Reklama

Młodzi pasjonaci teologii

2018-03-14 11:06

Agnieszka Raczyńska
Edycja sosnowiecka 11/2018, str. I

Archiwum Wydziału Katechetycznego
Diecezjalni laureaci Olimpiady Teologii Katolickiej z organizatorami i opiekunami

Zakończył się diecezjalny etap XXVIII Olimpiady Teologii Katolickiej. Trzy uczennice z naszej diecezji zakwalifikowały się do etapu ogólnopolskiego, który odbędzie się w Łodzi. Są wśród nich: Klaudia Korlacka z IV Liceum Ogólnokształcącego w Sosnowcu, którą do olimpiady przygotowała katechetka p. Anna Matusewicz, Wiktoria Pieczyrak z IV Liceum Ogólnokształcącego w Olkuszu, która do olimpiady przygotowywała się pod okiem katechetki p. Natalii Dziży-Urbaniak oraz Anna Więcek z I Liceum Ogólnokształcącego w Olkuszu, nad którą czuwał katecheta ks. Piotr Bardo.

7 marca w budynku Wydziału Katechetycznego Kurii Diecezjalnej w Sosnowcu komisja w składzie: ks. Michał Borda, ks. Grzegorz Kopyś, ks. Marcin Majcher i s. Martyna Malena ogłosiła listę laureatów z terenu diecezji sosnowieckiej. Zwycięzcom gratulujemy, trzymamy kciuki za dalsze rozgrywki olimpijskie i życzymy sukcesów w finale ogólnopolskim olimpiady, który odbędzie się w Łodzi w dniach 5-7 kwietnia br.

Tegorocznej XXVIII Olimpiadzie Teologii Katolickiej towarzyszy temat: „Pokój i nadzieja dla Europy w nauczaniu Benedykta XVI i Franciszka”. Uczestnicy OTK zgłębiali zarówno papieskie dokumenty, encykliki, adhortacje i homilie, jak i wypowiedzi z różnych okazji. Przekrój pytań był ogromny. Nie brakowało osób, które świetnie sobie z nimi poradziły. Wśród młodzieży jest jednak wielu pasjonatów teologii, którzy tym razem zgłębiali nauczanie papieży Benedykta XVI i Franciszka o pokoju i nadziei w kontekście współczesnej Europy.

Reklama

Olimpiada ma już swoją długoletnią tradycję. Co roku za jej organizację odpowiadają Wydziały Katechetyczne poszczególnych diecezji. Cele Olimpiady Teologii Katolickiej są następujące: zainteresowanie uczniów wiedzą religijną, rozszerzanie współdziałania nauczycieli religii w kształceniu młodzieży uzdolnionej, kształtowanie umiejętności samodzielnego zdobywania i rozszerzania wiedzy religijnej, stworzenie młodzieży możliwości szlachetnego współzawodnictwa w rozwijaniu swoich uzdolnień, a nauczycielom – warunków twórczej pracy z młodzieżą.

– Uczestnicy olimpiady prezentują rozszerzone wiadomości zgodne z założeniami programowymi nauczania religii na IV etapie edukacyjnym. Na podstawie określonych fragmentów Pisma Świętego i wskazanych lektur interpretują treść chrześcijańskiego orędzia i naukę Kościoła katolickiego. Zdobytą wiedzę potrafią odnieść do konkretnych sytuacji życiowych, zaś w poznawanych wzorach osobowych znajdują inspirację dla własnych zachowań. Przyswojone w ramach przygotowania do olimpiady treści, uczestnicy stosują jako punkt wyjścia dla dalszych poszukiwań w dziedzinie teologii, np. w ramach studiów wyższych – zaznaczają Organizatorzy Olimpiady Teologii Katolickiej.

Tagi:
teologia

Reklama

Teolog: śmierć uświadamia, że życie nie jest produktem naszych rąk, ale darem od Boga

2019-11-02 10:56

Rozmawiał Dawid Gospodarek / Kraków (KAI)

Mimo jednoznacznej wypowiedzi Katechizmu coraz więcej teologów zauważa, że tezy o śmierci jako skutku grzechu pierworodnego w świetle aktualnego stanu naszej wiedzy o świecie nie da się utrzymać bez zastrzeżeń - mówi w rozmowie z KAI ks. dr Krzysztof Porosło. Dogmatyk z UPJPII wyjaśnia zagadnienia związane ze śmiercią, wskrzeszeniami czy modlitwą za zmarłych.

Julia A. Lewandowska

Dawid Gospodarek (KAI): Dlaczego umieramy? Czy śmierć to kara? Czy gdyby nie grzech pierworodny, nie byłoby śmierci?

Ks. dr Krzysztof Porosło: - Nie jest łatwo jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o to, czy śmierć jest bezpośrednią konsekwencją grzechu pierworodnego, ponieważ tutaj trochę rozbiega się oficjalne nauczanie Kościoła, wyrażone chociażby w Katechizmie Kościoła Katolickiego, z tym, co na ten temat twierdzi większość współczesnych teologów.

– Przypomnijmy, jak uczy Katechizm: „Śmierć jest konsekwencją grzechu. Urząd Nauczycielski Kościoła, który autentycznie interpretuje wypowiedzi Pisma świętego i Tradycji, naucza, że śmierć weszła na świat z powodu grzechu człowieka. Chociaż człowiek posiadał śmiertelną naturę, z woli Bożej miał nie umierać. Śmierć była więc przeciwna zamysłom Boga Stwórcy, a weszła na świat jako konsekwencja grzechu. «Śmierć cielesna, od której człowiek byłby wolny, gdyby nie był zgrzeszył», jest «ostatnim wrogiem» człowieka, który musi zostać zwyciężony” (KKK 1008).

- To nauczanie oczywiście ma potwierdzenie w wielowiekowej Tradycji i w samej Biblii, chociażby w tym zdaniu z Księgi Mądrości: „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu ani władania Otchłani na tej ziemi” (Mdr 1,13-14).

- To jakie wątpliwości mają teologowie?

- Mimo tak jednoznacznej wypowiedzi Katechizmu coraz więcej teologów zauważa, że tezy o śmierci jako skutku grzechu pierworodnego w świetle aktualnego stanu naszej wiedzy o świecie nie da się utrzymać bez zastrzeżeń. Wiemy dzisiaj, że śmierć jest w sposób konieczny wpisana w ewolucyjny obraz świata, którego częścią jest człowiek. Wobec tego coraz częściej mówi się, że skutkiem grzechu nie jest sama śmierć człowieka, ale sposób przeżywania przez człowieka śmierci, a więc to, co byśmy nazwali dramatem śmierci. Skutkiem grzechu zatem nie tyle byłaby śmierć rozumiana jako ograniczenie w czasie ziemskiego życia, ale sposób w jaki człowiek doświadcza śmierci. Skutkiem grzechu byłoby cierpienie i ból, które towarzyszą człowiekowi w umieraniu. Skutkiem śmierci byłoby doświadczenie radykalnego końca i zerwania, gwałtu zadanego na naszym życiu, a nie naturalnego przejścia z jednego etapu życia do drugiego.

- A co z pozytywnymi aspektami śmierci? Św. Paweł pisał, że zyskiem byłaby śmierć…

- Tak, warto również zwrócić uwagę na to, że Kościół zawsze – obok prawdy o dramacie śmierci – dostrzegał również jej pozytywny sens. Ojcowie Kościoła wielokrotnie podkreślali, że śmierć nie tylko jest konsekwencją grzechu i w tym sensie karą za niego, ale również można w niej widzieć ratunek od Boga. To śmierć fizyczna sprawia, że nasze ziemskie życie z konsekwencjami grzechu takimi, jak cierpienie, choroby i wszelkiego rodzaju ból, nie zostaje zachowane w takiej postaci na wieczność, co byłoby koszmarem i beznadzieją. Śmierć otwiera drogę dla nadziei życia wiecznego bez bólu i cierpienia.
Z drugiej jednak strony, życie bez perspektywy śmierci miałoby znamiona tymczasowości w tym sensie, że nic nie miałoby charakteru ostatecznego, decydującego, a co za tym idzie, nic nie byłoby prawdziwie ważne, za nic nie bralibyśmy pełnej odpowiedzialności. Jak napisał G. Greshake, w życiu bez perspektywy śmierci „wszystko byłoby równie ważne, więc obojętne, bo zawsze można by było to nadrobić bądź w nieskończoność odsuwać”.
Po trzecie, śmierć sprawia, że uświadamiamy sobie, że życie nie jest oczywistością, że nie jest produktem naszych własnych rąk, ale że zawsze jest darem od Boga, o który trzeba dbać i za który trzeba być wdzięcznym. Śmierć uświadamia nam również naszą skończoność i konieczność uznania naszej pełnej zależności od Stworzyciela. Przy pomocy śmierci Bóg ciągle wytrąca nam z ręki naszą pewność siebie, naszą pychę dążącą do ustanawiania nas samych panami życia.

- Jak przygotować się do śmierci? Co zrobić, żeby zawsze być na nią gotowym?

- Mówiąc o śmierci zawsze zachowuję daleko idącą ostrożność. Mam wobec niej duży szacunek. Wolę zamilknąć niż mówić o niej zbyt lekko, szczególnie kiedy rozmawiam z człowiekiem, który zmaga się ze śmiertelną chorobą lub opłakuje śmierć bliskiej osoby. Zawsze z dużym dystansem patrzę na tych, którzy błyskawicznie stwierdzają, że chrześcijanin powinien na pogrzebie być radosny, a nie płakać, bo przecież śmierć to brama do zjednoczenia z Panem. Kościół zawsze respektował powagę śmierci, choć równocześnie nie pozwalał się jej wciągnąć w otchłań beznadziei. Mówił o niej z perspektywy zmartwychwstania Pana.
I to jest chyba klucz, choć wydaje mi się, że nie istnieje prosta recepta na to, aby przygotować się na śmierć w tym sensie, żeby się jej nie bać. Lęk przed śmiercią jest naturalny, bo śmierć, która jest rozdzieleniem ciała od duszy, jest dla człowieka będącego jednością psychofizyczną czymś nienaturalnym. Ten lęk wiąże się również z ostatecznością i nieodwołalnością śmierci. Już nic nie da się zmienić, nic nie da się poprawić. Kto z nas ma przekonanie, że przeżył życie idealnie, że nic by nie chciał w nim zmienić i poprawić? Lęk również wiąże się z niepewnością tego, co jest po drugiej stronie. Moglibyśmy powiedzieć, że z pomocą tej wątpliwości przychodzi wiara, ale moje doświadczenie pracy duszpasterskiej pokazuje, że również ludzie głęboko wierzący bardzo różnie przeżywają moment swojego odejścia. Dla jednych dokonuje się on spokojnie, w ciszy, pogodzeniu się, z wypisanym na twarzy delikatnym uśmiechem. Inni do końca próbują się wyrwać śmierci z objąć, odrzucają perspektywę jej nadchodzenia, buntują się wobec konieczności odejścia z tego świata. Inni znowu do końca są pełni lęku. Nawet św. Teresa z Lisieux z jednej strony mówiła „chcę widzieć Boga, ale trzeba umrzeć, by Go zobaczyć”, a z drugiej powtarzała: „nigdy nie nauczę się umierać”.

- Kiedy więc człowiek jest gotowy na śmierć? I jak ma się do niej przygotować?

- Wydaje mi się, że mogę tak naprawdę udzielić tylko jednej ważnej odpowiedzi: żyć w stanie łaski uświęcającej i karmić się Ciałem Pana. Człowiek gotowy do spotkania z Nim na wieczność to taki, który tu, na ziemi, jest z Nim zjednoczony. Zresztą sam Jezus jasno mówił, że „kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6, 54). Możemy wręcz powiedzieć, że spożywane zmartwychwstałe Ciało Chrystusa „zaraża nas” nieśmiertelnością, niejako od wewnątrz przemienia naszą materię, krok po kroku czyniąc nas bardziej żyjącymi, uczestnikami wieczności. Jeżeli celem ostatecznym życia wiecznego jest komunia z Jezusem, wtedy widzimy, że jest ono zapoczątkowane już tu na ziemi, w sakramentalnym zjednoczeniu z Nim przez chrzest i Eucharystię.
Drugą radę, jak przygotować się do śmierci, daje nam bezpośrednio Pan Jezus, mówiąc: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa” (Łk 9,24). Do wchodzenia w śmierć fizyczną przygotowuje szkoła Jezusowego życia, który całym sobą pokazuje, że pełnię życia osiąga się tylko wtedy, kiedy się człowiek spala, zatraca w miłości do innych. Nie chodzi tu tylko o najbardziej radykalny akt męczeńskiej śmierci, ale to codzienne obumieranie w trosce i miłości do najbliższych, w spełnianiu obowiązków domowych i zawodowych, w byciu darem dla drugiego. Niby to życie tracę, a jednak żyję coraz pełniej – na wzór Jezusa.
Z tym również bardzo mocno wiąże się konieczność wchodzenia w rzeczywistość śmierci dzień za dniem, oswajania się z nią, akceptowanie jej w tysiącu różnych momentów naszego życia, gdyż śmierć – wbrew temu, co o niej powszechnie myślimy – nie jest tylko ostatnim momentem życia, który zawsze spada na nas niespodziewanie, ale – jak to oddaje jedna ze średniowiecznych liturgicznych antyfon – media vita in morte sumus – „pośród życia ogarnia nas śmierć”. Śmierć jest wpisana w nasze życie od samego początku, spotykamy się z nią na każdym kroku, czyha na nas za każdym zakrętem. Życie nie obumiera za jednym zamachem, ale ono samo zawsze po trochu jest umieraniem, kawałek po kawałeczku: choroby, cierpienie, utrata najbliższych, rozstania i pożegnania, porażki, starzenie się, skończenie szkoły, zwolnienie z pracy, przejście na emeryturę. To tylko niektóre symptomy śmierci w naszym życiu. Wydaje mi się, że nie będzie umiał pogodzić się ze śmiercią ktoś, kto nie godzi się na kolejne etapy ludzkiego obumierania. Z tym też wiąże się to, że choć śmierci nie należy szukać, to również nie należy od niej uciekać, ukrywać się przed nią tak, jakby nie mogła nas znaleźć. Wcześniej czy później odnajdzie każdego, nie ma na to rady. Dlatego też trzeba po prostu o niej myśleć, rozmawiać, czytać. Po prostu nie może być ona nigdy nie poruszanym tematem tabu. Nawet jeśli mam świadomość, że w momencie śmierci kogoś bliskiego, albo zbliżając się do własnej śmierci, same teoretyczne pojęcia oraz filozoficzne czy nawet religijne konstrukcje intelektualne nie przeprowadzą nas przez cierpienie, smutek, ból rozstania i lęk wobec tego doświadczenia. To, co nas wtedy może przeprowadzić to znajomość Jezusa, bliskość z Nim, trwanie w głębokim zjednoczeniu z Jego krzyżem i z Jego zmartwychwstaniem. Tylko wtedy człowiek jakoś wie, że jest takie wejście w śmierć, które ostatecznie nie zabija, ale prowadzi do pełni życia.

- Dlaczego modlimy się za zmarłych?

- Najprościej byłoby odpowiedzieć, że tego nas uczy Pismo Święte i Tradycja Kościoła. Już w Starym Testamencie znajdziemy przykłady modlitwy przebłagalnej za zmarłych. Najlepszym tego przykładem jest fragment z 2 Mch 12, 39-45, gdzie mowa o tym, że Juda Machabeusz zabrał składkę, aby kapłani złożyli ofiarę za grzech tych, co zmarli w bitwie. Z tego przekonania, że naszą modlitwą możemy pomóc zmarłym trwającym w czyśćcowym oczyszczeniu, zrodziła się praktyka modlitwy za zmarłych, ofiarowywania za nich Mszy i odpustów, zamawiania Mszy gregoriańskich czy wypominków. Znajdziemy wiele wypowiedzi magisterialnych, które potwierdzają, że należy modlić się za zmarłych. Wystarczy wspomnieć tu tylko Sobór Trydencki, który jednoznacznie mówi, że "Kto twierdzi, że ofiara Mszy św. nie powinna być ofiarowana za zmarłych niech będzie wyklęty!" czy Katechizm Kościoła Katolickiego, który w numerze 1032 stwierdza, że „Kościół od początku czcił pamięć zmarłych i ofiarował im pomoc, a w szczególności ofiarę eucharystyczną, by po oczyszczeniu mogli dojść do uszczęśliwiającej wizji Boga”. Najważniejszym jednak argumentem jest to, że w każdej celebrowanej Mszy świętej modlimy się za cały Kościół, a więc prosimy, aby owoce Mszy przypadły w udziale wszystkim wierzącym żywym i zmarłym. W Kanonie rzymskim modlimy się za zmarłych takimi słowami: „Pamiętaj, Boże, o swoich sługach i służebnicach, którzy przed nami odeszli ze znakiem wiary i śpią w pokoju. Błagamy Cię, daj tym zmarłym oraz wszystkim spoczywającym w Chrystusie udział w Twojej radości, światłości i pokoju”.
Kościół nauczając o modlitwie za zmarłych mówi dokładnie trzy rzeczy. Po pierwsze, że człowiek może umrzeć w stanie, który nie pozwala mu jeszcze w pełni zjednoczyć się z Bogiem, że są w nim takie skutki grzechu, które jeszcze go od Boga oddzielają, że jeszcze nie dorósł w miłości i dobru do tego zjednoczenia. Ten stan pośredni między śmiercią człowieka a Jego pełnym zjednoczeniem z Bogiem w niebie nazywamy czyśćcem. Po drugie, Kościół wskazuje, że po śmierci człowiek nie może sam sobie pomóc, ale niejako musi czekać, aby inni to zrobili za niego. Przez przyjmowanie miłości i daru modlitwy innych, uczy się w pełni przyjąć niczym niezasłużoną łaską zbawienia od Chrystusa. Po trzecie, Kościół uczy nas, że miłość sięga poza granice śmierci, że z naszą miłością i dobrocią Bóg może coś zrobić także wobec tych, których kochamy, a którzy już umarli.

- A w jaki sposób nasza modlitwa pomaga zmarłym?

- Obawiam się, że większość wiernych rozumie to trochę w odniesieniu do praktyki, którą w pewnym czasie Kościół stosował, a od której zdecydowanie odszedł, że człowiek po śmierci otrzymuje za całe zło swojego życia karę czyśćca liczoną w setkach lub tysiącach lat, analogicznie do kumulacji lat w amerykańskich wyrokach sądowniczych. Traktując czyściec jako stan pośredni zupełnie arbitralnie zaczęto wymyślać, ile lat czyśćca może być za dany grzech, i jakie dobro i jaka modlitwa mogą „skasować” te lata kary. Ale nie o to chodzi w modlitwie za zmarłych, że np. dziesiątka różańca „kasuje” 2 lata kary czyśćcowej. Tu chodzi o miłość i dobroć, która ma moc zmieniania człowieka. Tak, jak zło, które popełnialiśmy za życia nas „odkształcało”, sprawiało, że karłowacieliśmy w swoim człowieczeństwie, że w momencie śmierci nie byliśmy na własną miarę, nie byliśmy takimi, jakimi chciał nas mieć Bóg, tak dobro przez nas czynione i okazywane nam przez innych działa na nas dokładnie odwrotnie. Miłość drugiego człowieka potrafi nas kształtować, przemieniać, uskrzydlać, wydobywać z nas prawdę o nas, której sami nie bylibyśmy w stanie urzeczywistnić. Po drugie i zarazem najważniejsze, najpełniejszą formą modlitwy za zmarłych zawsze jest Eucharystia ponieważ jest modlitwą Chrystusa, który włączą w nią swój Kościół. To On, zjednoczony z nami, w naszym imieniu, przedstawia modlitwy swojemu Ojcu i równocześnie w pełni Mu się ofiarowuje, a więc jednoczy się z Nim. Ofiarowanie Mszy św. w intencji kogoś zmarłego, jest włączeniem go w ofiarowanie się Pana Jezusa, a w Nim, zjednoczenie go z Bogiem. Odprawiając Eucharystię w intencji konkretnego zmarłego, możemy powiedzieć, że Kościół decyduje się przekazać to, co otrzymuje we Mszy św., jej owoce, konkretnej osobie. A najważniejszymi owocami Mszy św. jest komunia z Bogiem, przebaczenie grzechów i tym samym życie wieczne.

- A po co taka modlitwa, skoro zmarłym, którzy są w piekle, ona nie może pomóc, zmarli w niebie jej nie potrzebują, a ci, co są w czyśćcu pójdą i tak do nieba?

- Modlimy się za wszystkich zmarłych, ponieważ o nikim Kościół nigdy się nie wypowiedział z całą pewnością, że jest potępiony i jest w piekle. Modlimy się, bo mamy nadzieję, że zmarli są w czyśćcu i za sprawą naszej modlitwy dojrzewają do pełnej jedności z Bogiem. Za tych, którzy z całą pewnością są w niebie (błogosławieni i święci) również się już nie modlimy, ale modlimy się za ich wstawiennictwem. Nasza modlitwa będąca aktem miłości względem zmarłych dotyczy zatem tych, co do których mamy nadzieję, że możemy im w ten sposób pomóc. Właśnie miłość jest tym, co nas popycha do modlitwy za zmarłych będących w czyśćcu, nawet jeśli z czyśćca droga jest tylko jedna, do Boga, do nieba. Ta modlitwa ma sens, bo jak kocham kogoś to chcę jego największego szczęścia. Wiedząc, że ci zmarli jeszcze nie są w pełni zjednoczeni z Bogiem, co będzie ich pełnią szczęścia, chcę tego dla nich. Jak to kiedyś trafnie ujął ks. Wojciech Węgrzyniak, „jeśli zmarli idą do domu Ojca niebieskiego, to dlaczego ich nie «podwieźć»?”.
W kontekście modlitwy za zmarłych będących w czyśćcu trzeba podkreślić jeszcze wymiar solidarności i wspólnotową wizję życia wiecznego. Oczyszczające spotkanie z Jezusem Chrystusem po śmierci oznacza również spotkanie z braćmi i siostrami, którzy są z Nim zjednoczeni. Ogień oczyszczający musi we mnie stworzyć naczynie gotowe pomieścić nie tylko Boga, ale również tych, którzy żyją w Bogu. Równocześnie nie wchodzę w to spotkanie sam, ale idę zjednoczony z innymi w miłości i otoczony ich modlitwą wstawienniczą. W ten sposób, jeśli możemy tak powiedzieć, pokazujemy Bogu, że rozumiemy o co chodzi z niebem, które jest życiem we wspólnocie z Bogiem i świętymi. Już na ziemi realizujemy ten sposób życia, zespalając się w miłości tak ściśle, że nawet granica śmierci nie potrafi rozerwać tej więzi miłości, pamięci i dobra, które wzajemnie sobie przekazujemy. Okazuje się, że dla miłości w zastępstwie drugich nie istnieje granica śmierci, ale możemy pomagać sobie i wzajemnie się obdarowywać po tej i po tamtej stronie życia: w czyśćcu żyjący pomagają zmarłym, zaś na ziemi zmarli będący w niebie pomagają żyjącym. W tak rozumianej wizji czyśćca żadne dobro nie przepada, bo nawet jak zmarły, za którego się modlę, jest już w niebie i nie potrzebuje mojej modlitwy, ten – nazwijmy go tak – „nadmiar dobra i miłości” zostaje przekazany innemu członkowi ciała Chrystusa, bo nie tylko zależy nam na tym, aby nasz krewny był zjednoczony z Bogiem, ale żeby całe ciało Chrystusa osiągnęło pełnię nieba.

- Dlaczego dziś nie słyszy się o wskrzeszeniach? Jezus mówił, żeby nie tylko uzdrawiać i wypędzać złe duchy, ale i wskrzeszać umarłych. Czemu Kościół nie modli się o wskrzeszenie? Czemu liturgia nie przewiduje takich modlitw?

- Mam wrażenie, że w przeciągu kilku ostatnich lat, głównie za sprawą ruchu charyzmatycznego, od czasu do czasu daje się słyszeć o wskrzeszeniu jako najwyższej formie modlitwy uzdrowienia. Wystarczy tu chociażby wspomnieć osobę o. John’a Bashobory, który podczas rekolekcji na Stadionie Narodowym opowiedział o wskrzeszeniu, które miało miejsce w czasie jego modlitwy wstawienniczej nad osobą, u której lekarze stwierdzili już zgon. O ile o. Bashabora opowiada o tym z wyczuwalną skromnością i ukierunkowaniem na Jezusa, inny ze znanych charyzmatyków często zaczyna swoje świadectwo od stwierdzenia, że na własne oczy widział już wszystkie możliwe cuda z wyjątkiem wskrzeszenia. Ale to tylko kwestia czasu. Jak zatem podejść do tego typu wypowiedzi?
Bez wątpienia mamy olbrzymią nieufność wobec możliwych cudów uzdrowienia przez Boga i tym bardziej wobec możliwości wskrzeszenia zmarłego człowieka. Ta nieufność i powątpiewanie w jakiś sposób jest naturalne i uzasadnione. Po prostu nigdy na własne oczy nie widzieliśmy wskrzeszenia. A nawet, jak o jakimś słyszymy – jak o przypadku, o którym mówił o. Bashabora – od razu włącza się nam tryb racjonalizowania i stwierdzenia, że to tylko lekarze stwierdzili zgon, ale pewnie się pomylili i ta osoba tak naprawdę nie była martwa. Nawet w naukowej egzegezie biblijnej znajdziemy komentarze, które wyjaśniają, że wskrzeszenia dokonane przez Jezusa tak naprawdę nie były wskrzeszeniami, ale wiedza medyczna tamtych ludzi nie potrafiła np. odróżnić stanu śpiączki od śmierci. Na tej drodze możemy ogołocić całe Pismo Święte z wymiaru boskiej wszechmocy.

- Ale w hagiografiach całkiem często pojawiają się świadectwa o wskrzeszeniach dokonywanych za wstawiennictwem świętych…

- Nie zapomnę, jakie wrażenie na mnie zrobiła pewność odpowiedzi udzielanych przez powszechnie poważnego i osobiście przeze mnie bardzo cenionego historyka, o. Tomasza Gałuszkę OP, na pytania o wskrzeszenia i cuda dokonywane w średniowieczu przez jego współbraci, jak chociażby św. Jacka Odrowąża czy św. Wincentego Ferreriusza. Spodziewałem się, że będzie on wyjaśniał je kontekstem kulturowym, stylem dawnych relacji historycznych, a on bez chwili wahania odpowiadał: „ To nie są opowieści z mchu i paproci. Cud wymaga weryfikacji – doskonale o tym wiedzieli ci, którzy spisywali «Żywot św. Jacka». [...] Cud musiał być udokumentowany. [...] Znamy listę świadków, którzy potwierdzali, że cuda dokonane przez św. Jacka są godne wiary. Nie jesteśmy w stanie tego podważyć”. W innym wywiadzie na pytanie o to, czy jako historyk nie ma problemów z wiarą w cuda, jasno stwierdził: „Nie mam. Wierzę w nie. Przecież Jezus powiedział, że ci, którzy w Niego wierzą będą czynili jeszcze większe rzeczy niż On (J 14,12)”. Przecież to takie proste.
Jasno Pismo Święte mówi, że „dla Boga nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37). Bóg, jeśli chce, to może kogoś wskrzesić, a więc przywrócić go do biologicznego życia. Z punktu widzenia teologicznego nic nie stoi na przeszkodzie, aby taki znak dokonał się za sprawą modlitwy wstawienniczej ucznia Chrystusa. Bez wątpienia jedną z przyczyn tego, że o wskrzeszeniach się nie słyszy, jest po prostu nasz brak wiary w to, że Bóg faktycznie może to uczynić. Z łatwością powtarzamy słowa Pana Jezusa „Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: «Przesuń się stąd tam!», a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was” (Mt 17,20). Ilu z nas jednak wierzy, że faktycznie góra może się przesunąć? Nie próbujemy nawet się tak modlić, żeby się nie skompromitować i nie wyjść na totalnych głupków.

- A co z liturgią? Mamy różne formularze Mszy w przeróżnych potrzebach, od zdrowia po pogodę, czemu nie o wskrzeszenie?

- Oczywiście gdyby tylko nasza niewiara była przyczyną braku cudów wskrzeszenia, z pewnością liturgia Kościoła znałaby formularze i modlitwy o wskrzeszenia. Nasz Mszał, o ile ma formularze modlitw o uzdrowienie, to rzeczywiście formularza z prośbą o wskrzeszenie w nim nie znajdziemy. Przyczyną jest to, że chociaż Bóg, jeśli będzie chciał i będzie widział rację za tym, może uczynić znak przywrócenia kogoś do ziemskiego życia, jak uczynił chociażby z Łazarzem, to jednak nasza nadzieja jest złożona w zmartwychwstaniu ciała na końcu czasów i w życiu wiecznym w zjednoczeniu z Bogiem, do którego bramą dla każdego z nas jest śmierć.
Znamienne jest to, że ilekroć Pan Jezus mówił o śmierci fizycznej kogoś, to wskazywał, że ta osoba tylko śpi. Zresztą już pierwsi chrześcijanie dokonali zmiany terminologii w odniesieniu do śmierci. Określenie nekropolia – „miasto umarłych” zastąpili słowem koimeterion – cmentarz, które pochodzi od greckiego czasownika koimao oznaczającego „spać”. O śmierci zaś mówili, że jest ona snem, zaśnięciem w Chrystusie. Świadczy o tym również terminologia liturgiczna, gdzie wciąż w modlitwach liturgicznych modląc się za zmarłych mówimy o tych, którzy zasnęli z nadzieją zmartwychwstania (II Modlitwa eucharystyczna: in spe resurrectionis dormierunt). Taka terminologia jakby osłabiała moc śmierci, która nie jest już czymś przerażającym (w normalnym doświadczeniu raczej bardzo lubimy sen i czekamy na niego, żeby odpocząć po trudach całego dnia) ani ostatecznym (kładziemy się spać w oczekiwaniu obudzenia kolejnego dnia).
Dla Jezusa naprawdę przerażającą jest śmierć, jaka może przyjść do człowieka z powodu grzechu. To ona ma moc ostateczności, to ona jest śmiercią, której należy się bać, która wzbudza w Jezusie przerażenie tak wielkie, że ten doświadcza poruszenia wnętrzności (tetaraktai), kiedy musi się z nią zmierzyć. W tym sensie możemy zapytać czy faktycznie Kościół nie wskrzesza umarłych? Robi to na okrągło. Sam już w swojej krótkiej, bo sześcioletniej posłudze kapłańskiej sakramentalnie pośredniczyłem w takim wskrzeszeniu nieskończoną ilość razy. Człowiek, który po grzechu ciężkim klęka u konfesjonału, wraz z rozgrzeszeniem otrzymuje łaskę nowego życia, zostaje wskrzeszony z duchowej śmierci, jedynej, która ma moc odebrać życie człowiekowi aż na wieczność. Święty Tomasz z Akwinu powie nawet więcej, że nie tylko jest to wskrzeszenie człowieka do życia w łasce, do komunii z Bogiem, ale nawet porównuje to do dzieła stworzenia z niczego. Różnica między życiem w grzechu a życiem w łasce uświęcającej jest dla Tomasza tak wielka, jak między nieistnieniem a istnieniem.

***

Ks. dr Krzysztof Porosło - kapłan archidiecezji krakowskiej, w 2015 r. rozpoczął studia doktoranckie z teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Nawarry w Pampelunie (Hiszpania), które ukończył w 2019 r. obroną doktoratu. Od 2019 r. wykłada teologię dogmatyczną na Uniwersytecie Jana Pawła II w Krakowie oraz posługuje jako duszpasterz akademicki PATMOSu przy tymże uniwersytecie. Jest pomysłodawcą i współorganizatorem rekolekcji liturgicznych „Mysterium fascinans”, które odbywają się od 2008 r. Jest autorem lub redaktorem 15 książek poświęconych przede wszystkim zagadnieniom liturgicznym (np. „Święta codzienność. O liturgii przemieniającej życie”, Kraków 2018; "Zobaczyć Boga. Chrześcijański sens śmierci, liturgia pogrzebu, modlitwa za zmarłych", Kraków 2019). Jego największą pasją jest teologia liturgii. Strona internetowa: baptysterium.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czy Kościół jest potrzebny?

2019-11-19 12:16

Ks. Jarosław Grabowski
Niedziela Ogólnopolska 47/2019, str. 24-25

Czy Kościół jest potrzebny, by wierzyć w Boga? – pytają ludzie zarówno wierzący, jak i poszukujący Boga. Dzieje się tak zapewne dlatego, że Kościół jawi się wielu jako swoista przeszkoda w wierze. Pragnęliby kochać Chrystusa i Jego Ewangelię, jednak bez tego wszystkiego, co nazywają instytucją: wszystkich instytucji papieskich, diecezjalnych, prawnych, moralnych, sakramentalnych i tym podobnych, które wielu ciążą jak ołowiany kaftan

Bożena Sztajner/Niedziela

Czy można dojść do Boga z pominięciem Kościoła? W tym pytaniu kryje się pułapka. We wszystkich innych religiach człowiek również dąży do Boga, bo ludzie od zarania dziejów przeczuwali, że ponad rzeczywistością istnieje byt transcendentny i wszechmocny, i wszystkie religie starały się sprawić, by człowiek mógł do tego Boga dotrzeć. Można usiłować wznieść się do Boga, podobnie jak wznosimy się ku jakiemuś ideałowi.

Artyści mają swój ideał estetyczny, uczeni – ideał naukowy, politycy – polityczny. Podobnie w religiach istnieje ideał religijny. Jeśli bowiem mówimy o zbawieniu ludzkości, jeśli taki jest cel naszej wiary i na tym polega oryginalność chrześcijaństwa, to wcale nie chodzi o zdążanie do Boga. Człowiek nie jest w stanie sam siebie zbawić, zresztą byłoby to zupełnie pozbawione sensu. To Bóg do nas przychodzi. A Kościół jest drogą od Boga do człowieka. Kościół to droga, którą Bóg wyrusza na spotkanie z nami. Bóg pragnie, „aby wszyscy ludzie zostali zbawieni” (1 Tm 2, 4). Kościół, założony przez Jezusa Chrystusa, jest narzędziem zbawienia całej ludzkości (por. Dz 17, 30-31).

Po co więc Kościół?

Żeby człowiek miał łatwy i pewny dostęp do zbawienia. Bóg się nam daje, Kościół jest tego widzialnym znakiem w historii. Jest tą częścią ludzkości, która w widzialny sposób przyjmuje ten Boży dar. Bardziej niż instytucją Kościół jest „przyjmowaniem” Chrystusa, płaszczyzną zjednoczenia dla tych, którzy Jezusa przyjmują.

Jezus nie ustanowił zwyczajnej wspólnoty uczniów, lecz założył Kościół jako tajemnicę zbawczą. On sam jest w Kościele, a Kościół jest w Nim. Jezus Chrystus bowiem nadal jest obecny i prowadzi swoje dzieło odkupienia w Kościele i przez Kościół, który jest Jego Ciałem (por. 1 Kor 12, 12-13; Kol 1, 18). Tak jak głowa i członki żywego ciała, chociaż nie są tożsame, są nierozdzielne, tak również Chrystusa i Kościoła nie należy utożsamiać, ale nie można też oddzielać.

Realia i karykatura

Kościół jest trwałą obecnością Chrystusa, a nie klubem przyjaciół czy partią. Jest Ciałem Chrystusa. To On tworzy Kościół przez słowo i sakramenty. Mieszkanie Boga znajduje się pośród ludzi. Jezus po Ostatniej Wieczerzy mówi: „Każdy, kto Mnie miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go. Przyjdziemy do niego i będziemy u niego mieszkać” (J 14, 23). Wiara w Kościół opiera się więc na wierze w Boga. Kochać Kościół to kochać Boga, który do nas przychodzi. Bóg nie jest kimś nieruchomym, skostniałym w swojej wieczności, On żyje i jest obecny w swoim Kościele.

Pytamy: Dlaczego tak wielu ludzi odrzuca dziś Kościół? Zapewne dlatego, że nie dostrzegają w Kościele objawiającego się Chrystusa, uważają Kościół za przestarzałą instytucję, za siedlisko wszystkich możliwych przesądów; utrzymują, że powiązany jest z potęgami tego świata itd. Krótko mówiąc, widzą w Kościele wyłącznie karykaturę. Jak mówił św. Augustyn: „Są tacy, którzy myślą, że są w Kościele, a naprawdę są poza nim, i tacy, którzy myślą, że są poza Kościołem, a naprawdę są w Kościele”. Cały problem polega na tym, czy rzeczywiście wszyscy ci ludzie, uważani za niewierzących lub wątpiących, przystąpiliby do Kościoła, gdyby ukazać im go takim, jaki jest w rzeczywistości, czyli organizmem Chrystusa, nie zaś jego karykaturę.

Gdzie spotkać Boga?

Kościół nie jest instytucją, która by władała z zewnątrz życiem chrześcijan. Kościół jest przekazicielem Boskiego życia, głosi je nam i reguluje zarazem. Życie ludzkie musi być równocześnie ożywiane i regulowane. Bez istnienia jasnych reguł sam tylko dynamizm mógłby nas zaprowadzić do najgorszych wypaczeń. I na odwrót: tam, gdzie istnieją wyłącznie reguły i prawa, bez jakiegokolwiek życia i zapału – mamy do czynienia z czystym legalizmem, który nie daje odpowiedzi na żadną z naszych głębszych potrzeb. Dlatego tak ważne jest źródło tego życia. Tym źródłem jest Chrystus. Nie można spotkać Boga w inny sposób, jak tylko przez Jezusa. A Chrystusa odnajdujemy jedynie przez Kościół. Jak bez Kościoła dowiedzielibyśmy się, że Bóg jest miłością, że stał się człowiekiem dla naszego zbawienia itd.? Gdybyśmy zlikwidowali Kościół, to za kilkadziesiąt lat nikt by już nie wiedział, po co Bóg przyszedł na świat i co powiedział człowiekowi.

Kościół nie jest czymś w rodzaju pośrednika między człowiekiem a Bogiem, tzn. tym, który nie zezwala na bezpośredni kontakt z Bogiem. Nie jest mediatorem. Kościół nie stoi między człowiekiem i Bogiem, przeciwnie – on właśnie stanowi o ich spotkaniu. W pewnym sensie jest światłem, dzięki któremu istnieje bezpośrednia łączność między człowiekiem i Bogiem, w Chrystusie. Święty Jan XXIII powiedział wymownie: „Świat potrzebuje Chrystusa, a Kościół musi dać Chrystusa światu”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież na wystawie „100 żłóbków”

2019-12-09 21:45

pb / Rzym (KAI)

Papież Franciszek obejrzał dziś po południu wystawę „100 żłóbków”, otwartą 8 grudnia w Sali Piusa X w pobliżu Watykanu. Po podpisaniu 1 grudnia w Greccio listu apostolskiego „Admirabile signum” dał w ten sposób kolejny znak swej dbałości o tę tradycję wiary.

BOŻENA SZTAJNER

Papieżowi towarzyszył przewodniczący Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji abp Rino Fisichella, który przedstawiał Ojcu Świętemu kolejne dzieła. Franciszek indywidualnie witał się z twórcami żłóbków, towarzyszącymi im artystami i ich rodzinami. Na koniec wspólnie z nimi odmówił modlitwę i udzielił im błogosławieństwa.

W czasie trwającej 45 minut papieskiej wizyty chór kameralny Kodály z Budapesztu śpiewał pieśni bożonarodzeniowe.

Wystawa powstała z inicjatywy Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Jest na niej ponad 130 szopek z 30 krajów. Współorganizatorem ekspozycji, którą można zwiedzać za darmo do 12 stycznia, jest ambasada Węgier przy Stolicy Apostolskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem