Ks. Jarosław Grabowski: „Zapraszam was do budowania Kościoła w nowym stylu” – napisał Ksiądz Biskup w ostatnim liście do diecezjan. Jak należy rozumieć ten nowy styl?
Bp Artur Ważny: Na pewno nie chodzi o to, żeby budować nowy Kościół, bo on jest przecież Jezusowy. Chodzi raczej o wymiar synodalny. To słowo jest bardzo trudne i może budzić niepokój związany z tym, co się dzieje np. w Niemczech. Tymczasem nie jest to rewolucja, a wspólne wędrowanie, słuchanie, rozmowa, pewien sposób istnienia. Sens synodalnego stylu w Kościele polega na wspólnym budowaniu Kościoła, wspólnym zaangażowaniu księży i świeckich, wspólnej odpowiedzialności, oczywiście, z poszanowaniem swoich charyzmatów i urzędów.
Świeckich powinni księża postrzegać jako sprzymierzeńców. Dostrzegam dużą samotność księży, a czasem pewną bezradność wobec sytuacji zewnętrznych. Mam świadomość, że wielu świeckich chce współpracować, mówią mi o tym, ale przeciętny ksiądz nauczył się, że musi sobie radzić sam, także w takich sprawach, jak administracja parafii, kwestie finansowe czy ekonomiczne. A to odbiera dużo sił. Ksiądz ma poczucie, że robi coś, co nie jest jego rolą. My mamy głosić słowo Boże i sprawować sakramenty. Być specjalistami od życia duchowego. No i zapraszać do współpracy świeckich, rozeznając charyzmaty.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Ba, ale często słyszę od proboszczów, że część świeckich nie chce się angażować. Oni cenią proboszcza, który jest dobrym gospodarzem, radzi sobie ze wszystkim...
W pewnym stopniu jest to klerykalizm, który wynika z faktu, że my jako duchowni mamy poczucie, że jesteśmy lepsi, ale trochę nas w te buty ubierają ludzie świeccy. Taki model Kościoła był standardem w słusznie minionych czasach, gdy nie było wzajemnej ufności, za to były różne podejrzenia. Kolejną sprawą jest funkcjonowanie Kościoła – trochę dwutorowe, nawet w kwestiach finansowych. A widzę, że w diecezji sosnowieckiej świeccy chcą swoje kompetencje wykorzystać. Tylko trzeba ich zaprosić. To jest tak jak w przypowieści o robotnikach w winnicy: godz. 11, a oni jeszcze stoją. Dlaczego? Bo nikt ich nie najął. Spotykając się z niektórymi ludźmi, miałem poczucie, że oni właśnie o tym mówią; chcemy się zaangażować, ale nas nikt nie pyta i nie prosi.
Zacytuję wypowiedź Księdza Biskupa z niedawnej pielgrzymki ludzi z obrzeża Kościoła na Jasną Górę: „Kiedy czujesz się skrzywdzony przez ludzi, przez struktury, warto pamiętać, że Bóg nie jest związany z tymi strukturami. On jest większy od struktur”. Wiadomo przecież, że Bóg jest większy od struktur, jest ponad nimi, ale czy nie jest obecny także w instytucji Kościoła, w jego strukturach właśnie?
Reklama
Jest obecny. Lubię tutaj korzystać z katechizmu i przytaczać definicję, że Bóg działa przez sakramenty, ale nie jest nimi związany. Można tu znaleźć analogię, że Bóg działa przez Kościół, przez strukturę Kościoła jako znak, który wybrał i którego nie odrzucił. Bóg dalej zachowuje Kościół taki, jaki stworzył w wymiarze hierarchicznym, jako znak i narzędzie, ale nie wyczerpuje się w nim. My wiemy, gdzie Kościół jest, ale nie wiemy, gdzie go nie ma.
Ale jest w instytucji czy Go nie ma?
Jest. Tylko że instytucja czasami może zapomnieć, po co jest. I może też, niestety, być taką formą, sposobem funkcjonowania, który wręcz przeszkodzi w spotkaniu z Bogiem. Może tak bardzo skupić się na procedurach, strukturze, że zapomni, komu ma służyć. A wtedy, zamiast wskazywać na Boga i do Niego prowadzić, zaczyna stawać między Nim a człowiekiem, zasłania Boga. Znowu odniosę się do Ewangelii, bo dla mnie to jest najlepsze kryterium, żeby pewne rzeczy pokazać. Dom w Kafarnaum, w którym Jezus głosi słowo, prawdopodobnie dom Piotra, to jest ten pierwszy Kościół. I kiedy chcieli przyjść do Jezusa z paralitykiem, nie mogąc się do Niego dostać z powodu tłumu, ściągnęli dach. Taki jest czasami ten zewnętrzny obraz Kościoła – że tłum może zabraniać, przeszkadzać w dojściu do Jezusa. To nie jest tak, że Jego nie ma w Kościele, Jezus jest, tylko często trudno jest przebić się przez tę strukturę. Czasem więc trzeba znaleźć jakiś sposób, może nawet dramatyczny, żeby móc się z Jezusem spotkać.
Nie czuje się Ksiądz Biskup osamotniony w tym towarzyszeniu ludziom z obrzeża Kościoła?
Reklama
To nie jest tak, że to jest alternatywny Kościół, w którym ja chcę być jakimś liderem, bo to nie jest moja główna rola. Główna rola to jest być biskupem w diecezji. Czy czuję się osamotniony? Myślę, że wielu biskupów to rozumie, nie są temu przeciwni. Znam braci biskupów i wiem, że wielu z nich spotyka się z ludźmi z obrzeża, ze skrzywdzonymi. Ale na co dzień mają inne zadania, inne role, a ludzie często nie są łatwi w kontakcie. Mają swoje doświadczenia, swoje oczekiwania, zranienia.
Utkwiły mi w pamięci słowa papieża Franciszka, które mocno wybrzmiały w Lizbonie: „wszyscy, wszyscy, wszyscy!”. Ja to rozumiem jako punkt wyjścia. Papież wskazał, że na początku wszyscy mogą przyjść, że chcemy się spotkać ze wszystkimi. Kościół jest po to, aby głosić Ewangelię. A u jej początku zawsze stoi miłość. Wszystko jest w porządku, przyjmujemy cię bez warunków, tak jak czynił Jezus. Ale On potem zaczynał mówić – jeśli chcesz pójść za Mną, to musisz wziąć krzyż. I wtedy zaczynał się problem...
Coraz więcej ludzi, szczególnie młodych, deklaruje jednak głośno, że nie są wyznawcami żadnej religii, że w żadnego Boga nie wierzą, bo są wolni. Mimo że pochodzą z katolickich domów, powtarzają: nie muszę w nic wierzyć, mogę żyć bez Boga, bo wystarczy, że żyję dobrze. Jak można zareagować na takie wyznanie? Co Ksiądz Biskup powiedziałby takim osobom?
To już coś: założyć, że człowiek chce dobra. Tylko pytanie brzmi, na czym to dobro ma polegać, co to znaczy: „dobrze”? Bez prawdy słowo „dobro” zaczyna znaczyć cokolwiek. Potrzebujemy definicji prawdy; to, że coś nazwiemy dobrem, nie znaczy jeszcze, że nim jest.
Reklama
Trzeba by się z tym zmierzyć i umiejętnie nazwać to dobro. Jeśli chodzi o młodych ludzi, po pierwsze, należy dać im czas, poświęcić im uwagę i stworzyć taką przestrzeń, żeby oni mogli się spotkać ze sobą, ale i z kimś, kto byłby dla nich kimś w rodzaju mentora. Młodzi często się spotykają przez internet, w wirtualnym świecie. A pod powierzchnią lajków jest proste pragnienie: chcą być spotkani naprawdę. W realnym świecie. Twarzą w twarz. Mam takie doświadczenia z różnych spotkań młodzieżowych, że np. zobaczyli fascynującego duszpasterza i on im „zawrócił w głowie” w ciągu paru dni w tym sensie, że zaczęli się spotykać, rozmawiać, pić razem kawę... A potem zaczyna się trudniejsze pytanie: dokąd ich prowadzić? Można dać młodym czas, uwagę, nawet serce – a mimo to krążyć bez celu. Można stać się powiernikiem, ale jeśli nie pamiętamy, że nie prowadzimy do siebie, tylko do Boga, wszystko zaczyna się rozmywać. Młodzi szybko wyczują, czy jesteśmy tylko towarzyszami drogi czy świadkami. A prowadzić można naprawdę, tylko wtedy, gdy zna się kierunek, gdy wie się, do Kogo.
Zapowiadając zwołanie drugiego synodu diecezjalnego, Ksiądz Biskup napisał, że zaprosi młodych, aby „ewangelizowali rówieśników”. Jak mają tego dokonać?
Jest im o tyle łatwiej, że oni są w swoim gronie, w naturalnym środowisku. Tam wszystko jest dla nich oczywiste, intuicyjne, oswojone. My mamy trudniej. Bo żeby wejść w ich przestrzeń, najpierw oni muszą na to pozwolić, a potem musimy jeszcze coś w sobie przestawić. Zrezygnować ze schematów. Ale to nie oznacza, że nie da się spotkać z jednym, drugim, trzecim młodym człowiekiem, zaopiekować się nimi, uformować ich tak, jak Jezus formował tych młodych czy starszych uczniów. No i potem ich posyłać.
Reklama
Jak napisał Paweł VI w Evangelii nuntiandi, pierwsza ewangelizacja to jest świadectwo. I taki młody człowiek, który już żyje trochę Ewangelią, jeśli ma jakieś zakorzenienie, to jest „pytaniem” dla rówieśników. I wtedy ważne jest to, żeby ten młody lider, który zna trochę Dobrą Nowinę i nią żyje, wiedział, po co jest wśród tych rówieśników. On jedną nogą jest w Kościele, a drugą – w swoim środowisku. I to nie jest hipokryzja. To jest jego rzeczywistość. Nie żyje w dwóch osobnych światach – on próbuje je połączyć. Tylko pytanie: czy my potrafimy być przy nim właśnie w tym miejscu przecięcia. Mamy dziś ciekawe porównanie, choćby ze światem młodych Francuzów. Gdy byłem na Europejskim Spotkaniu Młodych w Paryżu, coś bardzo wyraźnie do mnie dotarło: ta fala chrztów nie bierze się znikąd. To nie jest moda czy chwilowy entuzjazm. Oczywiście, przyczyn jest wiele – osobiste historie, kryzysy poszukiwania sensu, rozczarowanie, pustka kultury. Ale wspólny mianownik jest jeden: pragnienie czegoś prawdziwego. Czegoś, co nie rozpada się przy pierwszym podmuchu. I może właśnie dlatego tylu młodych puka do drzwi Kościoła. Nie dlatego, że jest łatwy. Tylko dlatego, że w nim odnajdują odpowiedź, której wcześniej nie słyszeli, w nim odnajdują swój dom.
Mówi się, że dzięki influencerom...
Rodzi się więc pytanie: dlaczego oni nagle zaczęli słuchać tych influencerów i chcieli usłyszeć od nich o Jezusie? Kontekst jest trochę kulturowo-społeczny – oni zobaczyli swoich rówieśników muzułmanów. Młodych wyznawców islamu, którzy mają swoją tożsamość. Ci młodzi Francuzi, wywodzący się z takiej trochę kulturowej nijakości, widzą kogoś, kto ma korzenie, kto ma tożsamość, kto wie, kim jest... Zaczynają pytać o własną tożsamość. Ta muzułmańska im nie odpowiada, bo to nie jest ich historia. I idą do korzeni, odkrywają, że kulturowo są chrześcijanami. Zadają rodzicom pytanie: czemuście nam nie powiedzieli o Jezusie? Odpowiedź: bo On nie działa. Ale oni nie ufają, bo rodzicom w pewnym wieku już się zwykle nie ufa, więc idą do internetu i tam słyszą o Jezusie. Idą do parafii, a tam stary proboszcz... Zaczynają z tym dziadkiem gadać – to przeskoczenie pokoleń. Franciszek o tym mówił – przymierze dziadków z wnukami. I zaczyna się życie.
A u nas, na gruncie polskim, też? Kto – lub co – może młodych Polaków zmobilizować?
Reklama
Stąd właśnie pomysł synodu. Zaproszenie młodych ludzi. Nie po to, by młodych ustawić w pierwszym rzędzie do zdjęcia, ale żeby się z nimi spotkać. Zapytać, jak widzą Kościół. Kardynał Grzegorz Ryś na jednym ze spotkań w Łodzi zwrócił się do młodych: jakie macie pytania do Boga? Ze strony chyba jednej trzeciej czy nawet więcej osób padła dramatyczna odpowiedź: nie mamy żadnych.
Trochę taki jest świat młodych...
Dlatego potrzebne są nam perły. Młodzi, którzy pójdą do młodych, żeby ich ewangelizować. Wiem, że takich perełek trochę jest.
Czyli niewiele...
Pan Jezus miał ich Dwunastu, jedenastu nawet...
Czy Księdza Biskupa nie niepokoi fakt, że poziom ignorancji religijnej w Polsce, mimo odbywających się od ponad już 30 lat lekcji religii w szkołach, dramatycznie rośnie? Czy Kościół zlokalizował źródło problemu? Bo, jak rozumiem, ten nowy model katechezy parafialnej, który Ksiądz Biskup przygotowuje wraz z zespołem, ma tę sytuację zmienić...
Reklama
Dla mnie istotą Kościoła jest takie funkcjonowanie parafii, że my, traktując parafię jak rodzinę, powinniśmy myśleć o niej jako o miejscu wzrostu, gdzie jeśli pojawiają się choroby, to my je – owszem – leczymy. Ale w domu chodzi o coś dużo więcej. Chodzi o to, żeby dzieci karmić, żeby dojrzewały, żeby wzrastały, żeby były samodzielne, żeby później brały w życiu odpowiedzialność za innych. Jeśli więc tak będziemy patrzeć na Kościół, a tak chcemy, żeby to była rodzina, żeby to była wspólnota więzi, to powinno nam zależeć na tym, co naturalne, czyli karmimy ludzi po to, żeby rośli, żeby dojrzewali, żeby otrzymywali to, co najważniejsze: zdrową formację, właściwą strawę, czyli katechezę, sakramenty. To jest normalne życie chrześcijańskie. Religia w szkole nas uśpiła. Poczuliśmy, że sprawa jest załatwiona. Że skoro ma ona swoje miejsce w planie lekcji, to parafia może odetchnąć, a rodzice mogą się uspokoić. System przejął to, co wcześniej było żywym przekazem i relacją. Tyle że wiary nie da się wpisać w kartki zeszytu. Szkoła może pomóc, porządkować, wprowadzać. Ale jeśli zabraknie wspólnoty, wszystko zostaje na poziomie wiedzy. I właśnie to musimy zmienić – przekonanie, że skoro religia jest w szkole, to Kościół zrobił już swoje. Tak to widzę. Wchodziłem w kapłaństwo właśnie wtedy, kiedy zaczynała się znowu religia w szkole, i widziałem bardzo duże plusy tej sytuacji. Sami zaś, pamiętamy, byliśmy uczeni na parafii... A potem, gdy przyszła szkolna katecheza, rodzice i my, Kościół, zwolniliśmy się trochę z tej parafialnej.
Ale katecheza sakramentalna przy parafii była i jest...
Pozostaje pytanie o jakość. Pamiętam, jak to było. Kiedy zostałem proboszczem, to bardzo źle się czułem, przygotowując młodzież do bierzmowania. Bo miałem poczucie, że wszyscy udajemy, że to nie jest taka formuła, jaka miała być.
Chodzi o to, że oni przyszli, bo musieli przyjść?
Tak. To były bardzo schematyczne spotkania. Raz w miesiącu. Była w nas pokusa, żeby potraktować to zadaniowo. Księża to chcieli, brzydko mówiąc, odfajkować. Rodzice wiedzieli, że trzeba odfajkować, i młodzież też. I potem, po bierzmowaniu, większość ściągała to jak uwierający gorset, który był im przypisany na dany rok. Po pierwszym roku byłem naprawdę zniesmaczony i szukałem jakichś nowych formuł. No i znalazłem. W Gliwicach powstała taka formuła „Młodzi na Progu”, która pokazuje, że chodzi tak naprawdę nie o przygotowanie do bierzmowania, tylko o przygotowanie do dojrzałości chrześcijańskiej, do życia chrześcijańskiego. I że to jest proces, a bierzmowanie jest po drodze. A jeśli my mamy takie myślenie, że to jest „do”... No, jak coś jest „do”, to coś jest „po”. I potem, po bierzmowaniu, najczęściej nie ma już nic.
Reklama
Dużo się mówi o kryzysie w Kościele, że kryzys jest normalnym stanem Kościoła. Co może oznaczać mówienie: „nie przejmujmy się”, „jest dobrze, jak jest”, „jakoś to będzie”... Zawsze działaliśmy w trybie oblężenia, potem rodziła się jakaś bierność wobec powołań, spadku liczby wiernych, spadku autorytetu... Czy to taki grzech ciężki współczesnego Kościoła?
Ostatnio usłyszałem na jakimś wykładzie, że zwyczajnie jest tak, iż żyjemy w sytuacji kryzysowej, a sam kryzys już jest momentem przełomowym. Można więc to odnieść do Kościoła, że my żyjemy w sytuacji kryzysowej, ale przychodzą takie chwile, które są tąpnięciami, a ponieważ Kościół jest rzeczywistością Bosko-ludzką, to ta Boska rzeczywistość nie zawiedzie, ale ten wymiar ludzki może.
Ja na to patrzę trochę historycznie, geograficznie, co też niektórych oburza, ale do tego nawiązuje. Jeszcze do niedawna byłem biskupem tytularnym diecezji Mazaca w Algierii. Tam kiedyś istniał Kościół. Dzisiaj już go tam nie ma. Chodzi o to, że ludzki wymiar Kościoła jest istotny, ponieważ łaska bazuje na naturze. Jeśli go zabraknie, zacznie się kruszyć to, co wydawało się trwałe. Najpierw znika zaufanie. Potem pęka relacja. Rozpada się wspólnota. Może też zniknąć Kościół ze względu na prześladowania. Różne mogą być powody. A w końcu w jakimś miejscu zostaje cisza. Kiedyś już to powiedziałem, że sobie wyobrażam, iż w Sosnowcu może być kiedyś...
...totalne tąpnięcie?
Tak. I ktoś mi potem powiedział: no, w Sosnowcu u ciebie to może, ale nie w Białymstoku czy Tarnowie, czy gdzieś tam, bo tam jest 60% praktykujących.
Reklama
Mam ciągle w głowie raport dotyczący młodzieży, z którego wynika, że w ciągu 10 ostatnich lat w Polsce sześciokrotnie zwiększyła się liczba młodych chcących popełnić samobójstwo... Jesteśmy w grupie G20, a ludziom coraz bardziej nie chce się żyć. I myślę, że my, jako Kościół, właśnie także po to tu jesteśmy. Żeby ludziom pomóc z tej samotności wyjść i pozwolić im spotkać się z Bogiem i z drugim człowiekiem we wspólnocie. Ewangelia zawsze działa. Ale co my robimy? Pogrzebów mamy dużo więcej niż chrztów. Księża sami to mówią: widać, że odchodzą. Widać, że ławki się przerzedzają. I wtedy pojawia się pytanie, którego nie możemy ominąć: co robisz, żeby przyszli nowi? Kościół nie żyje we wspomnieniach dawnych tłumów. Żyje tym, że ktoś przychodzi. Że ktoś odkrywa wiarę. Mówię księżom: w niedziele do kościoła przychodzi 15%, a po kolędzie drzwi otwiera 40, czasem 50%. Zobaczcie, jaki to potencjał. Ci ludzie nie są wrogami Kościoła. Oni są blisko. Dlatego istotne dla nas dziś pytanie brzmi: czy mamy odwagę wyjść po tych, którzy jeszcze nie odeszli na dobre?
Jaka jest reakcja księży?
„No, ale nie ma jak”. „Nie mam siły, nie mam możliwości”. „Nie mam zdrowia albo miejsca”. Różne są argumenty. No, to spróbuj coś wymyślić. Jest szkoła, jest remiza, działają gospodynie wiejskie, OSP. To są świetni ludzie. Jak jeżdżę teraz na peregrynacje, to widzę, jak są zorganizowani. Mam nawet na koncie jedno koło gospodyń wiejskich, które założyłem. Teoretycznie... Jestem ich ojcem chrzestnym.
W Polsce tak podzielonej, jak ta współczesna, to trudne zadanie. Rodziny są skłócone, politycznie jesteśmy podzieleni. Czy, według Księdza Biskupa, istnieje jakakolwiek szansa na pojednanie Polaków?
Ciągle w to wierzę. Może dlatego, że mam doświadczenie spotykania się z ludźmi z różnych opcji. Czasami to jest trudne, bo ludzie bywają niejednokrotnie interesowni i próbują wymóc jakąś stronniczość z mojej strony. A ja wtedy mówię, że Jezus nie był politykiem, a i tak Go zabili. Dlaczego? Bo był naprawdę ewangeliczny. Bo mówił prawdę bez kalkulacji. Bo nie dawał się wpisać w układ i tego się bali. Myślę, że to jest ważne, żebyśmy głosili Ewangelię, a będą przychodzić z różnych stron. Kościół ma taką naturalną, ewangeliczną otwartość, której nie wolno zatracić, że przyciąga, zaprasza wszystkich.
Reklama
Raport, który ukazał się w sprawie wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w diecezji sosnowieckiej, odbił się szerokim echem. Czy, zdaniem Księdza Biskupa, każda polska diecezja powinna powołać taką komisję? Nasuwa się pytanie, czy takie raporty mogą zbudować nową jakość w Kościele. Wracając do wspomnianego listu do diecezjan, w jaki sposób „bolesne zgliszcza przeszłości” mogą stać się „żywymi kamieniami świątyni, tworząc Kościół, który oddycha pełnią życia”? Może lepiej budować nowe fundamenty?
Pamiętam, jak tata budował dom, to wtedy była chyba taka technika, że się wrzucało w fundamenty gruz. Ja patrzę na ten pierwszy Kościół. W Dziejach Apostolskich Piotr wychodzi i mówi o tym, że Judasz zawiódł. No i opowiada cały kerygmat. W kerygmacie jest też grzech. W kerygmacie jest słabość, jest wina człowieka, ale Bóg przychodzi z nową siłą jako Zbawiciel i to wszystko zmienia. Ale nie udaje, że nie ma grzechu. On mówi, że w kerygmacie, który jest piękny, który nas buduje i który jest fundamentem naszego życia osobistego i Kościoła, jest grzech. Musimy to uwzględnić, zmierzyć się z tym, stanąć w prawdzie.
Reklama
Pojawiły się także pytania o to, że skoro stajemy w prawdzie, to dlaczego raport jest anonimowy i nie ma w nim nazwisk ani miejscowości? Pojawił się więc zarzut, że biskup znowu coś ukrywa. Ja tymczasem mam argument, za którym stanęli Skrzywdzeni – za co jestem im bardzo wdzięczny. Po rozmowie z p. Rymanowskim rozpętała się burza: dlaczego w raporcie nie ma personaliów? Mój argument brzmi: dla dobra Skrzywdzonych. Oni często są z małych środowisk. Jeśli my pokażemy te miejsca, podamy nazwiska krzywdzicieli, ludzie od razu się domyślą, o kogo chodzi. Osoby Skrzywdzone bardzo szybko byłyby zidentyfikowane. Stąd ich wdzięczność, że mogą pozostać anonimowe, one i ich rodziny, które nie zawsze wiedzą o ich cierpieniu. Jest jeszcze druga rzecz, bardziej chodzi o prawo. Pewnych spraw nie znamy do końca, a napiętnowanie przez opublikowanie nazwisk naraziłoby komisję czy diecezję na procesy o zniesławienie i całe to postępowanie zmierzające do uzdrowienia ległoby w gruzach, bo zostałoby zablokowane. Takie więc myślenie, często bardzo skrótowe, nastawione na medialną sensację: „dajcie nazwiska” – nie służy Skrzywdzonym i może wypływać też z ignorancji, a co gorsze – ze złej woli. Podobnie myślał pierwszy Kościół. Kiedy powstawały Ewangelie, nie podano w nich początkowo dokładnych personaliów tego ucznia, który uciął słudze w Ogrójcu ucho, ale też nie ukrywano tej bolesnej prawdy. Dopiero później w swojej Ewangelii św. Jan podał, że tym uczniem był Piotr. Przyjdzie czas, że zostanie więcej ujawnione. Z tuszowaniem nie ma to nic wspólnego.
Myślę, że raporty takie jak nasz sosnowiecki są potrzebne, żeby wreszcie żyć w wolności, nazwać zło po imieniu i czynić sprawiedliwość. Nie jesteśmy na mecie. Wciąż mamy świadomość, że wielu Skrzywdzonych cierpi w samotności. To pewien proces. Bolesny, ale potrzebny. Słyszę od księży i świeckich: wreszcie mamy coś za sobą. Idzie nowe. Nie jesteśmy diecezją, o której mówi się wyłącznie w kontekście skandali. Jesteśmy diecezją, która niesie w sobie bolesną i wstydliwą historię, ale odważyła się także spojrzeć Skrzywdzonym i prawdzie w oczy. A to nas zmienia. Jest to trudne, ale jednocześnie uzdrowieńcze. Jak przecięcie skalpelem. Z życzliwością przyjąłem informację, że abp Wacław Depo wyznaczył podobną drogę. Każda diecezja ma swój rytm i swoje doświadczenie, ale kierunek jest wspólny.
Czy Osoby Skrzywdzone wybaczyły doznane krzywdy?
Są osoby, które w którymś momencie usłyszały od Boga na modlitwie takie pytanie: pozwolisz mi kochać twojego krzywdziciela? Ale są i takie, i zapewne jest ich większość, które wciąż nie potrafią przebaczyć. Przez lata. Czasem dlatego, że ich krzywda nie została uznana i właściwie zaopiekowana. Ważne, żeby nie wymuszać na nich przebaczenia za szybko. Żeby pozwolić im żyć ich osobistą dynamiką przeżyć.
Reklama
Proszę powiedzieć, kto zabiega o spotkania? Z inicjatywą wychodzą Skrzywdzeni czy to Ksiądz Biskup zabiega o to, żeby się z nimi spotkać?
To działa w jedną i drugą stronę. Czasem jest tak, że Skrzywdzeni się odzywają, różnymi kanałami – mailowo, przez media społecznościowe, czasami przez osoby trzecie.
Teraz, po raporcie, ja ich szukam, bo dowiedziałem się o pewnych osobach, o ich istnieniu i o ich krzywdzie. Działa też biuro delegata. Już udało mi się, w ostatnim czasie, odbyć dwa takie spotkania, a w perspektywie są kolejne dwa. Ważne, by Osoby Skrzywdzone usłyszały jedno: choć doświadczyły krzywdy w Kościele, to Kościół nie przestaje być miejscem, w którym może rozpocząć się proces uzdrowienia bólu.
Jest jeszcze problem medialnego przekazu. Są ludzie, którym zależy na tym, żeby Kościół obrywał za każdym razem i był kojarzony ze złem, z zepsuciem, z grzechem. To jest w pewnym sensie działanie systemowe. Nie możemy być naiwni...
Reklama
Ja naiwny nie jestem, ale mam świadomość, że naszą obroną może być tylko prawda i radykalna uczciwość. Ewangeliczne życie to jest nasza wiarygodność. Pokorne stawanie w prawdzie. Szczególna rola spoczywa na mediach katolickich, które nie mają być tarczą, a światłem. Mają prawo bronić prawdy, głosić prawdę, tłumaczyć bez pudrowania . Nie uciekać. Umieć nazwać rzecz po imieniu, nawet jeśli to boli. A my, pasterze, potrzebujemy w tym świecie pokory. Nie odruchu obronnego, nie tonu wyższości. W Kościele jest ogrom dobra. To nie slogan. To fakt. Tylko że dobro, którym macha się jak argumentem w dyskusji, przestaje być świadectwem, a staje się narzędziem obrony. Można mieć rację i przegrać serce człowieka.
Ale jednak trzeba się bronić, a nie milczeć.
Tak, ale Kościół nie potrzebuje kontrataków. Jeśli ktoś przychodzi z gotowym osądem, rozmowa zaczyna się dopiero wtedy, gdy zobaczy człowieka, a nie instytucję. Tego doświadczyłem wiele razy, także w mediach. Potrzeba czasu. Kiedy jednak pęka mur nieufności, coś się zmienia. Nagle słyszę: „tak, są rzeczy złe. Ale są też rzeczy piękne” – i nie ja to mówię. Zło trzeba nazwać po imieniu. Bez uników. Bez relatywizowania. Ale nie wolno nam zasłaniać się porównaniem: „gdzie indziej jest gorzej”. To nie jest Ewangelia. Od Kościoła oczekuje się więcej. I dobrze. Jeśli mamy być światłem, nie możemy mierzyć się poziomem ciemności. Nie możemy…
