Krzysztof Tadej: Co było najtrudniejsze w więzieniu?
Andrzej Poczobut: Najtrudniej było przyzwyczaić się do tego, że nad niczym się nie panuje. Człowiek jest całkowicie ubezwłasnowolniony, a jego życie kontrolowane jest przez inne osoby. To one decydują, gdzie jesteś, w jakich warunkach przebywasz, co możesz dostać, a czego nie. Po prostu jesteś jak pionek, który jest przesuwany, przestawiany, szarpany. To było najtrudniejsze.
Jedną z szykan było odizolowanie od innych ludzi?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Próbowano znaleźć sposób, który będzie dla mnie najbardziej dotkliwy. Dobierali współwięźniów, zmieniali warunki, ale jak zobaczyli, że potrafię dogadać się z każdym więźniem, to postawili na izolację.
Były chwile załamania? Myśli: „Ja już stąd nie wyjdę”?
Tak myślałem, ale ze spokojem, bez załamywania się. Wiedziałem, że tak może się to skończyć.
Na przykład wtedy, gdy zawieziono Pana do szpitala?
To było wiosną 2024 r. W czasie najdłuższego okresu przetrzymywania mnie samego w karcerze. Były tam bardzo trudne warunki (w Nowopołocku p. Andrzej spędził w karcerze pół roku. W lodowatej celi, śpiąc na gołych deskach – przyp. red.). Jak zamierzali mi dołożyć kolejny okres pobytu w karcerze, to poczułem się źle. Zmierzono mi ciśnienie i było 220 na 100. Trafiłem na 2 dni do szpitala. Ale po tym krótkim okresie zawieźli mnie znowu do karceru (na kolejne 30 dni – przyp. red.). W więzieniu, gdy były okresy pogorszenia stanu zdrowia, gdy miałem nadciśnienie i kłopoty z sercem, zrozumiałem, że mogę tam umrzeć.
