Reklama

Niedziela Kielecka

Zgromadzenie Ojców Franciszkanów Reformatów w Pińczowie

Porwał ich św. Franciszek

Kościół Nawiedzenia NMP z cudownym obrazem Matki Bożej i klasztor na Mirowie to skarbiec wiary, dziedzictwo historii i kultury. Duchowość tego miejsca kształtują obecni w Pińczowie od ponad czterech stuleci ojcowie franciszkanie. Świat się zmienia, ale charyzmat zakonu pozostaje ten sam. – Naszym powołaniem jest bycie z ludźmi – mówi przełożony wspólnoty o. Wojciech Madej.

Klasztor na Mirowie

Franciszkanie pojawili się w Pińczowie na zaproszenie Zygmunta Myszkowskiego, marszałka wielkiego koronnego, w 1609 r. założyli tu drewnianą kaplicę. Jednak nie zostali długo w miasteczku. Powrócili do Pińczowa po przeszło siedemdziesięciu latach. 13 września 1683 roku, po wiktorii wiedeńskiej, biskup krakowski Jan Małachowski, potwierdził fundację klasztoru pińczowskiego. We wspomnienie św. Franciszka z Asyżu zakonnicy przybyli do miasta. Dzięki wsparciu pińczowian, wybudowali klasztor przy kościele na Mirowie ze słynącym łaskami obrazem Matki Bożej. Klasztor należy od początku do prowincji Matki Bożej Anielskiej. Z czasem miejsce stało się religijnym centrum. Ludzie otrzymywali wsparcie od zakonników, którzy pomagali zaradzić każdej biedzie. Franciszkanie podejmowali szereg dzieł duszpasterskich jako kaznodzieje, rekolekcjoniści, spowiednicy, kierownicy duchowi.
Od 1819 r. zakonnicy przejęli parafię na Mirowie po paulinach. Ojcowie pracowali nie tylko w swojej parafii, ale także w sąsiednich: Bogucicach, Krzyżanowicach, Młodzawach, Michałowie, Wrocieryżu, Imielnie, Korytnicy i Kijach. Kiedy w latach 1706-1709 przez Pińczów przechodziła zaraza, ludzie gromadzili się w obrębie zabudowań klasztornych. Zakonnicy dzielili się z nimi pożywieniem, grzebali umarłych i opiekowali się chorymi. W czasie zaborów Pińczów, a wraz z nim klasztor dotkliwie odczuwał represje ze strony caratu. Tym bardziej że zakonnicy byli zaangażowani w działalność patriotyczną, zajmując się kolportażem gazetek i broszur. Posiadając rozległe kontakty z różnymi parafiami, stawali się łącznikami. Represje po powstaniach, dotykające klasztory, nie ominęły także pińczowskich franciszkanów. Klasztor został ostatecznie zlikwidowany w 1910 roku. Zabudowania klasztorne w drodze dzierżawy przejęło miasto, zakładając w nich szpital św. Juliana. Aż do 1943 roku posługiwały w nim siostry szarytki, a następnie sercanki.
W 1928 r. franciszkanie powrócili do Pińczowa, tworząc początkowo małą, a potem większą wspólnotę, która miała opiekę duszpasterską nad szpitalem, ochronką i więzieniem. Podczas okupacji w klasztorze zorganizowano siedzibę Rady Głównej Opiekuńczej, a klasztorne mury nie raz były schronieniem partyzantów. Mieszkańcom dotkniętym skutkami wojny i w niebezpieczeństwie zakonnicy nigdy nie odmawiali pomocy. Po wojnie wprawdzie budynek klasztorny poddano pracom renowacyjnym, odnowiono także wnętrze kościoła, jednak ząb czasu odcisnął swoje piętno na obiektach. Dopiero ostatnie, prowadzone na szeroką skalę remonty sprawiają, że to wyjątkowe miejsce odzyskuje dawny blask.

Posługa

O. Wojciech tłumaczy, że bycie franciszkaninem nie oznacza zamknięcia się na postęp. Zakonnicy idą z duchem czasu, by jak najlepiej wypełniać swoją posługę. Używają tabletów, komputerów. Znają języki obce, dobrze radzą sobie na międzynarodowych konferencjach. To wszystko, by jak najlepiej pracować na chwałę Pana Boga. – Jesteśmy zakonem kontemplacyjnoczynnym. Naszym podstawowym zadaniem jest bycie z ludźmi – mówi o. Wojciech. Przejawia się to w naszej codziennej posłudze poprzez głoszenie Słowa Bożego, rekolekcji, misji, prowadzenie nabożeństw, sprawowanie Eucharystii. Bardzo ważna jest także posługa konfesjonału.
– Mieszkańcy, którzy przychodzą się wyspowiadać, nie odchodzą z kwitkiem, ponieważ dyżur w konfesjonale trwa cały dzień. Wystarczy wezwać nas telefonem. Szafowanie Bożym Miłosierdziem poczytujemy sobie za wielką radość – mówi o. Wojciech.
Kościół na Mirowie żyje cały czas. Drzwi do świątyni są otwarte dla każdego odwiedzającego. Można uklęknąć, pomodlić się w ciszy. I zawsze jest ktoś: przechodzień, uczniowie, rodziny, ludzie śpieszący się z pracy czy do pracy. Zakonnicy modlą się razem z nimi. A trzy razy w tygodniu za ołtarzem głównym zasiadają w pradawnych ławach chóru klasztornego i zaczynają śpiew chorałów, które górują gdzieś pod niebiosa. Tak było zawsze.
Franciszkanie są kustoszami sanktuarium ze słynącym łaskami obrazem Matki Bożej Mirowskiej, która otacza Pińczów swoją opieką od XVII wieku. Obraz został uroczyście ukoronowany przez nuncjusza apostolskiego w Polsce abp. Józefa Kowalczyka w 1992 roku. Przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny obraz tonie w różnych odcieniach fiołków alpejskich. To tradycja, którą o. Wojciech zastał i starannie ją pielęgnuje. Wierni przygotowują się do świętowania dziewięciodniową nowenną. Codziennie uczestniczy w niej stała grupa czcicieli Maryi na Mirowie, modląc się za Jej wstawiennictwem za siebie i swojej rodziny. W kościele jest także regularna adoracja Najświętszego Sakramentu, a w Wielkim Poście tzw. Marcowe Piątki, poświęcone medytacji i rozważaniu Męki Pańskiej podczas Drogi Krzyżowej. Tradycja ta sięga kilkuset lat. Wokół muru klasztornego franciszkanie przytwierdzili stacje pasyjne. Regularnie we wszystkie piątki i niedziele (po sumie) odprawiane było dla ludu nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Przy klasztorze działa od wielu lat Franciszkański Zakon Świeckich, tzw. „tercjarze”, którzy zgłębiając duchowość założyciela, zajmują się również dziełami charytatywnymi w parafii.
Ludzie bardzo sobie cenią kierownictwo duchowe ojców. Przychodzą do nich z różnymi problemami, powierzają im rozterki, trudy, proszą o modlitwę, radę, jakieś światło na życie. Rozmowy przy herbacie często przeradzają się w spowiedź. Drugą płaszczyzną pracy franciszkanów jest oczywiście parafia z kościołem na Mirowie. Ta praca wygląda podobnie jak w innych parafiach, Wiąże się z administrowaniem, pracą w kancelarii parafialnej, przyjmowaniem intencji mszalnych, udzielaniem sakramentów świętych, sprawowaniem Mszy świętych i różnych nabożeństw. Każdy kontakt z ludźmi, każde spotkanie jest okazją dla zakonników do poznania się bliżej z parafianami.

Reklama

Boże Narodzenie za murami klasztornymi

Franciszkańską rodzinę w klasztorze w Pińczowie tworzy ośmiu zakonników: o. Wojciech Madej, o. Cezary Chustecki, o. Edward Kolasiński, o. Eryk Hoppe, o. Rafał Rudziński, o. Grzegorz Bryła (obecnie na urlopie zdrowotnym), br. Benedykt Kolaniak, br. Filip Lis oraz bracia z Sekretariatu Ewangelizacji: o. Teodor Knapczyk, o. Józef Witko, o. Pacyfik Iwaszko, br. Krzysztof Musiał.
Boże Narodzenie to szczególny czas dla każdej wspólnoty zakonnej. Trzy dni przed świętami franciszkanie rozpoczynają dyżur w konfesjonale, który trwa od 6.30 do 19. – Jesteśmy po to, aby służyć. Z szacunkiem i podziwem patrzę jak osoby, które zjeżdżają z zagranicy na święta do rodziny, przychodzą do spowiedzi. Widać, że traktują duchowe przygotowanie do świąt poważnie – opowiada o. Madej. Od dwóch lat, odkąd został przełożonym wspólnoty w Pińczowie, zanim rozpoczną wieczerzę, całą wspólnotą udają się do Zakładu Opieki Leczniczej. – Tam czekają na nas chorzy, samotni, opuszczeni, cierpiący starsi ludzie. Śpiewamy z nimi kolędy, łamiemy się opłatkiem i składamy sobie życzenia. To są niesamowite emocje. Widzimy, że te spotkania mają dla nich znaczenie, sprawiamy im odwiedzinami radość, bo niejednokrotnie nikt już ich nie odwiedza. Jak tylu chłopów zacznie śpiewać kolędy, pensjonariuszom kręci się łza w oku – opowiada przełożony wspólnoty. Stamtąd wracamy do refektarza na Wigilię zakonną. O północy rozpoczynamy Pasterkę. Mamy piękną szopkę bożonarodzeniową, choć prawdę powiedziawszy, marzy mi się żywa, tak jak to jest we franciszkańskiej tradycji – przyznaje o. Wojciech. Po Mszy św. zakonnicy wychodzą do ludzi i wszyscy łamią się opłatkiem, składając sobie życzenia. W niedzielę 5 stycznia mieszkańcy i zakonnicy zgromadzą się w sanktuarium na Wieczorze Kolęd. O godz. 19 zaprezentują się młodzi wykonawcy, schola parafialna, ale także o. Łukasz Buksa Beand, który znów zachwyci autorskimi aranżacjami znanych kolęd, by porwać do śpiewu wszystkich od małych po starszych, tak jak to było w ubiegłym roku.

Franciszkańskie dzieła

Krok po kroku odrestaurowują się zaniedbane pomieszczenia klasztorne. W częściowo odnowionych, zaadaptowanych już pokojach znalazło swoje miejsce otwarte 21 czerwca 2013 r. centrum duchowości „Culmen et Fons”, czyli „Źródło i Szczyt”, które jest umocowane przy Sekretariacie Ewangelizacji. – To nasz duchowy szpital, który powstaje dzięki modlitwie i ofiarności wielu, wielu dobroczyńców. Ośrodek działa w takim wymiarze, w jakim pozwala obecna struktura oraz nasze ludzkie możliwości – tłumaczy o. Wojciech. Bardzo ważną misję korespondującą z „Culmen et Fons” ma Sekretariat Ewangelizacji. Zadaniem zaangażowanych tutaj franciszkanów jest praca ewangelizacyjna, głoszenie misji, rekolekcji posługa modlitwą wstawienniczą i o uwolnienie. Ściągają ludzie z całej Polski.
Są także blisko ludzi młodych, starając się poprzez swoją pracę i otwartość pokazywać im ich miejsce w Kościele. W czerwcu w klasztorze w Pińczowie odbywają się Franciszkańskie Dni Braterstwa z udziałem blisko trzystu młodych z całej Polski. To wielkie wydarzenie duchowe, którego przygotowanie wymaga dużo czasu i energii. Klasztor tętni życiem młodych uczestników. Franciszkanie stawiają na nowe formy modlitwy. Są koncerty muzyki chrześcijańskiej, które przeradzają się w spontaniczne uwielbienie Boga. Młodzi pokazują pantomimę, uczestniczą w Drodze Krzyżowej obok klasztoru, jest modlitwa adoracyjna, konferencje skierowane do młodzieży i o młodych. Całość to duży zastrzyk chrześcijańskiej kultury i franciszkańskiej duchowości. Następne FDB w dniach 13-15 czerwca, a o. Wojciech Madej zaprasza wszystkich już dziś.

Klucz do duchowości franciszkańskiej

Założycielem zakonu jest św. Franciszek z Asyżu. W duchu pokory nazwał swój zakon „Ordo Fratrum Minorum” (OFM), czyli Zakon Braci Mniejszych. Inne nazwy: franciszkanie, bernardyni, reformaci, kapucyni są wynikiem wielowiekowego rozwoju zakonu, jego wewnętrznych podziałów. Niektóre z nazw, jak tłumaczą sami zakonnicy, przylgnęły do zakonów i ze względu na szacunek dla historii trwają do dzisiaj. Zakon założony przez św. Franciszka z Asyżu podzielił się na 3 wielkie gałęzie: pierwsza z nich to Zakon Braci Mniejszych Konwentualnych (znanych pod nazwą franciszkanie lub fanciszkanie czarni, konwentualni); druga to Zakon Braci Mniejszych określanych jako franciszkanie brązowi, bernardyni (obserwanci), reformaci, franciszkanie śląscy, panewniccy itd.); trzecia to Zakon Braci Mniejszych Kapucynów (kapucyni).
Ale dla zakonników nie to jest najważniejsze, jak określają ich ludzie. Czują się jednością ze wszystkimi franciszkanami, z Generałem i Stolicą Apostolską. Sedno jest w duchowości Biedaczyny z Asyżu, mistyka i jednego z najważniejszych świętych Kościoła – św. Franciszka, który kiedyś ich – jako młodych chłopaków – porwał i doprowadził do klasztoru, do brązowego habitu i ślubów zakonnych. – Jesteśmy prostym, wspaniałym zakonem. Św. Franciszek wskazał nam wyraźnie całym swoim życiem, że mamy naśladować Chrystusa czystego, ubogiego i posłusznego. Jest to podstawowy klucz do duchowości franciszkańskiej. Ten charyzmat musi trwać – mówi o. Madej.

W następnym numerze Zakon Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel – klasztor w Piotrkowicach

2013-12-31 10:47

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Biskupi wenezuelscy wsparli Juana Guaidó

[ TEMATY ]

prezydent

episkopat

zgromadzenie

wenezuela

źródło: pixabay.com

Flaga Wenezueli

Wenezuelscy biskupi wsparli wybranego ponownie przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, a zarazem tymczasowego prezydenta Juana Guaidó. Spotkali się z nim 8 stycznia podczas obrad 113. zgromadzenia plenarnego konferencji episkopatu Wenezueli. Guaidó towarzyszyli dwaj wiceprzewodniczący Zgromadzenia Narodowego, jego sekretarz i podsekretarz - nowo wybrane władze parlamentu.

Po spotkaniu konferencja episkopatu oświadczyła, że odrzuca wydarzenia z 5 stycznia, gdy Gwardia Narodowa i zwolennicy obalonego prezydenta Nicolasa Maduro nie dopuścili do sali obrad Zgromadzenia Narodowego deputowanych opozycji. Pod ich nieobecność, bez wymaganego kworum, wybrano paralelne władze na czele z Luisem Parrą. Hierarchowie napisali, że był to „haniebny czyn”, który stał się dla Wenezuelczyków powodem do pogłębienia braku nadziei i poczucia bezsilności.

Niewpuszczeni na obrady deputowani, którzy posiadali kworum, zebrali się w jednym z hoteli, gdzie w głosowaniu przedłużyli Guaidó mandat przewodniczącego.

Biskupi wspomnieli także o wydarzeniach z 7 stycznia, gdy te same grupy próbowały nie dopuścić do wejścia „prawomocnie wybranych deputowanych” do gmachu Zgromadzenia na zaprzysiężenie Guaidó na drugą kadencję, co się im jednak nie udało.

Zdaniem biskupów wydarzenia te są „nowymi przejawami totalitarnej ideologii”, a zarazem zamachem na instytucje państwa. Skrytykowali oni także akty przemocy ze strony wojska wobec niektórych deputowanych i wezwali je „w imię Boga”, by stanęło „po stronie konstytucji i ludu, których przysięgało bronić”.

Episkopat zaapelował o respektowanie legalności Zgromadzenia Narodowego, wybranego przez naród w 2015 r., gdyż jako „jedyna instytucja polityczna i władzy publicznej” cieszy się ono legitymizacją.

CZYTAJ DALEJ

"Dużo ludzi modli się i prosi o modlitwę" - rozmowa z Józefem Popiełuszką, bratem bł. ks. Jerzego

2020-07-05 11:00

ks. Łukasz Romańczuk

Pan Józef Popiełuszko wraz z żoną Alfredą

Okrutna śmierć ks. Jerzego Popiełuszki poruszyła wielu Polaków. Niezliczone tłumy na pogrzebie i licznie przychodzący ludzie odwiedzający jego grób na warszawskim Żoliborzu. Dziś cieszymy się, ks. Jerzy jest już błogosławiony. Na szczęście między nami są ci, którzy pamiętają tego odważnego kapelana “Solidarności”. Z Józefem Popiełuszką, bratem ks. Jerzego, rozmawia ks. Łukasz Romańczuk.

Ks. Łukasz Romańczuk: Nasza rozmowa odbywa się tuż przed uroczystościami w parafii pw. św. Michała Archanioła w Miliczu, czy często zdarza się, że jest Pan zapraszany na instalację relikwie brata, bł. ks. Jerzego?

Józef Popiełuszko: Bardzo często. W wielu miejscowościach byliśmy już w Polsce i poza jej granicami. W lutym byliśmy w Anglii, wcześniej w Norwegii. Zapraszano nas także na Wschód, a tak to zapraszani jesteśmy do różnych miejsc w Polsce.

Ks. Ł.R: Wspomnienia brata, to także wspomnienia z dzieciństwa. Jak wspomina Pan ks. Jerzego z lat młodości?

J.P.: Po pierwszej Komunii św. Jerzy zapisał się do ministrantów i codziennie rano był na Mszy św. Wychodził z domu godzinę wcześniej, aby zdążyć, bo do kościoła było 5 km. Nauczyciela mamę wezwała i powiedziała, że za to dostanie obniżony stopień, ale on nie załamał się i do końca podstawówki służył do Mszy św.

Ks. Ł.R: Pana brat, ks. Jerzy, kiedy był kapelanem “Solidarności” czuł niebezpieczeństwo jakie mogło wynikać z jego posługi?

J.P.: Niebezpieczeństwo było w każdej chwili. Cały czas przy mieszkaniu pilnowała go Służba Bezpieczeństwa. Ale on się nie gniewał na nich. Sam albo kolegom mówił, aby zanieść tak do nich kawę czy ciepłą herbatę, aby im mimo zimna było lżej, bo oni tylko pracują. Nie oni są winni, ale system tego był winien.

Ks. Ł.R.: I nadszedł rok 1984. Okrutna śmierć ks. Jerzego. Jak wspomina Pan ten czas, kiedy dowiedział się o śmierci brata?

J.P.: Trudno powiedzieć. Na początku nie dowierzałem, ale niestety okazało się to prawdą. Później męczyli nas. Mnie też chcieli aresztować, bo po śmierci brata pojechałem z mamą na mszę za Ojczyznę i biskup obecny tam wtedy chciał pokazać nam rzeczy, które wyłowiony.

Mieszkaliśmy u jednej pani i przyszli ubecy i powiedzieli, że rewizję będą robić, a do mnie powiedzieli: “Pan pojedzie z nami”. Mama zaczęła płakać i powiedziała: “Jak jego zabieracie, to i ja z wami pojadę.” Oni byli w kropce i nie wiedzieli co zrobić. W klatce był telefon i poszli zadzwonić, bo wiedzieli, że jak matkę zabiorą to zaraz cały świat będzie o tym wiedział. I dali spokój. Dużo było takich zajść.

ks. Ł.R: To niesamowite mieć brata, który jest wśród błogosławionych. Odczuwa pan wstawiennictwo bł. ks. Jerzego w codziennym życiu?

J.P.: Bardzo odczuwam. W 2000 roku zachorowałem na nowotwór na języku. Powstała taka blizna. Lekarze dawali mi 2-3 miesiące życie. Nie poddałem się. Po jakimś czasie pojechałem do Warszawy na operacje. Tam dostałem anginy i już operacja nie była możliwa. Musiałem wyleczyć anginę. I anginy już nie mam i 20 lat już żyję i możemy dziś rozmawiać.

ks. Ł.R. A spodziewał się pan, że po śmierci ks. Jerzego będzie taki rozgłos, a na jego grób ludzie będą przynosić kwiaty, znicze? Czy wtedy zastanawiał się Pan, że ta śmierć, męczeńska śmierć przyczyni się do tego, że ks. Jerzy będzie wśród błogosławionych?

J.P.: Trudno było to sobie z początku wyobrazić. Ale pojawiały się myśli, że z tej śmierci męczeńskiej coś musi wyniknąć.

Dużo ludzi modli się i prosi o modlitwę. Dzwonią do nas i doznają wielu łask od Pana Boga za przyczyną bł. ks. Jerzego. I my też modlimy się i Pan Bóg, za wstawiennictwem ks. Jerzego, daje bardzo dużo.

CZYTAJ DALEJ

77. rocznica pacyfikacji Łukowej

2020-07-08 21:33

Lucyna Paluch (GOK w Łukowej)

Złożenie kwiatów i upamiętnienie ofiar pacyfikacji

Tradycyjnie, jak co roku w pierwszą niedzielę lipca, mieszkańcy Łukowej zgromadzili się (05.07) na uroczystościach poświęconych obchodom 77. rocznicy pacyfikacji tej miejscowości.

Podczas wydarzenia wspominane jest wysiedlenie i tragedia z 1943 roku, mieszkańcy modlą się również za pomordowanych w niemieckich obozach zagłady, czy na robotach przymusowych. Świadków tamtych, tragicznych wydarzeń z czasów wojny jest coraz mniej i są to głównie osoby, które w tamtym czasie miały po kilka lub kilkanaście lat. Tegoroczne uroczystości zgromadziły w kościele parafialnym licznie przybyłych wiernych, kombatantów oraz poczty sztandarowe i młodzież.

Mszę św. za wysiedlonych przez Niemców mieszkańców odprawił wikariusz ks. Marcin Dańków, natomiast pełne patriotyzmu kazanie wygłosił ks. prałat Władysław Kowalik, który jako pięcioletnie dziecko, 3 lipca 1943 roku doświadczył pacyfikacji. Podzielił się on swoim świadectwem wiary i patriotyzmu oraz wspomnieniami sprzed siedemdziesięciu siedmiu lat: – Pamiętam jako dziecko, że gdy rozpoczęła się wywózka, spędzili nas pod kościół, załadowali na samochody ciężarowe i ruszyliśmy. Pamiętam straszny, wielki jęk, jeden płacz, wszyscy płakali. Dziś widzę, jak bardzo inaczej postrzega taką rzeczywistość dziecko, bo mi się chciało śmiać, gdyż pierwszy raz jechałem samochodem. Małemu dziecku zupełnie inaczej się to wszystko przedstawiło, ale gdy popatrzyłem na wszystkich wokoło to zobaczyłem strach, płacz i łzy mojej mamy i zaczęło mi być strasznie smutno. Pamiętam mamę, jak siedziała przy burcie samochodu i trzymała na kolanach moją siostrę. I tak dojechaliśmy na Majdanek – wspominał.

Kapłan dał również swoje świadectwo wiary i patriotyzmu: – Jak to dobrze, że w naszej wspólnocie jeszcze pamięć trwa, że są ludzie zaangażowani i patrzą na naszą Ojczyznę przez pryzmat patriotyzmu, chcąc by Polska się rozwijała. A w naszej historii mamy wiele przykładów wspaniałych ludzi, żołnierzy wyklętych, których my dziś nazywamy bohaterami. Oni na zawsze pozostali wierni wolnej i niepodległej Polsce. Żyjmy dalej na ich wzór, jako katolicy, jako ludzie sumienia i niech każda gmina i każda parafia kultywuje ich pamięć i wciąż mówi o ich odwadze, wyciągajmy na światło dzienne to, co mamy najcenniejszego. Aby to nowe, młode pokolenie mogło się do ich męstwa, odwagi i ofiarności odwoływać – podkreślał.

Po Eucharystii przy pomniku upamiętniającym miejsce wywózki mieszkańców zostały złożone kwiaty i zapalone znicze. Chór ‘Łukowianie’, w którego skład wchodzą Dzieci Zamojszczyzny, zaśpiewał okolicznościową pieśń obrazującą moment wypędzania z domów, pobyt w obozach i w Niemczech na przymusowych robotach. Słowa utworu odzwierciedlały bolesne przeżycia znane chórzystom z autopsji.

Po uroczystościach można było zaopatrzyć się w najnowsze wydawnictwa GOK w Łukowej: ‘Partyzancką Drogę Krzyżową kard. Wyszyńskiego’, ‘Zeszyt Osuchowski’ nr 17 i ‘Goniec Łukowej’ nr 116, a także wspomóc swoim datkiem Siostry Bernardynki z Łodzi, wśród których pracują cztery siostry pochodzące z Łukowej.

W czasie pacyfikacji Gminy Łukowa tj. od drugiego do piętnastego lipca 1943r. zabitych zostało czterdziestu czterech mężczyzn, czterdzieści osiem kobiet i czterdzieścioro dziewięcioro dzieci. Do obozów i na przymusowe roboty do Niemiec wywieziono tysiąc trzystu pięćdziesięciu dziewięciu mężczyzn, tysiąc pięćset sześćdziesiąt trzy kobiety i tysiąc dwieście pięćdziesięcioro dwoje dzieci. Spalono dwadzieścia sześć budynków mieszkalnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję