Reklama

Polityka

Wyścig do Białego Domu

Na krótko przed wyborami prezydenckimi Donald Trump pozostaje kilka punktów procentowych za swoją demokratyczną rywalką – Hillary Clinton. W dodatku wewnątrz samej Partii Republikańskiej obserwujemy rozłam, wynikający z rosnącej niechęci do kandydatury Trumpa. Oskarżenia o seksualne wykorzystywanie kobiet tylko pogarszają wizerunek miliardera. Czy jest on jeszcze w stanie odwrócić niekorzystny trend i osiągnąć wymarzony Biały Dom?

2016-11-02 11:42

Niedziela Ogólnopolska 45/2016, str. 22-24

[ TEMATY ]

polityka

USA

PAP/AFP PHOTO/Paul J. Richards

Nowojorski miliarder nie jest ulubieńcem establishmentu Grand Old Party (Partii Republikańskiej, w skrócie GOP). Wybór nominata nie leży jednak w kwestii władz partyjnych – to zadanie i przywilej zwykłych wyborców. To amerykańscy konserwatyści zadecydowali, przez kogo chcą być reprezentowani.

Republikanie w potrzasku?

Sam Donald Trump, jeszcze na etapie prawyborów, wielokrotnie podkreślał, że jego przesłanie polityczne trafia również do niezagospodarowanego elektoratu. Miał w ten sposób przyciągnąć do Partii Republikańskiej nowych wyborców, którzy do tej pory dryfowali, niejako porzuceni, między dwiema największymi siłami politycznymi w USA. Kiedy okazało się, że w niektórych stanach w trakcie prawyborów odnotowana została rekordowa frekwencja, mogło się wydawać, że Trump faktycznie poszerzył tradycyjny elektorat Republikanów. Dzisiaj jednak wygląda to już zupełnie inaczej, a „partia Lincolna” nie ma powodów do świętowania. Chociaż bezpośrednio po konwencji GOP kandydat Republikanów zyskał pewną przewagę w sondażach, to wkrótce utracił ją na rzecz świeżo nominowanej Hillary Clinton. Generalnie partyjne konwencje są czynnikiem podnoszącym społeczne poparcie dla kandydata. Sztuka polega jednak na tym, by utrzymać korzystny trend. Donaldowi Trumpowi to się nie udało – od tego momentu kandydat Republikanów przegrywał ze swoją lewicową rywalką w większości badań opinii publicznej.

W kuluarach polityki

Chcąc lepiej zrozumieć genezę sukcesu Donalda Trumpa, postanowiłem zajrzeć za kulisy amerykańskiej sceny politycznej. Dotarłem do osoby, która jako delegatka stanu Luizjana w trakcie krajowej konwencji Republikanów głosowała na nowojorskiego miliardera. Moja rozmówczyni była początkowo zobligowana do głosowania na Teda Cruza, lecz gdy ten wycofał się z wyścigu o nominację, została zwolniona z tego zobowiązania i w trakcie konwencji mogła podjąć inną decyzję.

Reklama

– Zagłosowałam na Trumpa, ponieważ oczywiste było, że Ted Cruz nie miał żadnych szans na zdobycie wystarczającej liczby głosów delegatów, by zagwarantować sobie nominację – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. Podkreśla również, że jako członkini stanowego komitetu centralnego – organu politycznego reprezentującego Partię Republikańską w Luizjanie – oraz przedstawicielka stanowej delegacji na konwencję GOP zdecydowała się poprzeć Trumpa w celu zapewnienia jedności swojej formacji politycznej. – Jak mogłabym zachęcać moją społeczność w Luizjanie do głosowania na Donalda Trumpa, gdybym wcześniej sama nie poparła go na krajowej konwencji? – pyta retorycznie.

Zastanawia mnie, skąd wziął się tak wielki sukces polityczny Donalda Trumpa. Jak udało mu się trafić ze swoim przesłaniem do tak dużej grupy konserwatywnego elektoratu w USA?

– Tak wielu Amerykanów zdecydowało się poprzeć kandydaturę Donalda Trumpa z tego samego powodu, dla którego krytykuje go tylu polityków Partii Republikańskiej. On nie jest częścią ich gry, nigdy przedtem nie był zawodowym politykiem. Nie należy również do establishmentu – mówi Beth Croslow Billings.

Sondażowy impas

Z najnowszych sondaży wynika, że Donald Trump ustępuje Hillary Clinton średnio 6 punktami procentowymi. Rezultaty konkretnych ankiet są jednak dosyć mocno zróżnicowane. Przykładowo według badania Fox News z połowy października, demokratka wyprzedzała republikańskiego rywala w stosunku 49 do 42 proc., a w innym sondażu z podobnego okresu przewaga byłej sekretarz stanu wynosiła już tylko 2 punkty procentowe. Czy może to być swego rodzaju pocieszenie dla zwolenników nowojorskiego miliardera? Częściowo tak, ale błędem byłoby myśleć, że na tym etapie kampanii mamy do czynienia z relatywnie dużą nieprzewidywalnością. Gdy przeanalizuje się ogólny trend, można zauważyć, że to Hillary Clinton jest zdecydowaną faworytką. Jeszcze lepszy ogląd sytuacji daje nam analiza tego, jak rozkładają się głosy elektorskie, a więc kluczowy czynnik decydujący o tym, kto ostatecznie zostanie prezydentem. W USA głowę państwa wybiera się w wyborach pośrednich – Amerykanie głosują w swoich stanach, a każdy z nich ma przypisaną konkretną liczbę elektorów. Kandydat, który wygrywa w danym stanie, zgarnia wszystkie tamtejsze głosy elektorskie. Do zwycięstwa potrzeba przynajmniej 270 z nich.

Walka o prezydenturę rozgrywa się zatem w tzw. swing states, czyli stanach wahających się. Są to rejony, w których kandydaci odnotowują zbliżone poparcie, a co za tym idzie – trudno jest przewidzieć ostatecznego zwycięzcę.

Kluczowe stany

Od tych na pozór sztywnych założeń strategicznych oczywiście są również wyjątki, które pojawiają się przy okazji niektórych elekcji prezydenckich. Na dzisiejszej mapie politycznej USA sytuacja Donalda Trumpa nie napawa optymizmem. Kandydat Republikanów ma problemy nawet w tym stanie, który do tej pory uchodził za tradycyjny bastion prawicy. Mowa o Arizonie, która dzisiaj ma status remisowy, chociaż w wyborach z poprzednich lat pewnie zwyciężali tutaj Republikanie. Według sondażu gazety „Arizona Republic”, Hillary Clinton prowadzi tam z Donaldem Trumpem aż o 5 punktów procentowych. Inne badania są jednak bardziej optymistyczne dla kandydata Republikanów. Sondaż SurveyMonkey dla „The Washington Post” pokazuje np., że Trump wciąż cieszy się w Arizonie przewagą rzędu kilku punktów procentowych. Ta rozbieżność wyników dowodzi, jak bardzo wyrównana walka toczy się na tym terenie. Bez wygranej w stanie Arizona i zdobycia przypisanych jej 11 głosów elektorów trudno będzie wyobrazić sobie ewentualne zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich (8 listopada). Pozostałe najbardziej kluczowe stany o statusie wahających się to: Floryda, gdzie do zgarnięcia jest aż 29 głosów elektorskich, Ohio – z przypisanymi 18 głosami, Karolina Północna, która do puli dostarczyć może dodatkowych 15 głosów, oraz zapewniająca 11 głosów Indiana. Trump obecnie ma przewagę tylko w dwóch z nich – w Indianie oraz niewielką w Ohio. Gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to kandydatka Demokratów mogłaby liczyć na pewnych 260 głosów, a Trump jedynie na 170. W puli pozostają jednak głosy elektorów ze stanów wahających się – jest ich w sumie 108. Oznacza to, że chcąc zwyciężyć 8 listopada, Donald J. Trump musi wygrać niemalże we wszystkich „swing states”. Choć zadanie to wydaje się niezmiernie trudne do wykonania, nie jest zupełnie nierealne. Szczególnie że w zaliczanym do wahających się stanie Iowa Trump ma ewidentną przewagę nad Hillary Clinton. Wygrana w tym typowo rolniczym rejonie dostarczy mu wprawdzie zaledwie 6 głosów elektorskich, ale w sytuacji, w której dzisiaj znajduje się kandydat Republikanów, absolutnie każdy głos będzie dla niego na wagę złota.

Republikanie w kryzysie

Donaldowi Trumpowi nie pomaga w dodatku niechęć wielu wpływowych polityków Partii Republikańskiej wobec jego kandydatury. Po tzw. aferze taśmowej, która dotyczyła kompromitujących, seksistowskich komentarzy wygłaszanych przez Trumpa w 2005 r., Republikanie znaleźli się w stanie małej wojny domowej.

– Nie bronię tego, co powiedział 11 lat temu, ale nie jestem również naiwna. Medialna histeria związana z upublicznieniem tej taśmy jest dla mnie oczywistą przesłanką, że media zrobią wszystko, by Trump ostatecznie przegrał wybory – uważa Beth Croslow Billings.

– Znacznie bardziej niepokoi mnie to, co robiła Hillary Clinton, niż to, co powiedział Donald Trump – dodaje.

Wspólne badanie zrealizowane przez Reutersa oraz Ipsos wykazało, że 63 proc. obywateli USA wierzy w to, iż Trump w przeszłości dopuścił się molestowania seksualnego, co więcej – jedną trzecią respondentów wyrażających taką opinię stanowili zwolennicy Republikanów.

Jak wyliczył „The New York Times”, w sumie 160 wpływowych polityków tego ugrupowania zdecydowało się nie wspierać kandydata własnej partii. Część z nich była mu przeciwna już na samym początku, inni zdecydowali się go opuścić dopiero wtedy, kiedy światło dzienne ujrzało kompromitujące Trumpa nagranie oraz gdy 9 kobiet (dzisiaj już 11, m.in. znana aktorka Salma Hayek – przyp. red.) publicznie oskarżyło go o molestowanie seksualne. Obrońcy kandydata GOP twierdzą, że są to historie wyssane z palca, a sztab Clinton mógł płacić za opowieści, które zdyskredytowałyby nowojorskiego miliardera. Sam zainteresowany natomiast grozi pozwami wobec tychże kobiet.

– Kiedy w trakcie swojej kampanii Donald Trump popełni jakiś błąd taktyczny, przedstawiciele establishmentu uciekają z pokładu jego statku niczym szczury z tonącej łódki. Oni nie rozumieją tego, że zwolennikom Trumpa nie zależy na ich poparciu – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. – Niezgadzanie się z Trumpem jest dla niego w pewnym sensie korzystne. Republikańscy wyborcy są już zmęczeni tym, że elity partyjne stale ich okłamują – wyjaśnia.

To jednak opinia tylko jednej strony konfliktu trapiącego dzisiaj amerykańską Grand Old Party. Wciąż jest wielu wyborców, którzy o przedstawicielach republikańskiego establishmentu mają bardziej pozytywną opinię.

Spiker Izby Reprezentantów – republikanin Paul Ryan stwierdził, że nie zamierza bronić kandydata swojej partii ani prowadzić z nim kampanii. Zamiast tego kongresmen chce skupić się na utrzymaniu republikańskiej większości w Kongresie. W listopadzie oprócz wyborów prezydenckich odbędą się również wybory do Senatu oraz do Izby Reprezentantów. W przypadku ewentualnej przegranej Donalda Trumpa Republikanie, mając przewagę w obu izbach Kongresu, będą w stanie skutecznie blokować przynajmniej niektóre lewicowe pomysły Hillary Clinton. Konserwatyści kontrolujący Kongres byliby zatem przeciwwagą dla Demokratów posiadających swojego kandydata w Białym Domu. W samej Partii Republikańskiej wciąż jest jednak wielu zwolenników Donalda Trumpa, którzy nie zgadzają się z Paulem Ryanem i uważają, że Grand Old Party powinna stanąć murem za swoim nominatem. Twierdzą, że lepszy wynik kandydata Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich oznaczać będzie lepszy rezultat tego ugrupowania w walce o amerykański Kongres.

– Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby amerykańskie społeczeństwo było tak bardzo podzielone. W trakcie poprzednich wyborów w przydomowych ogródkach w całym mieście widywaliśmy plakaty i tabliczki lobbujące za konkretnym kandydatem. W tym roku taki widok to rzadkość – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. – Cicha większość (jak nazywa się w USA zwolenników Trumpa – przyp. red.) będzie miała swój głos w dniu wyborów – zapewnia.

Zły kandydat?

Za oceanem pojawiają się głosy, że gdyby kandydatem Republikanów został ktoś inny, to dzisiaj najprawdopodobniej prowadziłby w sondażach, a głównym tematem w amerykańskich mediach byłaby afera mailowa z Hillary Clinton w roli głównej, a nie skandale Donalda Trumpa. Kandydatka Demokratów skasowała ponad 30 tys. e-maili, które w dodatku wysyłała ze swojego prywatnego serwera zamiast z oficjalnej skrzynki pocztowej przysługującej sekretarzowi stanu. W ten sposób naraziła rząd USA na wyciek ściśle tajnych danych państwowych. Wielu Amerykanów uważa, że Hillary Clinton robiła to celowo, by tym sposobem zatuszować swoje nielegalne działania, których miała się dopuszczać, gdy pracowała w administracji Baracka Obamy.

Donald Trump wzbudza jednakowoż dodatkowe kontrowersje poprzez brak złożenia obietnicy uznania wyniku wyborów prezydenckich. Wielu uważa, że takie stanowisko jest niebezpieczne i godzi w amerykańską demokrację. W trakcie jednego z wieców wyborczych oświadczył, że wynik wyborczy zaakceptuje, ponieważ... to on okaże się zwycięzcą, czym wywołał radosne okrzyki swoich zwolenników. Wciąż nie wiadomo jednak, jak zachowa się w przypadku swojej przegranej. Jego zwolennicy twierdzą, że w trakcie wyborów faktycznie może dojść do oszustwa, dlatego całemu procesowi należy się bacznie przyglądać. Argumentem w rękach stronników Trumpa są np. doniesienia o osobach zarejestrowanych do głosowania w kilku stanach jednocześnie. Sam Donald Trump pytany w trakcie ostatniej debaty, czy obieca zaakceptować wynik wyborów, odparł, że jeszcze tego nie wie i na razie będzie trzymał wszystkich w niepewności. Dla jednych odpowiedź ta była genialnym posunięciem taktycznym, dla drugich – przykładem bezczelności.

– Mamy długą tradycję pokojowego przekazywania władzy prezydenckiej. Myślę, że Trump zaakceptuje wynik wyborów, jeżeli tylko będą one przeprowadzone w sposób uczciwy – mówi Beth Croslow Billings. – Jeżeli kandydaci osiągną zbliżony wynik wyborczy, mamy wtedy odpowiednie procedury stanowe, które automatycznie uruchamiają proces ponownego liczenia głosów – wyjaśnia „Niedzieli”.

Taka sytuacja miała miejsce na Florydzie w trakcie wyborów w 2000 r. George W. Bush pokonał wtedy swojego demokratycznego rywala – Ala Gore’a minimalną różnicą zaledwie kilkuset głosów.

Jak wynika z badania zrealizowanego przez organizacje Politico oraz Morning Consult – 41 proc. Amerykanów uważa, że Trump może przegrać walkę o Biały Dom z powodu oszustw wyborczych.

Pojawiają się również spekulacje na temat ewentualnego następnego kroku Donalda Trumpa, gdyby ten przegrał wybory. Niektórzy uważają, że miliarder będzie chciał rozbić system dwupartyjny w USA, zakładając własną partię polityczną. Możliwe również, że będzie chciał skapitalizować swój elektorat, tworząc własne medium – np. stację telewizyjną.

Dynamika i nieprzewidywalność amerykańskiej polityki każą nam jednak pamiętać, że tak naprawdę walka trwa do ostatniego dnia kampanii i do tego czasu wszystko może się jeszcze wydarzyć. Zwłaszcza że w jednym z najnowszych sondaży – badaniu Investor’s Business Daily/TIPP, który w trojgu poprzednich wyborach prezydenckich najdokładniej przewidział ostateczne wyniki – Donald Trump prowadzi nad Hillary Clinton 2 punktami procentowymi. Dzień głosowania zbliża się wielkimi krokami, a serca Amerykanów zaczynają bić coraz szybciej. Emocje sięgają zenitu – kraj wuja Sama wstrzymuje oddech i czeka. Tak będzie przynajmniej do 8 listopada, gdy wreszcie poznamy wynik wyborów, które tak bardzo podzieliły amerykańskie społeczeństwo.

* * *

Tomasz Winiarski
Student dziennikarstwa, amerykanista zafascynowany kulturą, polityką i historią USA. Dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych. W życiu stara się kierować mottem: Nie ma rzeczy niemożliwych! tomasz.winiarski@niedziela.pl

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

USA: Kongres krytykuje ucisk religii w Chinach

2020-01-12 10:11

[ TEMATY ]

USA

prześladowania

Chiny

Pixabay.com

Doroczny raport Kongresu USA nt. praw człowieka w Chińskiej Republice Ludowej zalecił nałożenie sankcji na ten kraj za dalsze ograniczanie swobody wyznania. Dokument zwrócił uwagę, że w 2019 Pekin zaostrzył swe działania wobec mniejszości religijnych, zwłaszcza muzułmańskich Ujgurów w Xinjiangu. Waszyngton zarzucił władzom chińskim, że w ten sposób dopuszczają się zbrodni przeciw ludzkości.

20-stronicowy raport w krótkim akapicie odnosi się także do zaostrzonych środków wobec tzw. Kościołów podziemnych. Są to wspólnoty katolickie i protestanckie, których nie uznaje oficjalnie państwo i które starają się unikać nadzoru państwowego.

22 września 2018 ogłoszono podpisanie tymczasowego porozumienia między Stolicą Apostolską a Chińską Republiką Ludową, które miało pomóc w umożliwieniu swobodnego wyznawania wiary katolickiej. Zdaniem komisji Kongresu władze chińskie wykorzystują jednak ten dokument jedynie jako środek represji wobec niezarejestrowanych wspólnot i do zmasowanych nacisków na nie, aby ich członkowie wstępowali w szeregi kontrolowanego przez partię komunistyczną Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich (PSKCh).

Rząd nakazał zamknięcie lub zniszczenie tych świątyń, których wierni odmówili przystąpienia do tego stowarzyszenia, usuwa krzyże z budynków i aresztuje księży „podziemnych” – stwierdza raport.

Oblicza się, że w ChRL żyje ok. 10-12 milionów katolików. Mniej więcej połowa z nich wyznawała dotychczas swoją wiarę w niezarejestrowanych kościołach domowych i wspólnotach. Ocenia się, że w Chinach jest ok. 2,6 tys. księży należących do PSKCh i ponad 1,4 tys. „podziemnych”, co dawałoby razem mniej więcej 4 tys. duchownych katolickich w tym kraju.

CZYTAJ DALEJ

Porzucił islam dla Jezusa

2020-01-08 08:08

Niedziela Ogólnopolska 2/2020, str. 14-15

[ TEMATY ]

chrześcijaństwo

chrzest

katolicy

islam

muzułmanie

katolicyzm

chrześcijanie

Archiwum Massima Mourada Ayariego

Zawsze miałem w sobie pragnienie nawrócenia – mówi Massimo

O powodach, które sprawiają, że muzułmanin wybiera chrześcijaństwo, z nawróconym na katolicyzm Massimem M. Ayarim rozmawia Włodzimierz Rędzioch

Włodzimierz Rędzioch: – Był Pan muzułmaninem, choć niepraktykującym. W 2018 r. został Pan ochrzczony i stał się katolikiem. Skąd ten wybór?

Massimo Mourad Ayari: – Prawdę mówiąc, to było coś, o czym marzyłem od dziecka. Mój ojciec był osobą umiarkowaną. Miałem wielkie szczęście, że dorastałem w dość świeckim otoczeniu, gdzie nikt nie zmuszał mnie do chodzenia do meczetu. Kiedy jeszcze mieszkałem w Tunisie, tata prowadzał mnie natomiast do zakonnic na letnie korepetycje. Uczęszczanie do klasztoru sprawiło, że darzyłem szacunkiem te chrześcijańskie kobiety, a fakt, że spędziłem dzieciństwo z chrześcijańskimi i żydowskimi rówieśnikami, poszerzył moje horyzonty.

- Co Pana nie przekonywało w islamie?

- Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, czytanie Koranu budziło we mnie niepokój i strach. Za każde wykroczenie przeciwko wierze grozi kara.

- Zaczął Pan więc zrywać z islamem. Na długo przed wyjazdem do Włoch?

- Około 20. roku życia zdałem sobie sprawę, że ten świat i ta kultura nie należą już do mnie. Opuściłem Tunezję i wyjechałem do Rzymu – tu znalazłem pracę w sektorze bezpieczeństwa, uzyskałem włoskie obywatelstwo i ostatecznie zdecydowałem się przejść na chrześcijaństwo. To było moje wyzwolenie i spełnienie mojego przeznaczenia, ponieważ wierzę, że zawsze miałem w sobie pragnienie nawrócenia.

- Urodził się Pan w kraju islamskim, jest synem muzułmanów, a dziś, już jako katolik, wstąpił Pan do włoskiej Partii Antyislamizacyjnej (Partito Anti Islamizzazione – Pai). Jak to możliwe?

– Przez długi czas rozmawiałem z moimi przyjaciółmi o brutalności tzw. żołnierzy Allaha, ale także o braku wdzięczności muzułmanów w stosunku do włoskiego państwa, które zaoferowało im wszystko: gościnność, możliwość godnego życia i swobody myślenia. Pomimo tego tylu muzułmanów pogardza kulturą włoską i zachodnią. Gorzej – próbuje ją zniszczyć. Aby zatem wyrazić mój sprzeciw wobec tego zjawiska, wstąpiłem do PAI.

- Ciągle słyszymy jednak deklaracje, że islam jest religią pokoju i że większość muzułmanów jest umiarkowana...

- Islam rodzi się z dżihadem, a dżihad rodzi się z islamem – jest to religia narzucona bronią. Jeśli jesteś muzułmaninem wśród innych muzułmanów, to tak – jest to religia pokoju, ale w stosunku do niemuzułmanów islam nie jest religią pokoju. Jeśli jesteś prawdziwym muzułmaninem, nie możesz być umiarkowany. Chociaż są też umiarkowani ludzie, którzy wyznają religię islamską w sposób nieortodoksyjny.

W stosunku do niemuzułmanów islam nie jest religią pokoju. Jeśli jesteś prawdziwym muzułmaninem, nie możesz być umiarkowany

- Czy w Europie istnieje realne ryzyko islamizacji?

– Problem polega na tym, że w tej chwili ryzyko islamizacji nie jest dostrzegane. Ale za każdym razem, gdy na włoskiej ulicy widzę kobietę z welonem, czuję, że ona zdradza nie tylko siebie jako kobietę, ale także kraj, który ją przyjął. Należy uniknąć tego, co ma miejsce we Francji: stworzenia całych dzielnic – gett muzułmańskich, w których obowiązuje prawo szariatu. Jeśli w takiej dzielnicy podczas ramadanu odważysz się zjeść kanapkę, wyrwą ci ją siłą z rąk. Gdy do takiej sytuacji dojdzie również w innych krajach europejskich, będzie to początek końca.

- W niektórych krajach islamskich muzułmanie, którzy wyrzekają się swojej wiary, są oskarżani o apostazję i ryzykują więzieniem lub karą śmierci. Czy kiedykolwiek czuł się Pan zagrożony po nawróceniu na katolicyzm?

– Na szczęście już dawno zerwałem więzi ze środowiskiem islamskim i teraz czuję się całkowicie wolny, nawet od strachu. To jest piękno chrześcijaństwa, które jest prawdziwą gwarancją laickości Europy. Jako chrześcijanin mam również możliwość przeżywać prywatnie moją wiarę, pielęgnować osobistą relację z Bogiem, bez zobowiązań i obawy przed sankcjami ze strony wspólnoty. Tego jednak nie można powiedzieć o islamie, który sam w sobie jest nie do pogodzenia z wolnością jednostki i demokracją.

David Garrison, profesor na Uniwersytecie Chicagowskim i autor książki A Wind in the House of Islam, szacuje, że na świecie może żyć od 2 do 7 mln byłych muzułmanów nawróconych na chrześcijaństwo. Według tego amerykańskiego islamoznawcy, „przeżywamy największe w całej historii zjawisko nawracania się muzułmanów na Jezusa Chrystusa”. „Niezwykle interesujące są nie tylko wielkość tych zjawisk (...), ale też fakt, że nie ograniczają się one do jednego miejsca na świecie, zauważamy je wszędzie – od Afryki Zachodniej po Indonezję. Bez względu na liczbę wydaje się niezaprzeczalne, że mamy tu do czynienia z ruchem strukturalnym dotykającym wszystkie kontynenty, który przybierze jeszcze większy wymiar w przyszłości” – twierdzi Garrison.

CZYTAJ DALEJ

Bydgoszcz: nabożeństwa z okazji Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan

2020-01-19 21:47

[ TEMATY ]

ekumenizm

Ks. Paweł Kłys

Pięć nabożeństw z udziałem przedstawicieli wspólnot chrześcijańskich zrzeszonych w Polskiej Radzie Ekumenicznej i Kościele rzymskokatolickim zaplanowano podczas Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan w Bydgoszczy. Jego hasłem stały się słowa „Życzliwymi bądźmy”.

Tym razem materiały do rozważań przygotowali chrześcijanie z Malty. – Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan jest dla przedstawicieli Kościołów świętowaniem ubogaconym słowem Bożym, jak i naszą wspólną modlitwą – powiedział przewodniczący Pomorsko-Kujawskiego Oddziału Polskiej Rady Ekumenicznej, ks. Janusz Olszański, piastujący tę funkcję od 25 lat.

– Z perspektywy mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że przez ten czas staramy się nawzajem względem siebie być życzliwymi. A ten przykład życzliwości, dobroci, przebaczenia, miłości płynie dla nas od samego Jezusa Chrystusa – dodał proboszcz parafii ewangelicko-metodystycznej Opatrzności Bożej w Bydgoszczy.

Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan w Bydgoszczy zainaugurowano w parafii pw. Zbawiciela Kościoła ewangelicko-augsburskiego. – Słowa płynące z tegorocznego hasła mają swoje odbicie w rzeczywistości ekumenicznej, objawiającej się w codziennej działalności duszpasterskiej. Każdy z nas stara się być życzliwym oraz dobrym pracownikiem winnicy pańskiej – powiedział gospodarz spotkania ks. kmdr Marek Loskot.

– Tegoroczne hasło powinno wzbudzać w nas uczucie miłości i braterstwa względem drugiego człowieka. Bo nie można kochać Boga, nie kochając drugiego człowieka – dodał ks. dr Marian Radziwon, proboszcz parafii prawosławnej pw. św. Mikołaja w Bydgoszczy.

Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan odbywa się co roku między 18 a 25 stycznia. – Ten Tydzień uzmysławia nam także to, co jest fundamentem naszego życia, że w chrześcijaństwie jest łaskawość, życzliwość, miłość. To jest to, na czym mamy budować – podsumował proboszcz bydgoskiej parafii rzymskokatolickiej NMP z Góry Karmel oraz referent do spraw ekumenizmu w diecezji bydgoskiej ks. Krzysztof Panasiuk.

Spotkanie w kościele ewangelicko-augsburskim było również upamiętnieniem setnej rocznicy powrotu Bydgoszczy do Macierzy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję