Reklama

Opętanie

2014-09-02 14:46

Ks. Paweł Rozpiątkowski
Niedziela Ogólnopolska 36/2014, str. 34

Graziako

Czy dostrzegalne zainteresowanie działalnością szatana, powiększająca się liczba egzorcystów oraz publikacji na ten temat są wynikiem większej aktywności złego ducha, czy może jedynie modą?

Odpowiadając na to pytanie, które nurtuje coraz większą liczbę osób, pewnie zaskoczę, pisząc, że nie czuję się „fachowcem” od szatana. Wiem, że zły duch istnieje i na wszelkie sposoby próbuje odciągnąć człowieka od Pana Boga. To wystarczy, żeby rozpoznać jego działanie, ale za mało, żeby stwierdzić np. opętanie. Mimo że – za radą egzorcysty z kilkuletnim stażem – podchodzę ostrożnie do takich doniesień, bo przypadki prawdziwych opętań nie są częste, to jednak potrafię sobie wyobrazić, że są możliwe i że się zdarzają. Czy częściej niż wcześniej? W kapłańskiej młodości, a mam już ponad 20-letni staż, w ogóle o takich przypadkach nie słyszałem, a egzorcyzmy wyobrażałem sobie jako starą, zaniechaną już kościelną praktykę. Od kilku lat jednak w Kościele mówi się o nich więcej. Nawet się do nich powraca, i to nie tylko w Polsce, ale także w krajach zachodnich, gdzie kształci się specjalnie księży do walki ze złym duchem, ponieważ jest coraz więcej potrzebujących tego typu posługi. To fakt, któremu trudno zaprzeczyć. Ludzie coraz częściej i łatwiej wpadają w sidła złego ducha. Można nawet powiedzieć, że bagatelizując pewne zagrożenia, np. okultyzm, sami pchają się w jego ręce. Traktują to jako zabawę, która zwykle kończy się płaczem, i to nie tylko samego nieroztropnego człowieka, ale i całej jego rodziny.

Nie ma nic gorszego niż wpaść w ręce szatana. I wcale nie chodzi tylko o spektakularne działanie złego, ale o takie zwykłe, którego skutkiem jest uwikłanie w grzech. Jak się przed tym bronić? Ratunek jest jeden. W Bogu. Trzeba być blisko Niego. Przez modlitwę, a zwłaszcza przez sakramenty. Egzorcyści powiadają, że szatan szczególnie chętnie atakuje w kontekście Męki Pana Jezusa. Wierzę im, bo doświadczyłem tego na własnej skórze. Kilka lat temu z młodzieżą przygotowaliśmy misterium pasyjne. Na jego koniec do kościoła wszedł mężczyzna. Z głośników akurat leciała pieśń „Święte imię Jezus”. Mężczyzna zaczął walić pięścią w głośnik. Używając trochę siły, wyprowadzono go z kościoła. Wyszedłem za nim i, słuchając jego bluzgów przeciw Bogu, wezwałem policję. Starsze panie zachęcały do odmówienia Różańca, ale – przyznaję ze skruchą – zbagatelizowałem tę radę. Policja przyjechała. Wylegitymowała mężczyznę. Zabrała go na komisariat i – wydawałoby się – sprawa się skończyła. Jednak półtora tygodnia później, gdy odprawiałem niedzielną, popołudniową Mszę św., mężczyzna pojawił się znowu. Wykrzykiwał bluźnierstwa przed grobem Pańskim. Nie chcąc afery w kościele, przerwałem sprawowanie Eucharystii i zacząłem odmawiać Różaniec. Zadziałało. Ta modlitwa go uspokoiła.

Tagi:
ludzie szatan opętanie

Reklama

Prof. Sojka: dla Lutra diabeł jest oskarżycielem

2019-10-25 16:34

Rozmawiał Dawid Gospodarek / Warszawa (KAI)

U Lutra pojawia się myśl absolutnie niespotykana w dotychczasowej historii teologii, a mianowicie zaczyna pisać o szatanie jako o doktorze, pocieszycielu, czyli tak jak się zawsze pisało o Duchu Świętym - mówi w rozmowie z KAI dr hab. prof. ChAT Jerzy Sojka, teolog ewangelicki z Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Z okazji zbliżającego się Święta Reformacji (31 października) oraz budzących kontrowersje tematów związanych z szatanem i opętaniami, publikujemy rozmowę prezentującą luterańską perspektywę.

pl.wikipedia.org

Prof. Jerzy Sojka: – Z pewnością w zakonie nie miał głębokiej formacji teologicznej w tym zakresie. Znał podstawowe klasyczne dzieła, np. jakieś fragmenty Lombarda. Myślę jednak, że istotniejszy jest kontekst miejsca, z którego Luter się wywodził. To była warstwa społeczna, jak byśmy dziś powiedzieli, aspirująca do klasy średniej - przedsiębiorstwa górnicze, bardzo mocno przeniknięte świadomością obecności bytów ponadnaturalnych. Stałe niebezpieczeństwo towarzyszące doświadczeniom górników powodowały, że z jednej strony był tam bardzo mocny kult św. Anny, a z drugiej strony bardzo silne przekonanie, że jest jakieś zagrożenie, jakaś rzeczywistość demoniczna.

Luter wspominał w mowach stołowych – oczywiście wiarygodność tych wspomnień jest różna, ale to oddaje pewien stan ducha – pewne wydarzenie związane z matką. Miała znajomą, którą podejrzewano o wykorzystywanie mocy demonicznych. I on to faktycznie traktował całkiem poważnie, bo dla ludzi jego czasów to było całkiem normalne. Zresztą są też doniesienia z jego pobytu w klasztorze w Erfurcie, gdzie różne odgłosy, dźwięki, jakieś przeszkadzanie mu w lekturze Pisma interpretował, że to diabeł się gdzieś za piecem chowa. To element takiego bardzo tradycyjnego, ludowego obrazu diabła, z którym Luter wchodzi w okres reformacyjny.

- A czy pod wpływem jego badań nad Pismem Świętym, potem też bardziej krytycznego podejścia do katolickiej doktryny, w stosunku do diabła coś się co zmieniło?

– Pewnie ciężko byłoby mówić o jakiejś systematycznej demonologii Lutra, ale z pewnością można mówić o osobie diabła czy szatana. To nie przypadek, że jedna z najważniejszych biografii Lutra jest zatytułowana „Marcin Luter. Człowiek między Bogiem a diabłem”. Heiko Oberman, świetny badacz Lutra, pokazał jego związki ze średniowieczem. Najważniejszym faktorem, który zmienił postrzeganie diabła przez Lutra, była lektura Pisma i dostrzeżenie, że na jego gruncie z jednej strony oczywiście diabeł potrafi być eschatologicznym wrogiem Boga, ale jest też oskarżycielem chrześcijan na dworze Bożym.

- Badania nad Pismem rzuciły też Lutrowi demoniczne światło na papiestwo...

– Miał taką, powiedzmy, językową manierę, która jest postrzegana jako jego grubiańska bezczelność, a tak naprawdę jest po prostu oceną teologiczną. Luter wydaje 95 tez, one oczywiście trafiają do Rzymu, zaczyna się proces i właściwie nikt mu na początku nie odpowiada. Są jakieś próby, w Lipsku dysputa, spory w czasie kapituły zakonu w Heidelbergu, jednak wszystko na gruncie niemieckim, Rzym nie reaguje. Pierwsza reakcja przychodzi w początkach 1519 r. od teologa domu papieskiego Silvestro „Prieras” Mazzolini OP, który po pierwsze identyfikuje rzeczywisty przedmiot sporu, czyli pytanie o autorytet w Kościele, a także formułuje ekstremalnie papocentryzną koncepcję autorytetu. W dialogu o władzy papieża Prierasa jest wizja współśrodkowych kręgów autorytetów w Kościele. Centralnym kręgiem jest papież i to co on legitymizuje swoim autorytetem – nieważne czy to będzie jakiś dokument, czy to będzie sobór – obowiązuje jako doktryna wymagana do zbawienia. To był dla Lutra absolutny szok. Zaczyna widzieć Kurię Rzymską z papieżem na czele, przez pryzmat tekstów o antychryście z Listu do Tesaloniczan – fragmentów eschatologicznie ukazujących szatana jako tego, który wejdzie do świątyni Bożej, zburzy ją i będzie ostatecznym zagrożeniem, być czy nie być chrześcijaństwa. Stąd się bierze cała narracja Lutra o papieżu jako antychryście.

- Na szczęście ekumenizm sprawił, że po dwóch stronach takich demonicznych analogii już się nie robi... A wracając do teologii - czy diabeł jest równym przeciwnikiem Boga? Jak działa w świecie?

– Diabeł w żadnym wypadku nie jest równy Bogu. Pozwolono mu działać w ten sposób, że jest takim oskarżycielem, jak w Księdze Hioba. Luter zaczyna widzieć szatana jako tego, który chce by zbawienie z łaski dane w Chrystusie przez jego cierpienie, nie docierało do człowieka. I robi to na bardzo różne sposoby. Z jednej strony atakuje Kościół, np. przez papiestwo jako antychrysta. Z drugiej strony atakuje porządek społeczny. To wyszło bardzo mocno przy wojnie chłopskiej. Dla Lutra państwo było pewnym porządkiem zapewniającym sprawiedliwość i pokój, które są niezbędne do zwiastowania ewangelii; czasami z użyciem przemocy trzeba zapewnić pokój, który umożliwi działanie misyjne. I dla niego Thomas Müntzer, który domagał się zmian społecznych motywowanych Ewangelią, był narzędziem szatana, szczególnie, że przynosiło to krwawe skutki.

- A czy jest u Lutra jakaś nauka o indywidualnej walce duchowej?

– Oczywiście, tym zmaganiom indywidualnego chrześcijanina poświęcił sporo miejsca. Występuje u niego słynny obraz, że człowiek jest ujeżdżany albo przez Chrystusa, albo przez diabła. To nie jest deklaracja jakiegoś dualizmu gnostyckiego, jak niektórzy chcieliby to czytać, tylko egzystencjalna diagnoza tego, co się dzieje z człowiekiem zniewolonym mocą grzechu. Człowiek dla Lutra nie ma wolności i wyboru działania w dowolną stronę. Albo jest pod ponad panowaniem mocy grzechu i to jest ten obraz ujeżdżania go przez szatana, albo jest pod panowaniem Ducha Świętego i jest w stanie faktycznie zmierzać ku zbawieniu. Albo raczej – ‘być niesionym ku zbawieniu”, jak to Luter opisuje. W związku z tym u Lutra pojawia się myśl absolutnie niespotykana w dotychczasowej historii teologii, a mianowicie zaczyna pisać o szatanie jako o doktorze, pocieszycielu, czyli tak jak się zawsze pisało o Duchu Świętym. To świetnie widać w „Dużym katechizmie” – Luter interpretując Modlitwę Pańską przy słowach „nie wódź nas na pokuszenie” pokazuje, że jest, jak ja to nazywam, taka „nieświęta trójca”. To są trzy pokusy, które człowieka dotyczą – ciało, świat i sam diabeł. Ciało to wszystkie pożądliwości cielesne związane np. z erotyką.

- W końcu Luter był augustianinem, więc mu się pewne seksualne intuicje czy uprzedzenia św. Augustyna mogły udzielić...

- – Tak, tu tradycja augustyńska mocno rezonuje, mimo zasadniczo pozytywnego przewartościowania teologii małżeństwa przez Lutra. Swoją drogą Reformator także w celibacie widział szatańskie uderzenie na porządek świata, bo obok państwa jest jeszcze rodzina, a podważanie jej wartości i znaczenia też było dla niego dziełem diabelskim.

- Wróćmy do pokus. Pierwsza to ciało, a kolejne?

– Drugą jest świat z jego blichtrem z ofertą, wszystko co może odciągnąć człowieka od Boga i myślenia o sprawach Bożych. Natomiast ci, którzy wierzą i są w stanie dać odpór dwóm pierwszym pokusom, są skazani na konfrontację z samym diabłem, którego istotą nie jest to, co często w kreskówkach widzimy – że przy uszach bohatera jest aniołek i z drugiej strony diabełek. To nie jest takie rozumienie grzechu i pokusy. Pokusa po niemiecku to „Anfechtung”, od czasownika, który znaczy „podważać, zaatakować fundamenty”. O to dokładnie chodzi szatanowi – jego zadaniem jest podważyć wiarę. Dlatego w Modlitwie Pańskiej ostatnią prośbą jest „zbaw nas od Złego”. Luter podkreśla, że „Złego” trzeba pisać wielką literą, bo chodzi o diabła, który nas atakuje na różnych zastawia zasadzki.

- A czy Luter daje jakieś rady na pokusy?

– Zanim o radach – ze względu na to rozumienie pokusy jako podważenia fundamentów, u Lutra jest ciekawy zestaw narzędzi teologa. On mówi, że żeby być teologiem, trzeba studiować Pismo Święte, medytować je, właściwie czytać je sobie na głos, żeby ono wybrzmiało. Medytacja i modlitwa, żeby Duch Święty nas oświecił i żebyśmy odczytali to Pismo zgodnie z Jego intencją, a nie tłumaczyli je sobie dowolnie na swoją modłę. Ale to jeszcze nie wystarczy - jest trzeci element tego wszystkiego - to jest właśnie pokusa, tentatio po łacinie, Anfechtung po niemiecku. I to jest moment, gdy ja z tym, czego z tej mojej lektury, medytacji się dowiem, wychodzę w świat i zostaję z tym skonfrontowany egzystencjonalnie. I dopiero wtedy, kiedy tę próbę egzystencjalną przejdę, mogę powiedzieć, że ja to wiem jako chrześcijanin. I dlatego wydaje mi się, że jedną z największych zasług Lutra dla teologii jest wprowadzenie właśnie za pomocą pracy z postacią diabła, możliwości wątpliwości w życie chrześcijańskie. W tej logice wątpliwość w życiu chrześcijańskim nie jest czymś, przed czym powinniśmy uciekać. Oczywiście nie powinniśmy jej szukać dla samej zasady, ale jeśli ona się już pojawi to to znaczy, że coś już jest na rzeczy. Że diabeł uznał, że jemu się opłaca atakować taką osobę, bo jest coś co można podważyć. Jak nie ma wiary to wystarczy, że on się skupi na blichtrze świata, na doświadczeniach erotycznych. Mamy problem z głowy - dla szatana, który chce człowieka pozbawić zbawienia, taki ktoś jest już załatwiony. Jednak kiedy on zaczyna wierzyć, to trzeba zacząć uderzać w niego pokusą. Życie chrześcijanina jest życiem pośród pokus. Zawsze. I stąd się biorą te słynne obrazy – np. zamekw Wartburgu i rzucanie kałamarzem.

- Czyli nie chodziło o dosłowne demoniczne prześladowania?

– To bardzo ładny motyw reinterpretacji Lutra. Przez długie lata w tej izbie Lutra na Wartburgu, w której zresztą nie wiadomo czy przebywał, była na ścianie plama. Mówiono, że to po tym kałamarzu, którym Luter miał rzucić w diabła. Plamę trzeba było co paręnaście czy parędziesiąt lat odmalowywać, bo ludzie ją zeskrobywali. Taka pewna predylekcja do relikwii się u protestantów pojawia. Natomiast dzisiaj plamy już nie ma. Dzisiaj na ścianie wisi taka delikatnie zrobiona metalowa małpka i to też się odnosi do jeszcze jednego wątku, który pojawia się w późnych pismach eklezjologicznych, gdzie Luter pisze o szatanie jako małpie Pana Boga. Co robi małpa? Małpuje, udaje, nieskładnie stara się naśladować wzorzec. I to jest jedna ze strategii szatańskich, którą Luter demaskuje w przestrzeni Kościoła. Bóg dał sakramenty. Te sakramenty były zgodnie z jego wykładnią dwa - chrzest i Wieczerza Pańska. Co robi szatan? Wie, że nie może Bożych sakramentów unieważnić. Więc co wymyślił - całą listę innych zewnętrznych ceremonii, które usiłuje sprzedać na tym samym poziomie co sakrament. A ludzie dają się nabrać na tę całą maskaradę i jest problem, bo ta maskarada jest bardzo cwana, także Ci którzy w dobrej wierze krytykują rzeczy zewnętrzne, zaczynają uderzać nie tylko w jakieś tam święcenie ziół, o których Luter wspomina, ale również w chrzest i w Wieczerzę Pańską. To jest pokłosie doświadczeń z lat dwudziestych, sporów o sakramenty ze Szwajcarami, z anabaptystami, którzy bardzo często atakowali wszystko, co zewnętrzne w Kościele.

- To ciekawe, że w Kościele i ludzkiej mentalności są pewne stałe mechanizmy. Współcześnie też wśród katolików mamy problem np. z tym, że wierni chętniej wybiorą się na duży religijny event, uwielbieniowy koncert czy nabożeństwo z cudownym olejkiem, zamiast na Mszę, co teologowie oczywiście próbują prostować, ale idzie opornie…

– Nic nie dziwi. W tak zarysowanym kontekście jest jeszcze jeden ładny argument odnoszący się do ciągłości Kościoła. W sporze z anabaptystami pojawia się taki zarzut, że Luter utrzymując praktykę chrztu niemowląt właściwie przyznaje się do praktyki rzymskiego Kościoła, który nie był uznawany za Kościół. Bo, lekko upraszczając, wizja anabaptystyczna była taka, że Kościół gdzieś po drodze zniknął. Luter mówi, że ciągłość Kościoła została zachowana i paradoksalnie wykorzystuje zarzut, który mu stawiali. Anabaptyści mówili, że papież jest antychrystem, a Luter go naśladuje. I co odpowiada Luter? Że jeśli papież ma być prawdziwym antychrystem, to musi bezcześcić prawdziwą świątynię. Więc Kościół, w którym działa papież, jest prawdziwym Kościołem. Więc w takim razie ten Kościół, niezależnie od papieży, od tego jak my go oceniamy w tym konkretnym momencie, zachował elementy, które pozwalają nam odnowić chrześcijaństwo – np. Pismo, sakramenty, Modlitwę Pańską, wyznanie wiary, doświadczenie prześladowania etc. Luter się podpisuje pod tymi właśnie elementami i chce je oczyścić z tego, co uznał za wspomnianą „szatańską maskaradę”.
Luter doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie można ot tak zanegować wszystkiego i wrócić do wyobrażeń o pierwszym wieku chrześcijaństwa, bo po drodze jest historia i tradycja, które też są dowodem na Boże działanie. Broniąc chrztu niemowląt w „Dużym Katechizmie” wskazuje, że w historii były osoby, które zostały ochrzczone jako niemowlęta i swoim życiem dowiodły, że żyją zgodnie z Duchem Świętym. I, co ciekawe, na tej jego liście jest oczywista dla Lutra postać – Jan Hus, ale obok jest Jean Gerson. I co tu zrobić z takim zestawem - praski heretyk kontra absolutnie ortodoksyjny rektor Sorbony? Luter to godził.

- Lutrowi niektórzy zarzucają pewne gnostyckie, dualistyczne tendencje, zrównywanie Boga z diabłem...

– Żeby odnieść się do tych zarzutów o dualizm u Lutra, trzeba wrócić na chwilę do obrazu człowieka niczym tej szkapy, ujeżdżanego przez Boga albo diabła. Luter z zasady myśli dialektycznie. I teraz trzeba trochę poważnej filozofii. Luter tak naprawdę jest odpowiedzią nie na systemy wysokiej scholastyki takiej jak Tomasz z Akwinu. Wychowany został na nominalizmie późnośredniowiecznym i to z nominalistami w dużej mierze dyskutuje. Zasadniczym wkładem nominalistów w myśl filozoficzną - poza samym sporem o powszechniki - jest ockhamowskie rozróżnienie na wiarę i wiedzę. Ockham, wychodząc z logiki interpretacji słów, zanegował podstawową strukturę, która pozwala trzymać w całości system filozoficzno-teologiczny Tomasza z Akwinu. Spekuluje on w oparciu o łańcuch przyczynowo-skutkowy. Natomiast według Ockhama, jeśli mówimy, że Bóg jest wszechmocny, to musimy powiedzieć, że jest w stanie zanegować ten łańcuch przyczynowo-skutkowy. W tym momencie cały piękny gmach Tomasza staje się murem z cegieł bez zaprawy. Mając tego świadomość, możemy zobaczyć, na co próbowała reagować Reformacja. Próbuje ona poradzić sobie z tym, że jest pewna rzeczywistość wiary i wiedzy. One między sobą nie są przekładalne. To nauczyło Lutra myślenia dialektycznego, myślenia dwiema kategoriami, przeciwieństwami w napięciu. Całą teologię Lutra da się w takich dialektycznych napięciach pokazać. One są różne - raz jest to ostre napięcie, raz mniej więcej zgodna współpraca.
Hans-Martin Barth parę lat temu wydał znakomitą teologię Marcina Lutra - „Die Theologie Martin Luthers. Eine kritische Würdigung/ The Theology of Martin Luter: a critical assessment”. Całą tę książkę skonstruował wokół takich przeciwieństw. Każdy rozdział to napięcie między jedną a drugą kwestią, w ten sposób omawia całą teologię Reformatora. Uważam, że to podejście jest bardzo trafne. Mając to na uwadze trzeba pamiętać jeszcze jedno: Luter jest w swoim myśleniu bardzo egzystencjalny. Nie formułuje metafizyki jak Tomasz czy scholastycy. On nie próbuje odpowiadać na pytania metafizyczne, tylko na pytania przejętego swoją egzystencją chrześcijanina. I, mówiąc brutalnie, temu przejętemu swoją egzystencją, swoją grzesznością chrześcijaninowi, pomocą nie jest teoretyczny gmach odpowiadający na wszystkie wątpliwości metafizyczne. Oczywiście nie chodzi o to, że sprowadzamy całą scholastykę do przysłowiowego sporu o ilość diabłów na łebku od szpilki. Chodzi o to, że cała ta dyskusja porządkująca nam kwestie boskie, jak chociaż wspomniana tu angelologia Tomasza z Akwinu, bardzo ładnie układa nam wszystko. To w sensie intelektualnym jest absolutnie genialna systematyzacja. Luter jednak zastanawiał się nad konkretnymi duszpasterskimi zastosowaniami.

- Przecież Tomasz też był świetnym kaznodzieją, czuł słuchaczy, znał ich problemy...

– Oczywiście, ja nie mówię, że Tomasza nie da się sensownie zinterpretować duszpastersko, ale współcześni Lutrowi kaznodzieje na pewno tego nie robili. I gdy Luter siada do apostoła Pawła, który też myśli takimi napięciami, myśli w pewnych dualizmach, to po prostu przyjmuje ten sposób mówienia, opisując pewne napięcia egzystencjonalne, które są w człowieku. Te wszystkie wyrwane z kontekstu cytaty z Lutra, które gdzieś kursują w przestrzeni publicznej i różnych dyskusjach, np. o Bogu, który musi stać się szatanem, trzeba odczytywać w duchu tego dialektycznego napięcia. Nie chodzi o jakąś metafizyczną deklarację, że mamy dwie walczące siły. Chodzi o doświadczenie wiary, które mierzy się z Bożym sądem. Jest więc tą ostateczną pokusą, ostatecznym „Anfechtung”, doświadczenie tego oskarżycielskiego działania szatana. Dla Lutra szatan w sposób oczywisty wykorzystuje figurę sprawiedliwości Bożej, żeby człowieka pogrążyć. Tymczasem Bóg tylko po to jest sprawiedliwy, żeby człowieka otworzyć na swoje działanie, żeby pokazać, że Go potrzebuje. Natomiast szatan tę sprawiedliwość wykorzystuje przeciwko człowiekowi. Po prostu batoży go przykazaniami; potęguje doświadczenie bycia grzesznikiem, bycia wykluczonym przez Boga.
Drugi etap to oczywiście Chrystus. Dla Lutra jest oczywiste, że żeby pójść do Chrystusa i zrozumieć znaczenie krzyża, trzeba przejść ten pierwszy etap – trzeba doświadczyć własnej grzeszności. I z egzystencjalnej perspektywy osoby, która przez to oskarżenie przechodzi, naprawdę nie jest istotne, czy to jest słowo Boga czy jakaś działalność szatańska. Metafizyczna odpowiedź na pytanie jak działa system nie jest tu istotna. Ważne jest moje egzystencjalne doświadczenie i to, żebym ja uwierzył, że po pierwsze Bóg chce mnie w ten sposób przygotować na dalszy etap, a potem żebym się uchwycił obietnicy, że On mnie z tego wyciągnie. W żadnym wypadku Luter nie próbuje tu opracować żadnego systemu teologicznego. Ci, którzy próbują w ten sposób interpretować jego myśl, pokazują, że kompletnie nie rozumieją, do czego służy metodologia w teologii.

- A jak po ewangelickiej stronie wygląda kwestia opętań i egzorcyzmów?

– Z tym jest bardzo różnie. Współcześnie bardzo dużo zależy od kontekstu. Na pewno europejska teologia przeszedłszy przez oświecenie podchodzi z pewnego rodzaju dystansem do tego obrazu. Chociaż we współczesnych podręcznikach do dogmatyki trzeba docenić np. próby interpretacji szatana jako mocy grzechu, o której pisał św. Paweł – takie doświadczenie pewnej ponadindywidualnej siły, która mnie odciąga od Boga.

- Występują gdzieś egzorcyzmy?

– Tak, zdarzają się próby egzorcyzmów. Do dzisiaj część luterańskich liturgii chrzcielnych zachowuje egzorcyzm. Co ciekawe, Polska liturgia czy w Stanach Zjednoczonych, są bardzo mocno reformacyjne. Nie ma w niej wszystkich zewnętrznych rytuałów, np. z solą, ale sam akt wyrzeczenia się szatana jest obecny. Zresztą do dzisiaj w Polsce przysięga konfirmacyjna zawiera ten element wyrzeczenia się szatana, jego spraw i czynów, taka bardzo klasyczna starokościelna formuła. Ciekawiej jest, gdy popatrzymy na szerszy globalny obraz. Trzeba pamiętać, że najbardziej liczebne jednostkowe Kościoły luterańskie są dzisiaj w Afryce, w Tanzanii i Etiopii. Np. na Madagaskarze Kościół ma około dwóch milionów wiernych, rozwija się dość dynamicznie. Mają tam bardzo mocno rozwiniętą praktykę liturgiczną związaną z egzorcyzmami, z tego względu, że w tamtejszym kontekście, w tamtejszej kulturze, element mierzenia się ze złymi duchami jest czymś niezwykle mocnym wśród ludzi i Kościół, szukając odpowiedzi na to zapotrzebowanie, musiał sięgnąć do tych tradycyjnych chrześcijańskich zwyczajów i je podtrzymać. I tu można odwołać się np. do samego Lutra – zachowały się np. jego listy, w których pociesza kobietę po samobójstwie jej męża, rozważając jakąś ingerencję demoniczną w tej kwestii. To nie jest tak, że on szukał demona za każdym rogiem, mimo tej świadomości obecności demonicznej i szatana. Ta świadomość stałej obecności pokusy jako szatana nie budowała w nim takiego ludowego przekonania, że np. jakieś rzeczy są przeklęte i trzeba je egzorcyzmować, ale w sytuacjach w których egzystencjalnie dochodziło się do pewnej granicy, nie wahał się stosować tego typu interpretacji, wskazując na realne działanie Złego. I te interpretacje wciąż sobie w pewnych kręgach luterańskich żyją, zwłaszcza tam, gdzie kontekst kulturowy temu sprzyja.

- A czy te rytuały egzorcyzmów tam stosowane są jakoś podobne do obecnych w Kościele rzymskokatolickim?

– Na pewno zasadnicza różnica będzie taka, że będą one bezpośrednio oparte na Biblii. Tam nie będzie żadnej gestykulacji, żadnych elementów zewnętrznych, tylko przywołanie słów z Pisma. Bo w tym głębokim reformacyjnym rozumieniu właściwie każde słowo Boże jest par excellence działaniem egzorcyzmującym, bo ma potencjał uwolnić człowieka od mocy grzechu, którym jest on zniewolony. Tak naprawdę w pewnym sensie każde kazanie jest egzorcyzmem. Każde zwiastowanie Ewangelii jest egzorcyzmem. W przypadku wąsko pojętego aktu egzorcyzmu na osobie, z którą dzieją się rzeczy wymykające się naszej współczesnej wiedzy, naszym interpretacjom psychologicznym, oczywiście jest obowiązek angażowania psychologów, żeby po prostu komuś nie zrobić krzywdy. Bo dziś już wiemy, że wygodna kalka, że wszystko co jest dla nas niezrozumiałe, jest od razu opętaniem, to robienie ludziom krzywdy. Ale tam, gdzie jest to konieczne, realizuje się rozumienie słowa Bożego jako tego elementu egzorcyzmującego, które wypowiadane ma moc.

- W tych klasycznych katolickich egzorcyzmach z Rytuału Rzymskiego też nie ma nic takiego, żadnych dialogów z demonami, etc. – treść utkana jest z fragmentów Biblii, zwłaszcza Psalmów…

– W katolicyzmie dziś to ogromne zainteresowanie egzorcyzmami, opętaniami, demonami, wyzwoleniami, jest przykładem na to, jak można bez większej refleksji teologicznej przejmować motywy promowane w protestantyzmie fundamentalistycznym ze Stanów Zjednoczonych…

- Czego Luter i Reformacja uczą o radzeniu sobie z osobowym złem, jakie narzędzia dają do tej walki duchowej?

– Odpowiedź jest prosta - to narzędzia, które są dane każdemu chrześcijaninowi do zwyczajnej chrześcijańskiej egzystencji. „Duży katechizm” Lutra do dzisiaj bywa czytany jako swoisty podręcznik życia chrześcijańskiego, wyposażający człowieka do drogi do zbawienia, co można przełamać przez stwierdzenie „walka z szatanem”. Oczywiście ważniejsze jest to pierwsze, to drugie jest logiczną konsekwencją i nie należy tej kolejności mylić. Narzędzia są proste – studiowanie Pisma, czyli szukanie w nim słowa Bożego dla nas, czekanie aż Duch Święty oświeci nas o co w Piśmie chodzi. Tu trzeba pamiętać, że u Lutra jest rozróżnienie na wewnętrzną i zewnętrzną jasność Pisma. Zewnętrzną jest ta gramatyczno-literacka, a wewnętrzną przekonanie, które Duch Święty w człowieku buduje. Kolejnym narzędziem jest oczywiście modlitwa. Objaśnienie Modlitwy Pańskiej w Katechizmie ma potężny wstęp, który uzasadnia konieczność modlenia się między innymi tym, że żyjemy w świecie, w którym ta moc Złego czy osobowe zło jest obecne. I chrześcijanie dlatego powołani są do modlitwy, żeby w tej próbie móc się ostać. I oczywiście na gruncie luterańskim, co jest pewną specyfiką w świecie protestantyzmu, jest mocny akcent na sakramenty jako obiektywne działanie Boże.

- Była już mowa o chrzcie...

– Bardzo lubię dodatek z liturgią chrzcielną do „Małego katechizmu”, niestety ciągle nie jest dostępny po polsku. Jest w nim ciekawy wstęp, który napisano z perspektywy innej niż definicja katechizmowa. Definicja katechizmowa wychodzi od obiektywizmu działania Bożego w sakramencie, tu mamy polemikę z np. anabaptystami. Natomiast w książeczce chrztu jest mowa o pewnej chrzcielnej praktyce liturgicznej, tam ten wątek obiektywności jest oczywiście w założeniu, ale nie jest wypchnięty na pierwszy plan. Postawiono tam wyraźne wymagania co do chrzczącego, przynoszących dziecko do chrztu i tych, którzy są świadkami tego aktu. Bo oczywiście słowo Boże nie jest uzależnione od tego, kto je wypowie, bo ono będzie działać, ale powaga tego sakramentu i pewien pedagogiczny wymiar całego tego działania wymaga, żeby je traktować poważnie. Wymaga, żeby słowo ustanowienia Chrztu i modlitwy zostały wypowiedziane porządnie, w sposób zrozumiały, dlatego np. nacisk na język narodowy w tej liturgii. Luter ujął w niej modlitwy np. zbudowane na motywie Arki Noego, gdzie chrześcijanin przez chrzest jest jakby wciągany na Arkę, z prośbą by dotrwał na jej pokładzie do końca. I pisze, że wszystkie te modlitwy są po to, żebyśmy byli z tym chrzczonym, bo my mu przez chrzest, włączając go w obietnicę, nakładamy na kark tego najgorszego przeciwnika, czyli szatana z jego pokusami. I nie chodzi o to, że od naszego czynu jest zależne zbawienie tego człowieka, który jest chrzczony, ale o naszą odpowiedzialność jako wspólnoty, że my się teraz mamy za niego modlić, żeby on w tym co otrzymał wytrwał, żeby znalazł wiarę w tę obietnicę.

- W luteranizmie jest jeszcze sakrament Ołtarza, Eucharystia.

– Tak, tu w podobnej logice jest zinterpretowana relacja pomiędzy chrztem a Wieczerzą Pańską. Zarówno przy jednym, jak i przy drugim sakramencie jest wymienione uwolnienie od grzechu, śmierci i szatana. Luter pisał, że w momencie, kiedy przyciskają cię pokusy, kiedy czujesz, że jest ci egzystencjalnie trudno, to szukaj pocieszenia w sakramencie Wieczerzy Pańskiej. On jest dany jako posiłek w drodze. Wracają tu oczywiście starokościelne obrazy np. kosztownego lekarstwa, które ma nas uleczać duchowo, i cieleśnie, albo posiłku w drodze, który chrześcijanie w swojej pielgrzymce ziemi dostają, żeby móc ją kontynuować i nie upaść. Czyli te narzędzia do walki duchowej to studium Pisma Świętego, modlitwa, bycie we wspólnocie, akty wspólnotowe jak chrzest i Wieczerza Pańska rozumiane jako sakramentalne zbawcze działanie. To jest absolutny kanon życia chrześcijańskiego. To jest nam dane nie jako obciążenie, ale jako pomoc, żeby w tym egzystencjalnym doświadczeniu mierzenia się ze sobą, walki z grzechem móc się czegoś uchwycić.

- To ciekawe, że pod tym wszystkim, co zostało powiedziane o walce duchowej, o obecności zła w świecie, może bez rozstrzygania w kwestii osobowego zła, mógłby się pewnie podpisać katolicki teolog, że to są treści i obrazy patrystyczne…

– Oczywiście. Takie wrażenie, że może zaskakująco dużo nas łączy, często występuje na spotkaniach ekumenicznych. Wszyscy jesteśmy spadkobiercami niepodzielonego Kościoła, idziemy w tej samej pielgrzymce czy toczymy tę samą walkę i nie dziwi, że chcemy sięgać po narzędzia, które już zostały uznane za skuteczne.
*** Jerzy Sojka pochodzi z Cieszynia. Polski teolog protestancki, doktor habilitowany nauk teologicznych, profesor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Jego zainteresowania naukowe to m.in. teologia luterańskiej Reformacji XVI wieku i jej współczesna recepcja i interpretacja, a także ewangelicka teologia systematyczna XX wieku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Jana od Krzyża

Benedykt XVI - papież

Audiencja generalna, 16 lutego 2011 r.


św. Jan od Krzyża

Drodzy bracia i siostry,
Dwa tygodnie temu przedstawiłem postać wielkiej mistyczki hiszpańskiej Teresy od Jezusa. Dziś chciałbym opowiedzieć o innym ważnym świętym z tych ziem, duchowym przyjacielu św. Teresy, który wraz z nią reformował karmelitańską rodzinę zakonną: św. Janie od Krzyża, ogłoszonym Doktorem Kościoła przez Piusa XI w 1926 roku i nazywanym w tradycji Doctor Mysticus - Doktor Mistyczny.

Jan od Krzyża urodził się w 1542 r. w małej wiosce Fontiveros w pobliżu Avili, w Starej Kastylii jako syn Gonzalo de Yepesa i Cataliny Alvarez. Rodzina była bardzo biedna, gdyż ojciec, pochodzący ze szlachty toledańskiej, został wypędzony z domu i wydziedziczony za to, że poślubił Catalinę, ubogą tkaczkę jedwabiu. Osierocony przez ojca w dzieciństwie, Jan jako 9-latek przeniósł się z matką i bratem Franciszkiem do Medina del Campo koło Valladolid, będącego ośrodkiem handlowym i kulturalnym. Uczęszczał tam do Kolegium Doktrynarzy, wykonując także różne najprostsze prace dla sióstr z kościoła-klasztoru św. Magdaleny. Następnie, ze względu na swe przymioty ludzkie i wyniki studiów, był najpierw pielęgniarzem w szpitalu [Niepokalanego] Poczęcia, a później w kolegium jezuitów, świeżo utworzonym w Medina del Campo: Jan wstąpił tam w wieku 18 lat i przez trzy lata studiował nauki humanistyczne, retorykę i języki klasyczne. Pod koniec formacji miał już jasne rozeznanie co do własnego powołania: życia zakonnego i wśród wielu zakonów obecnych w Medina, poczuł się wezwany do Karmelu.

Latem 1563 rozpoczął nowicjat u karmelitów w tym mieście, przyjmując imię zakonne Maciej. W następnym roku wysłano go na prestiżowy Uniwersytet w Salamance, gdzie przez trzy lata studiował sztuki i filozofię. W 1567 został wyświęcony na kapłana i wrócił do Medina del Campo, aby odprawić swą prymicyjną Mszę świętą, otoczony miłością najbliższych. Właśnie tutaj doszło do jego pierwszego spotkania z Teresą od Jezusa. Spotkanie to było decydujące dla obojga: Teresa przedstawiła mu swój plan reformy Karmelu, obejmujący również męską gałąź zakonu i zaproponowała Janowi, aby przyłączył się do niej „dla większej chwały Boga”; młodego kapłana tak bardzo zafascynowały idee Teresy, że stał się wielkim orędownikiem tego projektu. Oboje będą wspólnie pracować kilka miesięcy, podzielając ideały i propozycje, aby jak najszybciej otworzyć pierwszy dom karmelitów bosych: nastąpiło to 28 grudnia 1568 w Duruelo - samotnym miejscu w prowincji Avili. Wraz z Janem utworzyli tę pierwszą zreformowaną wspólnotę męską trzej inni jego towarzysze. Odnawiając swe śluby zakonne według pierwotnej reguły, cała czwórka przyjęła nowe imiona: Jan nazwał się wówczas „od Krzyża”, jak będzie później powszechnie znany. Pod koniec 1572 r., na prośbę św. Teresy, został spowiednikiem i wikariuszem klasztoru Wcielenia w Avili, w którym święta byłą przełożoną. Były to lata ścisłej współpracy i przyjaźni duchowej, która wzbogaciła oboje. W owym czasie powstały też najważniejsze dzieła terezjańskie i pierwsze pisma Jana.

Przystąpienie do reformy karmelitańskiej nie było łatwe i przysporzyło Janowi nawet wielkich cierpień. Najdramatyczniejszym zdarzeniem było w 1577 jego porwanie i uwięzienie w konwencie karmelitów dawnej obserwancji w Toledo i niesprawiedliwe oskarżenie, jakie potem nastąpiło. Święty pozostawał uwięziony przez wiele miesięcy, poddawany upokorzeniom i ograniczeniom fizycznym i moralnym. Napisał tam, obok innych utworów poetyckich, słynną Pieśń duchową. W końcu w nocy z 16 na 17 sierpnia 1578 udało mu się uciec w sposób "awanturniczy", chroniąc się w klasztorze karmelitanek bosych w tym mieście. Święta Teresa i jego towarzysze z ogromną radością świętowali jego uwolnienie i po krótkim okresie odzyskiwania sił Jan udał się do Andaluzji, gdzie spędził dziesięć lat w różnych konwentach, zwłaszcza w Grenadzie. Pełnił coraz ważniejsze urzędy w zakonie aż po wikariusza prowincjalnego i uporządkował swe rozprawy duchowe. Wrócił następnie na swą ziemię ojczystą jako członek zarządu generalnego terezjańskiej rodziny zakonnej, cieszącej się niemal całkowitą samodzielnością prawną. Zamieszkał w Karmelu w Segovii, sprawując urząd przełożonego tej wspólnoty. W 1591 zrzekł się wszelkiej odpowiedzialności i miał wyjechać do nowej prowincji zakonnej w Meksyku. Przygotowując się do długiej podróży z dziesięcioma innymi towarzyszami wycofał się do samotnego konwentu w pobliżu Jaén, gdzie poważnie zachorował. Jan znosił z bezprzykładną pogodą i cierpliwością wielkie cierpienia. Zmarł w nocy z 13 na 14 grudnia 1591, gdy jego współbracia odmawiali Oficjum poranne (Jutrznię). Pożegnał się z nimi słowami: „Dziś odchodzę, aby śpiewać Oficjum w niebie”. Jego doczesne szczątki przeniesiono do Segovii. Beatyfikował go Klemens X w 1675, a kanonizował Benedykt XIII w 1726.

Jan jest uważany za jednego z największych poetów lirycznych literatury hiszpańskiej. Istnieją cztery główne jego dzieła „Droga na Górę Karmel”, „Noc ciemna”, „Żywy płomień miłości” i „Pieśń duchowa”.
W „Pieśni duchowej” święty Jan przedstawia proces oczyszczania duszy, a mianowicie stopniowe radosne posiadanie Boga, dopóki dusza nie dojdzie do odczucia, że kocha Boga taką samą miłością, jaką On kocha ją. „Żywy płomień miłości” rozwija tę perspektywę, opisując bardziej szczegółowo stan przemieniającego zjednoczenia z Bogiem. Jan zawsze odwołuje się w porównaniach do ognia: tak jak ogień im bardziej rozpala się i pochłania drewno, tym bardziej staje się płomieniem, tak też Duch Święty, który w ciemną noc wygładza i „oczyszcza” duszę, z czasem ją oświeca i rozgrzewa, jak gdyby była płomieniem. Życie duszy jest nieustannym świętem Ducha Świętego, który pozwala zakosztować chwały zjednoczenia z Bogiem w wieczności.

„Droga na Górę Karmel” ukazuje wędrówkę duchową z punktu widzenia stopniowego oczyszczania duszy, niezbędnego do osiągnięcia szczytów doskonałości chrześcijańskiej, symbolizowanej przez szczyt Góry Karmel. Takie oczyszczenie jest proponowane jako droga, na którą człowiek wkracza, współpracując z Bożym działaniem, aby uwolnić duszę z wszelkiego przywiązania czy uczuć sprzecznych z wolą Bożą. Oczyszczanie to, które - aby osiągnąć jedność miłości z Bogiem powinno być całkowite - rozpoczyna się od oczyszczenia życia zmysłowego, następnie przechodzi w to, które uzyskuje się za pomocą trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości, oczyszczających intencje, pamięć i wolę. „Noc ciemna” opisuje aspekt "bierny", czyli interwencję Boga w ten proces "oczyszczania" duszy. Sam tylko wysiłek ludzki nie wystarcza bowiem, aby dotrzeć do głębokich korzeni skłonności i złych nawyków osoby: może jedynie je wyhamować, ale nie wykorzenić całkowicie. Aby to uczynić, konieczne jest specjalne działanie Boga, który radykalnie oczyszcza ducha i przygotowuje go do miłosnej jedności z Nim. Św. Jan określa takie oczyszczenie jako „bierne” właśnie dlatego, że choć akceptuje je dusza, to dokonuje się dzięki tajemniczemu działaniu Ducha Świętego, który niczym płomień ognia pochłania wszelką nieczystość. W tym stanie dusza jest poddawana wszelkiego rodzaju próbom, jak gdyby znajdowała się w nocy ciemnej.

Te wskazania dotyczące głównych dzieł Świętego pomagają nam zbliżyć się do ważnych punktów jego obszernego i głębokiego nauczania mistycznego, którego celem jest opisanie niezawodnej drogi do osiągnięcia świętości, stanu doskonałości, do którego Bóg powołuje nas wszystkich. Według Jana od Krzyża wszystko to, co istnieje, stworzone przez Boga, jest dobre. Przez stworzenia możemy dojść do odkrycia Tego, który pozostawił w nich swój ślad. Wiara jest bowiem jedynym źródłem danym człowiekowi, aby poznał Boga takim, jakim On jest sam w sobie, jako Boga Jedynego w Trójcy. Wszystko to, co Bóg chciał przekazać człowiekowi, powiedział w Jezusie Chrystusie, swym Słowie, które stało się ciałem. Jezus Chrystus jest jedyną i ostateczną drogą do Ojca (por. J, 14,6). Wszelkie rzeczy stworzone są niczym wobec Boga i nic nie znaczą poza Nim: w związku z tym, aby osiągnąć doskonałą miłość Boga, wszelka inna miłość musi dostosować się w Chrystusie do Bożej miłości. Stąd św. Jan od Krzyża nalega na potrzebę oczyszczenia i ogołocenia wewnętrznego, aby przemienić się w Bogu, który jest jedynym celem doskonałości. „Oczyszczanie” to nie polega na zwykłym fizycznym braku rzeczy lub ich używania: tym, co czyni duszę czystą i wolną, jest bowiem wyeliminowanie wszelkiej nieuporządkowanej zależności od rzeczy. Wszystko jest umieszczone w Bogu jako centrum i celu życia. Długi i żmudny proces oczyszczania wymaga oczywiście wysiłku osobistego, ale prawdziwym bohaterem jest Bóg: wszystko, co może uczynić człowiek, to „dostosować się”, być otwartym na działanie Boże i nie stawiać mu przeszkód. Żyjąc cnotami teologalnymi, człowiek się uwzniośla i nadaje wartość swojemu zaangażowaniu. Rytm wzrastania w wierze, nadziei i miłości idzie w parze z dziełem oczyszczenia i ze stopniowym jednoczeniem się z Bogiem, aż do przemienienia się w Nim. Gdy osiąga się ten cel, dusza zanurza się w samym życiu Trójcy Świętej, tak że św. Jan mówi, iż dochodzi ona do miłowania Boga tą samą miłością, jaką On ją kocha, gdyż kocha ją w Duchu Świętym. Dlatego właśnie Doktor Mistyczny twierdzi, że nie ma prawdziwego zjednoczenia w miłości z Bogiem, jeśli nie osiąga ono swego szczytu w jedności trynitarnej. W tym najwyższym stanie święta dusza poznaje wszystko w Bogu, nie musi już przechodzić przez stworzenia, aby dotrzeć do Niego. Dusza czuje się teraz zalana przez Bożą miłość i w pełni w niej się raduje.

Drodzy bracia i siostry! Na koniec pozostaje pytanie: czy ten święty ze swoją wielką mistyką, z tą płomienną drogą na szczyty doskonałości ma coś do powiedzenia nam, zwyczajnemu chrześcijaninowi, żyjącemu w warunkach dzisiejszego życia lub czy jest wzorem, przykładem jedynie dla niewielu wybranych dusz, które mogą rzeczywiście wejść na tę drogę oczyszczenia, mistycznego wznoszenia się? Aby znaleźć odpowiedź, musimy przede wszystkim pamiętać, że życie św. Jana od Krzyża nie było „lataniem na mistycznych obłokach”, ale było to bardzo twarde, bardzo praktyczne i konkretne życie zarówno reformatora zakonu, gdzie napotykał mnóstwo oporów, jak i przełożonego prowincjalnego czy też w więzieniu swych współbraci, gdzie był narażony na nieprawdopodobne zniewagi i fizyczne znęcanie się. Było to ciężkie życie, ale właśnie w czasie miesięcy spędzonych w więzieniu napisał on jedno ze swych najpiękniejszych dzieł. Możemy w ten sposób zrozumieć, że droga z Chrystusem, pójście za Chrystusem, „Droga" nie jest dodatkowym ciężarem do już dostatecznie ciężkiego brzemienia naszego życia, nie jest czymś, co czyniłoby to brzemię jeszcze cięższym, ale jest czymś zupełnie innym - światłem, mocą, która pomaga nam nieść ten ciężar. Jeśli ktoś nosi w sobie wielką miłość, to dodaje mu ona jakby skrzydeł i znosi on znacznie łatwiej wszystkie trudności życiowe, ponieważ nosi w sobie to wielkie światło; jest nim wiara: być kochanym przez Boga i pozwolić, aby być kochanym przez Boga w Jezusie Chrystusie. To pozwolenie, aby być kochanym, jest światłem pomagającym nam nosić brzemię każdego dnia. Świętość zaś nie jest naszym bardzo trudnym dziełem, ale właśnie ową „otwartością”: otwieraniem też okien naszej duszy, aby mogło wejść światło Boże, niezapominanie o Bogu, gdyż właśnie w otwarciu na Jego światło odnajdujemy moc i radość odkupionych. Módlmy się do Pana, aby pomógł nam znaleźć tę świętość, pozwolić się Bogu miłować, co jest powołaniem nas wszystkich i prawdziwym odkupieniem.
Dziękuję.

kg, st (KAI)/Watykan

CZYTAJ DALEJ

Reklama

MOPS w Częstochowie wstrzymał wsparcie finansowe dla schroniska dla bezdomnych mężczyzn

2019-12-14 20:15

Ks. Mariusz Frukacz

MOPS w Częstochowie zaprzestał współpracy z Caritas w prowadzeniu jedynego i najstarszego Schroniska dla Mężczyzn w Częstochowie. Władze miasta chcą bezdomnych mężczyzn przenieść do odległego Bełchatowa.

Archiwum Straży Miejskiej

„Informacja ta o tyle jest przykra że poszkodowanymi są bezdomni traktowani jak “towar”, który można przewozić z miejsca na miejsce bez rozmowy i odpowiedniego przygotowania. Podopieczni są zbulwersowani – osobiście ich rozumiem – bo po raz kolejny traktowani są przedmiotowo i na zasadzie “za ile” możemy pozbyć się problemu” - pisze ks. Marek Bator, dyrektor Caritas Archidiecezji Częstochowskiej w oświadczeniu zamieszczonym na stronie Caritas częstochowskiej.

„Jest już zimno a oni będą przewożeni do Bełchatowa – bo “za tyle są warci” !!!! Jesteśmy bezradni w decyzji Włodarzy Miasta oraz zaskoczeni formułą w której jest tyle niejasności i przebiegłych mechanizmów zarządzania- lub jego braku. Schronisko to niewielki dom w którym możemy dać schronienie 45 osobom. To ludzie schorowani, bez środków do życia – a średnia wieku mieszkańców to 60 lat. Chcą mieszkać w Częstochowie – bo to są Częstochowianie!!!!!!!!!” – pisze ks. Bator.

Dyrektor Caritas częstochowskiej w rozmowie z „Niedzielą” wyraził nadzieję, że zostaną podjęte rozmowy, które doprowadzą do właściwego rozwiązania sytuacji, respektującej godność osób bezdomnych.

Bp Andrzej Przybylski, biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej skierował apel do władz miasta i MOPS-u w Częstochowie o wstrzymanie decyzji, zwłaszcza ze względu na zbliżające się święta Bożego Narodzenia i zimę.

„Zbliżają się święta. Niemal codziennie organizujemy spotkania dla ubogich i bezdomnych. W każdym mieście odbędą się wigilie dla potrzebujących. W tym kontekście szczególnie dziwi decyzja Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Częstochowie o zerwaniu współpracy z Caritas na prowadzenie Schroniska dla Bezdomnych Mężczyzn przy ul. Krakowskiej. W praktyce oznacza to konieczność wyprowadzenia z domu około 40 bezdomnych mężczyzn, głównie starszych i pochodzących z Częstochowy. Ze względów finansowych miasto proponuje im przeprowadzkę do ośrodka w Bełchatowie. Jedno z najstarszych przytulisk w mieście ma być zamknięte i to tuż przed rozpoczęciem zimy i przed świętami. Komuś zabrakło wyobraźni i serca! Proszę o modlitwę za mieszkańców tego przytuliska. Wielu z nich woli wrócić na ulicę niż jechać w obce miejsce. Wielu z nich w tym przytulisko znalazło nie tylko dach nad głową, ale miejsce pokoju i dochodzenia do zdrowia. Jeszcze bardziej proszę o modlitwę za władze miasta i MOPS-u o odłożenie tych decyzji i podjęcie rozmów i wszelkich możliwych działań, żeby ci ludzie mogli spędzić spokojnie święta i przeżyć kolejną zimę. Każde takie miejsce to dla nas wszystkich świadectwo naszego człowieczeństwa. Bóg stał się człowiekiem, abyśmy my, ludzie, byli bardziej ludzcy” - napisał bp Przybylski na swoim profilu na Facebooku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem