r. Obecni na nim byli też Stanisław Ciosek, przedstawiciel episkopatu ks. Alojzy Orszulik i prof. Andrzej Stelmachowski. Następnego dnia rozpoczęły się rozmowy w szerszym gronie, w których znaleźli się przedstawiciele PZPR, ZSL, SD, OPZZ, „Solidarności” i Kościoła. Ze względu na liczbę uczestników i konieczność utrzymania poufności negocjacji przeniesiono je do ośrodka MSW w podwarszawskiej Magdalence.

Podczas kolejnych spotkań głównym punktem sporu była powtórna legalizacja NSZZ „Solidarność”. Ostatecznie uzgodniono podjęcie jawnych rozmów „okrągłego stołu”. Ich początek uzgodniono na połowę października 1988 r. Konflikty wśród władz PZPR sprawiły, że rozpoczęły się one dopiero kilka miesięcy później. Ponownej legalizacji „S” sprzeciwiały się środowiska związane z OPZZ, które obawiały się osłabienia sprzyjających reżimowi związków zawodowych. Ich stanowiskiem zachwiała przegrana przewodniczącego OPZZ Alfreda Miodowicza w telewizyjnej debacie z Wałęsą.

Momentem przełomu były obrady X Plenum KC PZPR ze stycznia 1989 r. W jego trakcie przyjęto „Stanowisko KC PZPR w sprawie pluralizmu politycznego i pluralizmu związkowego”. Dokument ten był faktyczną zgodą na legalizację „Solidarności”. 27 stycznia 1989 r. doszło do pierwszego od września roboczego spotkania Wałęsy i Kiszczaka w Magdalence, na którym ustalono procedurę obrad, ich zakres oraz termin rozpoczęcia. Obrady Okrągłego Stołu ruszyły 6 lutego 1989 r. w Warszawie w Pałacu Namiestnikowskim (wówczas siedzibie Urzędu Rady Ministrów).

W książce „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” prof. Andrzej Paczkowski podsumował efekty negocjacji trwających do kwietnia 1989 r.:

Najważniejszym owocem było obszerne porozumienie polityczne, nazwane – na poły ironicznie, na poły krytycznie – kontraktem stulecia. Obejmowało ono pakiet ustaleń dotyczących zarówno zasadniczej reorganizacji najwyższych organów państwowych – wprowadzenie drugiej izby parlamentu (Senat) i urzędu Prezydenta PRL – jak i kształtu ordynacji wyborczej. […] Ustalono, że wszystkie miejsca w Senacie oraz 35 proc. miejsc w Sejmie obsadzonych będzie w wyniku wolnej gry wyborczej, natomiast pozostałe 65 proc. posłów zostanie wybranych z list podzielonych między PZPR i jego sojuszników. W ten sposób komuniści zapewniali sobie, jak sądzono, kontrolny pakiet mandatów wystarczający do bieżącego zarządzania państwem, ale praktycznie uniemożliwiali jednostronne zmiany o charakterze konstytucyjnym wymagające 2/3 głosów.

Po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu 6 kwietnia 1989 r. Sejm uchwalił nowelizację Konstytucji PRL wprowadzającą m.in. zapisy o powstaniu Senatu i urzędu prezydenta. Kilka dni później, zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu, nastąpiła legalizacja NSZZ „Solidarność” (17 kwietnia 1989) i NSZZ Rolników Indywidualnych „S” (20 kwietnia 1989). Władze odmówiły legalizacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Spotkało się to z ostrą reakcją działaczy młodej opozycji. Ostatecznie NZS zarejestrowano we wrześniu 1989 r.

Oceniając kampanię wyborczą „Solidarności”, prof. Antoni Dudek pisał:

[…] prowadzona przez Komitet Obywatelski odznaczała się dużą dynamiką. […] W czasie spotkań kolportowano na wielką skalę tzw. ściągi, mające ułatwić wyborcom sam akt głosowania. Zaznaczano na nich jedynie nazwiska kandydatów +S+, zalecając równocześnie skreślanie wszystkich innych nazwisk, w tym tych umieszczonych na liście krajowej.

Istotną rolę w kampanii „S” odegrało też powstanie legalnego medium związanego z opozycją: 8 maja 1989 r. ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej”. Tuż przed wyborami opublikowano również pierwszy numer zdelegalizowanego po 13 grudnia 1981 r. „Tygodnika Solidarność”. Komitet Obywatelski otrzymał także własny czas antenowy w radiu i telewizji.

W kampanii nie wzięła udziału część przywódców radykalnych środowisk opozycyjnych. Do bojkotu wyborów wezwały „Solidarność Walcząca” oraz Federacja Młodzieży Walczącej. Żądały odsunięcia PZPR od władzy i przeprowadzenia w pełni wolnych wyborów parlamentarnych.

Podczas kampanii część obozu władzy dostrzegła, że partii grozi klęska. Sytuację tę na bieżąco w prowadzonym dzienniku tak przedstawiał ówczesny premier Mieczysław F. Rakowski:

16 maja – Jeśli 10 mln ludzi posłucha wezwań opozycji, to wszyscy przepadniemy. 18 maja – Partia jest nadal w defensywie. Nie ulega już dziś wątpliwości, że nie jest przygotowana do walki. Złożyło się na to wiele przyczyn. 45 lat sprawowania władzy bez opozycji rozleniwiło PZPR. Inna przyczyną jest brak wiary w jej przyszłość, a gruncie rzeczy w socjalizm.

4 czerwca 1989 r. odbyła się I tura wyborów do Sejmu i Senatu. W wyborach do Senatu kandydaci Komitetu Obywatelskiego uzyskali 92 mandaty, strona koalicyjna ani jednego. Z kolei w wyborach do Sejmu „Solidarność” zdobyła 160 ze 161 możliwych do zdobycia miejsc. Kandydaci koalicyjni z 299 przysługujących im mandatów uzyskali zaledwie trzy. Natomiast na 35 kandydatów z listy krajowej, na której znajdowali się czołowi przedstawiciele koalicji rządowej, tylko dwaj otrzymali ponad 50 proc. głosów, co zgodnie z ordynacją oznaczało, że pozostali zostali wyeliminowani, a 33 mandaty poselskie będą nieobsadzone.

Wybory zakończyły się zwycięstwem „Solidarności”, którego rozmiary zaskoczyły nie tylko komunistów, lecz i stronę opozycyjną. Rozczarowaniem była stosunkowo niska frekwencja, która w zależności od regionu wynosiła od 71 do 53 proc. Największe poparcie uzyskali kandydaci „S” w województwach południowo-wschodnich oraz na Dolnym Śląsku; stosunkowo najmniejsze na zachodzie, m.in. w województwie zielonogórskim.

Nastroje w obozie rządzącym po klęsce z 4 czerwca były fatalne. W dyskusji przeprowadzonej 5 czerwca na rozszerzonym posiedzeniu Sekretariatu KC PZPR padały następujące wypowiedzi:

Tow. Cz. Kiszczak – Wyniki wyborów przeszły oczekiwania opozycji. Zaszokowały, nie wie, jak się zachować. Wybory do Senatu to nasza całkowita klęska. […] Tow. S. Ciosek – Nie rozumiem przyczyn porażki. Partia musi za nią zapłacić, nie poszła za nami. To gorzka lekcja. Odpowiedzialni będą musieli ponieść konsekwencje. Obecnie sprawą najważniejszą wybór prezydenta, do czego potrzeba 35 mandatów – które przepadły. O tym rozmawiać już z opozycją, bo prezydent to zabezpieczenie całego systemu, to nie tylko nasza wewnętrzna sprawa, to sprawa całej socjalistycznej wspólnoty, nawet Europy. […].

Dla członków PZPR ostatnią nadzieją na utrzymanie decydującego wpływu na rzeczywistość polityczną PRL były wybór na urząd prezydenta gen. Jaruzelskiego oraz zachowanie kontroli nad resortami bezpieczeństwa. Ich kalkulacje osłabiało jednak znaczące poparcie udzielone „S” w obwodach zamkniętych przeznaczonych dla wojska i milicji. Zdaniem historyków nie istniało większe ryzyko użycia siły i obalenia wyników wyborów z 4 czerwca.

4 czerwca 1989 r. był dla PZPR jak Grunwald. Po klęsce w tej bitwie zakon krzyżacki istniał, tak jak PZPR po 4 czerwca, ale czas jej życia był już liczony w miesiącach

—powiedział w rozmowie z PAP prof. Jerzy Eisler z Instytutu Pamięci Narodowej.

Mimo skali zwycięstwa liderzy zwycięskiego obozu tonowali nastroje panujące w szeregach „S”. W wypowiedziach większości pojawiał się w tym czasie również argument kruchości zawartego porozumienia. W opinii historyków „S” była zaskoczona zwycięstwem i niezdolna do przejęcia władzy.

Ogromne kontrowersje w obozie „Solidarności” wzbudziła kwestia organizacji II tury wyborów. 8 czerwca na posiedzeniu Komisji Porozumiewawczej przedstawiciele „S” zgodzili się na zmianę ordynacji wyborczej, umożliwiającej obsadzenie 33 mandatów z listy krajowej przez koalicyjnych kandydatów. 12 czerwca Rada Państwa wydała dekret zmieniający ordynację wyborczą do Sejmu X kadencji. Na jego podstawie 33 mandaty z listy krajowej miały być przekazane do okręgów i obsadzone w II turze wyborów. Odbyła się ona 18 czerwca 1989 r. Do urn wyborczych udało się tylko 25 proc. uprawnionych. „S” zdobyła jedyny brakujący jej mandat poselski oraz 7 z 8 pozostałych do obsadzenia mandatów senatorskich. Strona rządowa miała 294 zapewnione mandaty w Sejmie.

Kandydaci „Solidarności” uzyskali w wyborach 260 miejsc w 560-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Wynik ten przy chwiejnej postawie „stronnictw sojuszniczych” – ZSL i SD – mógł oznaczać poważne problemy przy wyborze na stanowisko prezydenta PRL gen. Jaruzelskiego. Ostatecznie Zgromadzenie Narodowe wybrało go większością jednego głosu.

Kolejne tygodnie pokazały, że zwycięstwo „S” pozwoliło doprowadzić do powołania na stanowisko szefa Rady Ministrów Tadeusza Mazowieckiego. Ukoronowaniem zwycięstwa z 4 czerwca było uzyskanie przez premiera wotum zaufania: 24 sierpnia 1989 r. zdobył poparcie 378 posłów spośród 423 biorących udział w głosowaniu.

Kilka tygodni później w krajach Europy Środkowej rozpoczęły się przemiany, które doprowadziły do upadku systemów komunistycznych. Za symboliczny początek Jesieni Narodów uważane są wybory z 4 czerwca 1989 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ks. Grzegorz Wiśniewski krajowym moderatorem Eucharystycznego Ruchu Młodych w Polsce

2019-07-18 18:00

ks.sk / Katowice (KAI)

W liście skierowanym do metropolity katowickiego abp. Wiktora Skworca abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski informuje, że ks. Grzegorz Wiśniewski został nominowany na narodowego dyrektora Eucharystycznego Ruchu Młodych.

ermpolska.pl

- Ufam, że ks. Wiśniewski podejmie powierzoną sobie funkcję z zasłuchaniem w Słowo Boże, dynamizmem apostolskim i śląską pracowitością – pisze abp Gądecki.

Eucharystyczny Ruch Młodych jest częścią Papieskiej Światowej Sieci Modlitwy (Apostolstwa Modlitwy). Opiera się na duchowości czerpiącej z kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa.

– Głębokie życie duchowe wzorowane na Sercu Jezusa, głębokie doświadczenie Eucharystii oraz adoracji oraz służba misji Kościoła to istota Eucharystycznego Ruchu Młodych – napisał do ks. Wiśniewskiego ks. Frederic Fornos SJ, międzynarodowy dyrektor Papieskiej Światowej Sieci Modlitwy oraz ERM.

Eucharystyczny Ruch Młodych jest młodzieżową gałęzią Apostolstwa Modlitwy. Został odnowiony dekadę temu, aby duchowe skarby Kościoła trafiały do jak największej ilości osób, zwłaszcza młodych. Aktualnie Ruch jest obecny w 56 krajach na świecie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem