Nie każdy ingres przechodzi do pamięci. Większość tonie w godności ceremoniału, w kurtuazji przemówień, w blasku kamer i poprawności kościelnego protokołu. Tymczasem ingres kard. Konrada Krajewskiego do katedry łódzkiej zapamiętam z zupełnie innego powodu. Bo nagle, pośród całej tej uroczystej oprawy, zabrzmiało imię, którego nie da się wypowiedzieć lekko: bł. ks. Jerzy. I wtedy wszystko się zmieniło. Jakby na moment zgasły światła transmisji, ucichł szelest oficjalnych gestów, a w centrum katedry została jedna, przejmująco intymna scena: młody kleryk Konrad Krajewski siedzi nocą przy małym radioodbiorniku i nasłuchuje wiadomości o uprowadzonym ks. Jerzym. Czy prawda znów została pobita? Czy już zabita? To nie była szkolna opowieść z narodowego repertuaru wzruszeń. To było osobiste świadectwo człowieka, który powrócił teraz do Łodzi nie z autobiografią sukcesu, lecz z pamięcią o tym, że prawda kosztuje. Czasem kosztuje życie.
Dlatego słowa o ks. Jerzym wybrzmiały tak mocno. Kardynał nie budował legendy. Nie odkurzał pomnika. Zadał pytanie proste, mocne: „dlaczego trzeba było go zabić?” Odpowiedź jest równie prosta: Bo ludzie szli za nim. Bo mówił za św. Pawłem: Zło dobrem zwyciężaj. Bo prawda, jeśli jest traktowana serio, zawsze staje się zagrożeniem dla tych, którzy urządzili sobie świat na kłamstwie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Właśnie dlatego przywołanie ks. Jerzego podczas ingresu było tak znaczące. W ostatnich latach nie słyszeliśmy tego na podobnych uroczystościach. Być może dlatego, że męczeństwo źle komponuje się z estetyką święta. Śmierć nie pasuje do kwiatów, infuł, fanfar i dyplomatycznych uśmiechów. A jednak pasuje doskonale. Bo jeśli Kościół ma jeszcze mówić językiem Ewangelii, nie może udawać, że krzyż jest dodatkiem do liturgicznej dekoracji. Ks. Jerzy przypomina, że chrześcijaństwo nie jest religią bezpieczną. Nigdy nie było.
W homilii kard. Krajewskiego uderzały słowa: „bezradnie dziś rozmiękczamy prawdę, by nie była zbyt twarda. Nazywamy ją narracją, interpretacją, opinią, doświadczeniem, punktem widzenia - wszystkim, byle tylko nie miała mocy oskarżania naszego sumienia”. I dalej podkreślał: „ To, co zrobiono z Jezusem - od Chwała na wysokości Bogu do Ukrzyżuj Go- powtarza się nieustannie w historii. Także w historii Polski. Także w historii ks. Jerzego. Także w naszym życiu, kiedy najpierw oklaskujemy Ewangelię, a potem wyrzucamy ją za drzwi, gdy zaczyna nam przeszkadzać.
Reklama
I właśnie tu padło pytanie, które powinno zostać z nami na długo: „Pamiętacie, kiedy Jezus mi przeszkadzał w życiu?”. To pytanie jest jak kamień rzucony na środek katedry. Nie da się go ominąć eleganckim krokiem. Ono odwraca tanią kościelną publicystykę, w której bez końca rozprawiamy o tym, kto komu przeszkadza w Kościele: biskupi księżom, księża świeckim, świeccy biskupom, jedni drugim. Kard. Krajewski ustawił sprawę uczciwiej i boleśniej: problem zaczyna się wtedy, gdy przeszkadza nam sam Jezus. Przeszkadza, bo komplikuje układy. Bo nie daje spokojnie żyć w półprawdzie. Bo za wyraźnie rozdziela dobro od zła. Bo nie pozwala bez końca negocjować z własnym sumieniem. I dlatego tak mocno zabrzmiały w homilii słowa o wyrzucaniu Go „za bramę miasta, szkoły, urzędu”. To już nie była tylko pobożna medytacja. To było uderzenie w samo serce życia publicznego. Ewangelia nie zna terenów neutralnych. Nie ma stref, do których Chrystus nie ma wstępu, bo obowiązuje tam świecki regulamin wygodnego milczenia.
Niewątpliwie, ingresowa homilia kard. Konrada Krajewskiego była precyzyjnym przypomnieniem, gdzie dziś naprawdę można spotkać Jezusa: w słowie Bożym, w kapłanie, we wspólnocie wiernych i w Eucharystii. Kardynał zatrzymał się przy trybularzu, przy okadzeniu ołtarza, przy geście pocałunku mensy. Jakby mówił: liturgia nie jest scenografią, nie służy do produkowania nastroju. Ona pokazuje realną obecność Tego, którego świat najpierw wita okrzykiem „Hosanna”, a potem skazuje na śmierć.
Bardzo poruszył mnie też moment, gdy kardynał ukląkł twarzą do wiernych i poprosił o modlitwę: „Bym nie zasłaniał sobą Boga”. To był gest prosty, ale wstrząsający. Zwłaszcza dziś, gdy Kościół tyle razy musiał przepraszać właśnie za to, że ludzie Kościoła zasłaniali Boga sobą - swoją pychą, swoimi interesami, swoją przemocą, swoim narcyzmem. W tym jednym zdaniu kard. Krajewski powiedział więcej o programie biskupiej posługi niż niejeden wielostronicowy dokument.
Może dlatego z całego ingresu najmocniej zostają we mnie trzy obrazy: nocne radio i wiadomości o ks. Popiełuszce, kardynał mówiący bez lęku o prawdzie, i kardynał klęczący przed wiernymi. Wszystko to składa się na jedną, surową lekcję: prawda zawsze będzie komuś przeszkadzać. Ewangelia nie przestała być groźna. Chrystus nie stał się mniej niewygodny. Pytanie jest tylko jedno: czy my jeszcze chcemy za Nim iść, kiedy przestaje być ozdobą uroczystości, a zaczyna być wyrokiem dla naszego wygodnego życia?
Bo być może najważniejsze pytanie po tym ingresie nie brzmi wcale: jaki będzie nowy metropolita Łodzi? Ważniejsze brzmi inaczej - i znacznie boleśniej: w którym momencie Jezus zaczął nam przeszkadzać? I czy mamy jeszcze w sobie dość odwagi, żeby pozwolić Mu znów wywrócić nasze życie do góry nogami.
