Reklama

Niedziela Małopolska

Jesteś VIP-em

Pierwszy raz spotkałam go podczas Ekumenicznego Maratonu Biblijnego w Krakowie. Trudno było uwierzyć, że ten pełen energii mężczyzna 8 lat temu przeżył... czołowe zderzenie z tirem. Lekarze robili, co mogli, ale był moment, gdy spodziewali się tylko jednego: śmierci pacjenta. Pan Bóg miał jednak inne plany...

Niedziela małopolska 32/2015, str. 6-7

[ TEMATY ]

zdrowie

świadectwo

Archiwum rodziny Mirochnów

48-letni Jan Mirochna jest od 23 lat mężem Beaty. Mają czworo dzieci: Madzię, Karolinkę, Dawida oraz Izę. Wraz z żoną należy do katolickiej wspólnoty Chemin Neuf: – Wspieramy ją, m.in. współorganizując sesje dla małżeństw, by zbliżały się do siebie i Pana Boga. Udzielamy się także w rodzinnej, podkrakowskiej Stróży, w Klubie św. Maksymiliana przy parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski – opowiada pan Jan.

Od wielu lat pracuje jako handlowiec. Jest też radnym trzeciej kadencji gminy Pcim. Jego żona zatrudniona jest jako asystent rodziny w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Myślenicach. Wracając do wydarzeń sprzed lat, mój rozmówca wyjaśnia: – Byłem mocno zaangażowany w pracę zawodową. Załatwiałem umowy handlowe na obszarze całej Polski. W czasie jednego z wyjazdów, 30 sierpnia 2007 r., jadąc z Wyszkowa w stronę Sokołowa Podlaskiego, między godz. 11 a 12, miało miejsce zdarzenie, które zapamiętam do końca życia...

Wypadek

Reklama

– Była piękna pogoda. Nigdy bym się nie spodziewał, że przy tak dobrej widoczności ktoś może wjechać na mój pas. Z naprzeciwka jechał samochód ciężarowy z przyczepą. Kiedy dojeżdżaliśmy do siebie, zza ciężarówki wyjechał... tir. Chciał ją wyprzedzać, nie widział mnie!

Ocknąłem się w samochodzie pełnym krwi i oparów dymu. Usłyszałem krzyk: „Znów tir zabił człowieka!”. Ktoś próbował dostać się do mnie od strony pasażera: „Żyje!”. W tym momencie zadzwonił mój telefon. Przyłożono mi aparat do ucha. Zdążyłem koledze z pracy powiedzieć: „Szymon, miałem wypadek. Zawiadom firmę i żonę”... i zemdlałem.

Beata Mirochna: – Mój świat nagle rozsypał się na kawałki! Wypadek! Kolega męża zaproponował, że zawiezie mnie do szpitala w Wyszkowie. Po 10 godzinach długiej i nerwowej podróży dotarliśmy na miejsce. Lekarz zaprowadził mnie na OIOM. Przeszłam obok męża i... nie poznałam go! Był podłączony do oddychającej za niego aparatury, napuchnięty i posiniaczony. Walczył o życie, a ja nie umiałam mu pomóc, w każdej chwili mogłam go stracić. Jedyną pomocą była modlitwa. Zadzwoniłam do dwóch osób: Ewy i Ani. One moją intencję przekazały innym.

Tracimy go!

Reklama

Jan Mirochna: – Obudziłem się o 2. w nocy, wiem, bo naprzeciwko wisiał zegar. Podeszła pielęgniarka, mówiąc: „Mam na imię Małgorzata, ja tu się panem opiekuję, niech się pan nie martwi” i zaaplikowała mi jakiś zastrzyk. Zaraz potem aparatura zrobiła: „piii”. Straciłem oddech, stanęło mi serce. Usłyszałem krzyk: „Tracimy go!”.

Najpierw czułem przerażenie: dusiłem się, chciałem łapać powietrze, ale nie dawałem rady. Dotarło do mnie, że umieram. W myślach pożegnałem się z żoną. Na koniec powiedziałem: „Panie Boże, oddaję się Tobie” (panu Janowi załamuje się głos, gdy to opowiada). I wtedy... zobaczyłem piękne światło. Nastąpił pokój. Chciałem za tym światłem iść. Nie ma tu na ziemi takiego koloru, takiej barwy... To było najmocniejsze doświadczenie w całym moim życiu!

Nie trwało długo: w przełyku poczułem zimną rurę. Zaintubowali mnie, uruchomili serce. Z oddali zaczęły dochodzić głosy. Pomyślałem: „Żyję”. Moje ciało było jednak bezwładne. Za jakiś czas ruszyłem małym palcem u ręki. Potem okazało się, że pielęgniarka podała mi właściwy lek, tylko za szybko. Faktem jest, że w tym szpitalu uratowano mi nogę.

Żona otrzymała informację, że będą mi odcinać lewą kończynę. Miałem wszystko w niej rozerwane: więzadła, udo... Lekarze myśleli, że ustało krążenie krwi. Ale tak się nie stało. Stwierdzili więc, że spróbują uratować tę nogę. Poskładali kolano, a udo dali na wyciąg. Myślałem, że mój stan się poprawił. W sobotę przyjechała cała rodzina, jak się potem okazało – by się ze mną pożegnać... Powiedziano im, że mój stan jest tragiczny.

W poniedziałek miałem mieć następną operację, ale w niedzielę już bardzo źle się czułem. Wyjaśniono żonie, że mam odmę płuc, nie nadaję się już do zabiegu. Lekarz dodał: „Jeśli ma pani jakieś możliwości, niech się pani stara o szpital MSW w Warszawie, oni mają dobry sprzęt i mogą męża uratować. Ale jest jeszcze jeden problem: nie może być transportowany zwykłą karetką, tylko śmigłowcem. Niech się więc pani liczy ze wszystkim”.

Biblia 24 h/dobę

Jedną z osób, do których żona zadzwoniła, prosząc o modlitwę, była nasza przyjaciółka z Kryspinowa, Ewa. Niedawno brała udział w rekolekcjach, podczas których pewna siostra zakonna dzieliła się świadectwem. Opowiadała, jak modliły się za przełożoną, której stan był krytyczny, dniem i nocą czytały w jej intencji Pismo Święte. Ewa postanowiła zainicjować taką modlitwę. Już dwie godziny po wypadku utworzyła się lista osób, które chciały włączyć się w „dyżur”. Natomiast 31 sierpnia w mojej rodzinnej miejscowości w samo południe ksiądz odprawił Mszę w mojej intencji. Wiem, że wiele osób również ofiarowało za mnie Eucharystię.

Pierwsi goście (pamiętam przez mgłę ich przyjazd) nie wiedzieli, co nam przywieźć. Podarowali nam Pismo Święte i... leżak ogrodowy. Pismo się nam przydało, bo wiedzieliśmy, że trwa modlitwa słowem Bożym: Beatka siedziała przy łóżku i czytała mi psalmy. Po co leżak? Okazało się, że jak w sobotę przyjechała rodzina, żeby się pożegnać, został ze mną najmłodszy brat i pozwolono mu być w nocy. Siedział więc na tym leżaku i też czytał mi Biblię, a rano przychodziła żona.

Beata Mirochna: – W sytuacjach kryzysowych często panikuję, widzę „czarne scenariusze”, a wtedy, mimo takiej tragedii, mocno wierzyłam, że mąż przeżyje. Miałam wewnętrzną siłę, czułam wsparcie zarówno duchowe, jak i rzeczowe, poprzez gesty życzliwości nawet od obcych ludzi. W szpitalu w Wyszkowie podeszła do mnie nieznana mi pani, która zaproponowała... nocleg w swoim mieszkaniu. Nie tylko spaliśmy u niej (ja i szwagier), ale mieliśmy też zapewnione posiłki. W czasie całego pobytu męża w szpitalu naszymi dziećmi zajmowała się rodzina i przyjaciele: wyprawiali je do szkoły, chodzili na zebrania, robili zakupy. Czasem nie możemy zrobić wiele, ale nawet najmniejszy gest świadczący o tym, że jesteśmy w trudnych chwilach z inną osobą, jest istotny. Ja tego doświadczyłam i nigdy nie zapomnę!

VIP Mirochna

Jan Mirochna: – Gdy lekarz powiedział żonie o szpitalu MSW, zadzwoniła do mieszkającego pod Warszawą chrzestnego. Właśnie była u niego koleżanka, która miała znajomego w Ministerstwie Zdrowia. Jakież było zdziwienie żony, gdy we wtorek rano lekarz ją pyta: „Jak pani to zrobiła? Miałem dwa telefony, że jest miejsce dla Mirochny w szpitalu MSW. Już jedzie karetka z noszami z balonu”.

Otoczyło mnie zewsząd powietrze i bez narażenia na wstrząsy zostałem przewieziony te 50 km. Potem udrożniono mi płuca, bym mógł mieć operację ratującą nogę. Przed salą trwała modlitwa mojej żony i jej chrzestnego, a w tym samym czasie nasi przyjaciele z Krakowa byli na adoracji w Łagiewnikach. Następnie przewieziono mnie na intensywną terapię, potem... na salę premiera. Miałem warunki królewskie, ogromny salon z aneksem kuchennym, a przed wejściem stały dwa krzesła dla BOR-owców. Tylko mnie akurat nikt nie musiał pilnować, bo robił to Pan Bóg. Na każdej kroplówce był napis: VIP Mirochna.

Za tydzień miałem już więcej sił, otworzyłem Pismo Święte. Trafiłem na fragment z Dziejów Apostolskich, gdzie Piotr i Jan uzdrawiają chromego. I ja czułem się chromy, nie wiedziałem, czy w ogóle będę mógł chodzić. Poczułem się tym słowem uniesiony. Tego samego dnia przychodzi Agnieszka z naszej wspólnoty. Mówi, że w kościele jezuitów na Rakowickiej w Warszawie raz w miesiącu są modlitwy o uzdrowienie: „Poszłam w twojej intencji. Kapłan prowadzący modlitwę miał poznanie: «Mężczyzna w średnim wieku po ciężkim wypadku samochodowym ma zdruzgotaną lewą nogę, Pan Bóg go teraz nawiedza i uzdrawia. Za 7 miesięcy przyjdzie tu o własnych nogach dać świadectwo»”. Agnieszka poczuła w sercu, że to chodzi o mnie, dlatego postanowiła mnie odszukać w tym szpitalu. Popłakaliśmy się razem. Doświadczyłem mocnej obecności Pana Boga.

Kim pan jest?

Opiekujące się mną pielęgniarki nic nie mówiły, choć grzeczne były bardzo. W końcu jedna nie wytrzymała: „Czy mogę panu zadać pytanie?”. „Proszę bardzo” – zachęciłem. „Przyjechał pan z Wyszkowa, był w stanie agonalnym. Robimy, co możemy, ale widzimy, że nie tylko medycyna tutaj działa. Pan tak szybko dochodzi do zdrowia, a poza tym ciągle jest zadowolony, uśmiechnięty i za wszystko dziękuje. Kim pan jest?”. Powiedziałem, że nie wiem, jak się tu znalazłem i nie jestem żadnym VIP-em, tylko zwykłym człowiekiem z Małopolski, za którego ludzie cały czas się modlą. Szeroko otworzyła oczy: „Teraz już wszystko rozumiem, bo tutaj też wiara działa!”.

20 dni po wypadku zostałem wypisany ze szpitala. Rehabilitacja, sanatoria, cały proces leczenia trwał 5 lat. W 2012 r. miałem ostatnią operację na kolano. Na dzień dzisiejszy jestem osobą niepełnosprawną na drugiej grupie inwalidzkiej, ale mogę chodzić, wychowywać moje dzieci, pracować. Codziennie dziękuję Bogu, że żyję...

2015-08-06 10:03

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Katarzyna Waliczek: Dzieci, które zgodnie z przesłanką eugeniczną mogą być legalnie abortowane - to takie same dzieci jak ja

2020-11-20 10:54

[ TEMATY ]

świadectwo

pro life

pro-life.pl

- Dzieci, które zgodnie z tzw. „przesłanką eugeniczną” mogą być legalnie abortowane to dzieci z takim samym kariotypem jak mój – mówi Katarzyna Waliczek, która urodziła się z Zespołem Turnera.

Nawiązując do protestów wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego uznającego przesłankę eugeniczną za niezgodną z Konstytucją, Katarzyna Waliczek wyraża smutek, że tak wiele osób w imię prawa kobiety do wyboru godzi się na pozbawianie dziewczynek takich jak ona prawa do życia. Dlaczego angażuje się w działalność pro – life? Jak podkreśla, pierwszym impulsem była dla niej lekcja historii w szkole podstawowej, na temat starożytnej Sparty. Uświadomiła sobie wówczas, że jej samej nikt nie dałby tam żadnych szans.

KAI: Urodziła się Pani z Zespołem Turnera. Zgodnie z tzw. „przesłanką eugeniczną” to schorzenie, które kwalifikuje dziecko do aborcji.

- Zespół Turnera to problem dziewczynek. Polega on na tym, że jeden z chromosomów ”x” jest nieobecny lub uszkodzony. Wiąże się to z obrzękiem płodu, częsta jest wada serca. Potem ujawniają się problemy hormonalne, powodujące opóźnione dojrzewanie, bezpłodność, niskorosłość, choć dziewczynki odpowiednio leczone hormonem wzrostu osiągają wzrost zupełnie przeciętny.

Gdy moja mama była ze mną w ciąży widać było, że nie rozwijam się prawidłowo, byłam mniejsza niż być powinnam. Gdy się urodziłam, miałam bardzo poważne problemy zdrowotne, choć diagnoza zapadła dopiero, gdy miałam ok. 10 lat.

Dziś mam lat 28. Oczywiście doświadczam pewnych trudności zdrowotnych, leczę się. Natomiast ukończyłam dwa kierunki studiów - filozofię na UJ i pedagogikę specjalną. Kończę studia doktoranckie z filozofii. Dwa lata uczyłam etyki. Obecnie pracuję jako nauczyciel wspomagający ucznia z niepełnosprawnością. Od kilku lat jestem w szczęśliwym związku. Nie wydaje mi się, że moje życie jest jakieś gorszej jakości niż życie kobiety zdrowej.

KAI: Czy Pani rodzicom proponowano aborcję?

- Oczywiście. Nie było wprawdzie konkretnej diagnozy ale widać było, że coś jest nie tak, więc lekarze proponowali mamie aborcję jako optymalne rozwiązanie. Ja urodziłam się w 1992 r., czyli rok przed uchwaleniem ustawy o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Warto przypomnieć, że aborcja była wówczas szeroko dostępna i proponowana przez lekarzy wcale nie koniecznie w związku z jakąś wadą czy chorobą dziecka. Jak wspomina moja mama, gdy ja się rodziłam, w tej samej części szpitala leżały kobiety w ciąży i te, które urodziły dziecko oraz te, które miały skierowanie na aborcję. Natomiast moje siostry – bliźniaczki – przyszły na świat w 1994 r. Już rok po uchwaleniu ustawy atmosfera była zupełnie inna.

Całe szczęście moja, że mama nie rozważała aborcji w ogóle. Wiedziała, że tego nie zrobi. Dla niej to nie był „wybór”.

KAI: Od 10 lat związana jest Pani z ruchem pro – life. Czy Pani osobista sytuacja miała wpływ na to zaangażowanie?

- Myślę, że bardzo duży. Pamiętam, że kiedy byłam w 4 klasie szkoły podstawowej, nie wiedziałam jeszcze, co to jest Zespół Turnera, ale miałam świadomość, że po urodzeniu potrzebowałam wsparcia i poważnych interwencji medycznych. Wtedy na historii rozmawialiśmy o starożytnej Sparcie, gdzie dzieci chore i niepełnosprawne – były eliminowane. Przyszło mi wtedy do głowy, że dziecko takie jak ja nie miałoby tam żadnych szans.

W liceum z kolei przeżywałam tzw. sprawę R. R przeciwko Polsce. R. R. to kobieta, która złożyła skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, z uwagi utrudniania przez szpitale i ostatecznie uniemożliwienie dokonania aborcji córki z Zespołem Turnera. Skarga tej Pani została uwzględniona i otrzymała ona ogromne odszkodowanie. Uświadomiłam sobie wówczas, że sprawa ta dotyczy tego samego schorzenia, które mam ja i moje znajome z grupy wsparcia.

Niedługo potem pojawiła się inicjatywa zbierania podpisów za zniesieniem tzw. „przesłanki eugenicznej” i wtedy postanowiłam się w to zaangażować, ze świadomością, że to jest sprawa, która mnie osobiście dotyczy. Podobną decyzję podjęło wówczas kilka moich koleżanek z Zespołem Turnera.

KAI: Jak Pani ocenia wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający „przesłankę eugeniczną” za niezgodną z Konstytucją?

- Całkowicie się z nim zgadzam. Sprzeciwiam się aborcji eugenicznej od wielu lat. Modliłam się też w tej intencji. Początkowo bardzo się cieszyłam z tego wyroku. Potem, gdy widziałam skalę protestów przeciw orzeczeniu, przyszedł smutek i gorzka refleksja, że bardzo wielu Polaków jednak popiera aborcję.

Oczywiście bardzo wiele osób uczestniczących w tych protestach deklarowało – „nie jesteśmy za aborcją, jesteśmy za wyborem kobiety”. Ale co to naprawdę znaczy? Moim zdaniem to, że w „pewnych przypadkach” aborcja jest dobrym, jak najbardziej dopuszczalnym rozwiązaniem. Niestety te „pewne przypadki” dotyczą też takiego przypadku jak mój, osób z takim samym kariotypem jak ja.

KAI: Czy te protesty dotykały Panią osobiście?

- W pewnym sensie odbierałam to jako podważanie mojego prawa do życia. Wprawdzie od wielu osób słyszałam „to nie chodzi o ciebie”, „ty jesteś dorosła i dobrze funkcjonujesz”, ale czy te osoby nie wiedzą, że diagnoza, która może stać się przyczyną aborcji dotyczy dokładnie takich samych dzieci jak ja? Nie rozumiem, jak można to oddzielać. Jeśli ja mam 28 lat i mam konto na Facebooku, tzn. że jestem fajna i mam prawo do życia a jeśli miałabym te 28 lat mniej, to już mi to prawo nie przysługuje i ktoś mógłby zgodnie z prawem „wybrać”, że mi moje życie odbierze? To jest dla mnie w ogóle nie do pojęcia! Myślę też, że bardzo wiele osób, które są przekonane, że walczą o czyjąś godność, nie mają w ogóle świadomości, jak bardzo to, co robią może kogoś dotykać i ranić.

Bolesne było dla mnie również to, że poparcie dla protestów w wielu środowiskach traktowane było jako coś oczywistego, bezdyskusyjnego. Stykałam się z tym nawet w środowiskach, w których bym się tego nie spodziewała, lub w miejscach wydawałoby się całkowicie neutralnych światopoglądowo, np. na stronach związanych z historią i kulturą, które na co dzień obserwuję. Nawet księgarnia internetowa, gdzie kupuję książki uznała za stosowne wypowiedzieć się w tej sprawie – po stronie protestujących. Bardzo to przeżywałam. Odbierałam to jako wszechobecny komunikat – jeśli jesteś dobrym, myślącym człowiekiem, jeśli chcesz być z nami, jeśli chcesz kupować nasze książki – to przecież oczywiste, że popierasz przesłankę eugeniczną.

Mam świadomość, że ludzie uczestniczyli w protestach i Strajku Kobiet z różnych powodów – i politycznych, i antykościelnych i wielu innych. A jednak to co ich łączyło to wyrażana w różnej formie – również pod hasłami „godność kobiet”, czy „wybór, nie nakaz” – akceptacja dla aborcji osób niepełnosprawnych.

KAI: Poparcie dla protestów wypływało jednak również od części osób niepełnosprawnych i ich rodzin.

- To było dla mnie szczególnie trudne, choć mam wrażenie, że dla części tych osób popieranie prawa wyboru wiąże się z tym, że jest im bardzo ciężko i pozbawieni są odpowiedniego wsparcia. Czują, że społeczeństwo, państwo i cały system, w którym funkcjonujemy kompletnie ignoruje ich i ich dziecko, chcą więc wystąpić przeciw temu, głośno powiedzieć, jak bardzo to jest niesprawiedliwe.

Chcę jasno podkreślić, że wszystkie postulaty dotyczące konieczności wsparcie matek, rodzin i osób niepełnosprawnych – w pełni popieram. Z tym, że dla mnie to się wiąże z postawą pro – life, nie pro – choice. Mówi się, że środowiska pro-life interesują się ludzkim życiem tylko do momentu narodzin. To nieprawda. Walczymy też o to, by opieka nad matką i dzieckiem była priorytetem, by osoby niepełnosprawne mogły żyć godnie, by ich rodzice mogli czuć się normalnymi rodzicami a nie terapeutami czy męczennikami. Niestety wciąż na tym polu jest bardzo, bardzo dużo do zrobienia.

Do naszej grupy wsparcia dla osób z Zespołem Turnera, dołącza wiele mam w ciąży, których dzieci mają taką diagnozę. Nikt nigdy żadnej z nich nie powie: „zastanów się, masz wybór”, „to mogą być tortury”, „możesz dokonać aborcji”. Zawsze usłyszą głosy wsparcia, zobaczą przykłady pozytywne. Choć bywa, że ich córki nie dożywają do porodu. A jednak również w naszej grupie pojawiły się głosy poparcia dla Strajku Kobiet. Mam wrażenie, że w naszym środowisku są różne podejścia do tych spraw. Część moich koleżanek z Zespołem Turnera, podobnie jak ja, ma bardzo silne nastawienie pro – life. Część dziewczyn natomiast wyraża poparcie dla aborcji w przypadku głębszych wad. Oddzielają własny przypadek, który umożliwia im w zasadzie zupełnie normalne życie, od przypadków cięższych niepełnosprawności lub wad letalnych. Ja nie potrafię tego oddzielić. Dla mnie życie każdej osoby, nawet z najcięższą niepełnosprawnością to życie, które ma taką samą wartość, jak moje własne. Myślę, że osoby z niepełnosprawnością nie powinny być dzielone na „fajne” i „niefajne”, na tych którzy są warci i niewarci życia.

Niestety w środowiskach opowiadających się za aborcją eugeniczną, również tych, które jednocześnie wspierają osoby niepełnosprawne, stosunkowo rzadko słyszę argumentację, która w jakikolwiek sposób przyjmowałaby za punkt wyjścia lub choćby uwzględniała „punkt widzenia” niepełnosprawnego dziecka, które ma być abortowane. Ja, gdy studiowałam to zagadnienie i zastanawiałam się nad tym, myślałam o tym również z tej perspektywy – żeby to dziecko było zaopiekowane, żeby jego cierpienie było zminimalizowane, a życie – nawet jeśli byłoby krótkie – miało jak najlepszą jakość. Mam wrażenie, że w gronie zwolenników aborcji brakuje zupełnie tej perspektywy. „Dziecko powoduje cierpienie kobiety i trzeba to cierpienie skrócić.” „Niepełnosprawne dziecko niszczy życie mamie, jest problemem dla rodziny, zagrożeniem”. Brakuje refleksji, że niepełnosprawny jest podmiotem, że jego życie ma samo w sobie wartość. Jest raczej myślenie – „Brońmy kobiety i rodziny przed kontaktem z niepełnosprawnością, bo to powoduje cierpienie”.

KAI: Jak ocenia Pani pojawiające się propozycje rozwiązania sporu wokół wyroku Trybunału Konstytucyjnego poprzez zakaz aborcji w przypadkach niepełnosprawności umożliwiających życie a umożliwienie jej w przypadkach wad letalnych?

- Gdyby dzieci np. z podejrzeniem Zespołu Downa, czy Zespołu Turnera (który przecież również widnieje w statystykach, jako przyczyna skierowań na terminację ciąży) były prawnie chronione, miałoby to z pewnością przynajmniej częściowy wpływ na realna ochronę życia znacznej grupy dzieci zagrożonych aborcją eugeniczną.

A jednak takie rozwiązanie jest dla mnie problematyczne, przede wszystkim z uwagi na dzielenie ludzi na „lepszych” i „gorszych”, których życie nie jest warte ochrony. A przecież również takie osoby rodzą się, żyją, organizujemy dla nich rehabilitację, opiekę w hospicjach. Przecież nie chcemy myśleć, że są dla innych „torturą”. Jest w tym dla mnie jakaś wielka niespójność.

Kolejny temat, to nieprecyzyjność sformułowania wada letalna. Słodkie przedszkolaczki z Zespołem Turnera, to często dziewczynki, których szanse na dożycie do porodu były bardzo niewielkie. Występował ogromny obrzęk płodu, ciężka wada serca, konieczna była poważna operacja. Dziecko mogło być nawet w cięższym stanie niż inne dziecko ze zdiagnozowanym poważnym uszkodzeniem.

Pamiętam - bardzo to przeżyłam - gdy w jednym z programów telewizyjnych mówiono o Zespole Edwardsa jako przypadku, który w 100 procentach kwalifikuje się do aborcji. Tymczasem my na pedagogice specjalnej oglądaliśmy reportaż o dziewczynce z tą wadą, która żyła szczęśliwie ok. 9 lat.

O które dziecko i dlaczego mamy walczyć? Czy możliwe jest stworzenie usystematyzowanej listy schorzeń kwalifikujących się do aborcji? Kto jest na granicy życia? Bardzo wiele zależy przecież od indywidualnego podejścia i interpretacji lekarza.

KAI: Wiele kobiet deklaruje jednak, że konieczność donoszenia ciąży w przypadku wielkiej deformacji i nieuniknionej śmierci dziecka wiązałaby się dla nich z traumą nie do przezwyciężenia.

- Tak, rodzice mogą być przerażeni taką diagnozą i to jest wielkie cierpienie. Chciałabym jednak w tym kontekście zwrócić uwagę na podejście i język, jakim mówimy o tych wadach. Ja sama podczas dyskusji nt. aborcji dostaję zdjęcia dzieci z różnymi poważnymi wadami. Ktoś wyszukuje te obrazy w Internecie, ktoś je rozsyła, nie znając ani tego dziecka, ani jego rodziców ani jego historii. Nie ma tam szacunku do człowieka – to zdjęcie „potworka”, który ma straszyć. Mówi się o takim dziecku jak o jakimś nowotworze. Jak inaczej wyglądają zdjęcia z hospicjum perinatalnego, gdzie dzieci mają ubranka i zabaweczki. Zdarza się, że wyjeżdżają w wózeczkach do ogródka. A przecież to są takie same dzieci!

Obserwuję stronę chłopca z wadą, która polega na deformacji kończyn. Jego mama publikuje informacje o nim i o jego postępach ilustrując to pięknymi zdjęciami. A przecież temu samemu chłopcu można by było zrobić zdjęcie, którym by można było straszyć innych nim i jego niepełnosprawnością…

KAI: „Sprzeciwiam się aborcji, ale kobieta powinna mieć wybór”, albo „prawem nie zmienia się sumień” – takie opinie pojawiają się często, również w środowiskach ludzi wierzących. Jak Pani by się do tego odniosła?

- Być może część osób wyraża w ten sposób swój dystans do działań politycznych i ogólne rozczarowanie polityką. Mam jednak wrażenie, że większość deklaruje jednak trochę coś innego, a mianowicie „jestem katolikiem i sam nie dokonałbym aborcji ale uważam, że są przypadki, w których może być ona rozwiązaniem akceptowalnym, czyli w praktyce, w pewnych sytuacjach ją popieram”. Nie wiem, czy te osoby widzą, że coś tu się jednak nie zgadza. Hasło „wybór nie nakaz” w praktyce oznacza poparcie dla przesłanki eugenicznej umożliwiającej legalną aborcję.

Jeśli chodzi o przekonanie, że „prawem nie zmienia się sumień”, wydaje mi się ono przynajmniej w tym sensie fałszywe, że prawo na pewno uczy ludzi i wpływa na ich wybory. Karin Struck, lewicowa działaczka i pisarka niemiecka bardzo popularna w latach 70-tych i 80 –tych, dokonała w pewnym momencie aborcji, gdyż znajdowała się w środowisku, w którym to było zupełnie normalne. W związku z zabiegiem przeżyła gigantyczny kryzys psychiczny, o którym zaczęła mówić bardzo otwarcie, co zresztą spowodowało, że całe to środowisko zupełnie się od niej odwróciło. W swojej książce „Widzę moje dziecko we śnie” Karin Struck pisze, że nie poddałaby się aborcji, gdyby nie byłaby ona legalna. Ta legalność uspakaja. Przecież nie może być czymś dramatycznie złym coś, co jest dostępne normalnie jako zabieg w szpitalu!

Wspominałam już o tym, jak zmieniła się atmosfera wokół aborcji po uchwaleniu ustawy w 1993 r. Skądinąd myślę też, że szerokie społeczne poparcie dla aborcji eugenicznej wynika również z zawartych w tej ustawie przesłanek: ludzie nauczyli się, że aborcja niepełnosprawnego dziecka to może być dobry wybór.

Oczywiście na nasze podejście do ochrony życia wpływa nie tylko polskie prawo ale również to, jak to wygląda w innych państwach. Dlatego w dużej części społeczeństwa głęboko zakorzenione jest przekonanie, że aborcja to coś zupełnie normalnego i że nie warto nawet na ten temat dyskutować.

KAI: Jak rozmawiać ze zwolennikami aborcji?

- Wszyscy zadajemy sobie to pytanie. Sama mam Zespół Turnera, mam kontakt z bardzo wieloma osobami niepełnosprawnymi w różnym stopniu – i na polu zawodowym i prywatnym. Interesuję się, jak działają hospicja perinatalne, związane z tymi najgłębszymi wadami. Chcę się angażować i pomagać i mam już w tym pewne doświadczenie. Jednak, zdaniem wielu zwolenników aborcji, z którymi zdarza mi się rozmawiać, to moje doświadczenie nie daje mi nawet prawa bycia wysłuchaną. Moje refleksje i argumenty nie są w ogóle przyjmowane. Po prostu dobry człowiek popiera aborcję i już. Mam wrażenie, że to jest główny argument niektórych osób.

Trzeba będzie rozmawiać długo a efekty nie przyjdą od razu. Na pewno rozmawiać z szacunkiem.

I to co bardzo ważne – pokazywać, że nie chodzi tylko o ochronę życia nienarodzonych niepełnosprawnych dzieci ale również realne wsparcie i godne życie dla narodzonych.

rozmawiała Maria Czerska

CZYTAJ DALEJ

#NiezbędnikAdwentowy: Nowy początek!

Co gdyby znany z dzieciństwa czekoladkowy #KalendarzAdwentowy przenieść w sferę duchową?
Portal niedziela.pl na czas Adwentu przygotował specjalny internetowy kalendarz adwentowy.
#NiezbędnikAdwentowy to cykl rekolekcyjny, w którym każdego dnia, odkrywając kolejne okienko kalendarza, będziecie odkrywać nowe materiały pomocne w duchowym wzroście.
Oprócz tego każdego dnia będzie czekało na Was duchowe wyzwanie.
Przeżyjmy ten wyjątkowy czas razem.
Niech to będzie nowy początek!

1

29 listopada

2

30 listopada

3

1 grudnia

4

2 grudnia

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

Promuj akcję na swojej stronie internetowej

Wklej kod na swojej stronie internetowej (750px x 200px)

Niezbędnik adwentowy
<a href="https://www.niedziela.pl/adwent"><img src="https://www.niedziela.pl/download/baner-niezbednik-adwentowy-750x200.jpg" alt="niedziela.pl - #NiezbednikAdwentowy" /></a>

Wklej kod na swojej stronie internetowej (300px x 300px)

Niezbędnik adwentowy
<a href="https://www.niedziela.pl/adwent"><img src="https://www.niedziela.pl/download/baner-niezbednik-adwentowy-300x300.jpg" alt="niedziela.pl - #NiezbednikAdwentowy" /></a>

Jeżeli potrzebujesz banera o innym rozmiarze lub umieściłeś baner, napisz do nas: internet@niedziela.pl

CZYTAJ DALEJ

#NiezbędnikAdwentowy: Nieustająca Pomoc

2020-12-02 00:01

[ TEMATY ]

Adwent2020

#NiezbędnikAdwentowy

Niezliczone są Jej wizerunki w domach prywatnych. W tysiącach kościołów i kaplic na całym świecie, odprawiane jest też cotygodniowe nabożeństwo, czyli Nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

Wytrwaj w modlitwie.
– Wytrwaj, choćby twój wysiłek wydawał się daremny.
– Modlitwa jest zawsze owocna.

św. Josemaría Escriva

Ojciec Święty Jan Paweł II wielokrotnie publicznie mówił o swoim przywiązaniu do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ikona ta towarzyszyła mu w ziemskiej wędrówce od dzieciństwa. Była obecna w jego życiu już w Wadowicach, następnie w Krakowie, modlił się przed nią w wielu świątyniach na świecie, gdzie tylko królowała, a on spotykał Ją na swojej pielgrzymiej drodze.

„Nabożeństwo do Matki Bożej w postaci tradycyjnej wyniosłem z domu rodzinnego i z parafii wadowickiej. W kościele parafialnym pamiętam boczną kaplicę Matki Bożej Nieustającej Pomocy, do której rano przed lekcjami ciągnęli gimnazjaliści. Potem z kolei w godzinach popołudniowych, po zakończonych lekcjach, ten sam pochód uczniów szedł do kościoła na modlitwę” - tak Ojciec Święty pisze o swoim przywiązaniu do Matki Bożej Nieustającej Pomocy już z lat dziecinnych w książce „Dar i tajemnica”. Nic dziwnego, że także w późniejszych latach Maryja w tej samej ikonie towarzyszyła Karolowi Wojtyle.

W wielu parafiach w Polsce nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy odprawiane jest w środy, jeżeli nie możesz wziąć w w nim udziału w swojej parafii, spróbuj dziś wieczorem skorzystać z modlitwy on-line.

Nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy

Nabożeństwo Nieustannej Nowenny do MB Nieustającej Pomocy jest publicznym nabożeństwem zaaprobowanym przez Stolicę Apostolską, polegające na wspólnej modlitwie przed ikoną MBNP w obranym dniu tygodnia, którego celem jest uwielbienie i dziękczynienie składane Bogu, za otrzymane łaski oraz przedkładanie próśb w modlitwie ufnej i wytrwałej za wzorem i przyczyną Maryi. Nieustanna Nowenna – sprawowana w kościołach i kaplicach, domach i szpitalach, transmitowana przez radio, telewizję i internet – umacnia dziś wiarę i modlitwę milionów wierzących.

Matka Nieustającej Pomocy

Pochodzenie wizerunku Matki Bożej Nieustającej Pomocy nie jest bezspornie ustalone. Według tradycji jego twórcą jest św. Łukasz Ewangelista. Droga ikony miała wieść z Antiochii, skąd pochodził święty, poprzez Konstantynopol (gdzie przebywała od IV do XV wieku), przez Kretę do Rzymu. Niektórzy znawcy szacują jej powstanie na XIII lub XIV wiek. Według legendy do Wiecznego Miasta przywiózł ją pewien kupiec uratowany z załogą podczas burzy morskiej za sprawą modlitwy przed ikoną. Po jego śmierci w 1499 r. obraz uroczyście przeniesiono do kościoła pw. św. Mateusza.

W dobie napoleońskiej świątynia została zburzona, jednak księża uchronili obraz przed profanacją, oddając go do kościoła św. Euzebiusza. Stamtąd został przeniesiony do kościoła św. Marii z Posterula, gdzie 40 lat wisiał zapomniany w bocznej kaplicy. Tam odnalazł go o. Michael Marchi, redemptorysta. Dzięki staraniom zakonnika papież Pius IX, który w dzieciństwie modlił się przed tym wizerunkiem Maryi, powierzył go redemptorystom. 26 kwietnia 1866 r. po odrestaurowaniu przez polskiego malarza Leopolda Nowotnego, w procesji, której towarzyszyły cudowne uzdrowienia, ikonę przeniesiono do kościoła pw. św. Alfonsa, gdzie wystawiona do kultu publicznego przebywa do tej pory. 23 czerwca 1867 r. odbyła się jej papieska koronacja. W 1876 r. zostało ustanowione święto Błogosławionej Dziewicy Maryi pw. Nieustającej Pomocy, którego celebrację ostatecznie ustalono na 27 czerwca. Papież Pius IX miał powiedzieć redemtorystom: „Uczyńcie ten obraz znany na całym świecie”. Ci wypełnili powierzoną sobie misję, gdyż w tysiącach kościołów i kaplic na całym świecie, gdzie znajdują się otoczone czcią kopie obrazu, odprawiane jest cotygodniowe nabożeństwo, czyli Nieustanna Nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Niezliczone są Jej wizerunki w domach prywatnych.

WYZWANIE: Dzisiejszego dnia odmów Różaniec. Niech to będzie modlitwa, w której przez serce Maryi oddasz Bogu to, co przysparza Ci najwięcej nerwów i strachu. Matka Boża Nieustającej Pomocy przypomina nam, że z Bogiem nasze życie zawsze będzie bezpieczne. Niech ten Różaniec będzie nowym początkiem. To co trudne zanieś z Maryją Bogu. On się o wszystko zatroszczy. Jezusowi naprawdę możesz zaufać. Matka Boża przypomina nam o tym nieustannie.

Promuj akcję na swojej stronie internetowej

Wklej kod na swojej stronie internetowej (750px x 200px)

Niezbędnik adwentowy
<a href="https://www.niedziela.pl/adwent"><img src="https://www.niedziela.pl/download/baner-niezbednik-adwentowy-750x200.jpg" alt="niedziela.pl - #NiezbednikAdwentowy" /></a>

Wklej kod na swojej stronie internetowej (300px x 300px)

Niezbędnik adwentowy
<a href="https://www.niedziela.pl/adwent"><img src="https://www.niedziela.pl/download/baner-niezbednik-adwentowy-300x300.jpg" alt="niedziela.pl - #NiezbednikAdwentowy" /></a>

Jeżeli potrzebujesz banera o innym rozmiarze lub umieściłeś baner, napisz do nas: internet@niedziela.pl

CZYTAJ DALEJ
NIE PRZEGAP
#NiezbednikAdwentowy

Reklama

Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję