Reklama

Gdy Bóg chce człowieka na wyłączność

2017-05-04 13:31

Ks. Adam Stachowicz
Edycja sandomierska 19/2017, str. 6-7

Bożena Sztajner/Niedziela

O tym, czym jest powołanie i gdzie się udać dalej, jeśli się je słyszy, z rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu ks. Rafałem Kułagą rozmawia ks. Adam Stachowicz

KS. ADAM STACHOWICZ: – Czwarta Niedziela Wielkanocna to inaczej Niedziela Dobrego Pasterza lub Niedziela Powołaniowa. Co to oznacza dla nas, katolików, ale szczególnie dla nas – powołanych?

KS. RAFAŁ KUŁAGA: – Dzień Modlitw o Powołania, obchodzony co roku w czwartą Niedzielę Wielkanocną, to inicjatywa papieża Pawła VI, który postanowił, że jedna z niedziel okresu wielkanocnego będzie przeznaczona na modlitwę o powołania do stanu kapłańskiego i życia zakonnego. Papież Franciszek podkreśla, że „usłyszenie i przyjęcie powołania Pana nie jest sprawą prywatną i przeżyciem wewnętrznym, które można mylić z uniesieniem chwili. Jest konkretnym zaangażowaniem, realnym i totalnym, obejmującym naszą egzystencję i oddającym ją do budowania królestwa Bożego na ziemi… Lud Boży ma potrzebę, by być prowadzony przez pasterzy, którzy oddają swoje życie na służbę Ewangelii”. Tak napisał Ojciec Święty w przesłaniu na 54. Światowy Dzień Modlitw o Powołania, który obchodzimy pod hasłem: „Zachęcani przez Ducha do misji”. Przypomniał również, że na drodze powołania doświadcza się wielu przeciwności, a przede wszystkim własnej słabości. Stąd tak ważna jest nasza modlitwa za powołanych, szczególnie za powołanych do kapłaństwa.

– Czym jest powołanie? Jak możemy je odczytać?

– Możemy powiedzieć, że powołanie to plan, wezwanie, zamiar Boga względem człowieka, którego realizacja ma prowadzić do radości i szczęścia w życiu codziennym, a ostatecznie doprowadzić do pełnej wspólnoty z Bogiem i świętymi, czyli do nieba. Każde powołanie, a szczególnie powołanie do kapłaństwa, jest wielkim darem złożonym przez Boga w sercu człowieka. Takie powołanie winno być odkryte i przyjęte; należy je cenić i pielęgnować z wielką troską i staraniem, by mogło się rozwijać i dojrzewać. W jaki sposób je odkryć? Jest to wewnętrzny głos, który możemy usłyszeć w ciszy, w osobistym spotkaniu z Chrystusem na modlitwie, tworząc z Nim autentyczną relację. Każde powołanie jest indywidualne, możemy powiedzieć, że jest to sprawa bardzo osobista czy nawet intymna. Jest to skarb ukryty głęboko w sercu. Trzeba wsłuchać się w drgnienia swego serca, by usłyszeć głos Pana Boga. Warto też prosić innych, szczególnie tych, którzy już są na tej drodze, aby pomogli dobrze odczytać ten Boży głos.

– Wielu czytelników jest ciekawych, co dzieje się za murami seminarium. Czy Ksiądz Rektor mógłby uchylić rąbka tajemnicy?

– Ciekawość wynika pewnie z tego, iż na co dzień jesteśmy wspólnotą, która żyje „za murami” i nie każdy może wejść za bramę seminarium. Raz do roku organizujemy Dzień Otwartej Furty, by m.in. pokazać, jak wygląda nasza wspólnota od wewnątrz. Jeśli chodzi o życie codzienne, to wstajemy dość wcześnie, ponieważ już o 6 rozpoczynają się modlitwy poranne w kaplicy. W ciągu dnia nie może zabraknąć czasu na medytację nad Ewangelią, Mszę św. czy modlitwę brewiarzową. Oprócz tego klerycy uczestniczą w wykładach, ale też poświęcają czas na pracę fizyczną. Posługi, jakie pełnią alumni, np. dziekana, ceremoniarza, „proboszcza”, magistra czy lekarza, ułatwiają życie we wspólnocie. Myślę, że atmosfera, jaka tu panuje, daje powołanemu wewnętrzną radość i pokój. Są to niewątpliwie znaki odnalezienia swojego właściwego miejsca. Oczywiście, jak w każdej wspólnocie, tak i u nas, pojawiają się różne problemy, ale zawsze staramy się je wspólnie rozwiązywać.

– Czym charakteryzują się studia seminaryjne?

– Formacja w seminarium opiera się na trzech filarach. Są to duchowość, nauka i praca. Centralnym punktem formacji duchowej jest udział w codziennej Eucharystii. Ważna jest także modlitwa, prywatna adoracja Najświętszego Sakramentu, regularna spowiedź i rozmowy z ojcem duchownym. W rozwoju duchowym pomagają także dni skupienia oraz rekolekcje jesienne i wielkopostne.
Trzonem formacji intelektualnej w seminarium są 6-letnie studia filozoficzno-teologiczne. Ponieważ Wyższe Seminarium Duchowne w Sandomierzu jest afiliowane do Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, dlatego nasi alumni są pełnoprawnymi studentami KUL-u, a zwieńczeniem ich studiów jest zdobycie tytułu magistra teologii. Mogą także rozwijać swoje zainteresowania, biorąc udział w sympozjach i spotkaniach naukowych. Program formacji umożliwia także zdobycie doświadczenia duszpasterskiego. Poprzez różnego rodzaju aktywność pastoralną alumni wykorzystują zdobytą wiedzę teoretyczną w praktyce. Klerycy ostatnich lat studiów odbywają praktyki katechetyczne; diakoni pełnią posługę duszpasterską w parafiach. W kształtowaniu odpowiednich postaw duszpasterskich pomagają także wyjazdy powołaniowe do wspólnot parafialnych, spotkania z dziećmi i młodzieżą, wakacyjne praktyki kolonijne, oazowe czy pielgrzymkowe. Seminarzyści zdobywają doświadczenie w kołach zainteresowań, redagują na wysokim poziomie pismo alumnów „Powołanie”, przygotowują dekoracje i występy artystyczne, rozwijają umiejętności muzyczne w chórze kleryckim i scholi. Klerycy dbają o porządek w budynku i kościele seminaryjnym oraz w ogrodzie. Pracy na pewno im nie brakuje.

– Jakie inicjatywy „powołaniowe” podejmuje seminarium?

– Młodzież męską, tę powyżej 16. roku życia, zapraszamy na comiesięczne „Weekendowe Dni Skupienia” oraz coroczne grudniowe rekolekcje. Jest to okazja do poznania naszej wspólnoty od wewnątrz i przyjrzenia się temu, jak żyjemy na co dzień. Ponadto co roku odwiedzamy parafie czterech dekanatów naszej diecezji. Klerycy wtedy mają okazję do spotkania i rozmowy na temat seminarium oraz powołania. Jesteśmy również obecni na naszej stronie internetowej, jak i na Facebooku. Okazją wspólnego spotkania jest majowy Dzień Otwartej Furty. Istnieje także możliwość uczestniczenia uczniów szkół ponadgimnazjalnych w wykładach z filozofii, etyki oraz historii Kościoła prowadzonych przez naszych wykładowców w Wyższym Seminarium Duchownym oraz tzw. lekcji bibliotecznych prowadzonych przez pracowników Biblioteki Diecezjalnej w Sandomierzu.

– Dzień Otwartej Furty. Co charakteryzuje to przedsięwzięcie i kiedy w tym roku seminarium otwiera swoje podwoje?

– W tym roku 1 maja, po raz 17. otworzyliśmy nasze bramy. Można było zwiedzić wnętrze naszego pięknego budynku, kaplicę i seminaryjny kościół, refektarz i sale wykładowe. Nasze spotkanie rozpoczęliśmy Eucharystią. W kaplicy trwała adoracja Najświętszego Sakramentu z możliwością skorzystania z sakramentu pokuty. Klerycy zaprezentowali śpiew chorału gregoriańskiego i koncert organowy. W Centrum powołaniowym można było porozmawiać z klerykami i siostrami zakonnymi. Ponadto były wystawy: misyjna i o słudze Bożym ks. Wincentym Granacie, turniej piłkarski, występ zespołu Siewcy Lednicy i wiele innych atrakcji. Podsumowaniem było wspólne nabożeństwo majowe. W tym roku pomagali nam wolontariusze z parafii Godziszów, którym serdecznie dziękujemy.

– Czym jest ten dzień dla gości?

– Trudno mi odpowiadać za nich; dla nas jest to przede wszystkim spotkanie przyjaciół. To czas radości płynącej z prezentacji wobec naszych dobroczyńców i sympatyków tego, kim jesteśmy.

Tagi:
wywiad

Reklama

To Duch Święty daje papieża

2019-12-14 08:16

Rozmawiał Paweł Bieliński (KAI) / Warszawa

W tym pontyfikacie chodzi o ewangelizację, o pokazanie wszystkim ludziom, że są kochani i że Chrystus jest przy nich, a nie o rewolucję - ocenia Deborah Castellano Lubov, watykanistka agencji Zenit. Autorka książki „Franciszek nieznany. Papież w oczach bliskich” przyznaje jednocześnie, że Franciszek czasem mógłby mówić jaśniej o wierze i doktrynie katolickiej.

Grzegorz Gałązka

Paweł Bieliński (KAI): Masz możliwość obserwowania Franciszka na co dzień, nie tylko w Watykanie, ale także podczas jego zagranicznych podróży apostolskich. Jaki - z Twojego punktu widzenia - jest obecny papież? Czy go lubisz?

Deborah Castellano Lubov: - Lubię go, bo jest bardzo kapłański. W jego obecności czujesz się jak w swojej parafii. Uważam, że jest świadomy presji, jaką mogą na niego wywierać dziennikarze w niektórych kwestiach. Rozmawiając z nimi w samolocie dzieli się z nimi tym, co leży mu na sercu, co go zajmuje. Jest prawdziwy, pokorny, przyjacielski, przystępny i serdeczny.

- Zdarza się jednak, że niektóre jego słowa czy działania bywają źle rozumiane. Jak myślisz - dlaczego?

- Ponieważ czasem rozmawia z nami otwarcie, jak przyjaciel, z którym siedzimy przy stole. Nie myśli wtedy: jestem papieżem Kościoła powszechnego i to, co powiem może być źle zrozumiane i wywołać problemy błędną interpretacją. Być może byłoby bardziej roztropne, gdyby przemyślał używane sformułowania w niektórych delikatnych kwestiach, zanim je wypowie. Ale właśnie to u niego lubimy, że jest po argentyńsku szczery, spontaniczny, otwarty. I w swej otwartości spontanicznie mówi coś, czego konsekwencji nie rozważył.
Były dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej o. Federico Lombardi powiedział mi, że gdyby odpowiedzi na pytania dziennikarzy w czasie powrotnych lotów do Rzymu były przygotowane wcześniej, straciłyby swą spontaniczność. Rodzi ona jednak ryzyko złego rozumienia jego słów. Dlatego o. Lombardi prosi zarówno dziennikarzy, jak i czytelników, by zawsze starali się wyłuskać istotę wypowiedzi Franciszka.

- Jaki jest, Twoim zdaniem, główny kierunek tego pontyfikatu?

- W tym pontyfikacie chodzi o ewangelizację, o pokazanie wszystkim ludziom, że są kochani i że Chrystus jest przy nich. Nie chodzi natomiast o rewolucję, jak się czasem sądzi. Niektóre media i niektórzy ludzi mieli nadzieję na wielkie zmiany w Kościele, na przykład w kwestii celibatu. Są postępy, gdy chodzi o rolę kobiet, ale nie ma mowy o święceniach kapłańskich dla nich, nic się tu nie zmieniło.
Papież mniej się skupia na doktrynie, niż to robili jego poprzednicy. Bardziej zależy mu na słuchaniu ludzi i byciu blisko nich. Ma inne podejście, ale jego pontyfikat zasadniczo stanowi kontynuację poprzednich, nawet jeśli niektóre jego wypowiedzi i dokonywane zmiany niewątpliwie wywołały obawę w niektórych kręgach.

- Jakiego Kościoła chce papież Franciszek?

- Kościoła miłosiernego, Kościoła bliskiego, Kościoła, w którym ubodzy czują się kochani i wiedzą, że Kościół jest z nimi. Widzimy, że papież podróżuje do krajów, w których katolicy stanowią mniej niż jeden procent mieszkańców, a nie jedzie tam, gdzie jest ich dziewięćdziesiąt procent.
Siedzi w nim jezuita, który każe mu wyjść i podejmować dialog nawet w takich miejscach, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie. Jedzie na przykład tam, gdzie prawa człowieka są zagrożone, przekonany, że trzeba się włączyć i wejść w kontakt, otworzyć drzwi i zacząć rozmawiać, aby zapoczątkować zmiany, których na razie, ale może zobaczą je ci, którzy przyjdą po nas. Przykładem takiego działania jest dokument o braterstwie międzyludzkim, podpisany przez papieża i wielkiego imama uniwersytetu Al-Azhar, w którym znajdują się konkretne sugestie w takich kwestiach, jak: praca na rzecz wolności religijnej, obywatelstwa, potępianie radykalizacji religii. Powstał już komitet zajmujący się wcielaniem w życie tego dokumentu, z udziałem Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego.
Podjęto więc konkretne kroki w dialogu, mimo że niełatwo przełożyć ten dokument na czyny, gdyż w przeciwieństwie do katolicyzmu w innych religiach nie ma nadrzędnej władzy. Imam al-Azharu nie reprezentuje wszystkich muzułmanów. Mimo to jest to bardzo dobry krok, tym bardziej że nie ogranicza się już tylko do chrześcijaństwa i islamu, lecz zaczyna obejmować także żydów i wyznawców innych religii...

- KAI:...na przykład buddystów.

- Widzieliśmy to podczas papieskiej wizyty w Tajlandii. Papież mówi: zróbmy ten krok i zobaczymy, co się będzie działo, jak odpowiedzą inni, nie zamykajmy drzwi do dialogu, który pozwala nam pójść naprzód. To inne podejście niż papieża Benedykta XVI, którego też kocham. W swoim wykładzie w Ratyzbonie rzucił on wyzwanie dialogowi z islamem [mówiąc o relacji między islamem i przemocą - KAI]. Nie ma nic złego w tym, co jasno i zgodnie z prawdą powiedział wówczas Benedykt, ale jeśli chce się zrobić postęp w dialogu, trzeba nawiązać relacje na nowo i papież Franciszek właśnie tak postępuje. Ale czasem mógłby mówić jaśniej o wierze i doktrynie katolickiej. Nieraz może się wydawać, że interesują go głównie sprawy migracji i ludzi ubogich.

- Tylko że to zainteresowanie jest zakorzenione w jego głębokiej wierze.

- To prawda. Jest zakorzenione w wierze katolickiej. Ale prawdopodobnie papież byłby lepiej rozumiany, gdyby tyle samo mówił o innych sprawach, np. o obronie życia nienarodzonych. Oczywiście Franciszek wypowiedział bardzo mocne słowa przeciwko aborcji, nazywając ją zabójstwem i mówiąc, że nie można jej niczym usprawiedliwić, nieraz opowiadał się także za tradycyjnym małżeństwem kobiety i mężczyzny. Ale przeważnie nie był wtedy słyszany, mimo że w istocie głosił to samo, co Benedykt XVI i Jan Paweł II - bo o wiele częściej mówi o czymś innym.

- Czy dostrzegasz dużą opozycję w Kurii Rzymskiej wobec pontyfikatu Franciszka, o której tyle piszą media?

- Taka opozycja bez wątpienia istnieje. Do dziennikarzy docierają „zagubione” watykańskie dokumenty, do których nie powinni mieć dostępu. Przekazują je ludzie, którym nie podobają się pewne zmiany czy nominacje. Niektóre nominacje rzeczywiście bywają zagadkowe, ale trudno oczekiwać, by papież był w stanie tak się na tym koncentrować i w tym orientować, mieć tyle czasu i sił, by wszystkie te decyzje podejmować absolutnie samodzielnie. Naturalnie musi zaufać ludziom, którzy mu w tym pomagają. Podobnie dzieje się także w innych instytucjach i zasadniczo nie ma nic złego w tym, że polega się na rekomendacjach innych osób.

- Wśród tych, którzy sprzeciwiają się Franciszkowi są niektórzy amerykańscy intelektualiści, mówiący o „niejasnościach” w papieskim nauczaniu, które wywołują zamieszanie...

- Krytykują oni zwłaszcza rozdział ósmy adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia”. Ale nie biorą pod uwagę kontekstu tego, co zostało tam napisane. Papież wcale nie zezwolił na udzielanie Komunii świętej katolikom, którzy po rozwodzie zawarli nowe cywilne związki małżeńskie! Zaproponował im natomiast pewną drogę do przebycia razem ze swoim biskupem, trwającą w czasie, obwarowaną określonymi kryteriami. Problem polega na tym, że gdy ci intelektualiści proszą o wyjaśnienie w obliczu faktu, że niektórzy biskupi i księża udzielają tym ludziom Komunii, papież milczy. „Niejasność” polega nie na tym, że papież zezwala na udzielanie im Komunii (bo nie zezwala), lecz na tym, że sprawy nie wyjaśnia. A brak tego wyjaśnienia powoduje zamieszanie.

- Kiedy kard. Jorge Mario Bergoglio został papieżem, mówił, że spodziewa się, iż jego pontyfikat będzie krótki, potrwa nie dłużej niż cztery, pięć lat. Tymczasem zbliżamy się do siódmej rocznicy wyboru Franciszka, a ja odnoszę nawet wrażenie, że jesteśmy dopiero na początku tego pontyfikatu i że papież wciąż ma wiele do zrobienia...

- Nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa jego pontyfikat. Jestem jednak pewna, że Franciszek jeszcze wiele dokona.

- Nie zakończyła się jeszcze reforma Kurii Rzymskiej. Finanse watykańskie wciąż sprawiają kłopoty...

- Ale miejmy nadzieję, że po niedawnej nominacji prefekta Sekretariatu ds. Gospodarki będzie mniej skandali w watykańskich finansach. Zresztą już podjęto wielki wysiłek dostosowania ich do standardów międzynarodowych.
Natomiast reforma Kurii Rzymskiej powinna się wkrótce zakończyć wraz z publikacją nowej konstytucji apostolskiej. Jej projekt nie wszystkich zadowolił, ale jest obecnie poprawiany.
Można się spodziewać, że papież pojedzie do Iraku, o czym sam mówił. Miało to nastąpić w pierwszej połowie 2020 roku, ale nie wiadomo czy do tej podróży dojdzie w związku z przemocą w tym kraju.

- Franciszek dwukrotnie zapowiadał też swą podróż do Sudanu Południowego.

- Byłby to milowy krok w procesie pokojowym. Papież chciałby tam pojechać z anglikańskim arcybiskupem Canterbury Justinem Welby.

- A czy pojedzie do Chin?

- To bardzo ambitny projekt, którego realizacja stanowi wielkie wyzwanie z powodu samej natury komunizmu. Leciałam z papieżem z Japonii, gdy mówił, że kocha Chiny i chciałby je odwiedzić. Ale pamiętajmy, że gdy prezydent Chin był w Rzymie, nie poprosił o spotkanie z papieżem, choć Watykan zapowiadał, że gdy tylko prezydent się w tej sprawie skontaktuje, drzwi staną przed nim otworem. Jednak on nie był tym zainteresowany, wolał rozmawiać z włoskimi politykami.
Poza tym chińskie władze nie przestrzegają niektórych postanowień tymczasowego porozumienia ze Stolicą Apostolską. Dlatego musiała ona opublikować list do tamtejszych księży wyjaśniający, jak mają reagować, gdy wymaga się od nich składania problematycznych przysiąg, stojących w sprzeczności z posługą księdza Kościoła katolickiego.

- A czy Franciszek zdoła przygotować wybór swego następcy?

- Już teraz z jego nominacji pochodzi połowa kardynałów-elektorów.

- Ale wciąż nie ma ich trzech czwartych, potrzebnych do wyboru papieża!

- Można się jednak spodziewać przynajmniej jeszcze jednego konsystorza. Zresztą to nie papież Franciszek wybierze swego następcę, To Duch Święty kieruje konklawe. To On wiedział, kiedy Kościołowi potrzebny był Benedykt XVI. To On wiedział, kiedy Kościołowi potrzebny był Franciszek. To On wie, kto ma być jego następcą.
Z pewnością kolegium kardynalskie będzie świadome, że potrzebny jest ktoś, kto ma taką miłość do Chrystusa, jaką okazuje Franciszek, sprawiając, że ludzie czują bliskość Boga, Jego miłosierdzie i miłość. A jednocześnie ktoś, kto bardzo jasno, ale i konkretnie mówi o sprawach wiary.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Jana od Krzyża

Benedykt XVI - papież

Audiencja generalna, 16 lutego 2011 r.


św. Jan od Krzyża

Drodzy bracia i siostry,
Dwa tygodnie temu przedstawiłem postać wielkiej mistyczki hiszpańskiej Teresy od Jezusa. Dziś chciałbym opowiedzieć o innym ważnym świętym z tych ziem, duchowym przyjacielu św. Teresy, który wraz z nią reformował karmelitańską rodzinę zakonną: św. Janie od Krzyża, ogłoszonym Doktorem Kościoła przez Piusa XI w 1926 roku i nazywanym w tradycji Doctor Mysticus - Doktor Mistyczny.

Jan od Krzyża urodził się w 1542 r. w małej wiosce Fontiveros w pobliżu Avili, w Starej Kastylii jako syn Gonzalo de Yepesa i Cataliny Alvarez. Rodzina była bardzo biedna, gdyż ojciec, pochodzący ze szlachty toledańskiej, został wypędzony z domu i wydziedziczony za to, że poślubił Catalinę, ubogą tkaczkę jedwabiu. Osierocony przez ojca w dzieciństwie, Jan jako 9-latek przeniósł się z matką i bratem Franciszkiem do Medina del Campo koło Valladolid, będącego ośrodkiem handlowym i kulturalnym. Uczęszczał tam do Kolegium Doktrynarzy, wykonując także różne najprostsze prace dla sióstr z kościoła-klasztoru św. Magdaleny. Następnie, ze względu na swe przymioty ludzkie i wyniki studiów, był najpierw pielęgniarzem w szpitalu [Niepokalanego] Poczęcia, a później w kolegium jezuitów, świeżo utworzonym w Medina del Campo: Jan wstąpił tam w wieku 18 lat i przez trzy lata studiował nauki humanistyczne, retorykę i języki klasyczne. Pod koniec formacji miał już jasne rozeznanie co do własnego powołania: życia zakonnego i wśród wielu zakonów obecnych w Medina, poczuł się wezwany do Karmelu.

Latem 1563 rozpoczął nowicjat u karmelitów w tym mieście, przyjmując imię zakonne Maciej. W następnym roku wysłano go na prestiżowy Uniwersytet w Salamance, gdzie przez trzy lata studiował sztuki i filozofię. W 1567 został wyświęcony na kapłana i wrócił do Medina del Campo, aby odprawić swą prymicyjną Mszę świętą, otoczony miłością najbliższych. Właśnie tutaj doszło do jego pierwszego spotkania z Teresą od Jezusa. Spotkanie to było decydujące dla obojga: Teresa przedstawiła mu swój plan reformy Karmelu, obejmujący również męską gałąź zakonu i zaproponowała Janowi, aby przyłączył się do niej „dla większej chwały Boga”; młodego kapłana tak bardzo zafascynowały idee Teresy, że stał się wielkim orędownikiem tego projektu. Oboje będą wspólnie pracować kilka miesięcy, podzielając ideały i propozycje, aby jak najszybciej otworzyć pierwszy dom karmelitów bosych: nastąpiło to 28 grudnia 1568 w Duruelo - samotnym miejscu w prowincji Avili. Wraz z Janem utworzyli tę pierwszą zreformowaną wspólnotę męską trzej inni jego towarzysze. Odnawiając swe śluby zakonne według pierwotnej reguły, cała czwórka przyjęła nowe imiona: Jan nazwał się wówczas „od Krzyża”, jak będzie później powszechnie znany. Pod koniec 1572 r., na prośbę św. Teresy, został spowiednikiem i wikariuszem klasztoru Wcielenia w Avili, w którym święta byłą przełożoną. Były to lata ścisłej współpracy i przyjaźni duchowej, która wzbogaciła oboje. W owym czasie powstały też najważniejsze dzieła terezjańskie i pierwsze pisma Jana.

Przystąpienie do reformy karmelitańskiej nie było łatwe i przysporzyło Janowi nawet wielkich cierpień. Najdramatyczniejszym zdarzeniem było w 1577 jego porwanie i uwięzienie w konwencie karmelitów dawnej obserwancji w Toledo i niesprawiedliwe oskarżenie, jakie potem nastąpiło. Święty pozostawał uwięziony przez wiele miesięcy, poddawany upokorzeniom i ograniczeniom fizycznym i moralnym. Napisał tam, obok innych utworów poetyckich, słynną Pieśń duchową. W końcu w nocy z 16 na 17 sierpnia 1578 udało mu się uciec w sposób "awanturniczy", chroniąc się w klasztorze karmelitanek bosych w tym mieście. Święta Teresa i jego towarzysze z ogromną radością świętowali jego uwolnienie i po krótkim okresie odzyskiwania sił Jan udał się do Andaluzji, gdzie spędził dziesięć lat w różnych konwentach, zwłaszcza w Grenadzie. Pełnił coraz ważniejsze urzędy w zakonie aż po wikariusza prowincjalnego i uporządkował swe rozprawy duchowe. Wrócił następnie na swą ziemię ojczystą jako członek zarządu generalnego terezjańskiej rodziny zakonnej, cieszącej się niemal całkowitą samodzielnością prawną. Zamieszkał w Karmelu w Segovii, sprawując urząd przełożonego tej wspólnoty. W 1591 zrzekł się wszelkiej odpowiedzialności i miał wyjechać do nowej prowincji zakonnej w Meksyku. Przygotowując się do długiej podróży z dziesięcioma innymi towarzyszami wycofał się do samotnego konwentu w pobliżu Jaén, gdzie poważnie zachorował. Jan znosił z bezprzykładną pogodą i cierpliwością wielkie cierpienia. Zmarł w nocy z 13 na 14 grudnia 1591, gdy jego współbracia odmawiali Oficjum poranne (Jutrznię). Pożegnał się z nimi słowami: „Dziś odchodzę, aby śpiewać Oficjum w niebie”. Jego doczesne szczątki przeniesiono do Segovii. Beatyfikował go Klemens X w 1675, a kanonizował Benedykt XIII w 1726.

Jan jest uważany za jednego z największych poetów lirycznych literatury hiszpańskiej. Istnieją cztery główne jego dzieła „Droga na Górę Karmel”, „Noc ciemna”, „Żywy płomień miłości” i „Pieśń duchowa”.
W „Pieśni duchowej” święty Jan przedstawia proces oczyszczania duszy, a mianowicie stopniowe radosne posiadanie Boga, dopóki dusza nie dojdzie do odczucia, że kocha Boga taką samą miłością, jaką On kocha ją. „Żywy płomień miłości” rozwija tę perspektywę, opisując bardziej szczegółowo stan przemieniającego zjednoczenia z Bogiem. Jan zawsze odwołuje się w porównaniach do ognia: tak jak ogień im bardziej rozpala się i pochłania drewno, tym bardziej staje się płomieniem, tak też Duch Święty, który w ciemną noc wygładza i „oczyszcza” duszę, z czasem ją oświeca i rozgrzewa, jak gdyby była płomieniem. Życie duszy jest nieustannym świętem Ducha Świętego, który pozwala zakosztować chwały zjednoczenia z Bogiem w wieczności.

„Droga na Górę Karmel” ukazuje wędrówkę duchową z punktu widzenia stopniowego oczyszczania duszy, niezbędnego do osiągnięcia szczytów doskonałości chrześcijańskiej, symbolizowanej przez szczyt Góry Karmel. Takie oczyszczenie jest proponowane jako droga, na którą człowiek wkracza, współpracując z Bożym działaniem, aby uwolnić duszę z wszelkiego przywiązania czy uczuć sprzecznych z wolą Bożą. Oczyszczanie to, które - aby osiągnąć jedność miłości z Bogiem powinno być całkowite - rozpoczyna się od oczyszczenia życia zmysłowego, następnie przechodzi w to, które uzyskuje się za pomocą trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości, oczyszczających intencje, pamięć i wolę. „Noc ciemna” opisuje aspekt "bierny", czyli interwencję Boga w ten proces "oczyszczania" duszy. Sam tylko wysiłek ludzki nie wystarcza bowiem, aby dotrzeć do głębokich korzeni skłonności i złych nawyków osoby: może jedynie je wyhamować, ale nie wykorzenić całkowicie. Aby to uczynić, konieczne jest specjalne działanie Boga, który radykalnie oczyszcza ducha i przygotowuje go do miłosnej jedności z Nim. Św. Jan określa takie oczyszczenie jako „bierne” właśnie dlatego, że choć akceptuje je dusza, to dokonuje się dzięki tajemniczemu działaniu Ducha Świętego, który niczym płomień ognia pochłania wszelką nieczystość. W tym stanie dusza jest poddawana wszelkiego rodzaju próbom, jak gdyby znajdowała się w nocy ciemnej.

Te wskazania dotyczące głównych dzieł Świętego pomagają nam zbliżyć się do ważnych punktów jego obszernego i głębokiego nauczania mistycznego, którego celem jest opisanie niezawodnej drogi do osiągnięcia świętości, stanu doskonałości, do którego Bóg powołuje nas wszystkich. Według Jana od Krzyża wszystko to, co istnieje, stworzone przez Boga, jest dobre. Przez stworzenia możemy dojść do odkrycia Tego, który pozostawił w nich swój ślad. Wiara jest bowiem jedynym źródłem danym człowiekowi, aby poznał Boga takim, jakim On jest sam w sobie, jako Boga Jedynego w Trójcy. Wszystko to, co Bóg chciał przekazać człowiekowi, powiedział w Jezusie Chrystusie, swym Słowie, które stało się ciałem. Jezus Chrystus jest jedyną i ostateczną drogą do Ojca (por. J, 14,6). Wszelkie rzeczy stworzone są niczym wobec Boga i nic nie znaczą poza Nim: w związku z tym, aby osiągnąć doskonałą miłość Boga, wszelka inna miłość musi dostosować się w Chrystusie do Bożej miłości. Stąd św. Jan od Krzyża nalega na potrzebę oczyszczenia i ogołocenia wewnętrznego, aby przemienić się w Bogu, który jest jedynym celem doskonałości. „Oczyszczanie” to nie polega na zwykłym fizycznym braku rzeczy lub ich używania: tym, co czyni duszę czystą i wolną, jest bowiem wyeliminowanie wszelkiej nieuporządkowanej zależności od rzeczy. Wszystko jest umieszczone w Bogu jako centrum i celu życia. Długi i żmudny proces oczyszczania wymaga oczywiście wysiłku osobistego, ale prawdziwym bohaterem jest Bóg: wszystko, co może uczynić człowiek, to „dostosować się”, być otwartym na działanie Boże i nie stawiać mu przeszkód. Żyjąc cnotami teologalnymi, człowiek się uwzniośla i nadaje wartość swojemu zaangażowaniu. Rytm wzrastania w wierze, nadziei i miłości idzie w parze z dziełem oczyszczenia i ze stopniowym jednoczeniem się z Bogiem, aż do przemienienia się w Nim. Gdy osiąga się ten cel, dusza zanurza się w samym życiu Trójcy Świętej, tak że św. Jan mówi, iż dochodzi ona do miłowania Boga tą samą miłością, jaką On ją kocha, gdyż kocha ją w Duchu Świętym. Dlatego właśnie Doktor Mistyczny twierdzi, że nie ma prawdziwego zjednoczenia w miłości z Bogiem, jeśli nie osiąga ono swego szczytu w jedności trynitarnej. W tym najwyższym stanie święta dusza poznaje wszystko w Bogu, nie musi już przechodzić przez stworzenia, aby dotrzeć do Niego. Dusza czuje się teraz zalana przez Bożą miłość i w pełni w niej się raduje.

Drodzy bracia i siostry! Na koniec pozostaje pytanie: czy ten święty ze swoją wielką mistyką, z tą płomienną drogą na szczyty doskonałości ma coś do powiedzenia nam, zwyczajnemu chrześcijaninowi, żyjącemu w warunkach dzisiejszego życia lub czy jest wzorem, przykładem jedynie dla niewielu wybranych dusz, które mogą rzeczywiście wejść na tę drogę oczyszczenia, mistycznego wznoszenia się? Aby znaleźć odpowiedź, musimy przede wszystkim pamiętać, że życie św. Jana od Krzyża nie było „lataniem na mistycznych obłokach”, ale było to bardzo twarde, bardzo praktyczne i konkretne życie zarówno reformatora zakonu, gdzie napotykał mnóstwo oporów, jak i przełożonego prowincjalnego czy też w więzieniu swych współbraci, gdzie był narażony na nieprawdopodobne zniewagi i fizyczne znęcanie się. Było to ciężkie życie, ale właśnie w czasie miesięcy spędzonych w więzieniu napisał on jedno ze swych najpiękniejszych dzieł. Możemy w ten sposób zrozumieć, że droga z Chrystusem, pójście za Chrystusem, „Droga" nie jest dodatkowym ciężarem do już dostatecznie ciężkiego brzemienia naszego życia, nie jest czymś, co czyniłoby to brzemię jeszcze cięższym, ale jest czymś zupełnie innym - światłem, mocą, która pomaga nam nieść ten ciężar. Jeśli ktoś nosi w sobie wielką miłość, to dodaje mu ona jakby skrzydeł i znosi on znacznie łatwiej wszystkie trudności życiowe, ponieważ nosi w sobie to wielkie światło; jest nim wiara: być kochanym przez Boga i pozwolić, aby być kochanym przez Boga w Jezusie Chrystusie. To pozwolenie, aby być kochanym, jest światłem pomagającym nam nosić brzemię każdego dnia. Świętość zaś nie jest naszym bardzo trudnym dziełem, ale właśnie ową „otwartością”: otwieraniem też okien naszej duszy, aby mogło wejść światło Boże, niezapominanie o Bogu, gdyż właśnie w otwarciu na Jego światło odnajdujemy moc i radość odkupionych. Módlmy się do Pana, aby pomógł nam znaleźć tę świętość, pozwolić się Bogu miłować, co jest powołaniem nas wszystkich i prawdziwym odkupieniem.
Dziękuję.

kg, st (KAI)/Watykan

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Niechciany pomnik

2019-12-15 15:43

Beata Pieczykura

– Dopóki my żyjemy, król Jan III Sobieski stanie na Kahlenbergu w Wiedniu. Pomnik monarchy jest darem Polaków dla Europy, a nie dla Wiednia – powiedział Piotr Zapart, przewodniczący Komitetu Budowy Pomnika Króla Jana III Sobieskiego w Wiedniu na Kahlenbergu, 15 grudnia na Jasnej Górze. Podkreślił, że na celu przywrócenie pamięci o Janie III Sobieskim, jednym z najsłynniejszych europejskich władców, który „jako obrońca wiary chrześcijańskiej ruszył, aby Europa zachowała wartości i swój kształt”.

Beata Pieczykura/Niedziela

Pomnik króla Jana III Sobieskiego, pierwotnie przeznaczony dla Wiednia, odwiedza miasta historycznie związane z monarchią. Od 15 grudnia do 3 stycznia jest prezentowany na Jasnej Górze przed bramą Lubomirskich. Był pokazywany w Krakowie. Po Częstochowie odwiedzi m.in. Warszawę, Brzeg, Nysę.

15 grudnia na Jasnej Górze uroczystość zorganizowały Fundacja Order Jana III Sobieskiego oraz Międzynarodowy Komitetu Budowy Pomnika Króla Jana III Sobieskiego w Wiedniu na Kahlenbergu. Rozpoczęła je Msza św. w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej.

Beata Pieczykura/Niedziela

Pomnik autorstwa rzeźbiarza prof. Czesława Dźwigaja (3 m wys., ok. 7,5 m dł., odlany w Gliwicach) przedstawia króla Sobieskiego na koniu, z buławą, którą wskazuje kierunek natarcia. Za nim – w bryle wykonanej w brązie – widać skrzydła husarskie, głowy koni i postaci biorących udział w obronie Europy przed armią Imperium Osmańskiego.

Związki króla Sobieskiego z Matką Bożą Częstochowską przypominają ojcowie paulini z Jasnej Góry. Maryi właśnie władca przypisywał Wiktorię Wiedeńską, jako wyraz dziękczynienia za tryumf oręża polskiego nad Turkami pozostawił w klasztorze wiele pamiątek, takich jak m.in. wieczna lampka, przedmiot przypominający fragment husarskiego skrzydła, tureckie kołczany, tuziny strzał oraz tarcza z wielkiej żółwiej skorupy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem