Reklama

Trzy życia dziennie...

2018-03-21 09:41

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 12/2018, str. 20-21

Artur Stelmasiak
Polacy złożyli 830 tys. podpisów w obronie życia, które następnie dostarczono do Sejmu RP

Gdy Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji, jednogłośnie popierało wszystkie inicjatywy pro-life. Od ponad dwóch lat ugrupowanie to ma zdecydowaną większość w Sejmie, ale żadnych efektów jego pracy w tym zakresie nie widać. Czy politycy partii zmienili poglądy, czy brakuje im politycznej odwagi?

Po wygranych wyborach niektórzy czołowi politycy Prawa i Sprawiedliwości obiecywali działaczom pro-life, że w Dzień Świętości Życia – 25 marca 2016 r. w Polsce aborcja będzie zakazana lub bardzo skutecznie ograniczona. Minęły dwa lata i nic się nie zmieniło. Co więcej, statystyki pokazują, że z roku na rok zabijanych jest coraz więcej dzieci. Gdyby politycy PiS wywiązali się z obietnicy, to ocalonych zostałoby ponad 2 tys. bezbronnych dzieci.

Członkowie PiS często odwołują się do tradycji, nauczania Kościoła i konserwatywnych wartości. Cztery miesiące temu dostali od Polaków prezent i szansę na realizację konserwatywnych postulatów w życiu społecznym – do Sejmu przyniesiono prawie milion podpisów pod obywatelskim projektem ustawy #ZatrzymajAborcje. Choć padł prawdziwy XXI-wieczny rekord poparcia dla inicjatywy pro-life, politycy omijają szerokim łukiem ustawę, która leży w Sejmie. – Wydaje mi się, że politycy mają jakieś lęki, których oficjalnie nie ujawniają, i dlatego dalsze procedowanie nad ochroną życia jest wstrzymywane – mówi „Niedzieli” abp Wacław Depo, metropolita częstochowski. – W Wielkim Poście zachęcam posłów do indywidualnego rachunku sumienia i postępowania zgodnie z głosem własnego sumienia, a nie głosem takiej lub innej partii.

Niezwłoczna legislacja

Obywatelski projekt utknął w Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, której prezydium robi wszystko, by odwlec w czasie procedowanie nad #ZatrzymajAborcje. Komisja nawet nie wpisała go do półrocznego planu pracy, a gdy temat projektu pojawił się podczas posiedzenia, to przewodnicząca komisji Bożena Borys-Szopa powiedziała, że potrzebna jest opinia rządu.

Reklama

– Odczytujemy to jako typowe przeciąganie w czasie, bo do tego projektu żadne opinie rządowe nie są wymagane. Każdego dnia zabijanych jest troje dzieci, a posłowie odpowiedzialni za politykę społeczną i rodzinną mają ważniejsze sprawy – mówi „Niedzieli” Kaja Godek, pełnomocnik komitetu inicjatywy ustawodawczej „Zatrzymaj Aborcję”.

Wydaje się, że sprawa delikatnie ruszyła z miejsca po tym, jak politycy poczuli presję opinii publicznej, swoich wyborców, a także jednoznacznego przekazu ze strony Episkopatu Polski. „Przypominając o konieczności bezwarunkowego szacunku należnego każdej istocie ludzkiej we wszystkich chwilach jej istnienia (...), biskupi apelują o niezwłoczne podjęcie prac legislacyjnych nad projektem obywatelskim «Zatrzymaj Aborcję»” – czytamy w komunikacie z 378. Zebrania Plenarnego KEP. Biskupi nie kryją rozczarowania odwlekaniem tak ważnej ustawy, która może ocalić życie bezbronnych dzieci. – Kolejny raz musieliśmy podkreślić, że nie należy zwlekać z usunięciem przesłanki eugenicznej zezwalającej na aborcję – mówi „Niedzieli” bp Jan Wątroba, przewodniczący Rady KEP ds. Rodziny. – Przypomnę, że zgłoszona przez świeckich inicjatywa „Zatrzymaj Aborcję” ma pełne poparcie Episkopatu Polski i jest dużym krokiem w kierunku pełnej ochrony życia – dodaje.

Obywatelski projekt trafił również do sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Kilka dni po komunikacie KEP prezydium komisji zdecydowało się procedować nad ustawą. – Oczywiście, nasza opinia będzie pozytywna, bo przecież zdecydowana większość posłów PiS opowiada się za prawem do życia osób chorych i niepełnosprawnych – mówi poseł Bartłomiej Wróblewski, członek tej komisji.

Presja ma sens

W czasie obecnej kadencji Sejmu była już jedna nieudana próba zmiany prawa, by życie nienarodzonych dzieci było lepiej chronione. Wówczas politycy PiS wystraszyli się tzw. czarnych protestów, które były inspirowane przez skrajną lewicę i sponsorowane przez międzynarodowe organizacje. Tym razem na sejmowych biurkach mają projekt niebudzący praktycznie żadnych kontrowersji, bo nic się nie zmienia poza skreśleniem z ustawy jednego punktu. – To można zrobić szybko, podczas jednego posiedzenia Sejmu. Wystarczą jedynie dobre chęci – podkreśla Kaja Godek. – Niestety, doświadczenie pokazuje, że bez presji społecznej różnych środowisk tych chęci będzie posłom brakowało. Politycy muszą być „przymuszani” do zmiany prawa, aby czuć poparcie społeczne dla życia nienarodzonych.

Bardzo skuteczna okazuje się akcja wysyłania kartek, listów, maili oraz telefonowania do biur poselskich oraz do komisji sejmowych. Komisja Polityki Społecznej i Rodzinny dostała już kilka tysięcy takich listów. – Apelujemy o jeszcze więcej, bo widzimy, że ta presja ma sens. Przecież każdy dzień zwłoki oznacza śmierć kolejnych dzieci – zwraca uwagę Krzysztof Kasprzak z Fundacji Życie i Rodzina, który koordynował ogólnopolską akcję zbierania podpisów pod zakazem aborcji eugenicznej.

Nie od dziś wiadomo, że członkowie sejmowych komisji są poniekąd ofiarami wytycznych, które otrzymują od władz partii. Jednak presja także na szeregowych posłów ma sens, bo później zgłaszają oni „problem” w kierownictwie partii. Należy wysyłać listy, maile i telefonować zarówno do szeregowych posłów, do członków komisji, jak i nawet do władz partii. – Już teraz akcja przynosi rezultaty, bo posłowie mówią nam o ciągłych telefonach, wizytach w biurach poselskich oraz tysiącach listów, które są wysyłane w sprawie obrony życia – mówi Kasprzak. – Pod naszą ustawą podpisało się ponad 830 tys. Polaków, a tysiące zaangażowało się w zbieranie podpisów. Znam wiele osób, które się modlą, a nawet poszczą o chlebie i wodzie w tej intencji.

Aborcja w trybunale

Do tej pory szeregowi posłowie PiS otrzymywali sygnały, żeby czekać na orzeczenie w tej sprawie Trybunału Konstytucyjnego. W zeszłym roku grupa 107 posłów zaskarżyła przesłankę eugeniczną do TK. W świetle dotychczasowego orzecznictwa nikt nie ma wątpliwości, że obecnie obowiązujące prawo jest sprzeczne z konstytucją. – Ten zapis należy wyeliminować z polskiego prawa. Dzieci chore i niepełnosprawne mają takie samo prawo do życia jak zdrowe, a obecna ustawa je dyskryminuje – podkreśla poseł Bartłomiej Wróblewski, który złożył wniosek do TK. – Do trybunału wpłynęła już opinia z Sejmu, która broni prawa do życia dzieci nienarodzonych – dodaje.

Choć orzeczenie TK jest ważniejsze od zwykłej ustawy, problem leży w tym, że nie wiadomo, kiedy sędziowie zajmą się sprawą, bo nie obligują ich żadne terminy. – W okresie jesienno-zimowym mówiło się, że orzeczenie trybunału będzie w marcu. Jest marzec i wersja się zmieniła, teraz mówi się, że będą to wrzesień lub październik. To są informacje, które tak naprawdę mają uśpić konserwatywną część elektoratu, podczas gdy dzieci są dalej zabijane w majestacie prawa – podkreśla Kaja Godek. – Jako wyborcy możemy wpływać na polityków, a na prace TK nie mamy żadnego wpływu.

W partii rządzącej bardzo dużo osób chce zmian w prawie, by chroniło ono życie dzieci, co do których są podejrzenia o chorobę lub niepełnosprawność. – Moim zdaniem, zdecydowana większość członków PiS chce chronić życie dzieci chorych i niepełnosprawnych, które są w Polsce zabijane. I jestem przekonany, że w tej kadencji Sejmu poprawi się ochrona prawna dzieci nienarodzonych – mówi poseł Piotr Uściński. – Osobiście jestem zwolennikiem tego, by ochrona nienarodzonych została wprowadzona jak najszybciej – dodaje.

Polowanie na Downa

Znając realia polskiej polityki, nienarodzone dzieci nie mają zbyt wiele czasu, bo na przełomie wiosny i lata ruszy kampania wyborcza do samorządów, a wówczas PiS będzie unikać tematu aborcji. Przed wyborami politycy są mniej skłonni do podejmowania odważnych decyzji. – Z punktu widzenia politycznego odciąganie prac nad naszą ustawą jest „samobójstwem”. Jeśli chcą stracić konserwatywny elektorat, to przedłużanie sprawy rzeczywiście jest dobrym manewrem. Przed nami maraton wyborczy; jeśli nie będzie uchwalonej ustawy, to w kampanii zarówno samorządowej, jak i do europarlamentu i polskiego parlamentu będziemy o aborcji przypominać – zaznacza Kaja Godek.

Gdy obchodzimy kolejny Dzień Świętości Życia, trzeba stanowczo przypomnieć, po co św. Jan Paweł II ustanowił to święto w Kościele katolickim. Tego dnia świętujemy bowiem Zwiastowanie Pańskie, czyli tajemnicę Wcielenia Syna Bożego. Innymi słowy – 25 marca Bóg stał się maleńkim człowiekiem, abyśmy 25 grudnia mogli świętować Boże Narodzenie. Dziś należy więc postawić fundamentalne pytanie: Czy w Rzeczypospolitej Polskiej roku Pańskiego 2018 maleńki Jezus byłby bezpieczny?

Odpowiedź nie jest oczywista. Teoretycznie Jego życie nie byłoby zagrożone, ale pod warunkiem, że przeszedłby przez całą kontrolę „jakości”, czyli aparaturę USG, badania prenatalne, a także uzyskałby pozytywną ocenę lekarzy. Zapewne współczesny Herod polowałby na maleńkiego Jezusa dokładnie w taki sam sposób, jak dziś poluje się w polskich szpitalach np. na dzieci z zespołem Downa.

Kościół od 2 tys. lat stanowczo przypomina, że prawo do życia jest pierwszym i podstawowym prawem każdego człowieka. – Dziś mamy potwierdzenie nauczania Kościoła przez wiele różnych nowoczesnych dziedzin nauki. Nie ma bowiem wątpliwości, że życie rozpoczyna się od momentu poczęcia. W 100 proc. potwierdzają to zarówno genetyka, jak i embriologia – podkreśla ks. Paweł Rytel-Andrianik, rzecznik prasowy KEP. – Często ochronę prawa do życia chce się zamknąć w murach kościołów, jako sprawę tylko osób wierzących. Ale to jest nonsens, bo najmniejszy i bezbronny człowiek ma takie samo prawo do życia jak każdy inny i bez względu na nasz światopogląd musimy to prawo respektować. Dlatego też każdy człowiek, który troszczy się o niepełnosprawnych po ich narodzeniu, powinien tak samo się nimi zajmować, zanim przyjdą na świat.

Tagi:
życie aborcja

Prawicowy spór o aborcję

2019-08-21 11:24

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 34/2019, str. 30

Marszałek Marek Jurek zdecydował o utworzeniu wspólnej listy wyborczej z Kają Godek po tym, gdy znana działaczka pro-life opuściła szeregi Konfederacji

Artur Stelmasiak

Kwestia ochrony życia potrafi rozpalić do czerwoności emocje na lewicy, totalnie wystudzić zapał w partii rządzącej, ale także bywa niewygodna dla formacji deklarujących konserwatywne poglądy. Tak było w przypadku tarć w Konfederacji, którą opuścili działacze Fundacji Życie i Rodzina.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

A może edukacja domowa?

2019-08-06 09:21

Aleksandra Nitkiewicz, Aleksandra Sztuka
Niedziela Ogólnopolska 32/2019, str. 44-45

– W edukacji domowej najbardziej podoba mi się to, że mam czas – mówi nasza szesnastoletnia rozmówczyni. Logicznie pyta, że skoro w szkole spędza się wiele godzin, a potem do sprawdzianów trzeba uczyć się w domu, to dlaczego nie zrezygnować ze szkoły i nie uczyć się tylko w domu

©leszekglasner – stock.adobe.com

Powodów podjęcia decyzji o edukacji domowej jest tyle, ilu uczniów. Młodzież edukująca się w taki sposób często uważa, że samodzielna nauka jest o wiele efektywniejsza, bo człowiek nie uczy się, żeby coś „wykuć” na pamięć, ale skupia się na całościowej wiedzy, a nie na szczegółach.

Zamknięci w ramkach

Z jednej strony natłok zajęć, stres niszczący wrażliwość, problemy dojrzewającej osobowości, a z drugiej – chęć lepszego wykorzystania czasu na rozwój... Jaka jest alternatywa? Czy jako rodzice możemy coś zrobić? Wśród młodzieży lawinowo wzrasta liczba samobójstw i depresji. Przybywa dzieci z lękiem społecznym, który czasami przybiera postać fobii szkolnej. Psychoterapeuci zauważają, że zawsze jest to spowodowane doświadczeniem zbyt dużego poziomu krytyki oraz uwypuklania trudności i słabych stron. Masz problemy z matematyki? Pracuj więcej... Kto pyta: A z czego jesteś dobry? W szkole, a potem w domu dzieci nadrabiają zaległości i jednocześnie słyszą informacje zwrotne o tym, że są kiepskie. Wymagania są takie same dla wszystkich, a przecież nikt do dobrego życia nie potrzebuje równomiernego rozwoju we wszystkich dziedzinach. Warto zaznaczyć, że dzieci z deficytami mają często szczególne umiejętności, co trudno im rozwijać, bo ich energia jest skierowana na wyrównanie do poziomu zero. Takie postępowanie jest odwrotne do tego, co się robi, gdy się prowadzi np. terapię dzieci czy młodzieży, gdzie najważniejsze jest uwypuklenie mocnych stron.

Sztuka chwalenia

Problem z pochwałami bierze się z tego, że spory kłopot sprawia nam nauczenie się ich. Tymczasem w psychologii są wypracowane metody pracy z ludźmi, także z dziećmi. Nie korzysta się z nich jednak. Kto pamięta o tym, że w zeszycie do korespondencji z rodzicami krytyczne uwagi na temat nauki i zachowania dziecka powinny być zanurzone w 70 proc. tych pozytywnych? Do tego dochodzi problem przemocy wśród rówieśników, a ze strony nauczycieli – komentowania w sposób, który dla niektórych może być raniący, co często wynika nie ze złej woli, a z braku czasu czy ze zmęczenia. Konsekwencją jest myślenie dziecka: Jestem gorsze. Można to usłyszeć od osób podejmujących terapię, które zmagają się z chorobliwie nasilonym wstydem czy niskim poczuciem własnej wartości. Jeśli dotyczy to dorosłych, zbierają oni owoce sprzed kilkudziesięciu lat; jeśli młodzieży – może się zdarzyć, że w którymś momencie młodzi odmówią chodzenia do szkoły. Paraliżuje ich lęk przed krytyką.

Rząd dusz

Rodzice zauważają, że w szkole często występuje swoista walka o prymat. Można tu wyróżnić trzy rodzaje przywództwa. Przywództwo ekonomiczne – jestem najlepszy, bo mam najlepsze ciuchy czy zabawki; przywództwo siły – jestem silniejszy; przywództwo wiedzy – faworyzowani są „lepsi”. Konsekwencją takiego układu jest nieustanne porównywanie, które prowadzi nie do współpracy, ale do współzawodnictwa, co jest ogromną stratą dla naszego społeczeństwa. Niepokojące jest także to, że dzieci rozwijają w sobie bardzo dużo wstydu i w konsekwencji przestają mówić, co myślą. W takiej sytuacji edukacja domowa, choćby roczna, pozwala na nabranie odwagi społecznej, przekonania, że dzieci mogą o coś zapytać, otwarcie powiedzieć, co myślą. W szkole często najtrudniej mają dzieci z rodzin z silnymi więziami. One nie mają potrzeby krytykowania i wyśmiewania rodziców, dystansowania się od nich, nie potrzebują, a wręcz nie chcą palić i pić, opierają się destrukcyjnym modelom, przez co czują się samotne, niechciane, inne. I jednocześnie tego nie rozumieją. Czas szkolny wspominają później nie jako czas rozwoju, ale trudnej samotności i wyalienowania. Dziecko, nawet kilkunastoletnie, nie rozumiejąc, co się dzieje, jest skłonne o sobie myśleć, że coś z nim jest nie tak. Dwunastoletnia Monika, która po dwóch latach edukacji domowej wróciła do szkoły, mówi: – Dzieci, które w szkole rządzą, same w sobie są słabe, rządzą, żeby reszta tej słabości nie zauważyła, i przeginają.

Bochenek zasobów

Ciekawą sytuacją jest moment, gdy młodzi ludzie kończą studia. Często doświadczają wtedy popłochu, bo skoro przez dwadzieścia lat ktoś im mówił, co mają robić, to teraz nie potrafią pokazać swojej wiedzy i być kreatywni. Nie czują, że jako ludzie jesteśmy jak puzzle, w których każdy jest inny, z innymi zasobami. Rywalizują, bo nie znają swoich mocnych stron i nie umieją współpracować. Wszyscy znamy przysłowie, które mówi, że dziecko rodzi się z bochenkiem chleba. Dla nas ten bochenek chleba to zasoby. I tak jak roślina musi być podlewana, żeby się rozwijać, tak człowiek ma być kochany, czyli bezwarunkowo akceptowany, no i oczywiście wychowywany – ma mieć zaspokajane potrzeby i stawiane granice. Coraz więcej osób, które nie odnalazły swojej tożsamości, bo jako dzieci były wożone z zajęć na zajęcia, trafia do gabinetów psychoterapeutycznych. Kończą szkołę i nie wiedzą, co robić. Tymczasem odnalezienie pasji i odkrycie pragnień powinno mieć miejsce w wieku ok. 16 lat. Jako rodzice popełniamy więc podstawowy błąd – zapominamy, że szkoła jest środkiem do celu, a nie celem. Cieszymy się, jeśli dziecko osiąga dobre wyniki, najlepiej we wszystkim. A tak naprawdę szkoła to etap, wyniki z matury nie są najważniejsze. Ważne jest to, co człowiek zrobi później. Jeśli znajdzie to, co go fascynuje, to będzie ten bochenek chleba. I sprawdzi się hasło: Rób to, co kochasz, a nie będziesz ani jednego dnia w pracy.

Edukacja domowa

Czasem dziecko, żeby odnalazło siebie, potrzebuje zwolnić. Ludzie się boją edukacji domowej, bo są zanurzeni w mitach, że musi być szkoła. Niekiedy nie mają wiedzy, że jest alternatywa właśnie w postaci nauczania domowego. Rodzice mają obawy, że dzieci nie będą umiały się zmobilizować do nauki. Tymczasem udowodniono, że mózg po prostu potrzebuje się rozwijać i jeśli ma zaspokojone potrzeby emocjonalne, sam sobie szuka rozwoju. Tendencja do eksplorowania rzeczywistości to zwyczajnie odruch, potrzeba – tak jak potrzeba jedzenia czy przytulania. Czasami edukacja domowa pozwala właśnie na stworzenie lepszych warunków emocjonalnych. Kryterium w podejmowaniu decyzji o tym, jaki rodzaj edukacji wybrać, mogłoby być takie: Jeśli dziecko lepiej się czuje w szkole i mówi, że uwielbia rówieśników, nauczycieli, wychodzenie do szkoły, tę całą akcję, która się tam toczy, a przy okazji wpada mu do głowy dużo treści – to nie ma powodu do zmiany jego nauczania. Z kolei dla dziecka, które źle się czuje w szkole i jest emocjonalnie „skurczone”, nie lubi tam chodzić – szansą jest nauka w domu, gdzie może odżyć. A do szkoły zawsze może wrócić.

Edukację domową można podjąć, pozostając pod opieką obecnej szkoły bądź nawiązując kontakt ze szkołą specjalizującą się w edukacji domowej w naszym województwie. Można też szukać informacji w internecie, gdzie zdobędziemy wszelką potrzebną wiedzę na ten temat i konkretne instrukcje.

* * *

Aleksandra Nitkiewicz
Coach i polonista, doradca życia rodzinnego. Żona i mama z doświadczeniem edukacji dzieci w szkołach i domu

Aleksandra Sztuka
Lekarz psychiatra, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, żona i matka z doświadczeniem edukacji dzieci w szkołach i w domu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Inwigilowała ks. Blachnickiego dziś walczy z dyskryminacją

2019-08-22 09:01

Artur Stelmasiak

Internauci rozpoznali niebezpieczną współpracowniczkę komunistycznej służby, która stoi na czele stowarzyszenia współpracującego z warszawskim ratuszem.

Archiwum Główne Ruchu Światło-Życie

Chodzi o TW ps. "Panna", czyli Jolantę Gontarczyk, która na poczatku lat 80. rozpracowywała Solidarność, a później środowisko Polonii w RFN. Wraz z mężem inwigilowała Sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, który po wprowadzeniu stanu wojennego osiadł w Carlsbergu w Niemczech Zachodnich. - Wtedy Gontarczyk grała najbardziej katolicką i najbardziej patriotyczną kobietę w tym polonijnym środowisku - mówi "Niedzieli" Agnieszka Wolska z Kolonii, która od lat przypatruje się działalności TW "Panny".  

W latach 90. Jolanta Gontarczyk stała sie aktywistką feministyczną i ważnym członkiem warszawskiego SLD, gdzie pełniła wiele funkcji rządowych i samorządowych. Została odsunięta, gdy w 2005 roku ujawniono jej mroczną przeszłość, a IPN wszczął śledztwo ws. tajemniczej śmierci ks. Blachnickiego.

Internauci rozpoznali Jolantę Gontarczyk pod zmienionym nazwiskiem, jako Jolantę Lange. Przez kilka lat była ona w prezydium Komisji Dialogu Społecznego ds. Równego Traktowania, gdzie lobbowane są m. in. postulaty aktywistów LGBT. Obecnie jest także prezesem stowarzyszenia zajmującego się programami antydyskryminacyjnymi m. in. na zlecenie warszawskiego ratusza. Zmianę nazwiska z Gontarczyk na Lange potwierdza odpis z Krajowego Rejestru Sądowego. W zarządzie stowarzyszenia w 2008 r. zmieniło się nazwisko Jolanty, ale numer PESEL kobiety pozostał ten sam.

Jolantę Lange, jako Jolantę Gontarczyk rozpoznaje wiele osób z niemieckiej Polonii. - Mój mąż, jako członek Solidarności wyemigrował do RFN jeszcze przed stanem wojennym. W Carlsbergu poznał ks. Franciszka Blachnickiego i małżeństwo Gontarczyków. Wiele osób doskonale pamięta i rozpoznaje panią Gontarczyk, która znalazła sobie nową niszę dla swojej działalności - mówi Agnieszka Wolska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem