Reklama

Pożegnanie ofiar katastrofy budowlanej

2017-05-04 13:31

Krystyna Smerd
Edycja świdnicka 19/2017, str. 6

Archiwum autora

Zgromadziliśmy się w kościele po to, by płakać z płaczącymi, ale my wierzymy, że Chrystus nie został w grobie, lecz zmartwychwstał, niech ta wiara będzie z nami, gdy modląc się w intencji zmarłych, przekażemy im dzisiaj to, co liczy się najbardziej u Boga, mówił w kościele 19 kwietnia, w dzień pogrzebu ofiar katastrofy budowlanej w Świebodzicach, ks. kan. Jan Mrowca, proboszcz miejscowej parafii pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła.

Pogrzebowej koncelebrowanej Eucharystii za zmarłych, która była sprawowana w kościele w parafii, do której należy ulica Krasickiego, gdzie doszło do straszliwej tragedii, gdy w gruzach przy tej ulicy legła stara trzykondygnacyjna kamienica, przewodniczył biskup sufragan Adam Bałabuch. Przy trumnach trzech ofiar katastrofy (trzy pochowano tuż po tragedii w Świebodzicach oraz innej miejscowości diecezji) – śp. Mirosława Ożgi, a także kolejnych – matki z dzieckiem śp. Anny Wiśniewskiej i śp. Marii Palmowskiej – zgromadzili się ich najbliżsi, sąsiedzi, osoby, które ocalały z katastrofy, burmistrz miasta Świebodzice Bogdan Kożuchowicz, minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska – mieszkanka Świebodzic, radni miejscy, strażacy, dzieci i młodzież szkolna, nauczyciele Publicznej Szkoły Podstawowej nr 3, która wystawiała poczet sztandarowy, harcerze oraz wielu mieszkańców. Myślami przy pogrążonych w smutku i bólu bliskich ofiar tej katastrofy byli premier Rzeczpospolitej Polskiej Beata Szydło i wojewoda dolnośląski, którzy przesłali wieńce.

Prośmy podczas tej Mszy św., aby Pan przyjął dusze śp. Mirosława, śp. Anny i śp. Marii do społeczności zbawionych w niebie i polecamy ich Bożemu Miłosierdziu – mówił na wstępie homilii Ksiądz Biskup.

Reklama

Przypomniał, że wiadomość o tragedii, do jakiej doszło w sobotę 8 kwietnia, przyjęta została z wielkim z smutkiem i niewyobrażalnym bólem przez wszystkich w mieście i całej Polsce. A niepokój ten jeszcze rósł w miarę otrzymywanych kolejnych komunikatów, gdy dowiadywano się, że spośród 10 ofiar odnajdowanych wśród gruzów, w wielkim poświęceniu ratowników, niestety, aż sześć osób straciło w wyniku katastrofy życie. Na miejscu tragedii, by wesprzeć ratowników prowadzących akcję poszukiwawczą ponad dobę, byli m.in: biskup ordynariusz Ignacy Dec i dyrektor świdnickiej Caritas ks. Radosław Kisiel, premier Rzeczpospolitej Polskiej Beata Szydło.

Bp Bałabuch w wygłoszonej homilii przedstawił pokrótce życiorysy zmarłych. O malutkiej Marysi mówił – za jej nauczycielami i księdzem proboszczem – że była dzieckiem bardzo radosnym, śpiewała w scholi parafialnej, a my jako chrześcijanie wierzymy, że śpiewa tam przed obliczem Pana Boga. Nawiązał do treści odczytanej Ewangelii o zmartwychwstałym Jezusie, którego grób nawiedzają kobiety, a Go tam już nie ma! Zmartwychwstały Jezus pokonał śmierć. Tym swoim czynem ofiarowuje nam nowy sposób rozumienia i przeżywania śmierci. On ukazuje śmierć, która dzięki Jego ofierze i zmartwychwstaniu przenosi nas do nowego życia. Przeżywane kilka dni temu święta wielkanocne – przypominają nam o tym, że wraz ze śmiercią nie kończy się wszystko! Zagadka śmierci jest dla nas wszystkich okazją, by zrozumieć sens życia. Śmierć przychodzi do nas często w sposób nieoczekiwany, niespodziewany. Nie jest jednak karą, jest częścią ludzkiej egzystencji. To jest droga do nowego życia w królestwie Bożym. W obliczu tajemnicy naszej przemijalności wiemy i wierzymy w to, że nie wszystko się skończyło. My, chrześcijanie, wierzymy w nasze zmartwychwstanie po śmierci w Bogu. A tym czymś, czym możemy wspomagać zmarłych, jest modlitwa, nasza spowiedź święta, udział w Eucharystii, nasza Komunia św. Prośmy o miłosierdzie Boże dla tych, którzy zginęli w katastrofie budowlanej o siłę dla ich rodzin, a także o dobro dla tych, którzy przeżyli – zakończył Ksiądz Biskup.

Po pogrzebowej celebracji w kościele urna z prochami śp. Mirosława przewieziona została na cmentarz przy ulicy Strzegomskiej, a trumny z ciałami śp. Marii i śp. Anny przewieziono na cmentarz w Cierniach, gdzie je pogrzebano. Bardzo przejmującym momentem, po zakończonej Eucharystii pogrzebowej, był występ scholi parafialnej w kościele, która śpiewem pieśni na część Matki Bożej pożegnała ze łzami swoją małą, zmarłą tragicznie koleżankę. W Mszy św. uczestniczyły dzieci z klasy II e Szkoły Podstawowej nr 3, do której chodziła. W dniu następnym cała szkolna społeczność tej placówki modliła się za duszę śp. Marysi na Eucharystii w jej intencji w kościele św. Mikołaja.

Tagi:
pogrzeb Świebodzice

Czekają na naszą pomoc

2017-04-19 14:17

Krystyna Smerd
Edycja świdnicka 17/2017, str. 1

Agnieszka Bielawska-Pękala/UM Świebodzice

Wszyscy jesteśmy poruszeni głęboko katastrofą budowlaną, do jakiej doszło 8 kwietnia tuż po godz. 9 rano w Świebodzicach. W wyniku zawalenia się dwukondygnacyjnej kamienicy przy ulicy Krasickiego śmierć poniosło 6 osób, w tym dwoje dzieci. Miejsce wypadku odwiedzili w trakcie trwania akcji ratowniczej, w sobotę wieczorem, premier RP Beata Szydło i minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak. Była też minister Anna Zalewska, która jest mieszkanką Świebodzic.

Cztery osoby ranne w tej katastrofie trafiły do szpitali w Świebodzicach, Świdnicy i Wrocławiu. Stan jednej z nich – młodego chłopca, który doznał urazów wielonarządowych – jest bardzo ciężki. Czterech mieszkańców tego domu nie odniosło żadnych obrażeń, szczęśliwie byli poza domem. Rodzinie z malutkim dzieckiem zamieszkałej na parterze udało się wydostać z rumowiska przez okno, nie odnieśli żadnych obrażeń. Akcja ratownicza, z uwagi na rozmiar zniszczeń, była bardzo trudna i jak zawsze liczył się w niej czas. Brało w niej udział ponad 250 ratowników przybyłych z całego Dolnego Śląska, a także jednostki specjalistyczne z Jastrzębia-Zdroju i Łodzi, dysponujące psami do poszukiwania ludzi pod zwałami gruzu. Koordynował nią wojewoda dolnośląski Paweł Hreniak. Akcja trwała całą dobę, aż do godz. 7 rano w niedzielę. Na miejscu katastrofy od pierwszych godzin do zakończenia akcji były rodziny, znajomi i przyjaciele ofiar, oczekując wiadomości, a wśród nich burmistrz miasta Bogdan Kożuchowicz, wielu radnych i księża z parafii. Dla zachowania bezpieczeństwa obszar katastrofy był otoczony ścisłym nadzorem policji i służb. Ze słowami wsparcia dla ratowników i otuchy dla rodzin ofiar i poszkodowanych przybył również biskup świdnicki Ignacy Dec, który powiadomiony o katastrofie, modlił się już za ofiary tego dramatu w sobotę podczas papieskiej Mszy św. na stadionie na Białym Kamieniu w Wałbrzychu.

Nie jest jeszcze wiadome, co spowodowało zawalenie budynku. Nad ustaleniem przyczyn katastrofy pracuje powołana komisja, złożona ze śledczych i prokuratorów, która podjęła pracę z chwilą zakończenia akcji ratowniczej. Jej opinię na pewno wkrótce poznamy. Rodziny ofiar katastrofy oraz poszkodowani w niej otoczeni zostali opieką. Władze zapowiedziały rychłe przygotowanie docelowych mieszkań dla nich z pomocy państwa. Na razie osoby poszkodowane są u rodzin. Osierocone dzieci otoczyła opieką rodzina. Razem z władzami państwowymi z pomocą do ofiar katastrofy pospieszyła już od pierwszej chwili Caritas Diecezji Świdnickiej.

Ulica Krasickiego należy do parafii pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła. – Słyszałem ten potężny huk, jak ten dom runął – mówi proboszcz ks. Jan Mrowca. – Cała nasza plebania zadrżała. Tak było, mimo że od tamtej ulicy dzieli nas spora jeszcze odległość i rząd kamienic. Obraz, jaki zobaczyłem na miejscu tragedii, jeszcze tkwi mi w oczach. Jeden ból i rozpacz! Byłem żołnierzem, ale nigdy nie spotkałem się z tym, co zobaczyłem. Ten dom się zamienił w gruz i pył. Ekipy ratunkowe pojawiły się szybko i pracowały bardzo sprawnie – jestem pełny podziwu dla ich wysiłku, w którym nie ustawali, by odnaleźć jeszcze żywych ludzi. Opieka, jaką otoczono wszystkich poszkodowanych w katastrofie, była naprawdę na wysokim poziomie. – Wszyscy w naszym mieście, i co oczywiste w naszej parafii, ten dramat bardzo przeżywają – podkreślił Ksiądz Proboszcz. – Razem modliliśmy się na każdej Mszy św. w Niedzielę Palmową za tych ludzi, którzy w tej katastrofie stracili życie. Za osoby z naszego miasta oraz przyjezdnych, bo i tacy też są w gronie ofiar. Bardzo boleję nad wszystkimi ofiarami, nie mogę jednak nie wspomnieć z imienia – jednej z ofiar – tego najmłodszego dziecka. Marysi, która zginęła z mamą. Ona śpiewała w naszej scholi parafialnej. Była bardzo sumienna. Często przybiegała do kościoła z domu, nawet sporo przed czasem na Mszę św. Lubiła śpiewać dla Pana Boga. Do Pierwszej Komunii św. miała pójść za dwa lata.

Nasza parafia modli się teraz codziennie od niedzieli za wszystkie ofiary tej katastrofy przed wieczorną Mszą św. – Koronką do Miłosierdzia Bożego. Od 12 kwietnia przez nasze pośrednictwo będzie udzielana pomoc finansowa diecezjalnej Caritas wszystkim poszkodowanym (po 3 tys. dla dorosłych i 1,5 tys. na dziecko). Wiemy, że pierwsze zasiłki od początku tygodnia wypłaca miasto. Tragedią są poruszone parafie z całego kraju. Otrzymujemy telefoniczne deklaracje, że kilka parafii przeznaczy na tę pomoc pieniądze zbierane w kościołach na kwiaty do Bożego Grobu. Przesłano też już pierwsze kwoty na ten cel. Będę też prosić o gest chrześcijańskiej solidarności i okazanie serca naszych mieszkańców – dodał Ksiądz Proboszcz. W niedzielę w Świebodzicach ogłoszono trzydniową żałobę.

Poszkodowanym rodzinom od soboty były udzielane różne formy pomocy – zapewniał o tym we wtorek 11 kwietnia burmistrz Świebodzic. – Mamy lokale, które zostaną przygotowane dla wszystkich, którzy stracili dach nad głową, w czym miasto może liczyć zgodnie z zapowiedzią, na pełną pomoc finansową ze strony państwa. Renty specjalne dla dla dzieci, które zostały sierotami, zadeklarowała, będąc na miejscu tragedii, Premier RP. Pochówki będą także na koszt państwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gwatemala: beatyfikacja brata szkolnego Jakuba A. Millera – męczennika

2019-12-06 19:13

kg (KAI) / Huehuetenango

W sobotę 7 grudnia w mieście Huehuetenango w zachodniej Gwatemali biskup diecezji David w Panamie kard. José Luis Lacunza Maestrojuán ogłosi błogosławionym brata Jakuba Alfreda Millera, który poniósł tam śmierć męczeńską w wieku 37 lat. Był on amerykańskim bratem szkolnym, który ponad 10 lat swego życia zakonnego spędził w Ameryce Środkowej, głównie w Nikaragui, potem w Gwatemali i tam zginął z rąk niewykrytych do dzisiaj sprawców.


Brat Santiago czyli Jakub Alfred Miller

Oto krótki życiorys nowego błogosławionego.

Jakub (James) Alfred Miller urodził się 21 września 1944 w miasteczku Stevens Point w amerykańskim stanie Wisconsin. Był wcześniakiem i zaraz po urodzeniu ważył zaledwie nieco ponad 1,8 kg, później jednak szybko się rozwijał i jako dorosły mierzył prawie 2 metry i ważył 100 kg. W dzieciństwie i wczesnej młodości był bardzo porywczy, a nawet niesforny i rubaszny, co nieraz budziło lęk w jego otoczeniu.

Wielki wpływ na zmianę jego zachowania i na całe późniejsze jego życie wywarła nauka w szkole średniej, prowadzonej przez braci szkolnych w mieście Winona w sąsiednim stanie Minnesota. W 1959, mając 15 lat, rozpoczął juniorat w tym zgromadzeniu zakonnym, w 3 lata potem został postulantem, a następnie nowicjuszem. Przyjął wówczas imiona zakonne Leo William, później jednak powrócił do swych imion chrzestnych i tylko ich używał.

Jeszcze przed złożeniem ślubów wieczystych w sierpniu 1969 zaczął pracować jako nauczyciel języków angielskiego i hiszpańskiego i jako katecheta w szkole średniej Cretin w St. Paul – stolicy Minnesoty; uprawiał też amerykański futbol i trenował drużynę szkolną.

Po ślubach władze zgromadzenia wysłały go do pracy w mieście Bluefields w południowo-wschodniej Nikaragui, skąd w 1974 przeniesiono go do Puerto Cabezas na północny wschód kraju. Pracował tam nie tylko jako nauczyciel, ale również przy rozbudowie miejscowego kompleksu przemysłowo-kościelnego, a szkoła na jego terenie pod jego kierunkiem rozrosła się z 300 do 800 uczniów. Aby bardziej zbliżyć się do miejscowej ludności, zaczął używać hiszpańskiej wersji swego imienia – Santiago (Jakub) i pod nim był powszechnie znany.

Tę pomyślnie rozwijającą się działalność przerwało w lipcu 1979 polecenie władz zakonnych, aby opuścił Nikaraguę, gdy zwyciężyło tam lewicowe ugrupowanie sandinistów. Brat Santiago pozostawał bowiem w dobrych i bliskich kontaktach z dotychczasowym dyktatorem Anastasio Somozą, widząc w tym szanse na wypełnienie przez rząd zobowiązań co do rozbudowy szkolnictwa w tym regionie, złożonych jego poprzednikowi i współbratu zakonnemu Francisowi Carrowi. Ale niektórzy miejscowi mieszkańcy uważali te więzi za zbyt bliskie i to zaniepokoiło przełożonych zakonnika, tym bardziej że nowe władze umieściły jego nazwisko na liście tych, których należy „sprzątnąć”.

Brat Santiago wrócił więc bardzo niechętnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie znów zaczął uczyć w swej pierwszej szkole w St. Paul, nie przestając jednak marzyć o powrocie do Ameryki Środkowej. Robił tak wiele dla tej placówki, że uczniowie nazwali go „Bratem Złotą Rączką”.

W styczniu 1981 znów znalazł się w Ameryce Środkowej, tym razem w Gwatemali – w Huehuetenango na zachodzie kraju i tam od pierwszej chwili zaangażował się jako nauczyciel zawodu w poprawę położenia ludności tubylczej, uciskanej przez panujący w tym kraju reżym. Działania te z jednej strony zyskały mu wielką sympatię miejscowych mieszkańców, z drugiej ściągnęły nań nie mniejszą wrogość rządzących wojskowych i bardzo szybko zaczął otrzymywać ostrzeżenia i pogróżki, których jednak nie uląkł się i nadal prowadził swą działalność na rzecz najuboższych.

Już w rok później – wieczorem 13 lutego 1983 do prowadzonej przez braci szkolnych Szkoły Indiańskiej im. De La Salle wdarło się trzech zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, oddając serię strzałów do brata Millera, zajętego pracami budowlanymi. Zakonnik zginął na miejscu, zabójcy natomiast od razu odjechali, a wszelki ślad po nich zaginął. Do dziś pozostali niewykryci i nieukarani.

Amerykańska diecezja La Crosse, na której terenie urodził się przyszły błogosławiony, ustanowiła nagrodę jego imienia za działalność na rzecz sprawiedliwości społecznej, a po jego śmierci powstała także fundacja, również nosząca jego imię, w celu kontynuowania jego dzieła na rzecz biednych i uciskanych. Brat Santiago nazywany jest „męczennikiem edukacji”.

Jego proces beatyfikacyjny toczył się w Huehuetenango w latach 2009-10, a w Watykanie zakończył się podpisaniem przez Franciszka dekretu o męczeństwie 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem