Reklama

Mama przeprowadziła się na grób Ojca Pio

2017-05-24 09:58

Z Matteo Pio Colellą i Marią Lucią Ippolito rozmawiała Aleksandra Zapotoczny
Niedziela Ogólnopolska 22/2017, str. 14-16

Archiwum rodzinne
Matteo przy portrecie św. Ojca Pio

Matteo Pio Colella urodził się i mieszka w San Giovanni Rotondo. Dzisiaj ma 24 lata. Jego mama jest nauczycielką, ojciec lekarzem w klinice Dom Ulgi w Cierpieniu, założonej z inicjatywy Ojca Pio. Cała ich rodzina od lat żyje nabożeństwem do Świętego. Dziadkowie Matteo osobiście znali Kapucyna, którego odwiedzali po nabożeństwach w klasztorze. To na jego cześć ochrzczono wnuczka jego imieniem. Święty otoczył chłopaka swoją opieką, czego dowodem jest jego uzdrowienie, przypadek medycznie niewytłumaczalny, który utorował Ojcu Pio drogę do ołtarzy, wybrany jako cud do procesu kanonizacyjnego. Drukujemy rozmowę Aleksandry Zapotoczny z Matteo Colellą i jego matką Marią Lucią Ippolito oraz wypowiedź jego ojca Antonia Colelli.

ALEKSANDRA ZAPOTOCZNY: – Jak wspominasz swoją chorobę i uzdrowienie?

MATTEO PIO COLELLA: – Był rok 2000. Miałem 7 lat. Poszedłem do szkoły i źle się poczułem. Wychowawca zadzwonił po rodziców. Miałem gorączkę i objawy grypy. Zostałem więc w domu z tatą, a mama poszła do pracy. Wieczorem jednak mój stan się pogorszył, nie poznałem mamy, kiedy wróciła, i miałem halucynacje, czułem, jakbym latał. Na moim ciele pojawiły się czerwone plamy. Najpierw został wezwany lekarz, a potem pojechałem do szpitala. I właściwie od tego momentu nic nie pamiętam. Miałem wysoką gorączkę, podano mi leki. Wprowadzono mnie w stan śpiączki farmakologicznej, zostałem zaintubowany. Okazało się, że miałem zapalenie opon mózgowych. Leżałem w klinice – w Domu Ulgi w Cierpieniu. Mój stan był ciężki. Później, w procesie kanonizacyjnym Ojca Pio, lekarze, którzy mnie prowadzili, zeznali, że nie było już dla mnie ratunku. Według medycyny, wszystkie główne organy w organizmie zostały uszkodzone. Właściwie dzisiaj nie powinno mnie tu być. Ich wiara w to, że mogą mnie wyleczyć, w tamtych chwilach wygasła.

– Przebywałeś w szpitalu 11 dni...

– A miałem wrażenie, że spędziłem tam tylko jedną noc, podczas której miałem sen. Widziałem siebie leżącego na łóżku, podłączonego do aparatury medycznej. Obok mnie siedziało trzech aniołów: jeden w białym habicie i ze złotymi skrzydłami, dwaj pozostali z białymi skrzydłami i w czerwonych habitach, ale nie widziałem ich twarzy. Po drugiej stronie siedział Ojciec Pio, ale nie wiedziałem wówczas, kto to jest. Jako siedmiolatek do kościoła chodziłem, bo mama mnie tam zaprowadzała. Zawsze, kiedy mieliśmy wychodzić, dąsałem się jednak, bo musiałem przerwać grę na PlayStation... W tym śnie widziałem, że Ojciec Pio trzymał mnie za rękę i mówił, że wyzdrowieję. Tak naprawdę z Ojcem Pio porozumiewaliśmy się w myślach, nie otwieraliśmy do rozmowy ust. Razem wstaliśmy i polecieliśmy do Rzymu, do szpitala, gdzie na łóżku leżał mały chłopak. Ojciec Pio zapytał mnie, czy chciałbym go uzdrowić. Na moje pytanie: „Jak miałbym to zrobić?”, odpowiedział: „Siłą woli”... W tym samym czasie wyciągnęliśmy ręce nad chłopakiem, a ja... się obudziłem. Po otwarciu oczu byłem zły na tatę. Poszedłem do szpitala tylko na kontrolę, a znalazłem się w szpitalnym łóżku. Nie byłem świadomy, że od tamtego dnia minęło tyle czasu... Zaraz poprosiłem o PlayStation, więc wszyscy wiedzieli, że wyzdrowiałem naprawdę, ale moja mama mówiła mi, że szukałem ciągle czyjejś ręki... Później opowiedziałem jej mój sen o księdzu z brodą i w habicie.

– Sądzisz, że wyzdrowiałeś, bo modlitwy zostały wysłuchane?

– W czasie mojego pobytu w szpitalu tysiące ludzi się za mnie modliło. Moja mama praktycznie przeprowadziła się na grób Ojca Pio. Nie mogąc odwiedzać mnie w szpitalu, gdzie dyżurowali mój tata i wujek, którzy są lekarzami, ona 90 proc. swojego dnia spędzała na modlitwie, resztę czasu wydzwaniała po znajomych, pukała do klasztorów i prosiła o modlitwę. W mojej intencji została też odprawiona pielgrzymka. Jak widać, ta modlitwa była silna, bo żyję.

– Gdy zostałeś uzdrowiony, byłeś dzieckiem. Kiedy tak naprawdę zrozumiałeś, że zostałeś „dotknięty” przez Świętego?

– To prawda, na początku tego nie rozumiałem... Dla mnie czymś zwyczajnym był fakt, że Ojciec Pio trzymał mnie za rękę. Nie myślałem wtedy o rzeczach nadprzyrodzonych. Kiedy wróciłem do domu, miałem na ciele brzydkie blizny, a wszyscy chcieli się ze mną spotykać jako z tym uzdrowionym. Upominałem więc moją mamę i pytałem ją, dlaczego prosiła Boga, bym powrócił do życia, kiedy tam, z Ojcem Pio, było mi naprawdę dobrze. Dopiero po kanonizacji uświadomiłem sobie wielkość tego, co się stało.

– Jak ludzie reagują na Twoje uzdrowienie?

– Prawdę mówiąc, ja jako pierwszy pytałem samego siebie: dlaczego właśnie ja? Dlaczego inne dzieci umarły? Tak, wiele osób zadawało sobie to samo pytanie. Wątpiących nie spotkałem zbyt wielu, może dlatego, że moja historia jest zapisana w raportach klinicznych. Nastąpiło zatrzymanie krążenia i pojawiło się wiele innych komplikacji, każdy lekarz, który wie, co oznacza zapalenie opon mózgowych, przyzna, że nie powinienem być tutaj dzisiaj. Ale fakty mówią za siebie.

– Kim jest dla Ciebie Ojciec Pio i czym jest dla Ciebie świętość?

– Ojciec Pio jest moim dziadkiem, przyjacielem, powiernikiem. Zwracam się do niego jak do kogoś z rodziny... Odwiedzam jego grób, chociaż wiem, że on jest zawsze przy mnie i przy tych wszystkich, którzy go wzywają. Nie potrafię jednak powiedzieć, czym jest świętość. Może zwyczajnie jest to próba dobrego zachowywania się każdego dnia... Ojciec Pio jest niezwykłym świętym. My wszyscy także możemy kroczyć drogą świętości, żyjąc uczciwie, pomagając drugim, stając się cyrenejczykami.

– No właśnie, udzielasz się w Stowarzyszeniu „Cyrenejczyk”...

– Stowarzyszenie zostało założone przez moją mamę w odpowiedzi na moje uzdrowienie. To grupa wolontariuszy, którzy spotykają się z osobami chorymi, dają wsparcie przede wszystkim ich rodzinom. Prócz tego żyję jak zwykły chłopak, także dzięki mojej rodzinie, która przez cały ten czas mnie ochraniała. Studiuję psychologię i pracuję z autystycznymi dziećmi, co daje sens mojemu życiu. Mój wujek, brat mamy, opracował terapię, którą razem stosujemy u pacjentów. Kocham muzykę, kino, piłkę nożną, umawiam się z przyjaciółmi, mam dziewczynę...

* * *

– Jakie przesłanie niesie ze sobą uzdrowienie Pani syna?

MARIA LUCIA IPPOLITO: – Uwielbiam powtarzać, że w życiu jesteśmy podobni do apostoła Tomasza. Nie wierzymy, jeśli nie zobaczymy, i o tym napisał sam Ojciec Pio w swoim „Epistolario”: „Cuda są potrzebne nie dla własnej, ale dla świętości innych”. Uzdrowienie Matteo to przesłanie nadziei, że Chrystus jest żywy między nami, manifestuje się przez swoich świętych, może zainterweniować w naszym życiu, zmienić śmierć w życie. Cuda naprawdę się zdarzają, i to w zwykłych rodzinach, bo nasza nie jest jakąś rodziną specjalną... Dar, którym musieliśmy się podzielić, przynosi owoce i daje nadzieję światu. Podczas choroby Matteo sięgnęłam po „Listy Ojca Pio do swoich duchowych dzieci”, które od lat mam pod ręką, leżą na nocnym stoliku, i w jednym z nich, o umierającej osobie, pisał on: „Wyrwaliśmy cię z rąk śmierci siłą modlitwy”. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że pomoże ona także mojemu synowi... Cuda czyni Bóg, zwróciłam się więc do Ojca Pio o wstawiennictwo, jak kiedyś Jezusa poproszono, by wskrzesił Łazarza... Owocem tego cudu jest nie tylko to, że Matteo żyje, że my jako rodzina otrzymaliśmy łaskę, dar jego życia, ale także to, że Matteo pracuje z osobami niepełnosprawnymi i nosi w sobie tę niezwykłą miłość do nich.

– Czy odczuwaliście strach w czasie dochodzenia w sprawie cudu?

– Wszystko odbywało się etapami. Najpierw wicepostulator poprosił szpital o udostępnienie dokumentacji lekarskiej, później rozmawiał ze mną, zaczęły się przesłuchania i badania. Jeszcze wtedy nie rozumieliśmy odpowiedzialności, zrozumieliśmy ją dopiero po 2 latach badań, w 2002 r., podczas prywatnego spotkania z Janem Pawłem II w dniu, kiedy uzdrowienie Matteo zostało zatwierdzone przez Stolicę Apostolską. Wtedy odczuwaliśmy i strach, i radość, i nie przestawaliśmy zadawać sobie pytania: dlaczego my – najgorsi z najgorszych? Później już nie zadawaliśmy sobie tego pytania, wiedzieliśmy, że musimy świadczyć o Bożej miłości. Strach odczułam jedynie na początku, kiedy Matteo opowiedział swój sen. Ja pierwsza byłam zdania, by nikomu o nim nie mówić. Ale to sami lekarze, którzy krótko przedtem zdjęli rękawiczki i maski i stwierdzili, że już nic nie można zrobić, powtarzali, że to jest cud. Sam papież Franciszek zachęca, by iść pod prąd, i chociaż uważano mnie za osobę niepoczytalną, zaczęłam opowiadać.
I pragnę powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy, o której mówi także Franciszek. Kiedy pracuje się na chwałę Bożą, demon daje znać o sobie... Myślałam, że te poziomy relacji ze złem są zarezerwowane tylko dla świętych. Dzisiaj muszę stwierdzić obecność złego także obok nas... Nasza rodzina napotykała ogromne trudności.

– Czy Wasze życie zmieniło się w jakiś sposób po chorobie Matteo?

– Ja miałam wiarę od zawsze dzięki rodzicom, którzy mi ją przekazali, i nabożeństwu do Ojca Pio. Kiedy on umarł, miałam 8 lat i byłam na jego pogrzebie. Ale mój mąż był niewierzący albo taki, powiedzielibyśmy: letni... Mówił, że jeśli jest Bóg, to musi być daleko, gdyż na świecie jest wiele niesprawiedliwości. Pracował w szpitalu i nie wierzył w cuda, mówił, że ludzie, którzy w nie wierzą, to fanatycy... Jego życie – jako człowieka nauki – się zmieniło. To on musiał przejść wewnętrzne nawrócenie.
Oczywiście, nasze życie – jako rodziny – się zmieniło, gdyż stanęliśmy w centrum zainteresowania całego świata. 2 lata poprzedzające kanonizację były naprawdę ciężkie, byliśmy wręcz prześladowani przez dziennikarzy, niektórzy chcieli nawet dotykać Matteo. Nigdy jednak na to nie pozwoliliśmy, gdyż on nie jest przecież żadną żywą relikwią. Pragnęłam chronić syna. Bałam się, że nasza rodzina straci równowagę. Tłumy dziennikarzy oczekujących przed naszym domem, urywające się telefony. Dlatego powtarzałam Ojcu Pio: „Ty włożyłeś nas do tego domu wariatów, ty nam teraz pomożesz, abyśmy zostali normalni i pokorni”. Jeszcze dzisiaj jesteśmy zapraszani na wywiady, co czasami bywa uciążliwe, bo trzeba zostawić obowiązki, wziąć urlop, dojechać na własny koszt do jakiegoś miejsca. Ale to też jest ewangelizacja...

– Podczas choroby syna obiecała Pani Ojcu Pio, że będzie do jego dyspozycji...

– I on trzyma mnie za słowo. Więc kiedy mnie ktoś zaprasza, abym zechciała opowiedzieć o uzdrowieniu, daję świadectwo. Dlatego też zrodziły się grupa modlitewna i Stowarzyszenie/Fundacja „Cyrenejczyk” (www.ilcireneo.it) – to jest nasza odpowiedź na uzdrowienie i... podziękowanie. Czekamy na wsparcie również z Polski. Moja książka – także po polsku – jest cegiełką na wsparcie naszej działalności. Dzięki temu świadectwo idzie w świat, a my kontynuujemy dzieło. Nasza fundacja przyjmuje rodziny pacjentów onkologicznych, którzy udają się na badania do kliniki Ulga w Cierpieniu, i ich samych podczas rekonwalescencji. Wspieramy ich w cierpieniu, a radość jest naszym pierwszym lekarstwem. Wszystkich innych ogarniamy modlitwą.

Tagi:
świadectwo

Były mason: masoneria w sposób nieunikniony prowadzi do apostazji

2019-09-10 18:39

vaticannews.va / Paryż (KAI)

Przystąpienie do wolnomularstwa w sposób nieunikniony prowadzi do apostazji, nawet jeśli ktoś ma głębokie doświadczenie wiary czy jest praktykującym chrześcijaninem – ostrzega w wywiadzie dla tygodnika „Famille Chrétienne” Serge Abad-Gallardo. On sam był masonem przez 24 lata. Po swym nawróceniu postanowił ujawnić związane z tym zagrożenia.

©scarface - stock.adobe.com

Do masonerii przystąpił w wieku 34 lat. Kierował się względami duchowymi. Jego zdaniem taka też jest motywacja 30-40 procent nowych adeptów masonerii. Pociąga ich ezoteryczny charakter tego stowarzyszenia, jego świadomie utrzymywana tajność, poczucie kosmicznej mocy, swoista forma panteizmu, no i ciekawość. „Dają wam do zrozumienia, że poznacie rzeczy tajne, zakryte dla ogółu” – wspomina Abad-Gallardo.

Mówiąc o duchowym aspekcie masonerii, przyznał on, że poznał w niej wielu ludzi, którzy szczerze szukali, ale szukali w próżni. Niektórzy, od 10 do 20 procent wstępują do masonerii dla kariery, bo gromadzi ona, w zależności od loży, ludzi polityki lub biznesu. Jeszcze inni, 30-40 procent, to zacięci rewolucjoniści.

Abad-Gallardo przyznaje jednak, że przez 24 lata nie spotkał w masonerii ludzi głęboko wierzących, bo nawet jeśli ktoś przystępuje do masonerii jako katolik, to z czasem oddala się od Kościoła, dochodzi do apostazji. „Masoneria to ruch ezoteryczny, którego celem jest unicestwienie wiary i moralności chrześcijańskiej. Istotą wolnomularstwa jest gnostycyzm i ezoteryczność” – dodaje Abad-Gallardo, były mason.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Świadectwo kapłana rannego pod Giewontem

2019-09-10 13:17

Polska pod Krzyżem

To jest coś znacznie więcej niż film, to wielkie świadectwo i znak dla Polski. To zaproszenie, to wezwanie, by stanąć pod Krzyżem, zaprzeć się się samego siebie, wziąć go i naśladować Jezusa. W Krzyżu zwycięstwo dla Kościoła i Polski, dla każdego z nas! Prosimy Was z całą mocą - odczytajcie ten znak.


Przeczytaj także: "Polska pod Krzyżem" w łączności duchowej z Jerozolimą

Polska pod Krzyżem – Polacy wypełniają duchowy testament św. Jana Pawła II

Jan Paweł II w 1997 roku wzywał do obrony krzyża „od Tatr aż do Bałtyku”. 22 sierpnia 2019 roku pod krzyżem na Giewoncie ks. Jerzy Kozłowski został trzykrotnie rażony piorunem. Ten krzyż jest symbolem wiary w Polsce przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Jego replika stanie przy ołtarzu polowym na lotnisku we Włocławku podczas wydarzenia „Polska pod Krzyżem”.

Jan Paweł II podczas pielgrzymki do ojczyzny w 1997 roku, w Zakopanem wzywał Polaków: Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu społecznym, rodzinnym. Dzisiaj dziękowałem Bogu za to, że wasi przodkowie na Giewoncie wznieśli krzyż. Ten krzyż patrzy na Polskę od Tatr aż do Bałtyku. I ten krzyż mówi całej Polsce: „Sursum corda” – „W górę serca”. Trzeba żeby cała Polska od morza aż po Tatry patrząc w stronę krzyża na Giewoncie słyszała i powtarzała: „Sursum corda”.

W sierpniu tego roku, we Wspomnienie Najświętszej Marii Panny Królowej, podczas wycieczki w góry, na Giewoncie, stojąc trzy metry od krzyża ksiądz katolicki został trzykrotnie rażony przez piorun. – Pomyślałem, że skoro jestem Księdzem, to mogę udzielić rozgrzeszenia ludziom obecnym na szczycie i którzy schodzą z niego, bo może ktoś z nich jest ranny. Uczyniłem wielki znak krzyża, błogosławiąc wszystkich ludzi tam obecnych – wspomina ks. Jerzy Kozłowski.

W ten sposób kapłan dokonał absolucji, czyli całkowitego odpuszczenia win, przeznaczonego na godzinę śmierci. – Odczytujemy to wydarzenie jako znak dla całej Polski – podkreśla Maciej Bodasiński, organizator wydarzenia „Polska pod Krzyżem”. – Ksiądz jest uosobieniem Chrystusa na ziemi, został trafiony przez piorun trzy razy i odpuścił wszystkim tam obecnym grzechy, jakby biorąc cierpienie na siebie. Ten obraz koresponduje z tym, co wydarzyło się na Kalwarii… Myślę, że nie powinniśmy zamykać oczu na to wydarzenie. Niech ono stanie się jeszcze mocniejszą zachętą do tego, by stanąć pod krzyżem w najbliższą sobotę – zaprasza Bodasiński.

Replika krzyża z Giewontu będzie obecna na miejscu modlitwy „Polska pod Krzyżem” na lotnisku we Włocławku. – Na szczycie ktoś zapytał mnie, czy krzyż na Giewoncie zabija. Odpowiedziałem, że gdyby tak było my powinniśmy być martwi, a wszyscy poniżej nas powinni żyć, a jest dokładnie odwrotnie – opowiada ks. Jerzy i dodaje – Oddaję moje cierpienia za Kościół w Polsce i w tym bólu łącze się z Panem Jezusem.

Jako ludzie wierzący, wiemy, że to właśnie z Krzyża płynie uzdrowienie, uwolnienie i wszelkie łaski. Wydarzenie „Polska pod Krzyżem” ma być aktem postawienia krzyża w centrum życia w Polsce, w centrum wszystkich wydarzeń, jakie dzieją się w naszym kraju. Tylko w ten sposób możemy doświadczyć mocy wielkiej Miłości, która z niego płynie.

• POLSKA POD KRZYŻEM (14.09.2019) to wydarzenie otwarte. Uczestnicy mogą przyjechać bez wcześniejszej rejestracji.

• 10 września 2019 r. o godz. 11:00 na stronie internetowej zgłoszonych było 670 miejsc, w których wierni będą się modlić w łączności duchowej z uczestnikami wydarzenia głównego we Włocławku. Proponowany program dla parafii dostępny jest pod adresem: https://polskapodkrzyzem.pl/#mapa

• Na stronie internetowej polskapodkrzyzem.pl dostępny jest spot (video) POLSKA POD KRZYŻEM, który można bezpłatnie pobierać i udostępniać na stronach parafialnych oraz w mediach.

PROGRAM:

09:00 Przyjmowanie pielgrzymów na placu 10:45 Zawiązanie wspólnoty 11:00 Różaniec: Tajemnice Bolesne 11:30 Konferencja wprowadzająca: „Odrzucenie Krzyża i walka duchowa we współczesnym świecie”, Lech Dokowicz 13:00 Przerwa na posiłek 15:00 Koronka do Bożego Miłosierdzia 15:15 Msza Święta wraz z uroczystym wniesieniem relikwii Krzyża Świętego 17:30 Konferencje: ks. Dolindo Ruotolo (odtworzenie homilii w wersji audio) oraz Joanna Bątkiewicz-Brożek. 18:30 Przerwa 20:15 Droga Krzyżowa 22:00 Adoracja Najświętszego Sakramentu 03:00 Zakończenie Adoracji i Msza Święta z niedzieli (Święto Matki Bożej Bolesnej)

AKREDYTACJE:

Prosimy dziennikarzy o zgłoszenie udziału w wydarzeniu POLSKA POD KRZYŻEM do piątku – 13 września do godz. 12:00 na adres mailowy: media@polskapodkrzyzem.pl lub w formie sms – tel. 664 540 247.

Proszę podać imię nazwisko, nazwę redakcji, opcjonalnie adres mailowy lub numer telefonu).

14 września od godz. 9:00 będą wydawane identyfikatory prasowe uprawniające do:

1. otrzymania informacji prasowych w wersji papierowej (możliwość wysyłki mailem po podaniu adresu mailowego)

2. realizacji materiałów prasowych na terenie lotniska Kruszyn podczas wydarzenia

3. korzystania z namiotu dla dziennikarzy w pobliżu głównego ołtarza, w którym dostępnych będzie 10 stanowisk (bez sprzętu komputerowego).

Więcej informacji:

Biuro Prasowe media@polskapodkrzyzem.pl tel. tylko dla dziennikarzy: 664 540 247

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kaplica, a może brama? – archeolodzy o Wzgórzu Lecha w Gnieźnie

2019-09-17 15:44

bgk / Gniezno (KAI)

Kończą się prace wykopaliskowe w ramach „Ekspedycji Palatium. Gniezno 2019”. Wykopaliska nie dały jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, gdzie znajdowało się książęce palatium, potwierdziły jednak znaczącą rolę Gniezna jako ośrodka władzy w okresie wczesnego średniowiecza.

Kruglov Oleg/fotolia.com

Jak informuje kierujący badaniami dr Tomasz Janiak, wyniki badań wykopaliskowych prowadzonych przy kościele pw. św. Jerzego w Gnieźnie przyniosły niezwykle interesujące efekty, choć na dzień dzisiejszy trudno powiedzieć, co archeolodzy faktycznie odsłonili. Przypuszczenia są trzy: fragment kaplicy, która stanowiła część palatium książęcego, pozostałości drugiego kościoła, który znajdował się w tym miejscu w początku XI wieku, w którym złożono relikwie Pięciu Braci Męczenników, albo pozostałości przedromańskiej bramy.

„Z najwcześniejszych reliktów odsłoniliśmy fragment narożnika budowli przedromańskiej. Datujemy ją na X lub pierwszą połowę XI w. Jest to zatem budowla przedromańska, jedna z najwcześniejszych budowli kamiennych w kraju. Trudno nam powiedzieć coś bliżej o funkcji tego obiektu. Może być to pozostałość aneksu/kaplicy stanowiącej część najwcześniejszego gnieźnieńskiego palatium. Być może jest to narożnik wolno stojącego kościoła – tego samego, w którym, jak mówią źródła pisane, złożono relikwie Pięciu Braci Męczenników. Być może funkcja tej budowli była jeszcze inna” – wyjaśnia dr Tomasz Janiak.

Jak dodaje, godna przemyślenia jest też hipoteza, że jest to przedromański zespół bramny prowadzącym do wnętrza członu książęcego grodu, gdzie znajdowała się siedziba władcy.

„Analogie do takich rozwiązań fortyfikacyjnych możemy odnaleźć na terenie cesarstwa niemieckiego, a konkretnie w rejonie Górnej Saksonii i Turyngii w okresie X-XI wieku w głównych grodach cesarskich (tzw. pfalzach), np. w Tilledzie, Werli, Pöhlde czy Grone koło Getyngi. Takie reprezentacyjne bramy budowano tylko w najważniejszych siedzibach władców tamtego czasu. A więc, jeśli rzeczywiście jest to brama, to mamy niepodważalny dowód na znaczenie Gniezna. Przedromańska, kamienna brama to unikat w Polsce. Nikłe relikty takiego założenia fortyfikacyjnego znane są jedynie z Wawelu” – mówi archeolog.

Warto podkreślić, że w kierunku północnym badacze natrafili na młodszą fazę omawianej konstrukcji. Jest to kamienny fundament, najprawdopodobniej z końca XI wieku.

„Możemy przypuszczać – niestety, z powodów specyfiki tego terenu dla badań archeologicznych, na chwilę obecną są to wszystko tylko hipotezy – że mamy do czynienia z drugą fazą gnieźnieńskiej bramy (lub palatium). Do jej budowy użyto budulca pochodzącego z wcześniej rozebranej (zniszczonej?) konstrukcji kamiennej, której pozostałość stanowi wspomniany wyżej narożnik. Z kolei na południe od tego najwcześniejszego reliktu natrafiliśmy na rumosz – wysypisko kamieni i zaprawy z okresu wczesnego średniowiecza, pochodzących z rozbiórki wzmiankowanej przedromańskiej budowli kamiennej” – tłumaczy dr Janiak.

W wykopie odsłonięto także fragment muru ceglanego wzniesionego w XVI wieku z polecenia arcybiskupa Jana Łaskiego. Okalał on niegdysiejszy cmentarz przy kościele św. Jerzego. Ponadto odnaleziono ślady późniejszych XX-wiecznych konstrukcji. Niestety teren ten był wielokrotnie niwelowany, przez co natrafienie na jednoznaczny ślad dużej budowli jest niemożliwe.

Czy zatem można powiedzieć jednoznacznie o odkryciu gnieźnieńskiego palatium? Taki był bowiem główny cel prowadzonych wykopalisk.

„Jednoznacznie nie – odpowiada Tomasz Janiak. – Ten najstarszy relikt może nim być, ale nie musi. Jak wspomniałem wcześniej, może to być także relikt kościoła, choć na dzień dzisiejszy najwięcej danych wskazuje na to, że mamy do czynienia z unikatowym w skali kraju przedromańskim zespołem bramnym. Warto zwrócić uwagę, że w grę wchodzi również młodsza faza obiektu, który możemy wiązać z późniejszą budowlą fortyfikacyjną i rezydencjonalną z końca XI wieku”.

Zdaniem kierownika wykopalisk odkrycia bez wątpienia stanowią jednak ważny argument przemawiający za szczególną rolą Gniezna w okresie początków państwowości polskiej.

„Pozostałości konstrukcji kamiennych z tego okresu nie mamy wiele i każda nowo odkryta jest swoistą sensacją archeologiczną. W tym przypadku mamy na pewno do czynienia z dwiema konstrukcjami, pierwszą z przełomu X/XI wieku i drugą z końca XI wieku. W przypadku obu nie wykluczamy tego, iż były one pozostałościami szeroko rozumianej rezydencji władców – choć w toku badań wynikły inne możliwości interpretacji” – stwierdza dr Janiak dopowiadając, że wzorce czerpano z terenu cesarstwa niemieckiego, a więc kopiowano najlepsze ówczesne rozwiązania.

„Co mogłoby to oznaczać? Gniezno spełniało rolę jednego z najważniejszych ośrodków grodowych w okresie pierwszej monarchii i bardzo ważnego ośrodka grodowego nie tylko w dobie panowania pierwszych historycznych Piastów, ale również w czasie, gdy znaczenie Wielkopolski jako centrum państwa spadło kosztem innych dzielnic” – tłumaczy dr Janiak. Zapowiada też, że badania będą kontynuowane. Po zabezpieczeniu reliktów ruszą prace laboratoryjne i gabinetowe. Archeolodzy planują również, po otrzymaniu koniecznych pozwoleń, przeprowadzić badania pod posadzką kościoła św. Jerzego w czasie, gdy będzie on remontowany. Tam bowiem kryje się ostateczna odpowiedź na pytanie o gnieźnieńskie palatium.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem