Ez 2,8 - 3,4 <- KLIKNIJ
Fragment należy do rozbudowanej narracji powołania (Ez 1-3). Bóg zwraca się do proroka „synu człowieczy” (ben adam), tytułem, który powróci w księdze niemal sto razy i który podkreśla dystans między śmiertelnym posłańcem a chwałą Tego, który posyła. Izrael zostaje nazwany „domem buntu” (bêt merî): ludem, który ma oczy i uszy, lecz odmawia posłuchu. Pierwsze polecenie skierowane do Ezechiela brzmi dlatego: „nie bądź buntownikiem jak ten dom buntu”. Prorok musi najpierw sam nie wejść w opór, który będzie piętnował.
Znak, który to sprawia, jest niezwykły: „otwórz usta i zjedz, co ci podam”. Ręka podaje zwój zapisany z obu stron. Po grecku nazwano by go opistografem; zapis obustronny mówi o pełni orędzia, w którym nie ma miejsca na dopiski proroka. Treść to „narzekania, wzdychania i biadania”, a jednak spożyty zwój okazuje się w ustach „słodki jak miód”. Ten paradoks należy do samego rdzenia doświadczenia prorockiego. Bowiem słowo Boga osądza i boli, a zarazem karmi i daje życie - jak w wyznaniu Jeremiasza: „znalazły się słowa Twoje, a ja je zjadłem” (Jr 15,16), i jak w psalmach sławiących słowa słodsze od miodu (Ps 19,11; 119,103). Apokalipsa podejmie ten sam gest. Jan zje książeczkę słodką w ustach, a gorzką we wnętrznościach (Ap 10,8-11).
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Dopiero po nasyceniu przychodzi rozesłanie. „Idź do domu Izraela i mów do nich moimi słowami”. Misja zatem nie zaczyna się od sztuki wymowy, lecz od zinterioryzowanego słowa. Prorok nie referuje cudzego tekstu, on nosi go w sobie jak pokarm, który stał się jego ciałem. Grzegorz Wielki, objaśniając tę scenę w homiliach o Ezechielu, mówi, że głoszący najpierw sam spożywa słowo, a dopiero potem je podaje. Mówi z tego, czym żyje. Kilka wersetów dalej Bóg doda gorzką uwagę, że lud obcojęzyczny słuchałby chętniej; największy opór słowo napotyka u tych, którzy znają je najdłużej.
Mt 18,1-5.10.12-14 <- KLIKNIJ
Rozdział osiemnasty otwiera czwartą z wielkich mów Mateuszowej Ewangelii, mowę o życiu wspólnoty. Pytanie uczniów: „kto jest największy w królestwie niebieskim?” wyrasta z logiki świata, mierzącej wartość miejscem i wpływem. Marek wspomina wprost, że w drodze spierali się o pierwszeństwo. Jezus odpowiada gestem. Stawia pośrodku dziecko. W świecie starożytnym dziecko nie miało praw ani głosu - było definicją zależności. I dokładnie tam Jezus umieszcza wzór ucznia: „jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Czasownik mówi o zwrocie, nawróceniu kierunku. Uniżyć się jak dziecko znaczy przyjąć prawdę o własnej zależności od Ojca i odstąpić od walki o pierwsze miejsce.
Zdanie o przyjmowaniu dziecka „w imię moje” wprowadza zasadę identyfikacji, która powróci w wielkiej scenie sądu. Kto przyjmuje jednego z małych, przyjmuje samego Chrystusa (por. 25,40). Mali nie stoją na obrzeżu wspólnoty. Oni stoją najbliżej jej Pana. Słowo o aniołach, którzy „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca”, posługuje się obrazem dworu królewskiego. Widzieć oblicze króla znaczyło mieć do niego stały dostęp. Najmniejsi mają więc w niebie orędowników najwyższej rangi. Hieronim wyprowadzał stąd zdanie o godności człowieka. Wielka jest godność dusz, skoro każda od chwili narodzin ma anioła posłanego, by jej strzegł. Pogarda wobec małych narusza więc porządek ustanowiony przez samego Boga.
Przypowieść o owcy Mateusz opowiada inaczej niż Łukasz. Tam owca „zginęła” i figuruje grzeszników (Łk 15), tu owca „zabłąkała się” (planēthē). Chodzi o członka wspólnoty, który schodzi na manowce. Pasterz zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć i szuka; jego radość z odnalezionej przewyższa radość z tych, które nie zbłądziły. Część rękopisów dodaje w tym miejscu zdanie o Synu Człowieczym, który przyszedł ocalić to, co zginęło - lecz i bez tego wersetu wymowa całości jest jednoznaczna, przypieczętowana formułą uroczystą: „nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych”. To zdanie jest kartą całego duszpasterstwa. Żaden mały nie jest w Kościele liczbą pomijalną.
