Wydaje się, że niezmiennie sprawdza się stara prawda, że Polak mądry po szkodzie. A to w sytuacji, gdy coraz więcej z nas ma poważny problem z nadużywaniem alkoholu, dziś to ok. 3 mln trwale uzależnionych, a coraz częściej w nałóg wpadają kobiety i młodzi ludzie. Niestety, w Polsce systemowo niewiele dzieje się w tej dziedzinie. Bożek o imieniu Akcyza krępuje w zasadzie każde bardziej śmiałe działania. Dla tzw. świętego spokoju organizuje się akcje w starym stylu: plakaty, konferencje i pogadanki na lekcjach w szkole. Zwykli obywatele nie dostrzegają, że państwo chroni ich przed alkoholem podobnie jak przed narkotykami, tytoniem czy innymi substancjami mocno uzależniającymi.
Nie przedłużając narzekań, przyjrzyjmy się, co robią inne kraje Europy, żeby zniechęcić obywateli do picia alkoholu, czy minimalizować zasięg uzależnienia. Największe doświadczenie w tym względzie ma północ Europy – kraje nordyckie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Norweski ślad
Norwegowie nadużywają alkoholu podobnie jak Polacy, piją najwięcej w weekendy (tzw. helgefyll, weekendowe pijaństwo), podczas rozmaitych świąt (popularne są np. julebord, czyli wigilie w miejscu pracy, mocno zakrapiane trunkami) czy spotkań rodzinnych. Coraz popularniejsze staje się też codzienne picie kilku lampek wina, charakterystyczne dawniej dla krajów regionu Morza Śródziemnego.
Reklama
Norwegowie piją ok. 7 l czystego spirytusu na głowę, co w porównaniu z Białorusią (17 l) czy Czechami (14 l) albo Polską (prawie 12 l) nie wydaje się ilością dużą, jednak rządzący uważają, że jest ona niepokojąca. Bierze się to z pewnego przeczulenia w tej kwestii. W tym kraju od XIX wieku, gdy statystyczny Norweg wypijał 13 l czystego alkoholu, w większości wódki, próbowano już wielu metod – od prohibicji, po obłożenie butelki wódki 50-procentowym podatkiem. Obecnie pozostawiono tylko te, które przyniosły jakiekolwiek rezultaty.
Mocny alkohol w Norwegii sprzedaje tylko państwowy Vinmonopolet. Na terenie całego kraju działa zaledwie 315 sklepów Vinmonopolet (dla porównania w Polsce tych punktów jest 119 tys.!). Alkoholu nie kupi się przy głównych ulicach czy w popularnych towarzysko miejscach – takie punkty znajdują się na uboczu. Czasem do najbliższego sklepu trzeba jechać wiele kilometrów, a tam płatność odbywa się wyłącznie kartą bankomatową – każdy zakup jest odnotowywany przez system. Gdy, zdaniem systemu, obywatel pije za dużo, możliwa jest interwencja – włącznie z propozycją terapii czy leczenia w ośrodku. Sklepy Vinmonopolet mają też dość ograniczone godziny otwarcia (przykładowo od poniedziałku do piątku do godz. 18, w sobotę do 15). Alkoholu nie kupimy więc w sklepach nocnych ani na stacjach benzynowych. Kontrolowane są nawet paczki – znalezienie w nich alkoholu powoduje zatrzymanie przesyłki na wiele tygodni i konieczność tłumaczenia się przed urzędnikami.
W Norwegii alkohol jest nie tylko niebywale drogi, ale też obowiązuje całkowity zakaz jego reklamowania. Nikomu nie przychodzi do głowy zezwalanie, by wielkie banery zachwalające rozkosze życia po kilku głębszych zdobiły stadiony sportowe czy hale podczas wielkich wydarzeń kulturalnych – co jest normalnością w Polsce.
Reklama
Czy tak restrykcyjne działania uczyniły z Norwegów abstynentów? Oczywiście, że nie, ale mocno zniechęciły do robienia z upijania się modnego stylu życia. W efekcie mają 7 l czystego spirytusu na obywatela, a nie 13 czy 12 l. Nie podlega też jakiejkolwiek statystyce, ilu ludzi dzięki tak surowym zasadom nie dołączyło do grona alkoholików.
Trzeba działać
– Zdziwiłam się, gdy podczas ostatniego pobytu w Polsce wódkę na imprezę dowiózł nam w środku nocy taksówkarz. Było tego kilka butelek. Zastanowiło mnie, co by zrobił, gdyby drzwi otworzył mu nastolatek...
Reklama
Tę sytuację opowiada Anna, Polka, która od 30 lat mieszka i pracuje w Finlandii: – Finowie piją dużo, prawie tyle, co Polacy. Różnica polega jednak na tym, że władze Finlandii starają się – nie zawsze z sukcesem – walczyć z tym zjawiskiem. Jak to robią? Po pierwsze, alkohol jest bardzo drogi, naprawdę drogi. Ceniona w Polsce Finlandia jest trzy razy droższa u Finów. Jedno piwo kosztuje tu ok. 10 euro, więc ponad 40 zł. Wiadomo, że uzależniony kupi butelkę bez względu na cenę, ale wiele rodzin wykreśli taki zakup z listy, bo woli te pieniądze przeznaczyć np. na dłuższe wakacje. Po drugie, alkohol nie jest tak łatwo dostępny jak w Polsce. W naszym kraju niemal włazi w oczy. A to naprawdę robi różnicę. W Finlandii alkohol sprzedaje jedynie sieć Alko – firma kontrolowana przez państwo; sklepów w całym kraju jest niewiele, są też ograniczenia czasowe. W niedzielę nie kupi się go w ogóle. W Polsce może zabraknąć pieczywa, ale nie alkoholu, prawda? Po trzecie, w sklepach spożywczych, w których zaopatruje się przeciętny Fin, nie znajdzie się mocniejszego alkoholu, a oni za taki uważają już ten o mocy 4,7%. Popularne piwa (2,8%) Karhu, Olvi, Lapin Kulta, Koff są dla mnie okropne w smaku, więc za akt miłosierdzia uważam, że można je kupować tylko w wyznaczonych godzinach i ogranicza się ich spożywanie w kawiarnianych ogródkach, bo wolno tylko do godz. 23.
Czy obostrzenia te dały efekty? Takie zmiany wymagają czasu, ale – moim zdaniem – wydaje się, że tak. Finowie piją znacznie mniej, choć dawniej alkoholizm był tu prawdziwą plagą. W 2007 r. rocznie na jednego Fina powyżej 15. roku życia przypadało 12,7 l czystego alkoholu. Zacisnęli zęby, bo Finowie to naród z charakterem, i się udało. Wielu pewnie pomyśli teraz: „ale co mają z takiego życia?”. Ano to, że ich kraj od kilku lat z rzędu uznawany jest za najszczęśliwszy na świecie. Czyli można?
Neutralni i trzeźwi
Ciekawy jest przykład z zupełnie innego miejsca Europy – z zamożnej, spokojnej i dostatniej Szwajcarii. Tutaj można pić publicznie, a niewielkie ilości wypitego trunku nie są uznawane za patologię. Rozsądni Szwajcarzy wypili w 2016 r. po 7,9 l czystego alkoholu na głowę, co jest najlepszym wynikiem od czasów II wojny światowej. Spożycie alkoholu przez dorosłych zmniejszyło się o 50% w ciągu ostatnich 25 lat, a w 2016 r. szwajcarskie szpitale leczyły jedynie 11,5 tys. osób z powodu zatrucia alkoholem.
Dużo o powodach tego sukcesu może nam powiedzieć postać Gottlieba Duttweilera (1888 – 1962), nazywanego przez rodaków „Dutti”. Był on szwajcarskim przedsiębiorcą, politykiem, publicystą oraz założyciel firmy Migros, giganta szwajcarskiego rynku handlu detalicznego. A ponieważ Dutti w młodości za kołnierz nie wylewał i zmagał się z uzależnieniami, w swoich sklepach nie sprzedawał alkoholu ani tytoniu. Firma mimo to zarabiała potężne pieniądze, ale nie na ludzkim nieszczęściu. Jako że Dutti nie miał dzieci, przekazał Migros Szwajcarii, a każdy obywatel może być członkiem firmy. Właściciele Migros ważne decyzje podejmują w formie referendum – i jak dotąd nie zmienili tej zasady. W sklepach sieci nie sprzedaje się alkoholu ani tytoniu. Jest to uważane za powód do dumy, a nie działanie zmniejszające potencjalne zyski. Szwajcarzy mają poczucie, że zdrowie publiczne jest ważniejsze niż doraźne zyski, nawet duże. Może warto ich w tym zacząć naśladować?
