Reklama

Zmarł najstarszy kapłan archidiecezji

KS. ANDRZEJ JASIŃSKI
Edycja gnieźnieńska 13/2001

17 marca br. w wieku 93 lat zmarł w Inowrocławiu najstarszy kapłan archidiecezji gnieźnieńskiej - ks. Roman Zientarski.

Ks. Roman Zientarski urodził się 6 maja 1907 r. w Pleszewie. Jego ojciec był krawcem, matka gospodynią. Po zdaniu w 1925 r. matury w pleszewskim Gimnazjum Humanistycznym wstąpił do seminarium duchownego. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk Prymasa Polski, kard. Augusta Hlonda 14 czerwca 1930 r.

Po święceniach rozpoczął pracę duszpasterską jako wikariusz w parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. Rok później został prefektem w Prywatnym Żeńskim Seminarium Nauczycielskim. Jednocześnie był moderatorem Sodalicji Panien Uczennic i Sodalicji Mariańskiej Panien. Ks. Zientarskiego pochłaniało harcerstwo. Prowadził obozy harcerskie stałe i wędrowne. Był kapelanem bydgoskich hufców. W 1934 r. kard. Hlond ustanowił go kapelanem Zakładu Karnego w Szubinie. I tutaj zorganizował drużynę harcerską, z którą wyjeżdżał na obozy na Huculszczyznę oraz na zloty międzynarodowe. W tym czasie zainteresował się życiem Polonii we Francji. Swoje wakacje poświęcał, by głosić im Dobrą Nowinę.

W 1937 r. rozpoczął studia na Katolickim Uniwersytecie w Louvian w Belgii. Tam zdobył tytuł licencjata z zakresu pedagogiki i psychologii stosowanej. Wisząca w powietrzu wojna sprawiła, że ks. Zientarski musiał przerwać studia i wrócić do kraju.

Wybuch wojny zastał go w rodzinnym mieście. Przez dwa miesiące prowadził tutaj duszpasterstwo, ponieważ miejscowi kapłani musieli uciec. Hitlerowcy uważali go za proboszcza. 12 marca 1940 r. został aresztowany i osadzony w Forcie VII w Poznaniu. Potem był więźniem obozów koncentracyjnych w Buchenwaldzie (15 VII - 6 XII 1940 r.) i Dachau (8 XII 1940 r. - 29 IV 1945 r.).

Po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego udał się z polecenia bp. Józefa Gawliny do Kissleggu i tam zajął się duszpasterstwem Polaków wysiedlonych do Niemiec. Szczególną troską objął dzieci i młodzież. Organizował dla nich polskie szkoły. Pomagał także miejscowemu proboszczowi. Za tę posługę zyskał sobie wielką wdzięczność całej niemieckiej parafii. W 1946 r. udał się do Waldkrich, gdzie był kapelanem, zorganizowanych przez dowództwo wojsk francuskich, oddziałów wartowniczych Groupements Auxiliers EtrangeMs - specjalnych oddziałów wartowniczych we francuskiej strefie okupacyjnej złożonych z młodzieży polskiej. Jednocześnie posługiwał jako kapłan Polakom mieszkającym w okolicy. O tej pracy możemy wiele dowiedzieć się z listu bp. Edwarda Lubowickiego, wikariusza generalnego dla Polaków w Niemczech. Pisał on do ks. Zientarskiego: " W Kisslegg znalazł Ksiądz tysiące Polaków łaknących po okresie niewoli pociechy religijnej od własnego księdza. Zapał niezwykły i gorliwość kapłańska Czcigodnego Księdza sprawia, że tysiące rodaków oczyszcza swe dusze w Sakramentach św. i zmienia swe życie. Przez swe wyjazdy w daleką okolicę szukał Ksiądz nowych dusz polskich, które podnosił na duchu i zbliżał do Boga. Mimo wyrażonej chęci powrotu do kraju, na moją prośbę, z pełnym zrozumienia swego powołania, objął Ksiądz w lipcu 1946 r. funkcję kapelana Kompanii Wartowniczej w całej strefie francuskiej. Ile razy czytałem sprawozdania Czcigodnego Księdza z tego okresu pracy, rozumiałem, ile dobrego Drogi Ksiądz zdziałał i jak konieczny był, aby setkom zaniedbanych chłopców przypomnieć ich obowiązki religijne".

Po powrocie z zagranicy został proboszczem parafii w Dąbrówce Kościelnej. Szybko odbudował, znajdujący się po wojnie w stanie ruiny, kościół. Ożywił życie tego sanktuarium maryjnego, organizując liczne pielgrzymki. W 1948 r. kard. August Hlond zlecił mu, by prowadził wykłady z filozofii w Seminarium Duchownym w Gnieźnie. Później doszły jeszcze zajęcia z psychologii i pedagogiki. Wymagało to wiele zaangażowania, bo był przecież jeszcze proboszczem, a dojazdy z Dąbrówki do Gniezna nie były rzeczą prostą. Wykłady prowadził do 1960 r.

10 lutego 1961 r. został proboszczem parafii pw. Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Inowrocławiu. W parafii, oprócz kościoła parafialnego, znajdowały się dwie świątynie: pw. Świętego Krzyża i pw. Imienia Najświętszej Maryi Panny. Ks. Roman Zientarski poświęcił wiele sił i czasu, by nadać im jak najpiękniejszy wygląd. O wiele ważniejsze było jednak duszpasterstwo. Pytany o nie odpowiadał: " Pracę duszpasterską, społeczną, wychowawczą i liturgiczną Bóg oceni najlepiej".

Oprócz obowiązków parafialnych spoczywały na nim zadania związane ze sprawowaniem urzędu dziekana dekanatu Inowrocław II ( 1962-84), wizytatora domów sióstr zakonnych (1967-69), spowiednika Sióstr Elżbietanek w Gnieźnie. 2 września 1963 r. decyzją Prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego został mianowany kanonikiem gremialnym Kapituły przy bazylice kolegiackiej Świętych Piotra i Pawła w Kruszwicy. 1 lipca 1984 r., w wieku 77 lat przeszedł na zasłużony odpoczynek.

W ubiegłym roku, 14 maja, obchodził niezwykły jubileusz siedemdziesięciolecia kapłaństwa. Z tej okazji Rada Miejska Inowrocławia, na wniosek Towarzystwa Miłośników Inowrocławia, nadała ks. Zientarskiemu tytuł Honorowego Obywatela tego miasta. Abp. Henryk Muszyński, metropolita gnieźnieński, w specjalnym liście pisał do Jubilata: "Rzadko spotykany Jubileusz 70-lecia kapłaństwa jest czytelnym znakiem szczególnej łaski Ojca Niebieskiego. Ileż to radości wzbiera się dziś w duszy Księdza Kanonika! Ileż wspomnień i uczuć wdzięczności! I ja pragnę wyrazić Dostojnemu Księdzu Jubilatowi z głębi serca płynącą wdzięczność za kapłańską, godną postawę w latach golgoty obozu koncentracyjnego w Dachau oraz za długoletnią, gorliwą pracę duszpasterską w parafii Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Inowrocławiu".

Reklama

Apokalipsa kresowego świata

2019-09-10 12:59

Rozmawia Sławomir Błaut
Niedziela Ogólnopolska 37/2019, str. 28-29

O sowieckiej agresji na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. i dziedzictwie utraconych Kresów z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją – długoletnim rektorem Uniwersytetu Opolskiego, kierownikiem Katedry Historii Kultury i Biografistyki na Wydziale Nauk Społecznych tej uczelni, autorem wielotomowego cyklu pt. „Kresowa Atlantyda” – rozmawia Sławomir Błaut

NAC
Kolumny piechoty sowieckiej wkraczające do Polski 17 września 1939 r

SŁAWOMIR BŁAUT: – 17 września 1939 r. to czarna karta w historii Polski. Jak zapamiętali ten dzień świadkowie, których Pan Profesor poznał w trakcie pisania historii Kresów?

PROF. STANISŁAW SŁAWOMIR NICIEJA: – To jeden z najtragiczniejszych momentów w naszej historii. Sowieci zagarnęli połowę terytorium II Rzeczypospolitej. Straciliśmy wielkie centra kulturowe – Lwów, Wilno, Grodno, Stanisławów, Krzemieniec, Drohobycz – że wymienię tylko te najważniejsze spośród 200 miast, które zostały odcięte od Polski i w brutalny sposób po 1945 r. zdepolonizowane.
Największym zaskoczeniem było to, że przywódcy II Rzeczypospolitej nie przewidzieli, iż Stalin porozumie się z Hitlerem i wbije Polsce walczącej z Niemcami nóż w plecy. Założeniem strategii polskiego dowództwa było bronić się przed armiami niemieckimi i – w oczekiwaniu na pomoc aliantów – wycofywać się stopniowo w kierunku granicy polsko-rumuńskiej. Gdy 17 września 1939 r. Sowieci przekroczyli granicę Polski, główne siły i polskie naczelne dowództwo były w okolicach Stanisławowa, Kołomyi i Zaleszczyk, na tzw. przedmościu rumuńskim. Tam miał być główny bastion obrony.
Wycofującemu się wojsku towarzyszyły nieprzebrane tłumy cywilnych uciekinierów z zachodniej Polski. Kiedy Sowieci niespodziewanie uderzyli, powstała panika: nie wiedziano, co robić. Głównodowodzący marszałek Edward Śmigły-Rydz podjął dość nieprzemyślaną decyzję, nakazując traktować Sowietów jako domniemanych sojuszników, i polecił unikać starcia zbrojnego z nimi. Decyzja ta miała fatalne skutki, gdyż nasze wojska zaprzestały obrony tak ważnych garnizonów, jak choćby Grodno, Łuck, Stanisławów czy Tarnopol. Ułatwiło to Sowietom szybkie zajęcie połowy terytorium Polski i wyłapanie dużej części oficerów, których później wymordowano m.in. w Katyniu, Miednoje i Bykowni.
Pyta Pan o zachowanie ludności cywilnej. To był dla niej straszliwy szok. W historię Polski wpisały się wówczas dramatycznie trzy mosty graniczne, które prowadziły do Rumunii: w Zaleszczykach, Kutach i Śniatynie. W kierunku tych mostów ciągnęły drogami od strony Lwowa, Tarnopola i Stanisławowa do granicy rumuńskiej fale uciekinierów, szukających ratunku przed wrogimi armiami. Na tych drogach rozgrywały się dantejskie sceny. Obok tłumów przerażonych ludzi jadących furmankami przemykały eleganckie limuzyny ministrów, dyplomatów, artystów, kupców. Im bliżej mostów granicznych, tym częściej na poboczach mnożyły się porzucone z braku paliwa różne pojazdy mechaniczne. Nad głowami uciekinierów szarżowali lotnicy Luftwaffe, którzy bezlitośnie bombardowali oszołomionych sytuacją nieszczęśników. A przy granicy zaczął się rozgrywać dodatkowy dramat. Ludzie nie wiedzieli, czy przejść granicę, czy cofnąć się w kierunku swoich domów. Była to prawdziwa apokalipsa.
Wśród setek relacji, które zebrałem, są opowieści wstrząsające. Zygmunt Wasilewski, który dotarł do granicy polsko-rumuńskiej, wspominał: „Okropny moment. Nie wiem, czy uda mi się kiedyś wymazać go z pamięci. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Niektórzy całowali biało-czerwoną barierę graniczną, inni ziemię lub budkę strażnika. Kilku żołnierzy szlochało głośno, kilku się modliło, klęcząc. Każdy prawie zabierał coś na pamiątkę. Jeden zeskrobywał scyzorykiem trochę biało-czerwonej farby ze słupa granicznego. Drugi zawiązał w chusteczkę garść ziemi, trzeci zerwał liść z drzewa i włożył do książeczki wojskowej. Wszyscy, oglądając się wciąż, przeszliśmy granicę. Bezpośrednio po tych strasznych chwilach nastąpiło przygnębiające rozbrojenie. Byliśmy upokorzeni. Rumuńscy żandarmi kazali nam złożyć broń w przydrożnym rowie. Do końca życia będę pamiętał trzask rzucanej broni na stos”. Takich opowieści mam w swym archiwum kilkaset. Wiele z nich wykorzystałem w swoich publikacjach. Granice polsko-rumuńską i polsko-węgierską przekroczyło we wrześniu 1939 r. ok. 300 tys. Polaków.

– Stalin spowodował, że przedwojenne polskie Kresy zniknęły niczym mityczna Atlantyda. Czy pisanie książek opowiadających o losach Kresowian traktuje Pan Profesor jako misję?

– Można tak powiedzieć. Utrata tych ziem wiązała się z unicestwieniem istniejących tam ogromnych enklaw polskiej kultury, nauki i gospodarki. Zniszczono sławne polskie uczelnie w Wilnie, we Lwowie i w Krzemieńcu, rozgrabiono polskie świątynie, zamki, pałace, muzea. Postanowiłem opisać potencjał intelektualny i gospodarczy tych ziem, bo to był ogromny dorobek polskiej myśli intelektualnej. Poszczególne miejscowości, z ich historią i materialnym dorobkiem, opisuję od 10 lat w oparciu o dokumentację. W każdym tomie „Kresowej Atlantydy” są fotografie – ok. 300 – i historia 5-6 najważniejszych miejscowości w danym regionie. Dotychczas udokumentowałem ok. 70 miejscowości, które straciliśmy na Kresach. O ich historii nie wolno nam zapomnieć.

– We wstępie do X tomu „Kresowej Atlantydy” napisał Pan Profesor, że historii Polski nie można zamykać w granicach obecnego państwa polskiego.

– Tak, bo Polska jest państwem, które w swej ponadtysiącletniej historii miało pulsujące granice. Jej terytorium w różnych wiekach miało różne kształty – raz było większe, raz mniejsze. Polska nie miała ciągle tych samych granic i tych samych miast w swoich granicach. Był czas, gdy państwo polskie miało granice nad Dniestrem, Niemnem, Horyniem czy Czeremoszem. Byliśmy tam przez setki lat i zostawiliśmy trwałe ślady naszej obecności. Nie można więc pisać o dziejach Polski bez historii Lwowa, Wilna, Grodna czy Stanisławowa. Wielu wybitnych Polaków – Mickiewicz, Słowacki, Fredro, Zapolska i inni – urodziło się poza granicami dzisiejszego państwa polskiego. Pominięcie tych historii byłoby niczym innym jak amputacją połowy mózgu.

– „Cechą społeczeństw wykształconych jest chęć ucieczki od anonimowości” – kolejne stwierdzenie Pana Profesora odnosi się do zainteresowania przeszłością. Czy Polacy sięgają dziś do dziedzictwa Kresów?

– Po zniesieniu w Polsce cenzury ukazały się setki, a nawet tysiące wydawnictw – wspomnień, pamiętników, relacji – właśnie o Kresach. I tam znajdujemy dziesiątki tysięcy opowieści o indywidualnych losach ludzi, którzy doświadczyli niezwykłych przeżyć. Uczestniczę w setkach spotkań autorskich przy okazji ukazywania się moich kolejnych tomów „Kresowej Atlantydy” i widzę niesłabnące zainteresowanie tą tematyką.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Patriarcha Bartłomiej u papieża

2019-09-17 17:09

vaticannews.va / Watykan (KAI)

W południe Ojciec Święty spotkał się z ekumenicznym patriarchą Konstantynopola, duchowym zwierzchnikiem Kościołów prawosławnych.

Massimo Finizio / pl.wikipedia.org

Bartłomiej gości w Rzymie w związku z międzynarodowym kongresem na Papieskim Instytucie Wschodnim, którego sam jest absolwentem. Tematem kongresu jest prawo kanoniczne Kościołów wschodnich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem