Reklama

Historia

Wojna i pamięć

Czy możemy się jeszcze czegoś dowiedzieć o Wrześniu 1939 r., o genezie II wojny światowej, o naszej historii sprzed 75 lat? Może raczej powinniśmy dowiedzieć się czegoś o sobie, o tym, kim jesteśmy, kiedy spojrzymy na naszą pamięć o Wrześniu ’39. Naszą? A ilu z dzisiejszych mieszkańców Polski przyjmuje historię polskiego bohaterstwa w obronie Ojczyzny jako własną historię, taką, w której czuje się zadomowiony i przez to poczucie zadomowienia zobowiązany: do jej obrony, do wierności, do pamięci?

Patriotyzm jest wyborem

Zastanówmy się więc, jak zmieniała się ta nasza zbiorowa, kształtowana przez politykę pamięć. Najdalej wstecz potrafię w tej sferze sięgnąć do roku 1969. Uroczysty apel z okazji 30. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Obchodzimy go na szkolnym korytarzu, w Szkole Podstawowej nr 7 w Krakowie. Wszyscy nauczyciele, wszyscy nasi rodzice pamiętają wojnę z własnych doświadczeń. Nie dadzą sobie wmówić za wiele. Owszem, słyszymy o „sanacyjnej elicie”, która nie umiała Polski do wojny przygotować, ale nikt nie kwestionuje bohaterstwa polskiego żołnierza ani sensu tej walki. Nic na szkolnej akademii, to jasne, nie mówi się o pakcie Ribbentrop-Mołotow ani o najeździe sowieckim 17 września. A jednak zasadniczy przekaz jest prawdziwy: Niemcy (nie żadni tam „naziści”) napadają zdradziecko na Polskę, popełniając przy tym mnóstwo zbrodni. Polacy bronią się dzielnie, walczą w bezdyskusyjnie słusznej sprawie: w obronie Ojczyzny. My, dzieci, mamy swoją „pop-historię” w postaci seriali „Stawka większa niż życie” i „Czterej pancerni i pies”. Nie rozumiemy ich sprytnego, propagandowego załgania, mającego służyć „przyjaźni polsko-radzieckiej”, ale przeżywamy tę opowieść jako swoją właśnie: jest dobro, związane z Polską, która walczy o wolność, i jest zło – niemiecki najeźdźca, okupant. W mądrzejszy, bardziej zniuansowany sposób pokazuje to nam film Stanisława Różewicza „Westerplatte”, oparty na scenariuszu Jana Józefa Szczepańskiego, najwspanialszy, najbardziej poruszający polski film nie tylko o Wrześniu ’39, ale o całej II wojnie światowej – dotąd nie ma lepszego. Uczy jednego: patriotyzm jest wyborem, niełatwym, czasem – jak na Westerplatte – wymagającym najwyższego poświęcenia. Ale na ten wybór było stać niemal wszystkich bohaterów tego filmu, prawdziwych bohaterów Westerplatte – prostych ludzi, najczęściej chłopskiego pochodzenia. Wiedzieli to, co opisywał tak często cytowany w PRL-u wielki poeta Władysław Broniewski: „Kiedy przyjdą podpalić dom,/ ten, w którym mieszkasz – Polskę,/ (...)ty, ze snu podnosząc skroń,/ stań u drzwi./ Bagnet na broń!/ Trzeba krwi!”. I ta wiedza do nas, małych Polaków, docierała, imponowała nam.

Widziałem...

Reklama

Potem przychodziła gorzka wiedza o tym, jak owi prawdziwi bohaterowie Września ’39 byli traktowani w PRL-u. Dowiedziałem się wkrótce, że kpt. Franciszek Dąbrowski, współdowódca Westerplatte, pracował w krakowskim kiosku „Ruchu”, a dorabiał sobie chałupniczym szyciem pantofli, pozbawiony, jako „sanacyjny oficer”, emerytury wojskowej. Widziałem na Westerplatte w 1967 r., jak nędznie żył inny z obrońców placówki, sprzedający w ustawionym tam kiosku pocztówki z nowym pomnikiem bitwy.

Jednak wiedziałem, tak jak tysiące, miliony innych wtedy wychowanych młodych ludzi, na pewno to, że Westerplatte, Wrzesień 1939 r. – to wzór patriotyzmu, wzór poświęcenia, które ma sens, bo broniło Polski, broniło naszego miejsca na mapie Europy.

W poruszający wyobraźnię i sumienie sposób przypominał o tym Kościół. Świadczyła o tym nauka obywatelskiej pamięci przez lata prowadzona pod kierunkiem prymasa Stefana Wyszyńskiego, a później wstrząsające „bierzmowanie dziejów”, którego dokonał Jan Paweł II w czasie pielgrzymki poprzedzającej narodziny Solidarności – tuż przed 40. rocznicą wybuchu II wojny światowej. Potem przyszedł stan wojenny. Przypomnienie okupacyjnych wzorów, patriotyzmu, poświęcenia, ofiar, choć oczywiście – na szczęście – w skali nieporównanie mniejszej niż w czasach II wojny. Dla mojego pokolenia wielkim przeżyciem były słowa, które Ojciec Święty skierował do nas w czasie swej trzeciej pielgrzymki do ojczyzny, 12 czerwca 1987 r. Mówił, abyśmy się nie zagubili w zniechęceniu, w zmęczeniu kolejną – zdawałoby się – przegraną walką, tym razem z wewnętrznym okupantem. Papież mówił o tym, że na Westerplatte „grupa młodych Polaków, żołnierzy, pod dowództwem mjr. Henryka Sucharskiego, trwała ze szlachetnym uporem, podejmując nierówną walkę z najeźdźcą. Walkę bohaterską. Pozostali w pamięci narodu jako wymowny symbol”. Papież wzywał, a myśmy słuchali: „Trzeba, ażeby ten symbol wciąż przemawiał, ażeby stanowił wyzwanie dla coraz nowych ludzi i pokoleń Polaków. Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje «Westerplatte». Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można «zdezerterować»”.

Reklama

To było 48 lat po wybuchu II wojny. Wydawało się, że taka właśnie pamięć – odpowiedzialna, mobilizująca do tego, by nie dezerterować – wiąże nas mocno z polskością, z Westerplatte. A ta pamięć jednak słabła. Zostało jeszcze 6 lat PRL-u. Coraz bardziej żałosnych. Kiedy kończyła się wewnętrzna okupacja, której pilnowała moskiewska potęga ze Wschodu, w ankiecie katolickiego miesięcznika „Znak” padły te słowa, głos młodego pokolenia, głos Donalda Tuska: „Polskość to nienormalność”. Stwierdzenie to w swoim rozwinięciu sprowadzało się do tezy, że walka, bohaterstwo, ofiara – to wszystko, co składało się na zasadniczą treść polskiego Września 1939 r., na treść naszej historii (tej, o której mówili Jan Paweł II i kard. Wyszyński) – nie ma sensu, że to głupota, naiwność.

Za zgodą Moskwy

Nie myśleliśmy wtedy o tym zbyt wiele. Cieszyliśmy się wkrótce z wyborów 4 czerwca, z tego, że system komunistyczny się kruszy. Ale okazało się, że to nie ma związku z polską walką o wolność, o niepodległość, o godność, a jest tylko darem naszych „panów”, władców PRL-u, którzy zdecydowali się łaskawie podzielić odpowiedzialnością za upadające państwo, za zgodą swoich z kolei panów – z Moskwy. Tak nam to tłumaczono: żebyśmy się nie cieszyli za bardzo. Jeśli mamy się z czegoś cieszyć – to z tego, że – jak nam wtedy, w roku 50. rocznicy wybuchu II wojny mówiono – „nastąpił koniec historii”. Komunizm pokojowo się rozwiązuje. Nie będzie już żadnych wojen, żadnych wielkich rywalizacji – a w związku z tym cały bohaterski bagaż polskich dziejów już nie jest potrzebny. Jest już co najwyżej śmieszny, a może nawet groźny. Polska historia to „polskie piekło”.

Tym głosem mówiły nowe, „nasze” media: „Gazeta Wyborcza” i naśladujące ją telewizje. Zaczynała się systematyczna pedagogika wstydu. Po pierwszych dziesięciu latach III RP, zbiegających się z 60. rocznicą wybuchu II wojny, było już widać rezultaty. Przeciwko Westerplatte, przeciwko świadectwu blisko miliona polskich żołnierzy, którzy walczyli w obronie swojego domu, w obronie całej Europy przed barbarzyńcami z Berlina i z Moskwy we Wrześniu 1939 r., zaczęto coraz skuteczniej wysuwać kontrnarrację: A może źle się bronili? Może wcale nie tak bohatersko? Może nawet – niepotrzebnie? A może nie powinniśmy już w ogóle pamiętać o Westerplatte, ale raczej o czymś innym: o naszych zbrodniach, o tym, że II wojna to czas polskiej hańby – czas Jedwabnego? W ślad za 60. rocznicą Września ’39 przetoczyła się gigantyczna kampania medialna, największa w ostatnim ćwierćwieczu. Jej hasłem było Jedwabne właśnie: próba zredukowania polskiej pamięci o II wojnie do czapki hańby, jaką powinniśmy wszyscy włożyć w związku ze zbrodniami popełnionymi przez naszych rodaków na Żydach, na Niemcach (także!), na Ukraińcach, właściwie na wszystkich. To kampania wymazywania pamięci o prawdziwej, rzeczywistej i oczywistej wcześniej roli Polski w II wojnie światowej – roli pierwszego obrońcy wolności przed dwoma totalitarnymi systemami. To kampania wykrzywiania rzeczywistych proporcji tamtej wojny i całej polskiej historii – tak, aby Polacy zamiast odczuwać dumę i zobowiązanie płynące z Westerplatte, z Wizny, z Kocka, z obrony Warszawy, obrony Grodna – czuli palący wstyd. Żeby, jak to określiła publicystka „Gazety Wyborczej”, porzucili „wygodny kostium ofiary” i pogodzili się z rolą oprawców.

Propaganda manipulacją

W tym samym czasie u naszych sąsiadów odpowiedzialnych za wybuch II wojny dokonywał się proces odwrotny: już nie było w tej historii Niemców, tylko jacyś etnicznie anonimowi „naziści”, zaś w Rosji Władimira Putina wprowadzono wręcz sankcje za każdą próbę umniejszenia wyłącznie bohaterskiej roli Armii Czerwonej i ZSRR w II wojnie (a więc także np. za próbę przypomnienia zdradzieckiej napaści sowieckiej na Polskę 17 września i wszystkich zbrodni wojennych z tego wynikających).

I przyszedł czas najgorszy dla naszej pamięci. Dam jeden przykład. W 2004 r. inny publicysta „Wyborczej” (prof. Janusz Majcherek) zdecydował się napisać, że nie powinniśmy wspominać nawet o sowieckim najeździe na Polskę 17 września, bo przecież musimy najpierw przypomnieć nasz, polski najazd na Czechosłowację w roku 1938... Nie zastanowił się nad tym, ile było ofiar tego drugiego „najazdu”, czy ktokolwiek zginął... I jak można to porównać z ludobójstwem, którego symbolem stał się Katyń – ludobójstwem liczącym setki tysięcy ofiar... A może się zastanowił – bo miał właśnie taki efekt osiągnąć: kłamliwego zrównania, które każe Polakom wstydzić się i zapomnieć o prawdzie historycznej, o Wrześniu ’39, o II wojnie. „Cały militarny udział Polaków w II wojnie światowej” można porównać do wkładu żołnierzy z „RPA, Nowej Zelandii czy Nepalu”. Zasługi tych ostatnich miały być tym większe, że „wzięli udział w krwawych zmaganiach z hitleryzmem, które nie miały znaczenia dla ich daleko położonych krajów”. A Polacy walczyli, bo musieli... Ów autor napisał także, że „zagłada Warszawy nie jest bynajmniej ewenementem. W gruzach legły Hiroszima i Nagasaki, Drezno i Hamburg, Stalingrad i Mińsk. Taka niszczycielska była tamta wojna i metody jej prowadzenia”. Gdyby znał historię choć trochę, może przynajmniej lepiej dobrałby swoje porównania. Drezno, Hamburg, Hiroszima i Nagasaki to miasta krajów agresorów tamtej wojny, zniszczone przez naloty alianckie. Niemcy i Japonia zasiały ten wiatr, z którego zbierały potem burzę. Mińsk i Stalingrad to miasta zniszczone w toku wojennych działań, jak tysiące innych miast w II wojnie, np. Wrocław czy Poznań. Ale porównań autor nie dobierał – wystarczył ten argument jak cep, żeby podważyć wyjątkowość losu Warszawy, wyjątkowość bohaterstwa i ofiary jej mieszkańców w czasie II wojny.

Atak nihilizmu

Przypomniałem ten głos sprzed 10 lat nie dlatego, że był wyjątkowy, ale dlatego, że był typowy dla tej monstrualnej propagandy historycznego nihilizmu, jaką narzucały wtedy codziennie główne telewizje, główne dzienniki III RP. Wtedy zaczęła się także kontrakcja na tę próbę ucięcia polskiej pamięci. Utworzono Muzeum Powstania Warszawskiego, zaczął energiczniej działać Instytut Pamięci Narodowej pod kierownictwem prof. Janusza Kurtyki.

Atak historycznego nihilizmu jednak nie słabł, a wręcz nasilał się. Przytoczmy jeszcze dwa charakterystyczne przykłady. Powstał nowy film o Westerplatte. Rzekomo przywracający „prawdę”, a w istocie mający przekonać widzów, że rozsądny mjr Sucharski chciał się od razu poddać – bo cała ta walka była bez sensu. Żołnierze, przepraszam: sikali na portrety naczelnego wodza, „mądrzy” oficerowie chcieli się zbuntować przeciwko „szalonemu” zwolennikowi obrony, kpt. Dąbrowskiemu – ale zostali rozstrzelani. Moralne bagno i bezsens: oto nowa lektura Westerplatte. „Gazeta Wyborcza” wzięła się za Wiznę, „polskie Termopile”, gdzie mały oddział kpt. Władysława Raginisa powstrzymywał skutecznie atak dywizji gen. Heinza Guderiana. Znalazł się „historyk”, który odczytał „na nowo” tę historię, opiewaną nawet przez znany szwedzki zespół „Sabaton” w piosence „40:1” (bo takie były proporcje między Niemcami a polskimi obrońcami Wizny). Nowa wersja – jak głosi ów „historyk” w „Gazecie Wyborczej” na 70. rocznicę Września (w 2009 r.) – wygląda następująco: obrońcy Wizny uciekli, czołgi niemieckie nie mogły przejechać, bo na przeszkodzie stała im rzeka Narew, a nie żadni polscy żołnierze, prawie nikt z Polaków nie zginął, no, może sam kpt. Raginis w łeb sobie strzelił. Może pijany był? Tak, to jest teraz jedynie słuszna wizja Września ’39.

Młodym ludziom, wytrenowanym przez III RP w obojętności na własną Ojczyznę, na jej historię, wiele można wmówić. Jeden z tych młodych ludzi, mieniący się i „historykiem”, i „krytycznym patriotą”, zdecydował się nawet w ubiegłym roku wydać książkę, która jakby podsumowuje całą szkołę szyderstwa z polskiej historii. Książka podważa sens decyzji o polskim oporze przeciw Hitlerowi. Trzeba się było z Hitlerem sprzymierzyć – to ma być nowy sens naszej pamięci, „krytycznej”, takiej, która potępi „głupi” Wrzesień 1939 r., „fałszywy” patriotyzm, opór przeciw obu totalitarnym najeźdźcom. Lepiej się poddać.

Dziś widzimy, że te pytania, te rozważania nie dotyczą tylko historii sprzed 75 lat. W sytuacji, kiedy obok nas dokonuje się agresja militarna na sąsiednie państwo, kiedy już oderwano jego fragment – Krym (coś jak gdański „korytarz”), a mocarstwa zachodnie już tylko myślą, jak pogodzić się z agresorem – za cenę napadniętego – musimy zadawać sobie te pytania: Czy warto walczyć o niepodległość? Czy lepiej się poddać od razu? Czy polski Wrzesień 1939 r. to lekcja bezsensu i głupoty, czy raczej lekcja bohaterstwa i poświęcenia, które nie przemijają, ale mają nam przypominać o wartości własnego państwa, własnej wolności?

Nie oddawajmy historii nihilistom. Następnym krokiem jest bowiem oddanie naszej wolności i rozwiązanie tej narodowej, historycznej wspólnoty, której broniły i którą budowały pokolenia naszych przodków. Tyle przynajmniej chciałbym, abyśmy pamiętali dzisiaj, na progu 75. rocznicy napaści Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę, o 75. rocznicy wybuchu II apokalipsy.

2014-08-26 14:09

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

„L’Osservatore Romano” przypomina 67 rocznicę uwięzienia kard. Wyszyńskiego

2020-09-25 20:51

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

rocznica

aresztowanie

Archiwum Instytutu Prymasowskiego

„Przed 67 laty, 25 września 1953 r. kardynał Stefan Wyszyński został aresztowany przez władze socjalistycznej Polski i internowany w tajnym miejscu pod nadzorem służb bezpieczeństwa” – przypomina na łamach watykańskiego dziennika „L’Osservatore Romano” Massimiliano Signifredi.

Autor przedstawia czytelnikowi złożone dzieje relacji Kościoła z władzami komunistycznymi, podejmowane przez episkopat próby dialogu, i wreszcie zdecydowany protest biskupów przeciw uzurpacji komunistów, by podporządkować swej kontroli wszelkie nominacje kościelne. Kiedy biskupi stwierdzili, że nie mogą się zgodzić na dyktat, wówczas komuniści podjęli decyzję o aresztowaniu Księdza Prymasa. Signifredi przypomina, że Stolica Apostolska rzuciła ekskomunikę, na tych, którzy odważyli się świętokradzko podnieść rękę na Prymasa Polski, a na łamach „L’Osservatore Romano” ukazały się liczne artykuły i protesty przeciw aresztowaniu kard. Wyszyńskiego. Publikowano także niektóre jego wystąpienia i homilie. Przez szereg tygodni w wielu europejskich miastach odbywały się demonstracje solidarności z Kościołem Polskim pozbawionym swego przywódcy, a do chóru protestów przeciwko komunistom w Warszawie dołączył głos amerykańskiego prezydenta Eisenhowera.

Signifredi zaznacza, że kard. Wyszyński nie był o tym poinformowany, będąc odizolowanym od świata zewnętrznego, ale potrafił przemyśleć swoje powołanie jako chrześcijanin, kapłana i biskupa w niespokojnym okresie, między apokalipsą II wojny światowej a przejęciem władzy przez rząd podporządkowany Moskwie. Jego „Zapiski więzienne” są arcydziełem duchowości, a także żywym świadectwem cierpienia chrześcijan Europy Wschodniej. Autor podkreśla gotowość Księdza Prymasa do dialogu z komunistami, gdyż uważał, że Polska „przelała w okresie okupacji hitlerowskiej zbyt wiele krwi, by móc sobie pozwolić na dalsze jej przelewanie”. Dodaje, że pozbawiony wolności Prymas Polski stworzył długofalowy plan odbudowy Kościoła i społeczeństwa w perspektywie Tysiąclecia Chrztu Polski (966), prawdziwy plan oporu i wyzwolenia duchowego, przekonany, że o losach komunizmu zadecyduje „nie Rosja, ale Polska, poprzez swój katolicyzm”, ponieważ nawróciwszy się Polska stanie się „wielką siłą moralną, a komunizm sam się rozpadnie”.

Włoski dziennikarz przypomina, że do uwolnienia kard. Wyszyńskiego doszło po trzech latach 28 października 1956 r. na fali przemian. Mimo wszystko Polska przez szereg lat pozostawała pod władzą komunistyczną, ale polski Kościół zyskał tak wielki autorytet, że mógł odgrywać rolę publiczną, wyjątkową w bloku wschodnim i dać Kościołowi papieża. Stała się wyspą wolności, na której powoli i delikatnie dojrzewało marzenie o pokojowym wyjściu z komunizmu – stwierdza na łamach watykańskiego dziennika Massimiliano Signifredi.

CZYTAJ DALEJ

Ten, który umiłował Słowo

Niedziela Ogólnopolska 39/2016, str. 30

[ TEMATY ]

wspomnienia

Św. Hieronim/Lucas van Leyden

Św. Hieronim

Św. Hieronim

30 września w liturgii wspominamy św. Hieronima (347-420). To doktor Kościoła zachodniego. To człowiek, bez którego tytanicznej pracy być może nie byłoby kultury europejskiej

Najbardziej znane powiedzenie św. Hieronima: „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”, bywa często przytaczane, cytuje je nawet Sobór Watykański II w konstytucji „Dei verbum” (nr 25). Ten święty żyjący na przełomie IV i V stulecia był znany ze swojego porywczego temperamentu, ale i wielkiej pokory. Był niedościgłym erudytą władającym wieloma językami w mowie i piśmie, m.in. znał hebrajski i grecki – w pierwszym z nich w przeważającej mierze napisano Stary Testament, a w drugim Nowy.

Pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką, m.in. komentarze do ksiąg biblijnych, liczne listy i polemiki z teologicznymi adwersarzami swoich czasów, przepisywał też kodeksy (zawierały teksty biblijne) i dzieła Ojców Kościoła. Przede wszystkim jednak znany jest z Wulgaty – przekładu Biblii na język łaciński. Po soborze trydenckim (II połowa XVI wieku) stała się ona oficjalnym tekstem Kościoła łacińskiego i po jego ostatniej rewizji takowym pozostaje. Św. Hieronim wykorzystał oryginalne teksty biblijne, hebrajskie i greckie oraz wcześniejsze przekłady łacińskie, by – jak się przypuszcza – przy pomocy swoich współpracowników pokazać światu najlepsze – jego zdaniem – tłumaczenie Pisma Świętego na łacinę, czyli właśnie Wulgatę.

O kolosalnym znaczeniu Wulgaty niech świadczy fakt, że Hieronimowe dzieło było pierwszym drukowanym tekstem, który powstał w kręgu kultury śródziemnomorskiej. Była to Biblia Gutenberga z połowy XV stulecia.

Zarys biografii

Św. Hieronim urodził się w Strydonie (dzisiejsza Chorwacja), a zmarł w palestyńskim Betlejem, gdzie można podziwiać jego celę w podziemiach franciszkańskiego kościoła pw. św. Katarzyny. Otrzymał staranne chrześcijańskie wykształcenie. Jego dorosła egzystencja związana była w ogromnej większości ze stylem życia ascetycznego, w czasie którego oddawał się przede wszystkim modlitwie i biblijnym studiom.

Niemniej jednak w roku 382 osiadł w Rzymie. Został sekretarzem i doradcą papieża Damazego, który być może zainspirował go do pracy nad Wulgatą. Św. Hieronim był też w tym czasie uznanym kierownikiem duchowym arystokracji Wiecznego Miasta.

Po śmierci papieża w roku 385 przebywał w Ziemi Świętej i Egipcie. Na stałe osiadł we wspomnianym Betlejem, gdzie pozostał do śmierci. Tu właśnie powstało dzieło jego życia – Wulgata.

Wkład w kulturę

Wydaje się, że św. Hieronim uczy nas przede wszystkim otwarcia się na Boże słowo zawarte na kartach Biblii. To patron nie tylko biblistów. Sądzę, że to patron każdego, kto kocha Pismo Święte. Zwracał on bowiem uwagę na to, by człowiek prowadził nieustanną rozmowę ze Słowem Wcielonym, z Bożym Logosem (słowem), które w jego przekładzie przybrało termin „verbum” (słowo). Bóg przemawia nieustannie do człowieka właśnie przez Biblię. Wierzący za jej pomocą prowadzi dialog ze Stwórcą, co też podkreśla papież Benedykt XVI w ostatnio wydanej książce, której fragmenty publikowaliśmy na łamach „Niedzieli”.

Nasz święty to wielki pedagog. W jednym ze swoich pism pisze, że jego celem jest wykształcenie „duszy”. Zwraca uwagę na olbrzymią rolę rodziców w wychowaniu dzieci. Zachęca rodzicieli, by kreowali potomstwu środowisko przyjazne, pogodne, przyjacielskie, bo to oni są najważniejszymi i pierwszymi pedagogami – nauczycielami życia. Dlatego też od wczesnego dzieciństwa są odpowiedzialni za całościową formację dzieci. Warto też wspomnieć, że św. Hieronim był tym, który promował kobiety i bronił ich praw do naturalnego rozwoju w każdej dziedzinie życia. Zawsze w swoim nauczaniu nawiązywał do Pisma Świętego, w którym widział przewodnika w autentycznym chrześcijańskim i humanistycznym wychowaniu.

„Nie możemy zakończyć tych krótkich uwag na temat wielkiego Ojca Kościoła, nie wspominając o skutecznym wkładzie, jaki wniósł on w obronę pozytywnych i cennych elementów starożytnej kultury hebrajskiej, greckiej i rzymskiej w rodzącej się cywilizacji chrześcijańskiej. Hieronim docenił i przyswoił występujące u klasyków wartości artystyczne, bogactwo uczuć i harmonię obrazów, które kształtują serce i wyobraźnię ku szlachetnym uczuciom. Przede wszystkim umieścił on w centrum swego życia i swej działalności Słowo Boże, które wskazuje człowiekowi ścieżki życia i ukazuje mu tajemnice świętości. Za to wszystko musimy mu być głęboko wdzięczni, właśnie w naszych czasach” (katecheza Benedykta XVI z 14 listopada 2007 r.). Nic dodać, nic ująć.

CZYTAJ DALEJ

Weź udział w Dniu św. Franciszka

2020-09-30 22:22

Archiwum Fundacji Brat Słońce

Już po raz dziewiąty Fundacja Brat Słońce zaprasza do wspólnego przeżywania Dnia św. Franciszka.

Dziewiąty krakowski Dzień św. Franciszka odbędzie się 4 października na placu Franciszkańskim pod hasłem "Ekologia - od Franciszka do Franciszka". Centralnym punktem wydarzenia będzie Msza św. w bazylice św. Franciszka z Asyżu o godz. 11.

– Dzień św. Franciszka to najlepsza okazja, aby w przystępny sposób i w duchu franciszkańskim rozważyć niezwykle aktualny i potrzebny w tych czasach temat ekologii oraz… po prostu dobrze się bawić – mówi Karolina Górska, koordynator projektu.

W programie znalazły się m.in. warsztaty ekologiczne prowadzone przez Ruch Ekologiczny św. Franciszka z Asyżu o 12, 13 i 15 czy wykład o najważniejszych przesłankach Encykliki papieża Franciszka Laudato si' o 14.30. Dla młodszych uczestników przewidziano atrakcje – warsztaty z tematyki ochrony zwierząt oraz konkurs prac rysunkowych. Zwycięzcy otrzymają książki o ekologii.

– Z ciekawostek: na 14.15 zaplanowane jest błogosławieństwo zwierząt – zabierzcie koniecznie swoje pupile – informuje Karolina. – Jak co roku zaprosiliśmy też do udziału różne działa franciszkańskie – spotkacie u nas przedstawicieli Misji Franciszkańskich czy Wydawnictwa Bratni Zew oraz wielu innych. Zostaną też wystawione dwie wystawy – dodaje.

Szczegóły dot. wydarzenia znajdują się na stronie Fundacji Brat Słońce na Facebooku oraz stronie internetowej: www.bratslonce.pl.

Projekt zrealizowano przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję