Reklama

Dzieło Biblijne im. Jana Pawła II

Most nad przepaścią

2016-09-21 08:53

Ks. Mariusz Rosik
Niedziela Ogólnopolska 39/2016, str. 31

pl.wikipedia.org

Studiowała na Politechnice Wrocławskiej. W zamian za notatki z matematyki jeden z kolegów zaproponował jej wyjazd na wspinaczkę niedaleko Jeleniej Góry. Jeden dzień pośród skał całkowicie odmienił jej życie. Tamto doświadczenie przewyższyło wszystkie dotychczasowe fascynacje. Wanda Rutkiewicz jako trzecia kobieta na świecie zdobyła Mount Everest. Brała wówczas udział w zachodnioniemieckiej wyprawie. Na szczyt najwyższej góry globu wchodziła po południu 16 października 1978 r. Pamiętna data. Podczas spotkania z himalaistką Jan Paweł II żartował: „Bóg chciał, że tego samego dnia weszliśmy tak wysoko”. Paradoksalnie wejście na wierzchołek ziemi w dniu, w którym Polak został papieżem, spowodowało nieoczekiwany efekt propagandowy. Czołówki polskich gazet informowały przede wszystkim o jej sukcesie, by nieco usunąć w cień fakt wyboru na Stolicę Piotrową papieża znad Wisły.

Swoje wyprawy i towarzyszące im refleksje Wanda Rutkiewicz zapisywała w książkach. Jedna z nich nosi tytuł „Na jednej linie”. Rutkiewicz mówi w niej, że są w górach takie przepaści, których jeden człowiek nie potrafi pokonać. Potrzebny jest ktoś drugi, ktoś, kto poda linę. Tamtego pamiętnego dnia, 13 maja 1992 r., w rocznicę zamachu na Jana Pawła II, nie było nikogo, kto podałby jej linę. Została na zawsze w rozpadlinach Kanczendzongi. Największa polska himalaistka odeszła na drugą stronę, z której nie ma powrotu.

Reklama

„Między nami a wami zionie ogromna przepaść” (Łk 16, 26) – mówił Jezus w przypowieści. W perspektywie duchowej każdy grzech buduje przepaść między człowiekiem a Bogiem. Przepaść tak wielką, że żaden ludzki wysiłek nie jest w stanie jej pokonać. Tym razem nie wystarczy już lina. Potrzebny jest most. A jest nim krzyż Chrystusa – most między niebem a ziemią.

Tagi:
himalaiści Góry

Reklama

Ks. Sławomir Zyga: chodzenie po górach to trochę życie w pigułce

2019-08-27 14:02

Piotr Kołodziejski / Szczecin (KAI)

Pierwsze doświadczenia wspinaczkowe zdobywał we włoskich Dolomitach. Dziś ma na swoim koncie trzy europejskie czterotysięczniki w Alpach i wspinaczkę na Mont Blanc. Na co dzień jednak zamiast kombinezonu zakłada sutannę i pełni funkcję kanclerza kurii metropolitalnej w Szczecinie. "Chodzenie po górach to trochę życie w pigułce, bo można tam wszystko znaleźć" – mówi ks. dr Sławomir Zyga, który zaliczył m.in. Mönch (4107 m n.p.m.) i Breithorn (4164 m n.p.m.), wspinał się po Mont Blanc i zdobył Mont Blanc du Tacul na wysokości 4248 m n.p.m.

siamensis/fotolia.com

Ks. Sławomir Zyga: Góry trochę większe niż Tatry. Najwyższy szczyt Dolomitów to 3343 m n.p.m. słynna Marmolada z leżącym na niej cały rok lodowcem. Mont Blanc też ma pod 4800 m n.p.m. Nie wiem czy to jest takie hobby, czy raczej forma wypoczywania czynnego, która dojrzewała przez lata, jeszcze za czasów studiów w Rzymie. W lecie jeździłem pomagać w parafii w Dolomitach i zaczęło się od takich wycieczek po różnych szlakach. Włoskie Dolomity są powierzchniowo bardzo duże, jest bardzo wiele pięknych szlaków. Zaczęło się od prostego chodzenia, a potem miałem pewnego towarzysza, który choć był ode mnie starszy o 20 lat, to za młodu służył w Korpusie Alpejskim we Włoszech. Miał duże doświadczenie - był po kursie wspinaczkowym w ramach służby wojskowej i powoli wchodziło się z nim na coraz trudniejsze szlaki. Pierwsze tzw. ferraty, czyli coś w rodzaju naszych łańcuchów. Tylko zamiast łańcucha, jest stalowa lina, w którą można się wpiąć, mając odpowiednią uprząż. Jest o dużo bezpieczniejsze niż tatrzańskie łańcuchy, chociaż szlaki są często technicznie dużo trudniejsze niż na Orlej Perci. Potem kolejne stopnie trudności. Po powrocie do Polski, po studiach, zebrała się grupka kilku przyjaciół, którzy zaproponowali wspólne wędrówki po różnych włoskich ferratach.

youtube.com
Ks. Sławomir Zyga

KAI: Piłkarzy czy inni sportowcy czasem mają w kontraktach zapisany zakaz uprawiania niektórych dyscyplin, bo są zbyt ryzykowne. Jak jest w przypadku kapłanów? Czy jest potrzebna zgoda od biskupa danej diecezji, żeby uprawiać takie bądź co bądź ryzykowne sporty?

- Co to jest ryzykowny sport, jeśli mówimy o wspinaczce w Europie? Czasami widzi się ludzi, którzy idą na bardzo prostych szlakach, niemal na ścieżkach spacerowych i patrzy się na ich obuwie. Byle nierówność, noga skręcona w kostce i już jest problem... Jakikolwiek sport by się nie uprawiało, trzeba mieć rozsądek i pokorę. Nie dochodzić do czegoś za wszelką cenę. Wiele razy zmieniają się warunki atmosferyczne i trzeba umieć zrezygnować. Jeżeli ktoś nie umie zahamować, nie ma pokory, rozsądku, to zwykła jazda na rowerze będzie sportem ekstremalnym, grożącym konsekwencjami nawet do kalectwa włącznie (np. wypadek na ostatnim Tour de Pologne).

- Czy zmaganie się podczas wspinaczki można porównać do zmagania się z własną wiarą?

- Chodzenie po górach to jest hartowanie się, zmierzenie się z jakimś wysiłkiem czy wyzwaniem. I to jest tak, że jak ktoś lubi się po górach wspinać, może to być też jakąś formą rekolekcji. Tu potrzebna jest pokora, rozsądek, przewidywanie. Z drugiej strony pozwala to zauważyć stworzone przez Pana Boga piękno, które jest w przyrodzie. Człowiek zmaga się z własną słabością, bo są szlaki, które wymagają nie tylko umiejętności, ale siły i kondycji. Chodzenie po górach to trochę życie w pigułce, bo można tam wszystko znaleźć. I trudności fizyczne, i psychiczne. Jest pytanie czy podołam, umiejętność podejmowania decyzji, wyzwań, a jednocześnie zdroworozsądkowe patrzenie na rzeczywistość.

- Mówi ksiądz o zdrowym rozsądku. Wanda Rutkiewicz kiedyś powiedziała: "więcej niż wszystkich alpinistów świata, najbardziej podziwiam ich żony". W przypadku księży tego problemu nie ma, ale czy słyszał ksiądz od swoich przyjaciół: "Co robisz? daj spokój. Po co Ci to?"

- Raczej słyszałem: "Fajne, ja tego nie potrafię". Trochę na zasadzie, że też bym tak chciał, być i zobaczyć. Nasi rodzice czy rodzeństwo też mają takie obawy, ale dziś człowiek wyjeżdża w dłuższą podróż samochodem też nie jest bezpiecznie. Jest normalne zainteresowanie czy wrócił, czy przeszedł. Mówię o wspinaczkach europejskich, a nie o himalaizmie, gdzie człowiek przebywa długi czas w warunkach bardzo niskiego ciśnienia, które wymagają od samego organizmu czasem tygodnia aklimatyzacji.

- Powiedział ksiądz o Himalajach, więc zacytuje Simone Moro, który w 2009 roku stanął zimą na szczycie Makalu - ośmiotysięcznik, piąty co do wysokości szczyt świata, położony właśnie w Himalajach Wysokich: "Alpinizm jest niemalże perfekcyjną ekspresją wolności. To nie tylko sport, ale również forma ucieczki, odkrywania samego siebie, eksploracji, przygody i kontemplacji". To jak z tym wspinaniem jest? Czy to życie w pigułce, czy czasem ucieczka od tego codziennego życia i poszukiwanie prawdziwej wolności?

- Na pewno jak się stoi na szczycie, chociażby dolomickiej Marmolady, która jest największym szczytem tego masywu, staje się na lodowej czapie i wokół nie ma żadnego większego szczytu, to robi to rzeczywiście wrażenie. Ale to chyba uprawiając jakikolwiek sport, kiedy zrobi się coś lepiej, szybciej, osiągnie lepszy rezultat, to jest też i satysfakcja. Mówiąc o rekolekcjach, dla mnie pozwala to zupełnie odłączyć się od rzeczywistości i spraw, którymi zajmuję się na co dzień. Myśli się o skale, gdzie położyć rękę, jak znaleźć kolejny chwyt. Jak zmagać się z tą skałą. I człowiek bazuje na własnych umiejętnościach i sile. Oczywiście idziemy w kilka osób, żeby była wzajemna pomoc. Oddziela się jednak od tego, czym jesteśmy na co dzień pochłonięci. Tu każdy ma kontakt z surową i piękną naturą.

- Czy ta pasja pomaga, do czego wzywał Franciszek, "wstawać z kanapy"?

- Niewątpliwie tak. To jest coś, co pomaga podejmować wyzwania, które przynosi codzienność i być ciągle aktywnym, podnosząc sobie poprzeczkę.

- Jak wspinaczka wpływa na przeżywanie wiary?

- Jezus w Ewangelii poucza, że całe Prawo i Prorocy opierają się na przykazaniu miłości Boga i bliźniego. Dla mnie osobiście weryfikacja tej prawdy, jakby w pigułce, następuje w wysokogórskiej wspinaczce. To tutaj, w walce z własną niewystarczalnością sił, niejednokrotnie zmuszony do zmiany planów lub wręcz do rezygnacji ze zdobycia zaplanowanej ściany np. ze względu na warunki atmosferyczne, widzi się ograniczoność i małość człowieka (nawet technologicznie uzbrojonego w „cudowną” odzież i sprzęt z „kosmicznych” technologii) wobec potęgi dzieła stworzenia. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” nabiera tutaj szczególnego kształtu, aby nie stawiać siebie – człowieka - w miejsce Boga, lecz stawać w pokorze przed Nim i w zachwycie nad dziełem stworzenia, „bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę” (Mdr 13,5). Pokora w tym przypadku to życie i zdrowie; pycha wręcz przeciwnie.

- Trasy wspinaczkowe realizuje się w zespole, a więc przynajmniej we dwójkę. Zaufanie, oddanie, zespołowość, poświęcenie, pomoc, asekuracja... i tak można wymieniać cechy i sytuacje, które sprawiają, że „miłuj bliźniego swego jak siebie samego” jest czymś tak naturalnym a zarazem koniecznym, jak oddychanie. Mogę powiedzieć – już jako człowiek po pięćdziesiątce – że taka wysokogórska aktywność jest ciągle możliwa nie tylko dlatego, że jest jako takie zdrowie – za które Bogu dziękuję – ale dlatego jeszcze chce się gdzieś iść, bo jest ktoś (są przyjaciele), kto w tym wspiera, i dla którego (dla których) jest się również wsparciem.

- To chyba taka specyfika księży i duszpasterzy akademickich, że zabierają młodzież w góry. U księdza nie skończyło się na przechadzkach po górach, ale czymś bardziej ekstremalnym. To również sposób, żeby tam pokonywać swoje słabości.

- To niewątpliwie szkoła pokonywania trudności i hartowania się. Góry kształtują dobre cechy charakteru. Pamiętam, gdy jako student Politechniki Szczecińskiej niemal biegałem po tych szczytach. Dziś, jak patrzę na to bieganie, to widzę, że trzeba się bronić przed zaliczaniem tras i szczytów. Bo potem nic się z tego nie ma i nic nie pamięta. Można z uśmiechem powiedzieć, że najfajniej wspina się po górach po czterdziestce, bo już nie ma ochoty na bieganie i zaliczanie szczytów, ale na smakowanie tego wysiłku i zmaganie. Czasami jak się uda podejść do takiego świstaka na odległość dwóch metrów i popatrzeć mu prosto w oczy, to jest satysfakcja, że natura nie uznaje ciebie jako intruza czy zagrożenie, ale przyjmuje jako harmonijny element.

- Chciałby ksiądz zdobyć jakiś ośmiotysięcznik?

- Na razie nie mam na to apetytu, ale przypominam sobie, jak przed 10 laty pokazywano mi jedną ferratę w Dolomitach (ferrata Cesare Piazzetta), to myślałem, że nigdy tego nie zrobię, a potem tam byłem. Choć trzeba wiedzieć, kiedy się zatrzymać. Chyba już nie będzie czasu.

- Dziękuje za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Siła modlitwy

2019-10-01 13:55

Beata Pieczykura
Niedziela Ogólnopolska 40/2019, str. 10-11

Ma moc większą od bomby atomowej. Jest najpotężniejszą bronią znaną ludziom wszystkich czasów, także w XXI wieku. To nie slogan – mówią ci, którzy doświadczyli siły modlitwy różańcowej. Dzięki niej niektórzy wciąż żyją

stock.adobe.com

Chwycili za różaniec, a sam Bóg uczynił cud we właściwym czasie. Zaufali, są pewni, że On wie, co robi. Wojownicy Maryi opowiadają o cudownej ingerencji Boga w swoim życiu.

Ocalony i nawrócony

Wielkiej siły modlitwy różańcowej, która ratuje od samobójstwa i kompletnie zmienia życie, doświadczył Marcin. Przez 15 lat pił i zrobił w życiu wiele złych rzeczy. Któregoś dnia, w 1. rocznicę śmierci swojej ukochanej babci, postanowił pójść trzeźwy na jej grób. Pamiętał, że babcia przez całe życie odmawiała Różaniec, głównie w jego intencji, więc zabrał ze sobą ten sznurek paciorków.

– W drodze na cmentarz próbowałem odmawiać Różaniec, choć właściwie nie wiedziałem jak, bo zapomniałem po I Komunii św. – opowiada Marcin. – Miałem omamy, jakbym widział diabła, który namawiał mnie, żebym się powiesił. W tym amoku zwątpiłem we wszystko i poszedłem na pole. Wiedziałem, że tam jest takie miejsce, gdzie są schowane sznury. Szukałem gorączkowo powroza, ale nie mogłem go znaleźć. To mi uświadomiło, że ta modlitwa ma wielką moc. Jestem pewny, że dzięki Różańcowi nie odebrałem sobie życia. Oszołomiony wróciłem na cmentarz i modliłem się, jak umiałem. Wtedy postanowiłem świadomie i dobrowolnie iść na terapię odwykową. Najpierw przez 3 miesiące byłem na oddziale detoksykacyjnym, a potem na oddziale odwykowym. Tam, po 15 latach, przystąpiłem do spowiedzi generalnej. Spowiednik powiedział mi, jak odmawiać Różaniec. Po powrocie do normalnego życia było mi ciężko, ale najważniejsze było to, aby „nie popłynąć”. Moją siłą i pomocą stał się Różaniec. Tak pozostało do dziś. Otrzymałem tyle łask – nie piję już 10 lat, a od 2 lat odmawiam Nowennę Pompejańską, jedną za drugą, zwłaszcza za kapłanów. Wierzę, że we współczesnym świecie najskuteczniejszą bronią jest Różaniec.

54 dni do szczęścia

Niełatwe życie odebrało jej radość i pokój serca, wszystko przestało mieć sens. Pracowała po 12 godzin dziennie, także w soboty i niedziele. Zaczęło jej szwankować zdrowie, pojawiły się konflikty w niedawno zawartym małżeństwie. Nie miała czasu dla przyjaciół, więc powoli ich traciła. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji, a z całego serca pragnęła zmiany. – Wtedy przyjaciółka powiedziała mi, że Różaniec ma moc zmienić to wszystko – wspomina Magdalena. – Pomyślałam sobie: czemu nie, i postanowiłam spróbować. Byłam tak zdesperowana, że zdecydowałam się odmawiać Nowennę Pompejańską – każdego dnia przez 54 dni nie rozstawałam się z różańcem. Walczyłam ze sobą, z czasem, ze zniechęceniem. Wytrwałam. Dziś wiem jedno – niezależnie od tego, co by się działo, Bóg zawsze wyciągnie rękę, bo nie odmawia Matce Jezusa. Jestem szczęśliwa, wszystko powoli wraca do normy. Różaniec totalnie odmienił moje życie.

Potężniejszy od kul

Zenon różaniec otrzymał w dniu I Komunii św. i nie rozstaje się z nim do dziś. Od wielu lat modli się na nim codziennie. O trudnych dniach i modlitwie wbrew nadziei tak dziś mówi:

– Pamiętam, jak wiosną 1945 r. pijany radziecki żołnierz chciał rozstrzelać mojego ojca Jana. Mama klęczała na podwórku, na śniegu, przy ul. Paderewskiego w Grudziądzu, płakała i głośno odmawiała Różaniec, a my, dzieci, razem z nią. Baliśmy się. Po chwili przyszedł pułkownik, przełożony żołnierza, który trzymał ojca pod bronią, i zażądał dokumentów. Wtedy okazało się, że ojciec nie jest Niemcem. Pułkownik oddał ojcu dokumenty i powiedział mu, że jest niewinny. Potem znowu rosyjscy żołnierze zabrali ojca na przesłuchanie i uwięzili w piwnicach jednego z domów w Owczarkach k. Grudziądza. Długo nie wracał. Mama i ja poszliśmy tam. Cudownym trafem ojca właśnie zwolnili. Po wyzwoleniu Grudziądza całą rodziną wróciliśmy do domu – był zniszczony, ale stał. Jestem pewny, że codzienna modlitwa różańcowa naszej wieloosobowej rodziny ocaliła ojca od czerwonego zniewolenia i śmierci. Dlatego pytam młodych: Czy odmówiłeś Różaniec choć jeden raz? Może teraz weźmiesz go do ręki i będziesz się na nim modlić... To piękna przygoda spotkać Boga w tajemnicach rozważanych we wspólnocie Kościoła lub osobiście w domu, szpitalu, drodze, gdziekolwiek jesteście...

* * *

Powiedzieli o Różańcu

„Czepił się chłop Różańca jak tonący liny. Ale czegóż dzisiaj uchwycić się można, kiedy wszystko tak szybko się zmienia, przemija? Czegóż uchwycić się można w tym świecie, gdzie tempo przemian i zmian oszałamia, onieśmiela, ogłupia? Różańca babci, matki, swojego Różańca. Tego samego Różańca, co wczoraj, dziś i jutro. Najprostszego, jak prosta jest miłość. Uchwycić jego rytm, wejść w ten rytm, żyć tym rytmem – to uratować i ocalić siebie” – o. Jan Góra OP

„Nie ma w życiu problemu, którego by nie można rozwiązać z pomocą Różańca” – s. Łucja z Fatimy

„Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych, ale też modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele; jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych” – kard. Stefan Wyszyński

„Jesteśmy szczęściarzami. Bo mamy Różaniec. Bo się możemy uczepić tajemnic, które dokonały największych rewolucji w dziejach świata. Bo się możemy dać wciągnąć w te tajemnice. Zresztą, czy nie są to też nasze tajemnice? Pełne radości i bólu, światła i chwały. Może dlatego modlitwa różańcem staje się wciąż, tak jak niegdyś, początkiem wielu rewolucji, w naszym życiu i życiu całej ludzkości” – ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

„Różaniec to nie wypracowanie teologiczne. Odmawiany w chorobie, w trudnej podróży, w oczekiwaniu na wyniki badań, przed drzwiami egzaminatora – jest najmądrzejszą modlitwą” – anonim z internetu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czuwanie u Urszulanek

2019-10-17 20:24

Agata Pieszko

W urszulańskim Liceum Ogólnokształcącym, mimo późnych godzin, uczniowie adorują i czuwają przed wspomnieniem św. Urszuli, patronki szkoły.

Agata Pieszko

– To czuwanie jest tradycją szkoły, ponieważ 21 października wspominamy świętą Urszulę, patronkę liceum i chcemy się do tego święta jak najlepiej przygotować przez wspólną modlitwę. Dbamy, by nie była to tylko uroczystość z tradycji, ale żeby także duch na tym skorzystał – mówi s. Klara Pyza.

Pierwszym punktem spotkania jest zazwyczaj konferencja, prowadzona przez kogoś, kto pracuje z młodzieżą. W tym roku był to ks. Piotr Rozpędowski, który po wspólnej kolacji wraz młodzieżowym zespołem Kompania Jonatana poprowadził modlitwę uwielbienia przy Najświętszym Sakramencie.

– Staramy się proponować taką formę modlitwy, którą młodzież lubi. W tym roku zaprosiliśmy młodzieżową Kompanię Jonatana, kierując się ideą, żeby młodzi mówili do młodych. Chcemy, żeby Pan Bóg stał im się przez to bliższy – dodaje s. Klara, Urszulanka.

Podczas modlitwy ks. Piotr pytał młodych, kto jest królem ich serca i czy przypadkiem nie panuje tam bezkrólewie. Zachęcał uczniów, by oddali swoje serce Jezusowi i dali mu zasiąść na Jego zasłużonym tronie. Młodzież najpierw nieśmiało adorowała w ławkach, jednak gdy poczuli Bożą obecność, wiele rąk pojawiło się w górze, a języki rozwiązały się, wielbiąc Boga radosnymi pieśniami oraz tańcem.

– To nie jest obowiązkowe wydarzenie, dlatego tym bardziej cieszy nas to, że tylu uczniów chce przyjść po lekcjach i spotkać się z Jezusem późną porą. W tym czasie zapraszamy także dodatkowo kapłanów, aby posługiwali sakramentem pokuty i pojednania –  mówi s. Zuzanna Filipczak, dyrektorka Liceum Ogólnokształcące Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej we Wrocławiu.



CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem