Reklama

Widziane z Brukseli

Głowa w piasku

2015-02-24 12:46

Mirosław Piotrowski, Poseł do Parlamentu Europejskiego
Niedziela Ogólnopolska 9/2015, str. 41

Πρωθυπουργός της Ελλάδας / Foter / CC BY-SA

Nowo wybrany przewodniczący Rady Europejskiej, na wyrost nazywany „prezydentem Europy”, jest niewidoczny.

Gdzie jest Donald Tusk? Pytanie to coraz częściej rozbrzmiewa nie tylko w Parlamencie Europejskim, ale formułowane jest też na łamach zagranicznej prasy. Chodzi o dwa najważniejsze wydarzenia, którymi żyje Unia Europejska – tzw. Grexit, czyli możliwość opuszczenia wspólnoty przez Grecję, oraz wojnę na Ukrainie. Przy próbie rozwiązywania obu palących kwestii nowo wybrany przewodniczący Rady Europejskiej, na wyrost nazywany „prezydentem Europy”, jest niewidoczny. Niespełna trzy miesiące temu, tuż po jego wyborze, formułowano opinie, że nominacja Tuska wzmocni kierunek wschodni UE, podrażni Rosję Putina, bo wiadomo – polityk z Polski będzie dwoił się i troił, angażując się w sprawy swojego regionu. Tymczasem – flauta, pustka. Zawiedzeni postawą Tuska mogą być tylko ci, którzy na poważnie brali jego niespójną narrację. Najpierw zarzekał się, że żadnym etatem w Unii nie jest zainteresowany, aby po wyborze na najbardziej lukratywne stanowisko szefa Rady oznajmić, iż „obecność ludzi z naszego regionu jest potrzebna UE, zwłaszcza że w ostatnich miesiącach sytuacja wokół Europy uległa zmianie”. Zapewniał, że Unia potrzebuje nie tylko jego doświadczenia, ale i energii. Mówił, że przybył tu z „mocnym poczuciem misji”. Buńczucznie ogłosił: „Polski styl odbije się na tym, co Europa będzie robiła w przyszłości”. Czy już wówczas miał świadomość, że zostanie sprowadzony do roli niewidocznego, aczkolwiek dobrze opłacanego figuranta, przyklepującego wszystkie posunięcia swojej promotorki? To właśnie kanclerz Niemiec Angela Merkel, przy wsparciu grającego drugie skrzypce prezydenta Francji François Hollande’a, przejęła całkowicie inicjatywę. Duet ten w imieniu wszystkich krajów UE uzgadnia polityczną przyszłość tego regionu z władzami Rosji i Ukrainy. Przewodniczący Rady Europejskiej nawet im nie asystuje. Graniczącą z obydwoma krajami Polskę z rozmów „wylogowano”. Wymienione cztery kraje – Rosję, Ukrainę, Niemcy i Francję – określono mianem tzw. formatu normandzkiego, którego decyzje przewodniczący Rady w ciemno popiera. Tusk, zmagający się z krytyką swojej bezczynności, publicznie utrzymuje, że Niemcy i Francja konsultują z nim posunięcia i jest o nich wcześniej informowany. W Brukseli mało kto daje temu wiarę. Podczas gdy na wschodniej flance Unii toczy się poważna walka o strefy wpływów, Tusk, chowając głowę w piasek, nie tylko poświęca interes wspólnotowy, ale przyjmując taką pozycję, niejako odruchowo zmuszony jest eksponować zgoła inną część ciała.

Tagi:
polityka Tusk Unia Europejska

Polska jako znak sprzeciwu

2019-07-31 10:15

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 31/2019, str. 30-31

Czy dobra zmiana w Unii Europejskiej jest możliwa? – pyta prof. Pawła Bromskiego Wiesława Lewandowska

Grzegorz Boguszewski
Prof. Paweł Bromski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Święty Jan Paweł II miał marzenie – po raz pierwszy wyraził je w Gnieźnie w 1979 r. – o „duchowej jedności chrześcijańskiej Europy”. W 1997 r. mówił już o misji, jaką Polacy oraz narody środkowej Europy mogą spełnić w zjednoczonej Europie, a jeszcze później – że wejście tych państw do Unii Europejskiej „może stanowić ubogacenie Europy”. Dlaczego, Panie Profesorze, te papieskie marzenia okazały się niespełnialne?

PROF. PAWEŁ BROMSKI: – Dlatego, że – jak sam Jan Paweł II przestrzegał w encyklice „Centesimus annus” – demokracja bez wartości przemienia się „w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. I moim zdaniem, właśnie taką sytuację mamy w Unii Europejskiej, gdzie demokracji jest jak na lekarstwo, gdzie bezwzględnie rządzą najsilniejsi. Wprawdzie Parlament Europejski (PE) pochodzi z wyboru, ale to jedyna instytucja demokratyczna w Unii i być może właśnie dlatego ma niewiele do powiedzenia. Naprawdę najważniejszą instytucją UE jest Europejski Bank Centralny, który zarządza finansami wspólnej Europy. I dlatego po ostatnich wyborach między Francją a Niemcami stoczyła się ostra walka o stanowisko szefa tego banku; zwyciężyli Francuzi. Wszystkie pozostałe instytucje unijne – przede wszystkim Komisja Europejska – są podobnie na wskroś niedemokratyczne i zdominowane przez najsilniejsze państwa. I to z całą pewnością się nie zmieni. Niewątpliwie UE z roku na rok zmienia się na gorsze.

– I coraz wyraźniej zmierzamy w kierunku utworzenia jednego wielkiego państwa europejskiego zarządzanego przez najsilniejszych?

– Utworzenie jednego wspólnego państwa jest celem dzisiejszych przywódców Unii. Nowa szefowa KE Ursula von der Leyen ma poglądy tak samo socjalistyczne jak reszta głównych przywódców Unii i z pewnością będzie popierała narzucane przez nich cele, czyli toczące się już procesy federalizacyjne.

– Przed ostatnimi wyborami europejskimi pojawiły się jednakże pewne nadzieje na odwrót od obecnego kursu, jako że w wielu państwach do głosu zaczęły dochodzić siły prawicowe, konserwatywne...

– Okazało się jednak, że w PE absolutną dominację mają nadal siły lewicowe. Mimo że największym beneficjentem tych wyborów jest chadecja, to musimy pamiętać, że dzisiejsza europejska chadecja jest chadecją tylko z nazwy, a w istocie jest to ugrupowanie socjalistyczne. Dlatego trudno liczyć na zawrócenie lewicowego nurtu Unii, na jakąkolwiek – w naszym rozumieniu – dobrą zmianę.

– Chyba że przeforsujemy ją własnymi siłami, np. przez realizację projektu Trójmorza?

– Trójmorze to nie jest jeszcze projekt polityczny; polega na zacieśnieniu gospodarczo-ekonomicznych więzi między krajami środkowej Europy przez budowę połączeń drogowych, kolejowych i – co najważniejsze – gazowych, które zapewnią uniezależnienie się tych krajów od rosyjskich dostaw gazu. Dopiero na tym gruncie można będzie kiedyś zbudować jakiś silniejszy układ polityczny wewnątrz Unii Europejskiej. Jest to, oczywiście, projekt bardzo niewygodny dla dzisiejszych przywódców Unii, zwłaszcza dla Niemców, którzy budują Nord Stream 2 i bez skrupułów zacieśniają swe odwieczne związki z Rosją, która jest dla nich bezcennym zapleczem surowcowym.

– To znaczy, że Niemcy, wspierając uzależnienie energetyczne Europy od Rosji, skazują ją w jakiś sposób także na humory i wpływy polityczne Kremla?

– Można tak powiedzieć. Bardzo przy tym krytykują Polskę, która stara się od tej niebezpiecznej zależności uwolnić przez coraz większe zakupy gazu amerykańskiego i zamiar przesyłania go do krajów Trójmorza. Ale nie martwmy się na zapas tym niemiecko-rosyjskim sojuszem, bo – paradoksalnie – im będzie on mocniejszy, tym lepiej dla nas.

– Jak to?

– W takiej sytuacji Polska staje się niemal jedynym pewnym przyczółkiem dla obecności Stanów Zjednoczonych w Europie, z czego przecież nie mogą one zrezygnować, chcąc zachować swój status globalnego przywództwa. Zwłaszcza że także stosunki USA z Wielką Brytanią okazały się dalekie od doskonałości... Mamy więc szansę stać się głównym partnerem Amerykanów w Europie, a tym samym zyskać większe poczucie bezpieczeństwa.

– Opozycja już ostrzega, że to zacieśnianie polsko-amerykańskiego partnerstwa może grozić marginalizacją Polski w Unii Europejskiej, wymiernymi stratami finansowymi. Nie powinniśmy się tego obawiać?

– Tak czy inaczej znajdujemy się dziś na marginesie Europy... Ale w żadnym razie nie musimy się obawiać, że za karę ktoś zechce nas wyrzucić z Unii, bo pozostałe kraje, głównie Niemcy, mają z Polski wciąż wielkie korzyści gospodarcze. Trzeba by tu przypomnieć, że już w tzw. okresie przedakcesyjnym, w ciągu pięciu lat – jak wynika z naszych obliczeń – bilans wymiany handlowej wynosił ok. 50 mld dol. na naszą niekorzyść. Otworzyliśmy szeroko granice, import do Polski, głównie niemiecki, był tak olbrzymi, że w gruncie rzeczy finansowaliśmy wówczas niemieckie fabryki i miejsca pracy w Niemczech. Nadal w pewnym sensie tak właśnie jest...

– ...a wszelkie wysiłki polskiego rządu, by tak nie było – np. wyraźny rozwój gospodarczy, reformy państwa – spotykają się z nieprzejednaną krytyką ze strony unijnych przywódców...

– ...oraz polskiej opozycji, która już nawet nie ukrywa, że jest wyraźnie proniemiecka. Zresztą, jak przyznał publicznie jeden ze współtwórców głównego członu partii opozycyjnej – jednej z partii liberalno-demokratycznej – jej założyciele przyjęli walizkę pieniędzy od niemieckiej Fundacji Konrada Adenauera na założenie tej partii.

– Niewątpliwie o randze Polski w Unii Europejskiej będzie stanowić pomyślna realizacja wielkiego geopolitycznego projektu Trójmorza jako ważnego składnika europejskiej wspólnoty. Czy, zdaniem Pana Profesora, jesteśmy już blisko tego celu? Czy to raczej nadal tylko kolejne marzenie?

– Wydaje się, że już chyba nic nie stoi na przeszkodzie, bo, co najważniejsze, zyskaliśmy finansowanie UE na budowę odpowiedniej infrastruktury, państwa Trójmorza już zabrały się do budowy poszczególnych jej odcinków, rozbudowujemy terminal gazowy w Świnoujściu, będziemy budować nowy w Gdańsku. Szkoda tylko, że nie przyjęliśmy chińskiej propozycji tzw. szlaku jedwabnego, prawdopodobnie skorzystają z tego Niemcy...

– To ze względu na nasze związki ze Stanami Zjednoczonymi?

– Niewątpliwie tak. Chiny są dziś największym konkurentem Stanów Zjednoczonych, Polska musiała więc dokonać wyboru; wybraliśmy solidarność z Ameryką.

– Chęć udziału w projekcie Trójmorza wyraziły także Niemcy. Czy Polska – jako główny projektodawca – powinna się na to zgodzić?

– Na szczęście Niemcy nie zostały zaproszone jako pełnoprawny członek projektu, uczestniczą w tym tylko w charakterze obserwatora. Wiadomo, że są bardzo pilnym obserwatorem, jako że ten projekt zagraża ich hegemonii w Unii Europejskiej. Uważam, że w żadnym razie nie można dopuścić do udziału Niemiec – a nawet do udziału Austrii, która się o to bardzo stara – w tym przedsięwzięciu, bo wówczas Niemcy bezwzględnie przejmą nad nim rządy i zrobią, co zechcą dla własnej korzyści. Trzeba brać pod uwagę także to, że państwa bałkańskie, które aspirują do wejścia do UE, są bardzo łatwe do przekupienia przez Niemcy. Także państwa – poza Rumunią – tworzące obecnie projekt Trójmorza mają doskonałe kontakty z Niemcami... Tak więc wszystko jest możliwe.

– Nie ma zatem pewności co do tego, że Trójmorze okaże się geopolitycznym sukcesem Polski?

– W geopolityce w ogóle nie można mówić o jakiejkolwiek pewności. Jak widzimy na przykładzie Unii Europejskiej, która przecież działa pod bardzo szczytnymi hasłami solidarności, równości itd., przecież nie ma w niej ani równości, ani solidarności.

– Podobnie zwodnicze jest hasło stworzenia jednego wielkiego, szczęśliwego państwa europejskiego?

– Proces federalizacji Europy postępuje bez większego rozgłosu, ale objawia się istnieniem w UE konkretnych instytucji, jak np. Rada Regionów. Wiele wskazuje na to, że obecnie rządzący Unią chcą za wszelką cenę rozbić państwa narodowe na regiony, licząc na ogromne korzyści dla siebie. Dla większości europejskich krajów to wielkie zagrożenie. Federalizacja oznacza np. wspólne pisanie historii europejskiej. Nie ma żadnego powodu, by Polska rezygnowała ze swej tysiącletniej historii, by pozwalała na jej zakłamywanie, co już dziś ma miejsce, bo np. mówi się o współwinie Polaków za Holokaust, wymazuje się z historii winę Niemców i mówi się o jakichś bliżej niezidentyfikowanych nazistach...

– W Polsce obecna partia opozycyjna od dawna całkiem konkretnie – lecz nie nazywając rzeczy po imieniu – stara się wspierać ideę federalizmu; ostatnio zaproponowano np. likwidację województw... To byłby początek zwijania państwa polskiego?

– Rzeczywiście, Platforma Obywatelska najwyraźniej wspiera europejski plan, według którego samodzielne regiony Europy miałyby być związane z wielkimi miastami jako silnymi ośrodkami gospodarczymi i cywilizacyjnymi. Tym bardziej to niebezpieczne, że samorządy większości dużych polskich miast są dziś w rękach właśnie tej partii. Gdyby powiódł się plan rugowania terenowych przedstawicielstw państwa, jakimi są urzędy wojewódzkie i wojewodowie, mogłoby to doprowadzić do poważnego osłabienia władzy centralnej, a w konsekwencji – do rozbicia państwa.

– Mielibyśmy w Polsce już nie jedno – jak przed wojną – ale wiele wolnych miast, w których żyją „prawdziwi Europejczycy”...

– Takie miasta-państwa i ich okolice zagarniałyby dosłownie wszystko, od podatków poczynając, na mediach kończąc. Ten projekt obejmuje rozbijanie i likwidowanie wszystkiego, co centralne, ogólnopolskie i państwowe. Jednym z widocznych sygnałów zdradzających dążenie w tym kierunku są, głoszone przez Platformę, np. zapowiedzi likwidacji ogólnopolskiej telewizji publicznej.

– A z drugiej strony każda próba ulepszania władzy państwowej – czego domaga się większość Polaków – jest napiętnowana przez UE jako zamach na demokrację; polski patriotyzm jest uznawany za faszyzm, a determinacja polskiego rządu – za totalitaryzm. I nie jesteśmy w stanie, Panie Profesorze, obronić się przed tego rodzaju pomówieniami!

– Mimo wszystko trzeba robić swoje, we własnym interesie. Za wszelką cenę nie można dopuścić do przerwania „kapilarności” władzy, czyli sprawnego współdziałania rządu z samorządami dla dobra całej Polski. A ponadto nie zapominajmy o marzeniu Papieża Polaka, choćby na przekór całej Europie, w której wciąż wzmaga się walka z religią, wiarą, a w szczególności z Kościołem katolickim. Mamy obowiązek być znakiem sprzeciwu.

* * *

Prof. Paweł Bromski
Historyk filozofii politycznej, rektor Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki. Autor kilkudziesięciu publikacji naukowych i artykułów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Duszpasterski czas na rodzinę

2019-09-03 13:09

Bp Andrzej Przybylski, Biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej
Niedziela Ogólnopolska 36/2019, str. 22

Żyjemy w czasach szczególnej walki o rodzinę

©Yakobchuk Olena – stock.adobe.com

Owczarnia, którą jest Kościół, nie jest zwykłym zbiorem pojedynczych owiec, ale rodziną rodzin. Każdy pasterz owczarni wie, że musi się troszczyć o rodziny, a nie tylko o każdą owcę z osobna, bo inaczej stado będzie się starzeć i wymierać. Żyjemy w czasach szczególnej walki o rodzinę. Do znudzenia słyszymy i narzekamy, że wszystko, co niepokojącego dzieje się w świecie, zaczyna się od problemów z rodziną. Parady równości próbują nam na nowo zdefiniować, a właściwie rozmontować, prawdę o rodzinie. Dzieje się to już dawno na ekranach telewizorów i na monitorach komputerów. Bitwa o rodzinę to bitwa nie tylko cywilizacyjna, ale również duchowa. Siostra Łucja zanotowała, że Matka Boża w Fatimie jako znak szczególnego działania demona wymieniła atak na rodzinę. Tak naprawdę za rodzinę zginął w Auschwitz św. Maksymilian. Jakby, proroczo, chciał nas przygotować na czasy, w których w obronie rodziny życie powinni oddawać nie tylko ludzie żyjący w rodzinach, ale nawet duchowni i osoby konsekrowane. Modlitwa o powołania kapłańskie i zakonne zaczyna się właściwie od modlitwy za rodziny. Wszyscy o tym wiemy i mówimy, ale trzeba, żebyśmy z tego wszystkiego uczynili konkretne zadanie duszpasterskie. Przyszedł czas na jeszcze bardziej wzmożoną i zaplanowaną duszpasterską troskę o rodzinę. Z pewnością rodziny trzeba bronić w mediach, w nauczaniu Kościoła, przez właściwe wybory polityczne, na katechezie w szkole i w każdej publicznej przestrzeni.

Szczególnym miejscem obecności rodzin w Kościele powinny się stać nasze parafie. Serce rośnie, kiedy na niedzielnych Mszach św. można zobaczyć zaangażowane w liturgię całe rodziny. Jeszcze więcej przestrzeni dla rodzin powinno się znaleźć w katechezie parafialnej czy we wspólnotach formacyjnych. Uczestnicy konwiwencji zorganizowanej dla biskupów przez Drogę Neokatechumenalną dziękowali założycielowi Drogi za ponad sto seminariów duchownych i za tysiące kapłanów na całym świecie. Kiko Argüello uśmiechnął się i mniej więcej tak odpowiedział na podziękowania: „Wiem, że kapłani są niezbędni w ewangelizacji i uświęcaniu ludzi, ale czuję, że przyszedł czas na ewangelizację poprzez rodzinę. (...) Jestem przekonany, że nie da się dziś ewangelizować świata bez wspólnego działania kapłanów i rodzin”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Paradyż: Rozpoczął się I Kongres Trzeźwości Ziem Zachodnim Polski

2019-09-20 11:58

Kamil Krasowski

"Trzeźwość Narodu to wielkie zadanie; w naszych wysiłkach błogosław nam, Panie" - tymi słowami Hymnu Kongresu rozpoczął się I Kongres Trzeźwości Ziem Zachodnich Polski pod hasłem "Odpowiedzialność rodziny, Kościoła, państwa i samorządu". Jego obrady odbywają się 20 września w Wyższym Seminarium Duchownym w Gościkowie-Paradyżu.

Karolina Krasowska
W czasie Mszy św. inaugurującej Kongres w kościele seminaryjnym

I Konkres Trzeźwości Narodu Ziem Zachodnich Polski rozpoczął się od Mszy św. w kościele seminaryjnym. Przewodniczył jej bp Tadeusz Lityński, zaś homilię wygłosił abp Tadeusz Bronakowski, przewodniczący Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości i Osób Uzależnionych. W obradach uczestniczą biskupi, kapłani, przedstawiciele władz państwowych i samorządowych, członkowie stowarzyszeń i organizacji. Bp Tadeusz Lityński zwracając się do uczestników Kongresu, zwrócił uwagę na pracę i wielki wysiłek w staraniach o trzeźwość Narodu. - Wysiłek, jeśli ma być zwieńczony sukcesem wymaga modlitwy, ufności i zawierzenia Bogu, pracy organizacyjnej, także w dziedzinie prawnej, ale myślę, że najważniejszym jest wychowanie - podkreślił w czasie Eucharystii bp Lityński. - Dzisiaj stajemy przed wyborem: szczęście albo nieszczęście, zdrowie albo choroba, radość albo smutek, szczęście rodziny albo jej kryzys. U źródeł tego wszystkiego niejednokrotnie jest alkohol - tak mówią statystyki. Dlatego chcemy dzisiaj powiedzieć jak ten problem, także w wymiarze duszpasterskiej działalności apostolatu trzeźwości, rozwinąć - dodał Pasterz Diecezji.

Zobacz zdjęcia: I Kongres Trzeźwości Ziem Zachodnich Polski w Wyższym Seminarium Duchownym w Gościkowie-Paradyżu
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem