- Przede wszystkim jestem tu po to, żeby sprawić radość, zabezpieczyć miejsce, wyżywienie i opiekę mieszkankom, które są w naszym domu. Mamy pełne obłożenie – 73 mieszkanki. Gdyby nie zespół, który jest wielkim wsparciem, nie zrobilibyśmy nic. Pracuje tutaj prawie 50 osób – zakonnych i świeckich. Są opiekunki, terapia zajęciowa, psycholog, osoby z wykształceniem medycznym, pracownicy socjalni i baza rehabilitacyjna. Bez tego nie dalibyśmy rady - podkreśla s. Wirginia, która jest w zgromadzeniu prawie 40 lat. Wcześniej pracowała jako pielęgniarka w Domu Pomocy Społecznej dla dzieci nieuleczalnie chorych, była katechetką, organistką, posługiwała w kościołach. - Zawsze chciałam pracować wśród młodych ludzi. Pan Bóg sprawił inaczej – jestem wśród osób starszych, ale je tak bardzo kocham. Czasami zapominam mówić do nich per pani, tylko mówię: ‘babciu, moja kochana’. A one czasami są zdziwione, bo nie mają wnuków. To mówię: to ja będę wnuczką.
Reklama
Do domu kierowane są kobiety przewlekle somatycznie chore. Część z nich leży, część porusza się samodzielnie lub przy wsparciu. - Przede wszystkim dbamy, żeby panie leżące nie miały odleżyn, żeby były dokarmiane, dopajane według diety ustalonej przez dietetyka. Osoby chodzące korzystają z terapii zajęciowej, z rehabilitacji, z pomocy wolontariuszy, którzy przychodzą na spacery czy organizują wyjazdy. To pomaga, żeby życie tutaj było pełniejsze - podkreśla siostra.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Ważnym elementem jest wymiar duchowy. Na miejscu znajduje się kaplica, a pięć razy w tygodniu sprawowana jest Eucharystia. - Mamy kapelana – ojca franciszkanina z Karłowic. Msza święta jest pięć razy w tygodniu, zapewnione są sakramenty: spowiedź, namaszczenie chorych. Oczywiście nic na siłę – szanujemy godność i oczekiwania każdej osoby. Modlimy się razem: różaniec, Droga Krzyżowa w Wielkim Poście, nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. I to jest niesamowite, bo mieszkanki same wychodzą z inicjatywą modlitwy. One nas też wspierają - zaznacza s. Wirginia.
Jedną z mieszkanek jest 77-letnia pani Joanna Paczkowska, Wrocławianka, z wykształcenia mikrobiolog. W DPS-ie mieszka od czterech lat. - Czuję się bardzo dobrze. Jedzenie bardzo dobre, czyściutko, przepraszam, siostra dyrektor jest wspaniała, opiekunki bardzo dobre, wyżywienie bardzo dobre. Czyściutko, milutko, skromniutko, ale fajnie.
W swoim pokoju ma obrazy Jezusa i Matki Bożej, kalendarz, radio. - Bardzo lubię radia słuchać. Rano zawsze się modlimy, rozmawiamy, Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo. Bierzemy Boga do naszego dnia.”
Reklama
Jej życie zmieniło się nagle - Do siedemdziesiątego roku jeździłam na rowerze, uprawiałam sporty. Potem nagle w domu zasłabłam i przestałam chodzić. Byłam pięć miesięcy w hospicjum. Myślałam, że już nie będę żyła. Rehabilitanci postawili mnie na nogi - opowiada pani Joanna, która mimo choroby i ograniczeń nie traci pogody ducha. - Ja się umiem sobą zaopiekować. A na starość? Tu nic więcej nie potrzeba. Najważniejsza jest opieka. Mieszkanie przekazałam siostrzenicy. Ona przyjeżdża, przywozi, co potrzeba. Miałam dobrą rodzinę i w dalszym ciągu mam - podkreśla.
W domu mieszka również pani Greta – ma 97 lat. Urodziła się w Estonii, 13 lat mieszkała pod starym Leningradem, przeżyła wojnę, wysiedlenia, głód. Od 1945 roku jest w Polsce. - Przeszłam różne biedy. Od małego ciężko pracowałam. Była okupacja niemiecka, hiszpańska, wywieźli nas do Estonii. Życie było ciężkie, ale jak to w życiu – raz na górce, raz pod górką - wspomina mieszkająca w domu opieki od 4 lat. - Jestem bardzo zadowolona. To mój prawdziwy dom. Bardzo miła obsługa, dobrze nas traktują, wyżywienie jeszcze lepsze. Lepszej starości sama w domu bym nie miała. Nikogo już nie mam. Jeden syn umarł, drugi, trzeci mąż zmarł, a mnie Bóg daje żyć. Mam 97 lat.
Zapytana o źródło swojej energii i radości, odpowiada bez wahania: - Ja mam taki charakter: jak mnie boli jedna ręka, to mówię – chwała Bogu, że boli jedna, że druga nie. Dziękuję Bogu za to. Dlatego 97 lat jakoś żyję. I proszę Pana Boga, żeby pozwolił mi dożyć do setki. Chociaż dwa–trzy dni po setce pożyć i zobaczyć ten świat - opowiada z uśmiechem pani Greta, dodając: - Nie można upadać na duchu. Nie można nigdy głowy na dół trzymać, tylko do góry i patrzeć ludziom w oczy. Krzywdy nie robić, każdemu pomóc. I nie zapomnieć o Bogu – to jest bardzo ważna rzecz.
11 lutego w domu przy Grunwaldzkiej dzień ma wyjątkowy charakter. - Zmienia się plan dnia, żeby jak najwięcej mieszkanek mogło uczestniczyć w Eucharystii i przyjąć sakrament namaszczenia chorych. Jest specjalny, świąteczny jadłospis, pieczemy ciasta. Cały personel świętuje. To dzień bardzo uroczysty, naprawdę świąteczny” – mówi s. Wirginia, podkreślając, że święto w tym domu trwa codziennie i objawia się w prostych postawach, gestach miłosierdzia.
Materiał powstał na podstawie rozmowy w Radiu Rodzina prowadzonym przez Natalię Wójcik i Darię Detlaf
