Reklama

Ładna polszczyzna i prosty język

2015-07-29 08:04

Z Elżbietą Witek rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 31/2015, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Elżbieta Witek Polityk, nauczycielka, posłanka na Sejm V, VI i VII kadencji, od lipca 2015 r. rzecznik prasowy PiS

O niełatwej funkcji rzecznika partii najbardziej krytykowanej przez media z Elżbietą Witek rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Być w III RP rzecznikiem wielkiej partii opozycyjnej to – jak pokazują doświadczenia Pani poprzedników – niełatwe zadanie, gdyż krytyka sypie się zewsząd, nawet ze strony życzliwych. Jeszcze na początku tego roku prof. Jadwiga Staniszkis mówiła, że PiS – mimo rosnących już notowań – ma fatalną politykę informacyjną. Zastanawiała się Pani, skąd się biorą tego rodzaju oceny?

ELŻBIETA WITEK: – Pierwszym i głównym powodem jest chroniczna nieprzychylność mediów, wynikająca z tego, że jesteśmy właśnie Prawem i Sprawiedliwością, czyli taką, a nie inną partią. Innym partiom wiele uchodziło płazem, a dziennikarze starali się nawet tłumaczyć ich błędy, nadużycia, zaniechania itp. W naszym przypadku trzeba się było pilnować na każdym kroku, uważać na każde słowo, każdy gest. To bardzo trudne.

– W każdej dobrej polityce informacyjnej niezbędna jest tego rodzaju precyzja.

– Tak, tylko proszę pamiętać, że my musieliśmy pracować w warunkach wyjątkowo zaostrzonego rygoru. Zbyt często doświadczaliśmy niesprawiedliwego i złośliwego traktowania przez media głównego nurtu.

– Bez własnej winy?

– Pewnie jakieś błędy popełniliśmy, jak każdy, ale nasz przekaz merytoryczny się nie przebijał, media wolały szukać sensacji i na nich skupiać uwagę. Naszą „winą” były tylko uczciwość i szczerość przekazu... Niestety, właśnie to spotykało się z politycznym atakiem zamiast dyskusji. Przyznam, że nigdy tego nie zrozumiem. I mimo to wciąż będę mierzyć ludzi miarą własnej uczciwości.

– Nawet cynicznych dziennikarzy?

– Nawet dla nich charakteru nie zmienię! Przyznaję, że jest to dla mnie całkiem nowy, inny świat, ale będę się starała swoje zadanie wykonywać jak najlepiej, wykorzystując dotychczasowe swoje i kolegów doświadczenia.

– W polityce?

– Nie tylko. Dziesięcioletni staż poselski to niezła szkoła, dająca rozeznanie w sprawach ludzi i kraju, ale ponadto wciąż się przekonuję, jak bardzo przydatne jest moje „belferskie” podejście do wszystkich napotykanych problemów. Polega to na wewnętrznym przymusie uczenia się, a więc zagłębiania się w każdą sprawę, z którą ludzie do mnie przychodzą. Bycie posłem to proces nieustannego uczenia się, poszerzania wiedzy w wielu dziedzinach – czy to w kwestii służby zdrowia, czy górnictwa miedziowego, czy szkodliwości farm wiatrowych.

– A zatem dobry poseł jak dobry dziennikarz – musi wiedzieć coś o wszystkim?

– Właśnie tak.

– A dobry rzecznik prasowy?

– Powinien być jak dobry belfer, dokładnie wiedzący, co i jak chce przekazać swym uczniom. Jeśli zachodzi potrzeba, powinien umieć ich zdyscyplinować, a bywa, że też przeprosić za swoje błędy.

– Z dziennikarzami to może się nie udać.

– I nie zamierzam tego robić tak dosłownie, chciałabym tylko, aby ze zrozumieniem słuchali tego, co mam im do przekazania. A to przecież w żadnym razie nie wyklucza mojej wobec nich życzliwości.

– Lubi Pani dziennikarzy? Bywają rzecznicy uważający dziennikarzy za osobistych wrogów.

– To nie jest rzecz lubienia bądź nielubienia, chodzi raczej o wzajemny szacunek do siebie i wykonywanej pracy. Myślę, że dostatecznie rozumiem specyfikę pracy dziennikarzy, mimo że przez 10 lat pracy w Sejmie trzymałam się z dala od mediów. Jako rzecznik muszę być do ich dyspozycji i na pewno nie mogę i nie będę unikać kontaktów z nimi. Z całą życzliwością! Ale też liczę na wyrozumiałość.

– Długo się Pani zastanawiała nad przyjęciem tej, wciąż jednak niewdzięcznej, funkcji rzecznika PiS? Było trochę strachu?

– Oczywiście, że się bałam, ale długo się nie zastanawiałam, ponieważ nie było na to czasu i po prostu nie godziło się odmówić...

– Dlaczego?

– Z czysto ludzkich powodów: gdy rok temu byłam w bardzo trudnej sytuacji rodzinnej, to właśnie stąd – od moich kolegów, od prezesa, od szefa klubu otrzymałam tyle pomocy, życzliwości, tyle wsparcia, że teraz po prostu nie mogłam odmówić przyjęcia tego zadania.

– Zwłaszcza gdy prosił sam prezes Kaczyński?

– Tak. Nie tylko dla mnie Jarosław Kaczyński jest postacią wyjątkową na polskiej scenie politycznej. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiaj jestem nie tylko twarzą Prawa i Sprawiedliwości, ale także twarzą samego prezesa. To zobowiązuje.

– Przed Panią zatem także zadanie odczarowania wizerunku Jarosława Kaczyńskiego jako „nieprzejednanego satrapy” i „podpalacza Polski”. Ma Pani pomysł, jak to zrobić?

– Po prostu cierpliwie będę stosować łacińską zasadę: „Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo” (Kropla drąży skałę nie siłą, lecz często padając). Przy różnych okazjach będę się więc starała tłumaczyć i pokazywać, jak bardzo nieprawdziwy jest ten medialny obraz prezesa, że naprawdę jest on człowiekiem niezwykle ciepłym, wrażliwym, lubiącym ludzi, umiejącym słuchać, że ma ogromne poczucie humoru, także na swój temat. Ale przede wszystkim to, że jego działaniom przyświeca naczelna zasada: służba Polsce.

– W poprzednich latach były już przez PiS podejmowane próby ocieplania wizerunku partii, jednak z mizernym skutkiem. Teraz postawiono na kobiety?

– Prawdą jest, że już sama obecność kobiet jest ociepleniem wizerunku każdego mężczyzny... Nie chodzi tu jednak o samo ocieplanie dla ocieplania, z czego na ogół niewiele wynika. Chodzi o wiarygodny i skuteczny przekaz; o to, by prawda o naszych celach i działaniach, a także o prezesie Kaczyńskim, mogła skutecznie dotrzeć do świadomości społecznej. By mogła się przedostać przez medialne bariery i zapory.

– Do tej pory to się nie udawało. Niewiele wynikało nawet ze specjalnych, bardzo merytorycznych konferencji prasowych PiS, bo dziennikarze zawsze wykorzystują tego rodzaju okazje do zadawania niezwiązanych z tematem pytań. Ma Pani jakiś sposób na opanowanie tego żywiołu?

– Mam już nawet pewne doświadczenia w tej mierze. Intuicyjnie wykorzystuję właśnie te swoje belfersko-dyrektorskie nawyki i także jako rzecznik staram się być dość stanowcza, gdyż inaczej nie da się skupić uwagi na tym, co chcielibyśmy przekazać. Ostatnio na konferencji poświęconej górnictwu po prostu zdecydowanie nie dopuściłam pytań niedotyczących jej przedmiotu. I poskutkowało! Dzięki temu w mediach ten nasz przekaz się przebił.

– Obejmuje Pani funkcję rzecznika w bardzo ważnym momencie politycznym; z jednej strony notowania PiS rosną, a z drugiej – w razie wygranej w jesiennych wyborach i przejęcia rządów – trzeba się przygotowywać do medialnego rozliczania z obietnic. Spoczywa na Pani niełatwe zadanie podjęcia uprzedzających działań, osłaniających późniejsze kontakty z mediami, a przede wszystkim ze społeczeństwem niezadowolonym z powodu tego, że nie od razu wszystko zmienia się na lepsze. Da się z tym coś zrobić?

– Sądzę, że już dziś społeczeństwo lepiej nas rozumie i docenia nasze kompetencje oraz uczciwość. W przeciwieństwie do rządzącej Platformy Obywatelskiej jesteśmy partią bardzo mocno osadzoną w problemach społeczeństwa, zahartowaną w boju o wspólne dobro. Nie mając takich środków oddziaływania na opinię publiczną, jakie ma PO – którą jawnie wspierają media głównego nurtu – przez ostatnich osiem lat tropiliśmy wszystkie polskie bolączki i przekładaliśmy je na nasz program. A ostatnio wykonaliśmy równie mrówczą pracę, objeżdżając dosłownie całą Polskę, docierając bezpośrednio do ludzi, słuchając ich. Bez kamer i fleszy! Nie boimy się bezpośrednich kontaktów z ludźmi, nie uciekamy i nie będziemy uciekać przed najtrudniejszą nawet merytoryczną debatą. Także w nieżyczliwych nam stacjach telewizyjnych.

– Kilka lat temu w ramach prac nad ocieplaniem wizerunku PiS padło hasło, że „wystarczy ludzkim językiem mówić ludziom prawdę”. Nie uważa Pani, że trochę brakowało – nie licząc, oczywiście, nieprzychylności mediów – właśnie tego „ludzkiego języka”?

– Przyznam, że bardzo mnie cieszy, gdy słyszę – także od dziennikarzy – że mówię bardzo ładną polszczyzną, że moje komunikaty są proste i zrozumiałe. O to przecież przede wszystkim chodzi w skutecznym komunikowaniu się. Tę umiejętność wyniosłam właśnie ze swojego belferstwa. Wiadomo, że aby uczeń pojął cośkolwiek z tego, co staram się mu wtłoczyć do głowy, muszę mówić prostym językiem. A ponadto warto się też posługiwać konkretnymi przykładami z życia, a nie szkolnymi regułkami, hasłami, propagandowymi sloganami... Być może to moje przygotowanie nauczycielskie pomoże mi teraz w prostym przekazie ważnych, choć czasem skomplikowanych treści.

– Tak, aby dotarły pod strzechy? Bez życzliwych i uczciwych dziennikarzy to się nie uda.

– A jednak wierzę, że właśnie ten mój prosty i szczery przekaz po pierwsze dotrze do nich, że nie będą mieli kłopotu ze zrozumieniem i opracowywaniem moich komunikatów, które – mam taką ambicję – będą na tyle klarowne, że nie pozostawią miejsca na jakiekolwiek dziennikarskie manipulacje. Mogę też zawsze liczyć na wsparcie kolegów; wśród posłów PiS mamy naprawdę znakomitych ekspertów – czy to w dziedzinie prawa, ekonomii, finansów, rolnictwa, górnictwa czy np. energetyki. Teraz np., przy okazji kolejnej afery z dopalaczami, mogliśmy nie bez satysfakcji przypomnieć nasze propozycje skutecznego rozwiązania tej sprawy; już w 2010 r. Lech Sprawka, Bolesław Piecha i Beata Kempa prezentowali nasz projekt ustawy o dopalaczach, odrzucony, oczywiście, przez PO i ówczesną minister zdrowia Ewę Kopacz. Dziś okazuje się, że był on lepszy od tamtych – a nawet od obecnych – propozycji rządowych. Wtedy jednak PO i media nas zakrzyczały. Zresztą nadal w medialnych dyskusjach trudno nam się przebić, mamy mniejsze szanse na swobodne wypowiadanie się niż przedstawiciele innych partii. Tak już jest, musimy z tym żyć i mimo wszystko robić swoje.

– W środowisku dziennikarskim krążyły plotki, że politycy PiS na każdą wypowiedź dla mediów muszą mieć zgodę samego prezesa i tylko niektórzy dostają takie pozwolenie. To prawda?

– To oczywista przesada. Faktem jest jednak, że duża partia opozycyjna, która idzie po władzę, nie może sobie pozwolić na kakofonię w przekazie. Dlatego czasem niezbędne jest uzgadnianie, doprecyzowywanie treści i tonu przekazu. Poważna partia musi mówić jednym głosem. Ale moją szczególną ambicją jest pokazanie całego bogactwa naszych zasobów ludzkich – także tych polityków, którzy dotąd do telewizji nie chodzili.

– „Starzy wyjadacze” jednak lepiej dają sobie radę z nieżyczliwością dziennikarzy, z napastliwością współuczestników dyskusji w audycji...

– To prawda, ale trzeba przecierać szlaki dla nowych kadr, zwłaszcza że są naprawdę dobrze merytorycznie przygotowane. Niech się więc zaprawiają w tym medialnym boju! To samo dotyczy mnie.

– Ale Pani sama nie nastawia się na tę polityczną walkę wręcz za pośrednictwem mediów?

– Prawdą jest, że nie mam w niej doświadczenia, ale też nie zamierzam jej unikać; nie boję się słownych konfrontacji, ale nie chcę także udawać, że pozjadałam wszystkie rozumy. Zamierzam korzystać z prawa wyboru takich, a nie innych mediów, gdy chcę coś ważnego przekazać, ale też z prawa do odmowy wobec nierzetelnych dziennikarzy.

– Media dzieli Pani Rzecznik na wrogie i partnerskie?

– Z grubsza biorąc, tak można by powiedzieć. Ale przede wszystkim ubolewam nad tym, że większość polskich mediów zapomniała o swojej naturalnej misji służenia społeczeństwu.

– Oj, niepoprawna z Pani Rzecznik marzycielka! Od samego początku III RP nam, dziennikarzom „nareszcie wolnej prasy”, wpajano, że nasze teksty są przede wszystkim towarem na sprzedaż.

– A ja jednak będę się upierała przy tym, aby choćby media publiczne – a takie ponoć mamy, przynajmniej z nazwy – spełniały swoją misję na rzecz społeczeństwa i państwa, by gwarantowały pluralizm wyrażania poglądów, by były miejscem obywatelskiej i politycznej debaty. Teraz swą misję rozumieją one prawie wyłącznie jako krytykę PiS.

* * *

Elżbieta Witek
Polityk, nauczycielka, posłanka na Sejm V, VI i VII kadencji, od lipca 2015 r. rzecznik prasowy PiS

Tagi:
polityka

Wspólna historia odrębna prawda

2019-03-20 09:25

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 42-43

W drugiej połowie lutego br. Polacy spotkali się z nową falą brutalnej agresji ze strony izraelskich polityków i środowisk żydowskich. Jest to bardzo przykre i nigdy nie możemy tego zaakceptować. Jednak czy nie ma w tym wydarzeniu także szansy na kolejne odblokowanie prawdy w publicznym sposobie opowiadania o naszej historii, tłumionym dotąd przez poszanowanie wrażliwości naszych „starszych braci w wierze”, a często też przez wpajaną nam „polityczną poprawność”?

Prezesi z Kalifornii

Przed kilkoma laty dostałem propozycję oprowadzenia po Muzeum Powstania Warszawskiego grupy „prezesów żydowskich wspólnot wyznaniowych z Kalifornii”. Było to dla mnie, przewodnika wolontariusza, duże wyzwanie, tym bardziej że dopiero zaczynałem wówczas oprowadzać w języku angielskim. Okazało się jednak, że moi goście to cztery sympatyczne małżeństwa z zachodnich stanów USA, mówiące globalnym językiem angielskim. Szybko nawiązaliśmy pozytywne relacje i ruszyliśmy naprzód przez historię muzealną ścieżką. Problemy zaczęły się już przy 1939 r. i ogólnym obrazie II wojny światowej. Sama informacja, że liczba Polaków zamordowanych lub poległych w tym okresie dochodzi do 2,5 mln ofiar, była trudna do zaakceptowania przez moich gości. Podobnie nieufnie została przyjęta historia o mordach na polskiej inteligencji dokonanych w Palmirach i innych miejscach straceń warszawskiego pierścienia śmierci. Żydzi nie potrafią uznać tego, że nie byli oni jedynymi ofiarami ludobójstwa dokonywanego w latach 30. i 40. XX stulecia. Po chwili weszliśmy do muzealnego pomieszczenia, gdzie przy starych maszynach drukarskich opowiadamy o prasie podziemnej. Kiedy zdziwienie wywołała informacja, że samych tytułów pism wychodzących w konspiracji było ponad tysiąc, pospieszyłem z następującym wyjaśnieniem: Tam, gdzie jest dwóch Polaków, tam potrzebne są trzy gazety, gdyż każdy z nich ma inne zdanie, ale jest też wiele spraw, w których się zgadzają i też chcieliby o tym napisać. Moi goście się roześmiali, a jeden z nich powiedział: – Wiesz, to zupełnie tak samo jak w Izraelu. Przez chwilę rozmawialiśmy o podobieństwach życia społecznego w Polsce i w kraju stworzonym przez ich rodaków na biblijnej ziemi. Bardzo mnie zaskoczyło, gdy się dowiedziałem, że tam nazwanie przeciwnika faszystą w ferworze politycznych kłótni jest tylko zwykłą banalną obelgą. Teraz i w Polsce już ten stan osiągnęliśmy. Od tej chwili mój kontakt z gośćmi ocieplił się do tego stopnia, że gdy opowiadałem o powstańczych szpitalach, wspomniałem też o tym, co w czasie okupacji robił chirurg urolog Stefan Wesołowski, a wykonywał on plastyczno-urologiczne operacje ukrywające obrzezanie u mężczyzn. Jedna z pań zapytała, ile mógł on dokonać takich zabiegów. – Nie wiem – odpowiedziałem – ale nie było ich dużo, kilka, kilkanaście, może więcej. Odpowiedzią był smutny uśmiech. Historia dr. Wesołowskiego z samego okresu walk powstańczych, które cudem przeżył w szpitalach na Woli, dzielnicy zagłady, jest tak nieprawdopodobna, że wystarczyłaby na kilka filmów fabularnych. Niestety, nie zrobiono ich ani w Hollywood, ani w Łodzi. Dobrze, że chociaż pod koniec długiego życia uhonorowano lekarza „Dyplomem dla Sprawiedliwego”, ustanowionym przez

Polsko-Amerykańsko-Żydowskie Stowarzyszenie na Rzecz Współdziałania Młodych (PAJA) dla osób, które ratowały Żydów w czasach Shoah. Przed opuszczeniem muzeum moi goście poprosili mnie jeszcze, abym zaprowadził ich do sklepu z pamiątkami i polecił jakąś książkę o Powstaniu Warszawskim. Zaproponowałem Normana Daviesa. Miła Amerykanka wzięła tom do ręki i uśmiechnęła się wymownie, było to ponad 800 stron drobną czcionką. – Ale może zobaczę o tych kamieniach? – zapytała. Teraz zrobiło mi się naprawdę wstyd. Gdy mówiłem o ruchu oporu, nieopatrznie wymieniłem tytuł wydanej w konspiracji książki Aleksandra Kamińskiego, która nigdy w Polsce w języku angielskim się nie ukazała. – Przepraszam, chwilowo brakuje – odpowiedziałem, częściowo mijając się z prawdą. – Szkoda – odparł mój gość. Podczas pożegnania poczułem w kieszeni rękę, domyśliłem się, że dostałem napiwek. Mam zasadę, że podobnych ofiarodawców odsyłam do puszki w muzealnej kaplicy. Jednak aby nie psuć pełnej harmonii rozstania, tym razem udałem, że nie zauważyłem tego zwykłego w USA wyrazu wdzięczności. Po kilku dniach banknot zostawiłem w puszce franciszkańskiego kościoła, podobnego do istniejących w Ziemi Świętej, wspólnej ojczyźnie naszych religii.

Wrażliwość

Nie tylko ja, ale w pierwszym rzędzie przewodnicy zawodowi dokładamy wszelkich starań, aby nie urazić wrażliwości żydowskich gości. Nie opowiedziałem np. o współpracy mniejszości żydowskiej z czerwonym okupantem na terenach zajętych przez Sowietów w 1939 r., a polegała ona m.in. na pomocy w dokonaniu selekcji klasowej tak, aby nie ocalał nikt, kto według sowieckich kryteriów żyć nie miał prawa. Nie wprowadziłem też moich gości do czerwonego korytarza relacji o powojennych losach wielu powstańców warszawskich, nad którym unosi się złowrogi cień Jakuba Bermana jako symbolu kierowniczego sprawstwa zbrodni i terroru lat 1944-56. W historii opowiadanej o powstaniu w warszawskim getcie nie wspominałem o znikomym znaczeniu militarnym tego zrywu, określonym liczbą strat po niemieckiej stronie. Powstanie w 1943 r. uważane jest za największy zbrojny sprzeciw Żydów wobec zbrodni Holokaustu. Według raportu Jürgena Stroopa, dowódcy oddziałów tłumiących powstanie, w walkach zginęło 16 niemieckich żołnierzy. Nie ma podstaw do kwestionowania tych danych, administracja w SS była precyzyjna i wiarygodna, prawdopodobnie też ten wysoki niemiecki oficer nawet mentalnie nie byłby zdolny do fałszowania raportu. Kiedy przy muzealnej tablicy z napisem „GETTO” pytam niekiedy gości obcokrajowców zwiedzających muzeum, jakie, ich zdaniem, straty zdołali zadać żydowscy bojownicy Niemcom, otrzymuję odpowiedź, że od tysiąca do kilkunastu tysięcy żołnierzy. Fakt istnienia żydowskiej policji na terenie gett jest także zupełnie nieznany. Unikanie tematów trudnych i kontrowersyjnych w rozmowach z rodakami ofiar Shoah jest wyrazem naszego współczucia oraz szacunku dla ludzi walczących o godną śmierć, a także wszystkich ofiar. Jednak nie tylko. W wielu polskich rodzinach żyje wspomnienie kogoś, pochodzącego ze starego przymierza, kto włączył się kiedyś w ciąg pokoleń ich polskich przodków.

100 lat temu w Żarnowie

Na przełomie XIX i XX wieku żył i pracował w Żarnowie, miasteczku leżącym dziś w powiecie opoczyńskim, dr Ludwik Lubodziecki. Właściwie nazywał się on Libkind, jednak kiedy przyjął chrzest katolicki i ożenił się z Polką, zmienił nazwisko. Odtąd nie istniał dla swojej żydowskiej rodziny. To było naprawdę zero tolerancji. Przez ponad 40 lat był później prawdziwym błogosławieństwem dla mieszkańców Żarnowa i okolic. W „Gazecie Radomskiej” nr 28 z marca 1888 r. tak zraportowano jego sukcesy w zwalczaniu tyfusu: „(...) praktykujący tu stale od 12 lat dr. Lubodziecki opanował do tego stopnia epidemię, że na 80 chorych jak do tej chwili, były tylko 4 wypadki śmierci”. Zmarł w opinii świętości w 1916 r., gdy wracał od pacjenta. Na tablicy w kościele św. Mikołaja w Żarnowie można przeczytać inskrypcję ku jego czci.

W sytuacji, gdy znamy takie świadectwa i mamy takich przodków jak pradziadek mojej żony dr Ludwik Lubodziecki, nam, Polakom, trudno będzie pozbyć się empatii wobec wielowiekowych sąsiadów i odpowiadać obelgą na obelgę. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy stopniować prawdę i pozwolić znieważać jedno z najdzielniejszych i najbardziej doświadczonych pokoleń Polaków w naszej historii – pokolenie rówieśników II Rzeczypospolitej oraz nas wszystkich. Tu musi obowiązywać zasada: Zero tolerancji.

Wojciech Bobrowski
Autor jest przewodnikiem wolontariuszem w Muzeum Powstania Warszawskiego i jego filii „Cele Bezpieki”. Stały współpracownik „Niedzieli”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Narodowe Czytanie Pisma Świętego już 5 maja

2019-04-24 13:41

mip (KAI) / Lublin

W niedzielę 5 maja w kościołach całego kraju odbędzie się trzecie Narodowe Czytanie Pisma Świętego. Wydarzenie zainauguruje obchody XI Tygodnia Biblijnego, który potrwa do 11 maja.

congerdesign/pixabay.com

Tegoroczne Narodowe Czytanie Pisma Świętego i cały Tydzień Biblijny upłyną pod hasłem zaczerpniętym z pierwszego Listu św. Piotra: "Głosili ewangelię mocą Ducha Świętego" (1 P 1,12).

Wydarzenie będzie nawiązywać również do pierwszej pielgrzymki św. Jana Pawła II do Polski w 1979 roku. – Była to przełomowa pielgrzymka, która miała ogromny wpływ nie tylko na życie duchowe, ale również społeczne Polaków. Od niej wszystko się zaczęło – przypomina ks. prof. Henryk Witczyk, pomysłodawca Tygodnia Biblijnego oraz Narodowego Czytania Biblii.

Zgodnie z programem obchodów Niedzieli Biblijnej każdy wierny przy wyjściu z kościoła otrzyma kartkę z siglem biblijnym. W tym roku zaproponowane fragmenty pochodzą z Ewangelii wg świętego Jana. - Po powrocie do domu otwórzmy Pismo święte i w najgłębszym skupieniu niech odczytajmy sobie otrzymany tekst. Niech on nam posłuży jako przedmiot medytacji w codziennej modlitwie, nie tylko w tym dniu, lecz przez cały rok – zachęca duchowny.

Niedzielnym obchodom towarzyszyć będą dwie transmitowane na antenach Telewizji Polskiej celebracje. O godz. 7.00 w sanktuarium Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach Mszy św, będzie przewodniczył kard. Stanisław Dziwisz. Z kolei na Jasnej Górze o godz. 13.00 Eucharystie odprawi metropolita częstochowski abp Wacław Depo. Na antenie telewizji publicznej emitowany będzie także spot promujący codzienną lekturę Pisma Świętego.

Nie tylko tego dnia, ale i przez cały tydzień w wielu polskich świątyniach organizowane będą liturgie słowa i nabożeństwa, które nawiązywać będą do tegorocznych obchodów Tygodnia Biblijnego. Na tę okazję przygotowano wskazania dotyczące celebracji biblijnych, opracowania na katechezę, konferencje, a także spot muzyczny. Do wykorzystania są również rozważania Drogi Światła, Kręgu Biblijnego i Lectio Divina.

Całość opublikowana została w redagowanym przez ks. prof. Witczyka „Przeglądzie Biblijnym” (nr 11, 2019), który jest biuletynem Dzieła Biblijnego im. św. Jana Pawła II. Materiały za pośrednictwem kurii diecezjalnych przesłane zostały do wszystkich parafii. Materiały dostępne są na stronie Dzieła Biblijnego www.biblista.pl.

Na zakończenie Tygodnia Biblijnego, w sobotę 11 maja w Warszawie odbędzie się finał ogólnopolskiego konkursu dla alumnów diecezjalnych i zakonnych seminariów duchownych. W szranki staną klerycy z 50 seminariów. Aby zdobyć nagrodę główną, ufundowaną przez księży pallotynów pielgrzymkę do Ziemi Świętej, będą musieli wykazać się m.in. doskonałą znajomością Księgi Tobiasza.

Organizatorem Narodowego Czytania Pisma Świętego jest Dzieło Biblijne im. św. Jana Pawła II, Fundacja im. Rodziny Ulmów „Soar” i Fundacja Dabar. Wydarzenie objęli patronatem honorowym przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki i premier Mateusz Morawiecki.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

USA: ponad 12 tys. skautów było molestowanych seksualnie

2019-04-25 17:05

pb (KAI/repubblica.it) / Nowy Jork

Od 1944 do 2016 r. w Stanach Zjednoczonych ofiarą molestowania seksualnego padło 12 254 skautów. Sprawcami byli ich opiekunowie w ramach działalności organizacji harcerskiej Boy Scouts of America.

pixabay.com

Dane te ujawniła prof. Janet Warren z Uniwersytetu Wirginii, która przez pięć lat miała dostęp do danych z akt dotyczących opiekujących się skautami wolontariuszy, których usunięto z powodu nadużyć seksualnych, jakich się dopuścili.

Po 109 latach działalności Boy Scouts of America, skupiający 2,4 mln chłopców, są zagrożeni likwidacją z powodu konieczności wypłaty milionowych odszkodowań ofiarom.

Część przypadków wykorzystywania seksualnego wypłynęła na światło dzienne w 2012 r., jednak dotychczas nie była znana ani skala zjawiska, ani liczba ofiar.

Również adwokat Jeff Anderson, obrońca części ofiar, opublikował nazwiska 180 wolontariuszy skautingu oskarżonych o pedofilię w stanie Nowy Jork i zaapelował do nieujawnionych jeszcze ofiar o składanie doniesień do prokuratury.

Ze swej strony władze Boy Scouts of America wydały oświadczenie, w którym zawarły słowa przeprosin wobec ofiar i zapewniły, że „nic nie może być ważniejsze od bezpieczeństwa i ochrony dzieci”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem