„Dzisiaj jestem tutaj u grobu Jana Pawła II, żeby mu podziękować za wspaniałą sprawę – za posłannictwo do Rosji, do Jekaterynburga” – mówi s. Mirosława Włodarczyk. Jej historia rozpoczęła się w 1992 roku, podczas kapituły generalnej Pallotynek. Do zgromadzenia przybył wówczas bp Józef Wert, pierwszy po 70 latach katolicki biskup w Rosji. Jan Paweł II, spotykając się z siostrami, zapytał go o sytuację Kościoła.
„Ilu ty tam masz kapłanów?” – zapytał papież. „Trzech” – odpowiedział biskup. „A ile masz sióstr?”. Kiedy usłyszał, że niewiele, zapytał jeszcze o rozległość diecezji. „Moja diecezja ma powierzchnię czterdziestu powierzchni Polski” – odpowiedział bp Wert. Wtedy Jan Paweł II spojrzał na zgromadzone siostry i powiedział: „Popatrz, ile ich tu masz, weź sobie wszystkie”. Biskup odpowiedział jednak: „Ojcze Święty, jak ja im powiem, to nie przyjadą, a jak ty im powiesz, to przyjadą”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
„Tak się zaczęła nasza misja” – wspomina s. Mirosława. Sześć lat później, w 1998 roku, wraz z dwiema siostrami pojechała do Jekaterynburga. Zastały tam niemal wszystko do zbudowania od podstaw: bez kościoła, bez rozwiniętych struktur duszpasterskich, z niewielką wspólnotą katolików. Sama s. Mirosława zaczęła przygotowywać dorosłych do chrztu i innych sakramentów. Szybko okazało się jednak, że misja przybierze także nieoczekiwany wymiar. Mieszkańcy zaczęli prosić ją o prowadzenie kursów języka polskiego. Powstała szkoła, a działalność sióstr rozszerzyła się również na kulturę: organizowano koncerty, spotkania i wydarzenia, dzięki którym mieszkańcy Jekaterynburga odkrywali Kościół. „Ludzie odnajdywali kościół i przychodzili” – opowiada. Dziś sytuacja jest trudniejsza, ale misja trwa. Dlatego właśnie przy grobie Jana Pawła II chciała powiedzieć mu: „dziękuję”.
„Żeby pamiętać o naszych korzeniach”
Do Rzymu przyjechały również siostry, których misyjne doświadczenia związane są z Afryką. S. Dominika Laskowska przez 18 lat pracowała w Rwandzie, pomagając dzieciom niedożywionym. W Demokratycznej Republice Konga zajmowała się m.in. edukacją, dożywianiem i dziećmi ulicy.
Wspomina chłopca, którego rodzice zostali zabici. Dziecko, pozostawione samo na cmentarzu, musiało zacząć walczyć o przetrwanie. „Wtedy tak się zastanowił i mówi: no, muszę wziąć moje życie w swoje ręce”. Chłopiec przynosił wodę i drewno, w zamian otrzymując trochę jedzenia. Kiedy dowiedział się o ośrodku prowadzonym przez siostry, przyszedł do nich. Dzięki ich pomocy ukończył szkołę zawodową i dziś sam radzi sobie w życiu.
S. Edyta Budynek ma za sobą 44 lata pracy misyjnej. Od 1998 roku posługuje w Kamerunie, gdzie prowadzi wraz z siostrami szkołę i przedszkole. Szczególną troską otaczane są dzieci, których rodziców nie stać na edukację i leczenie. Jej życie misyjne zostało naznaczone również wojną w Rwandzie. W 1994 roku wraz z dziećmi z prowadzonego przez nią sierocińca została ewakuowana do Francji. Do Rwandy już nie wróciła.
Powrót do Pallottiego
Reklama
Spotkanie sióstr w Rzymie jest częścią projektu duchowej odnowy prowadzonego przez s. Monikę Cecot. To już trzecia grupa Pallotynek, która przyjeżdża na rekolekcje „w drodze z Pallottim krok po kroku”. „Po to, żeby w tych miejscach, gdzie Pallotti żył, pracował, modlił się, pobyć, powdychać to samo powietrze, powrócić do jego tekstów, pomedytować, pomyśleć, co dzisiaj Pallotti powiedziałby Pallotynkom i jak my dzisiaj możemy odkrywać znaki czasu, które czekają na to, byśmy tam były” – wyjaśnia.
Rzym staje się więc dla misjonarek nie tyle przystankiem pośród misyjnej drogi, ile miejscem ponownego odkrywania jej źródła. Z Afryki, Rosji i innych zakątków świata przywożą historie ludzi, którym służą. Tutaj zaś – przy grobach świętych, w miejscach związanych z założycielem i w sercu Kościoła powszechnego – przypominają sobie, skąd wyszły i dla Kogo podejmują swoją misję.
„Pan Bóg istnieje”
O sensie misyjnej obecności mówi także ks. Adam Pergół, pracujący w Zambii. Jego misja Mpunde została założona w 1960 roku przez kard. Adama Kozłowieckiego SJ. Dziś obejmuje 27 dojazdowych wspólnot. Do niektórych trzeba dotrzeć samochodem, następnie pieszo, a później łodzią.
„Ktoś powiedziałby, że jest to trudna praca, bo z dala od domu, bo komary, bo inny klimat, bo malaria. Tak, ale to, co nas motywuje, to jest taka silna i żywa wiara tych ludzi” – podkreśla. Mieszkańcy, mimo skrajnego ubóstwa, potrafią umacniać samych misjonarzy. „Proszę księdza, nie ma co się przejmować. Pan Bóg jest, Pan Bóg istnieje, nawet jeżeli jesteśmy biedni, to Pan Bóg pomoże nam wyjść z tego” – mówią.
Ks. Pergół przyjechał do Rzymu właśnie po to, by „wrócić do korzeni”. „Nam, misjonarzom, też jest potrzebne takie zakorzenienie. Żeby pamiętać o naszych korzeniach, żeby dać też to naszym ludziom, że ten młody Kościół jest silnie zakorzeniony w Kościele powszechnym” – zaznacza.
