Reklama

Widziane z Brukseli

Mury i zasieki

2015-09-01 14:03

Mirosław Piotrowski, Poseł do Parlamentu Europejskiego
Niedziela Ogólnopolska 36/2015, str. 45

Mateusz Banaszkiewicz

Unijni decydenci jak zwykle debatują, dzielą między poszczególne kraje liczbę uchodźców, a życie realne biegnie, toczy się obok.

Od wielu miesięcy Unia Europejska, czyli jej politycy, opracowuje plan wspólnych działań w sprawie uchodźców. Ci ostatni napierają coraz bardziej na frontowe granice Unii. Larum podnoszą nie tylko najbardziej narażone Włochy, ale i Węgry, Grecja, Niemcy, Francja i Wielka Brytania. Unijni decydenci jak zwykle debatują, dzielą między poszczególne kraje liczbę uchodźców, a życie realne biegnie, toczy się obok. Najbardziej spektakularnie sprawy w swoje ręce wzięły Węgry, gdzie rozpoczęto budowę 4-metrowego płotu kolczastego na granicy z Serbią. Ma on mieć 175 km długości. Władze tego kraju medialne ataki odpierają twierdzeniem, że po prostu zabezpieczają zewnętrzne granice Unii. W obawie przed terrorystami aspirująca do UE Turcja również buduje mur na granicy z Syrią. Nawet w nie tak bardzo odległej Tunezji, włączonej do Europejskiej Polityki Sąsiedztwa, wznoszony jest mur na granicy z Libią. Decyzje Unii i europejskich rządów w kwestii imigracji (a właściwie ich brak) niewątpliwie rozmijają się z oczekiwaniami społecznymi. W Niemczech, który to kraj ma przyjąć w ciągu roku 800 tys. uchodźców, dochodzi do protestów i demonstracji oraz podpaleń ośrodków dla uchodźców. Tylko w pierwszej połowie roku odnotowano w tym kraju 200 wystąpień przeciw nim. A to dopiero przedsmak unijnej pseudopolityki imigracyjnej. Już teraz problemy zaczynają się w Czechach i w Polsce, które nie są m.in. w stanie sprostać nadmiernie rozbudzonym oczekiwaniom uchodźców. Wielka Brytania w obawie przed napływem imigrantów z Francji odgradza się od tego kraju. Zamierza zbudować ogrodzenie wokół wejść do Eurotunelu biegnącego pod kanałem La Manche. Oficjalnie nazywa się to „wzmocnieniem granicy” z Francją, na które Londyn wydał już 12 mln funtów. Coraz częściej słychać, że poważnie zagrożony jest jeden z podstawowych filarów Unii Europejskiej, mianowicie swobodny przepływ osób. Ale cóż dzieje się z innymi filarami, np. Wspólną Polityką Zagraniczną i Bezpieczeństwa? Ot, wystarczy zerknąć na Estonię, która... planuje zbudować zasieki, czyli 2,5-metrowy płot kolczasty na granicy z Rosją. Słowem, okopujemy się, a należałoby wyjść na zewnątrz. Trzeba jasno powiedzieć, że nie jesteśmy w stanie przyjąć milionów uciekinierów. W związku z tym kraje Unii powinny być aktywne w Afryce Północnej oraz innych częściach świata, pomagając rozwiązywać problemy tam, na miejscu. Nie tylko ONZ, ale przede wszystkim europejscy misjonarze i misjonarki skutecznie pomagają dzieciom, ubogim, chorym, niewykształconym np. w Afryce, jednakże ich do Europy nie przywożą, nawet na wycieczkę. Na tej obserwacji rzeczywistości plany oraz inicjatywę unijnej polityki imigracyjnej oprzeć powinien np. szef Rady Europejskiej. Ale cóż, obecnie podobno niemal całkowicie pochłonięty on jest tasowaniem list wyborczych Platformy Obywatelskiej.

Tagi:
Unia Europejska

Reklama

Polska jako znak sprzeciwu

2019-07-31 10:15

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 31/2019, str. 30-31

Czy dobra zmiana w Unii Europejskiej jest możliwa? – pyta prof. Pawła Bromskiego Wiesława Lewandowska

Grzegorz Boguszewski
Prof. Paweł Bromski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Święty Jan Paweł II miał marzenie – po raz pierwszy wyraził je w Gnieźnie w 1979 r. – o „duchowej jedności chrześcijańskiej Europy”. W 1997 r. mówił już o misji, jaką Polacy oraz narody środkowej Europy mogą spełnić w zjednoczonej Europie, a jeszcze później – że wejście tych państw do Unii Europejskiej „może stanowić ubogacenie Europy”. Dlaczego, Panie Profesorze, te papieskie marzenia okazały się niespełnialne?

PROF. PAWEŁ BROMSKI: – Dlatego, że – jak sam Jan Paweł II przestrzegał w encyklice „Centesimus annus” – demokracja bez wartości przemienia się „w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. I moim zdaniem, właśnie taką sytuację mamy w Unii Europejskiej, gdzie demokracji jest jak na lekarstwo, gdzie bezwzględnie rządzą najsilniejsi. Wprawdzie Parlament Europejski (PE) pochodzi z wyboru, ale to jedyna instytucja demokratyczna w Unii i być może właśnie dlatego ma niewiele do powiedzenia. Naprawdę najważniejszą instytucją UE jest Europejski Bank Centralny, który zarządza finansami wspólnej Europy. I dlatego po ostatnich wyborach między Francją a Niemcami stoczyła się ostra walka o stanowisko szefa tego banku; zwyciężyli Francuzi. Wszystkie pozostałe instytucje unijne – przede wszystkim Komisja Europejska – są podobnie na wskroś niedemokratyczne i zdominowane przez najsilniejsze państwa. I to z całą pewnością się nie zmieni. Niewątpliwie UE z roku na rok zmienia się na gorsze.

– I coraz wyraźniej zmierzamy w kierunku utworzenia jednego wielkiego państwa europejskiego zarządzanego przez najsilniejszych?

– Utworzenie jednego wspólnego państwa jest celem dzisiejszych przywódców Unii. Nowa szefowa KE Ursula von der Leyen ma poglądy tak samo socjalistyczne jak reszta głównych przywódców Unii i z pewnością będzie popierała narzucane przez nich cele, czyli toczące się już procesy federalizacyjne.

– Przed ostatnimi wyborami europejskimi pojawiły się jednakże pewne nadzieje na odwrót od obecnego kursu, jako że w wielu państwach do głosu zaczęły dochodzić siły prawicowe, konserwatywne...

– Okazało się jednak, że w PE absolutną dominację mają nadal siły lewicowe. Mimo że największym beneficjentem tych wyborów jest chadecja, to musimy pamiętać, że dzisiejsza europejska chadecja jest chadecją tylko z nazwy, a w istocie jest to ugrupowanie socjalistyczne. Dlatego trudno liczyć na zawrócenie lewicowego nurtu Unii, na jakąkolwiek – w naszym rozumieniu – dobrą zmianę.

– Chyba że przeforsujemy ją własnymi siłami, np. przez realizację projektu Trójmorza?

– Trójmorze to nie jest jeszcze projekt polityczny; polega na zacieśnieniu gospodarczo-ekonomicznych więzi między krajami środkowej Europy przez budowę połączeń drogowych, kolejowych i – co najważniejsze – gazowych, które zapewnią uniezależnienie się tych krajów od rosyjskich dostaw gazu. Dopiero na tym gruncie można będzie kiedyś zbudować jakiś silniejszy układ polityczny wewnątrz Unii Europejskiej. Jest to, oczywiście, projekt bardzo niewygodny dla dzisiejszych przywódców Unii, zwłaszcza dla Niemców, którzy budują Nord Stream 2 i bez skrupułów zacieśniają swe odwieczne związki z Rosją, która jest dla nich bezcennym zapleczem surowcowym.

– To znaczy, że Niemcy, wspierając uzależnienie energetyczne Europy od Rosji, skazują ją w jakiś sposób także na humory i wpływy polityczne Kremla?

– Można tak powiedzieć. Bardzo przy tym krytykują Polskę, która stara się od tej niebezpiecznej zależności uwolnić przez coraz większe zakupy gazu amerykańskiego i zamiar przesyłania go do krajów Trójmorza. Ale nie martwmy się na zapas tym niemiecko-rosyjskim sojuszem, bo – paradoksalnie – im będzie on mocniejszy, tym lepiej dla nas.

– Jak to?

– W takiej sytuacji Polska staje się niemal jedynym pewnym przyczółkiem dla obecności Stanów Zjednoczonych w Europie, z czego przecież nie mogą one zrezygnować, chcąc zachować swój status globalnego przywództwa. Zwłaszcza że także stosunki USA z Wielką Brytanią okazały się dalekie od doskonałości... Mamy więc szansę stać się głównym partnerem Amerykanów w Europie, a tym samym zyskać większe poczucie bezpieczeństwa.

– Opozycja już ostrzega, że to zacieśnianie polsko-amerykańskiego partnerstwa może grozić marginalizacją Polski w Unii Europejskiej, wymiernymi stratami finansowymi. Nie powinniśmy się tego obawiać?

– Tak czy inaczej znajdujemy się dziś na marginesie Europy... Ale w żadnym razie nie musimy się obawiać, że za karę ktoś zechce nas wyrzucić z Unii, bo pozostałe kraje, głównie Niemcy, mają z Polski wciąż wielkie korzyści gospodarcze. Trzeba by tu przypomnieć, że już w tzw. okresie przedakcesyjnym, w ciągu pięciu lat – jak wynika z naszych obliczeń – bilans wymiany handlowej wynosił ok. 50 mld dol. na naszą niekorzyść. Otworzyliśmy szeroko granice, import do Polski, głównie niemiecki, był tak olbrzymi, że w gruncie rzeczy finansowaliśmy wówczas niemieckie fabryki i miejsca pracy w Niemczech. Nadal w pewnym sensie tak właśnie jest...

– ...a wszelkie wysiłki polskiego rządu, by tak nie było – np. wyraźny rozwój gospodarczy, reformy państwa – spotykają się z nieprzejednaną krytyką ze strony unijnych przywódców...

– ...oraz polskiej opozycji, która już nawet nie ukrywa, że jest wyraźnie proniemiecka. Zresztą, jak przyznał publicznie jeden ze współtwórców głównego członu partii opozycyjnej – jednej z partii liberalno-demokratycznej – jej założyciele przyjęli walizkę pieniędzy od niemieckiej Fundacji Konrada Adenauera na założenie tej partii.

– Niewątpliwie o randze Polski w Unii Europejskiej będzie stanowić pomyślna realizacja wielkiego geopolitycznego projektu Trójmorza jako ważnego składnika europejskiej wspólnoty. Czy, zdaniem Pana Profesora, jesteśmy już blisko tego celu? Czy to raczej nadal tylko kolejne marzenie?

– Wydaje się, że już chyba nic nie stoi na przeszkodzie, bo, co najważniejsze, zyskaliśmy finansowanie UE na budowę odpowiedniej infrastruktury, państwa Trójmorza już zabrały się do budowy poszczególnych jej odcinków, rozbudowujemy terminal gazowy w Świnoujściu, będziemy budować nowy w Gdańsku. Szkoda tylko, że nie przyjęliśmy chińskiej propozycji tzw. szlaku jedwabnego, prawdopodobnie skorzystają z tego Niemcy...

– To ze względu na nasze związki ze Stanami Zjednoczonymi?

– Niewątpliwie tak. Chiny są dziś największym konkurentem Stanów Zjednoczonych, Polska musiała więc dokonać wyboru; wybraliśmy solidarność z Ameryką.

– Chęć udziału w projekcie Trójmorza wyraziły także Niemcy. Czy Polska – jako główny projektodawca – powinna się na to zgodzić?

– Na szczęście Niemcy nie zostały zaproszone jako pełnoprawny członek projektu, uczestniczą w tym tylko w charakterze obserwatora. Wiadomo, że są bardzo pilnym obserwatorem, jako że ten projekt zagraża ich hegemonii w Unii Europejskiej. Uważam, że w żadnym razie nie można dopuścić do udziału Niemiec – a nawet do udziału Austrii, która się o to bardzo stara – w tym przedsięwzięciu, bo wówczas Niemcy bezwzględnie przejmą nad nim rządy i zrobią, co zechcą dla własnej korzyści. Trzeba brać pod uwagę także to, że państwa bałkańskie, które aspirują do wejścia do UE, są bardzo łatwe do przekupienia przez Niemcy. Także państwa – poza Rumunią – tworzące obecnie projekt Trójmorza mają doskonałe kontakty z Niemcami... Tak więc wszystko jest możliwe.

– Nie ma zatem pewności co do tego, że Trójmorze okaże się geopolitycznym sukcesem Polski?

– W geopolityce w ogóle nie można mówić o jakiejkolwiek pewności. Jak widzimy na przykładzie Unii Europejskiej, która przecież działa pod bardzo szczytnymi hasłami solidarności, równości itd., przecież nie ma w niej ani równości, ani solidarności.

– Podobnie zwodnicze jest hasło stworzenia jednego wielkiego, szczęśliwego państwa europejskiego?

– Proces federalizacji Europy postępuje bez większego rozgłosu, ale objawia się istnieniem w UE konkretnych instytucji, jak np. Rada Regionów. Wiele wskazuje na to, że obecnie rządzący Unią chcą za wszelką cenę rozbić państwa narodowe na regiony, licząc na ogromne korzyści dla siebie. Dla większości europejskich krajów to wielkie zagrożenie. Federalizacja oznacza np. wspólne pisanie historii europejskiej. Nie ma żadnego powodu, by Polska rezygnowała ze swej tysiącletniej historii, by pozwalała na jej zakłamywanie, co już dziś ma miejsce, bo np. mówi się o współwinie Polaków za Holokaust, wymazuje się z historii winę Niemców i mówi się o jakichś bliżej niezidentyfikowanych nazistach...

– W Polsce obecna partia opozycyjna od dawna całkiem konkretnie – lecz nie nazywając rzeczy po imieniu – stara się wspierać ideę federalizmu; ostatnio zaproponowano np. likwidację województw... To byłby początek zwijania państwa polskiego?

– Rzeczywiście, Platforma Obywatelska najwyraźniej wspiera europejski plan, według którego samodzielne regiony Europy miałyby być związane z wielkimi miastami jako silnymi ośrodkami gospodarczymi i cywilizacyjnymi. Tym bardziej to niebezpieczne, że samorządy większości dużych polskich miast są dziś w rękach właśnie tej partii. Gdyby powiódł się plan rugowania terenowych przedstawicielstw państwa, jakimi są urzędy wojewódzkie i wojewodowie, mogłoby to doprowadzić do poważnego osłabienia władzy centralnej, a w konsekwencji – do rozbicia państwa.

– Mielibyśmy w Polsce już nie jedno – jak przed wojną – ale wiele wolnych miast, w których żyją „prawdziwi Europejczycy”...

– Takie miasta-państwa i ich okolice zagarniałyby dosłownie wszystko, od podatków poczynając, na mediach kończąc. Ten projekt obejmuje rozbijanie i likwidowanie wszystkiego, co centralne, ogólnopolskie i państwowe. Jednym z widocznych sygnałów zdradzających dążenie w tym kierunku są, głoszone przez Platformę, np. zapowiedzi likwidacji ogólnopolskiej telewizji publicznej.

– A z drugiej strony każda próba ulepszania władzy państwowej – czego domaga się większość Polaków – jest napiętnowana przez UE jako zamach na demokrację; polski patriotyzm jest uznawany za faszyzm, a determinacja polskiego rządu – za totalitaryzm. I nie jesteśmy w stanie, Panie Profesorze, obronić się przed tego rodzaju pomówieniami!

– Mimo wszystko trzeba robić swoje, we własnym interesie. Za wszelką cenę nie można dopuścić do przerwania „kapilarności” władzy, czyli sprawnego współdziałania rządu z samorządami dla dobra całej Polski. A ponadto nie zapominajmy o marzeniu Papieża Polaka, choćby na przekór całej Europie, w której wciąż wzmaga się walka z religią, wiarą, a w szczególności z Kościołem katolickim. Mamy obowiązek być znakiem sprzeciwu.

* * *

Prof. Paweł Bromski
Historyk filozofii politycznej, rektor Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki. Autor kilkudziesięciu publikacji naukowych i artykułów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ostanie pożegnanie diakona Mateusza Niemca

2019-09-10 07:17

Ks. Wojciech Kania

W kościele św. Jana Chrzciciela w Nisku odbyło się ostatnie pożegnanie diakona Mateusza Niemca. Mszy św. pogrzebowej przewodniczył bp Krzysztof Nitkiewicz.

Ks. Wojciech Kania

Uroczystości pogrzebowe diakona Mateusza Niemca rozpoczęły się 8 września w kościele św. Michała Archanioła w Sandomierzu. Mszy św. żałobnej przewodniczył bp pomocniczy senior Edward Frankowski. Wraz z nim Eucharystię sprawowali: ks. Rafał Kułaga, rektor seminarium wraz z księżmi wychowawcami i profesorami oraz duże grono kapłanów. We Mszy św. uczestniczyli alumni, siostry zakonne, pracownicy świeccy sandomierskiej uczelni oraz rodzina zmarłego diakona. Homilię wygłosił ks. Szymon Brodowski, ojciec duchowny seminarium. Po Mszy św. odbyło się czuwanie modlitewne za śp. diakona Mateusza zakończone wspólną modlitwą różańcową oraz Apelem Jasnogórskim.  

Główne uroczystości pogrzebowe odbyły się w parafii św. Jana Chrzciciela w Nisku z której pochodził diakon Mateusza. Mszy św. przewodniczył bp Krzysztof Nitkiewicz. Koncelebrowali profesorowie seminarium duchownego oraz grono kapłanów. W modlitwie żałobnej uczestniczyli licznie zebrani parafianie z parafii rodzinnej oraz parafii w Kocudzy, gdzie posługiwał diakon Mateusz na praktyce duszpasterskiej.

Zobacz zdjęcia: Uroczystości pogrzebowe diakona Mateusza Niemca

Rozpoczynając liturgię pogrzebową, bp Nitkiewicz podziękował rodzicom śp. diakona Mateusza za syna i złożył wyrazy współczucia całej rodzinie. - Podobnie jak w momencie wstąpienia Mateusza do Seminarium Duchownego ofiarowaliście go Chrystusowi, miejcie siłę, aby uczynić to teraz po raz drugi. On i wy znajdziecie w ten sposób pokój ponieważ Chrystus jest pokojem - powiedział biskup.

Homilie wygłosił ks. Rafał Kułaga rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu. Oczywiście gromadzi nas na tej uroczystości smutek, ból i żal. Bo żegnamy diakona, który był nam bliski, z którym przeżyliśmy wiele wspólnych chwil, który – po ludzku sądząc nie tylko mógł, ale powinien jeszcze cieszyć się życiem. Miał przecież tylko 25 lat. I choć wielu wydawać się może, że człowiek potrafi bardzo dużo, to jednak staje bezradny wobec nadchodzącej nieuchronnie śmierci. Na nią trzeba być gotowym w każdej chwili, do niej przygotować się trzeba, bo nasze życie jest kruche i ułomne. Wobec śmierci wszyscy stajemy bezradni. Możemy tylko na nią czekać, ale czekać aktywnie, czyniąc jak najwięcej dobra – powiedział ks. rektor Rafał Kułaga.

Po Mszy św. kondukt żałobny wyruszył na cmentarz w Nisku, gdzie zostało złożone ciało diakona Mateusza.

Diakon Mateusz Niemiec zmarł w szpitalu w Lublinie w wieku 25 lat. Niedługo przed święceniami kapłańskimi, które miał przyjąć tego roku uległ poważnemu wypadkowi. Od tego czasu przebywał w śpiączce w szpitalu. Miał zapewnioną troskliwą opiekę szpitalną oraz otoczony był w całej diecezji modlitwą. Lekarze mimo ciągłych starań nie dali rady uratować jego życia. Zmarł 5 września. Cechowała go pogoda ducha, życzliwość i chęć niesienia pomocy innym. Był zaangażowany w duszpasterstwo osób niesłyszących. Wśród wychowawców seminarium duchownego oraz kolegów cieszył się bardzo dobrą opinią jako człowiek pracowity i odpowiedzialny. Uroczystościom pogrzebowym przewodniczył bp Krzysztof Nitkiewicz.

Diakon Mateusz Niemiec urodził się 26 kwietnia 1994 r. w Stalowej Woli. Należał do parafii św. Jana Chrzciciela w Nisku. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej nr 5 w Nisku zaczął uczęszczać do Liceum Ogólnokształcącego im. KEN w Stalowej Woli. W 2013 r., po zdaniu egzaminu dojrzałości wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zaatakowano księdza z Najświętszym Sakramentem!

2019-09-15 20:34

Red.

Ksiądz idący do chorego w pierwszy piątek września został zelżony i uderzony – wynika ze słów metropolity częstochowskiego księdza arcybiskupa Wacława Depo. Hierarcha opowiedział o tym fatalnym wydarzeniu w rozmowie z „Niedziela TV”.

Bożena Sztajner/Niedziela

W wywiadzie metropolita częstochowski opisał wydarzenie, do jakiego doszło w pierwszy piątek września. Wtedy też siedzący na ławce pijany mężczyzna zaatakował księdza idącego do chorego z Ciałem Pańskim. Atak najpierw miał wymiar słowny, a następnie fizyczny (uderzenie w twarz). Pierwszy z ciosów napastnika dotarł do duchowego, zaś przed drugim ksiądz zdołał się zasłonić. Następnie na pomoc kapłanowi przyszli przechodnie. W trakcie interwencji policji ksiądz zdecydował, że nie wniesie oskarżenia.

Jednak zdaniem arcybiskupa Wacława Depo zapisanie nazwiska sprawcy byłoby zasadne, gdyż jest on mieszkańcem konkretnej parafii i powinny zostać wobec niego wyciągnięte społeczne konsekwencje. Hierarcha przywołał tutaj przykład papieża Jana Pawła II, który miłosiernie przebaczył Mehmetowi Ali Ağcy, jednak wymiar sprawiedliwości podejmował działania, a terrorysta znalazł się w więzieniu.

„Takie sytuacje kiedyś się nie zdarzały, a teraz w #Częstochowa kapłan idący z Komunią Świętą do chorego został pobity” – napisał na Twitterze dziennikarz tygodnika „Niedziela” Artur Stelmasiak, który opublikował także fragment rozmowy z arcybiskupem Depo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem