Wskazuje na to nie tylko użycie słowa „my” („we will have no further dealings, contacts, or communications with Marshal of the Sejm Czarzasty”), ale logika dyplomacji i ranga słów oraz tej decyzji. Duża część komentatorów, polityków i dziennikarzy mylnie, a niektórzy pewnie świadomie, przedstawiają całą sprawę jakby to był polityczny „foch” na marszałka Czarzastego za to, że ten nie poparł koncepcji pokojowej nagrody Nobla dla Donalda Trumpa. Jako marszałek, jak inni przewodniczący parlamentów europejskich, osobiście mógł swoje stanowisko w tej sprawie przedstawić. Jak to zrobił to już inna kwestia, do której wrócę później.
Reklama
Nie poszło jednak o nagrodę Nobla, bo nawet jeśli prezydentowi USA bardzo na niej zależy, to z pewnością tak radykalne posunięcie naszego największego sojusznika wiązało się z tym wszystkim co Czarzasty przy okazji powiedział, bo lider Lewicy nie ograniczył się do dyplomatycznego „nie”, ani samej decyzji, którą na przykład mógł przekazać bezpośrednio i bez całej negatywnej otoczki. Gdy do Sejmu wpłynęła korespondencja w związku z inicjatywą przewodniczącego Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych Mike'a Johnsona oraz przewodniczącego Knesetu państwa Izrael pana Amira Ochanny w sprawie poparcia przez marszałka Sejmu RP ich starań dla przyznania prezydentowi Donaldowi Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla – wielu domyślało się, że Czarzasty wykorzysta tę okazję do nabicia sobie politycznych „antyamerykańskich” punktów. Wskazywał na to choćby fakt, że poinformował o tym przed Pomnikiem Żołnierzy Poległych na Misjach i Operacjach Wojskowych Poza Granicami Państwa, wcześniej potępiając słowa Donalda Trumpa o „trzymających się z tyłu” żołnierzach NATO w Afganistanie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Kto napisał marszałkowi oświadczenie?
Antyamerykański serial Czarzastego trwa już długo. Wydarzenie z wykorzystaniem bohaterstwa polskich żołnierzy było tylko jednym z odcinków. Nie pierwszym i nie ostatnim. Minęło kilka dni i marszałek w Sejmie zwołał konferencję prasową, na której wygłosił główne tezy propagandowe antyamerykańskiej narracji, które też trafiły na oficjalną stronę polskiego Sejmu.
Reklama
Mówił wprost, że „ład oparty na prawie międzynarodowym odchodzi niestety powoli w przeszłość”, a w jego miejsce „w polityce międzynarodowej zaczyna dominować siła”. I nie była to uwaga ogólna, lecz jednoznacznie skierowana pod adresem obecnej polityki USA, którą marszałek Sejmu opisał jako „politykę siły i politykę transakcyjną”, prowadzącą do „łamania zasad, wartości i często prawa międzynarodowego”. To w tym kontekście padło stwierdzenie, że budowanie – w ramach nowej strategii bezpieczeństwa USA – nowych formatów pod amerykańskim patronatem jest „ułudne”. W ten sposób Włodzimierz Czarzasty oskarżył naszego największego sojusznika o oszustwo, sam wprowadzając opinię publiczną w błąd tekstami o tym, że prezydent Trump destabilizuje NATO, ONZ czy WHO i nie wzmacnia, lecz osłabia bezpieczeństwo Zachodu. Przy okazji Czarzasty pozwolił sobie na skandaliczne alegorie, które w jego ustach brzmią jeszcze bardziej cynicznie, czyli porównał politykę USA z polityką ZSRR, mówiąc, że „siła to element systemu, którego Polska była wielokrotnie ofiarą”.
Do tego doszło coś, co jest najwspanialszą melodią do rosyjskiej muzyki, czyli zanegowanie szczególnej, uprzywilejowanej relacji Polski z USA. Marszałek mówił o „myśleniu magicznym, ułudnym o szczególnej roli Polski w stosunku do Stanów Zjednoczonych”, podkreślając, że realnym podmiotem w starciu z USA i Chinami może być wyłącznie „silna Unia Europejska, mówiąca jednym głosem” (ach, jak pięknie się to wkomponowuje w plan niemieckiego rządu, który wprost ogłosił dążenie do superpaństwa UE).
I właśnie ten zestaw tez — nie sam Nobel, lecz kłamstwa na temat amerykańskiej polityki, podważenie jej moralnej legitymacji i de facto odrzucenie statusu naszego sojusznika — był prawdziwym powodem gwałtownej reakcji ambasadora. Administracja Donalda Trumpa nie jest ani ślepa, ani głucha i zdaje sobie sprawę, że antyamerykańska krucjata Włodzimierza Czarzastego trwa już długo i jest świadomą polityką ekipy rządzącej Donalda Tuska.
Reklama
Jeśli ataki lidera Lewicy na prezydenta USA są regularne i coraz ostrzejsze, miały już kilka odsłon, w tym grę polskimi żołnierzami i ich bohaterstwem, to zasadnym staje się pytanie: co jest celem takiego „serialu”? Zwróćcie uwagę, że przez ten czas premier Tusk ani razu nie przywołał swojego marszałka do porządku. Zrobił to świadomie, bo wobec niego Berlin też ma konkretne oczekiwania. Jest potrzebny niemieckiemu rządowi do pokrzykiwania na USA, czego oni sami nie zrobią wprost i dlatego (jak zwykle) do brudnej roboty znajdują sobie innych. Z kolei Donald Tusk musi jednak zachować jakiekolwiek pozory, więc do spełnienia tych rosnących oczekiwań potrzebuje nowego Janusza Palikota do jeszcze ostrzejszych ataków na administrację Trumpa, a jest nim dziś Włodzimierz Czarzasty.
W tej całej sprawie i burzy, jaką wywołał wpis ambasadora Rose’a nie chodziło więc o urażoną ambicję, o jedną konferencję prasową ani o Pokojową Nagrodę Nobla. Chodziło o czytelny sygnał, że Waszyngton „widzi grę”, którą prowadzi dziś ekipa Donalda Tuska — grę na dwa fronty, z antyamerykańską narracją wypychaną na pierwszy plan przez marszałka Sejmu i wygodnym milczeniem rządu w tle.
Administracja USA nie reaguje na emocje, lecz na fakty i powtarzalne wzorce. A te są jasne: podważanie sensu amerykańskiego przywództwa, relatywizowanie roli NATO i wpisywanie Polski w projekt polityczny, w którym kluczowe decyzje zapadają nie w Warszawie, tylko w Berlinie i Brukseli. Ostra reakcja ambasadora nie była więc wyjątkiem, lecz konsekwencją — bo w tej rozgrywce Stany Zjednoczone dokładnie wiedzą, kto mówi własnym głosem, a kto tylko odgrywa przypisaną mu rolę.
