Lubimy takie proste obrazki, ponieważ zwalniają nas z myślenia. Tymczasem lenistwo jest grzechem znacznie bardziej przebiegłym. Potrafi założyć marynarkę, prowadzić trzy projekty, odbierać telefon podczas kolacji i publikować o 5 rano zdjęcia z siłowni. Bywa tak zapracowane, że nie ma już czasu zapytać, po co właściwie pracuje. Ale najpierw trzeba obronić ludzi naprawdę wyczerpanych.
W 2025 r. zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania odpowiadały za 34,1 mln dni absencji chorobowej – wynika z raportu ZUS. To niemal 4 mln dni więcej niż rok wcześniej. Wystarczy podać tę liczbę, aby natychmiast pojawił się dyżurny pluton komentatorów: „Kiedyś ludzie nie mieli depresji. Brali się w garść”. Kiedyś ludzie nie mieli również rezonansu magnetycznego, co nie oznacza, że nie mieli guzów. Depresja nie jest lenistwem. Wypalenie nie jest nowoczesną nazwą niechęci do pracy. Człowiek, który nie potrafi wstać z łóżka, może prowadzić walkę wymagającą większej odwagi niż nasze dziarskie maszerowanie do ekspresu po trzecią kawę. Najłatwiej nazwać kogoś leniem z bezpiecznej odległości. Diagnoza kosztuje wtedy tyle, ile komentarz w internecie, czyli nic. Tyle też bywa warta.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Biblia opowiada o Eliaszu, który dokonał rzeczy wielkich, a potem uciekł na pustynię, usiadł pod krzewem i stracił chęć do życia. Bóg nie wysłał mu coacha. Nie polecił stworzyć mapy marzeń ani powtarzać przed lustrem: „jestem zwycięzcą”. Najpierw pozwolił mu spać. Potem dał mu chleb i wodę. I znów pozwolił odpocząć. Dopiero później posłał go w dalszą drogę (por. 1 Krl 19, 4-8). Anioł Pański zachował się więc zupełnie nieprofesjonalnie. Nie sprzedał Eliaszowi kursu produktywności.
Oto pierwszy paradoks: czasami pozostanie w łóżku jest tchórzostwem, a czasami koniecznym etapem powrotu do życia. Chrześcijaństwo nie czci harówki. Czci prawdę. A prawda bywa taka, że człowiek potrzebuje nie reprymendy, tylko lekarza, rozmowy, snu i kogoś, kto nie przestraszy się jego ciemności. Tu jednak następuje gwałtowny zwrot. Bo kiedy obroniliśmy zmęczonych, ludzie wiecznie zajęci mogli właśnie odetchnąć z ulgą. Za wcześnie. Można pracować od świtu do nocy i być patentowanym leniem. Pracoholizm bywa bowiem najbardziej elegancką odmianą ucieczki. W pracy wiadomo, jakie są cele, wskaźniki i terminy. W domu żona może zapytać: „czy ty jesteś szczęśliwy?”. Dziecko może chcieć rozmowy bez agendy. Sumienie nie przygotowuje prezentacji w PowerPoincie. Pan Bóg też rzadko przysyła zaproszenie przez Outlooka. Bezpieczniej więc zostać w biurze.
Człowiek ucieka w pracę nie dlatego, że kocha obowiązki, lecz dlatego, że boi się ciszy. W ciszy mogłoby się okazać, że odnosi sukces w dziedzinie, która już go nie obchodzi; zarabia na dom, w którym prawie nie bywa; i utrzymuje rodzinę, z którą stracił kontakt. To bardzo kosztowna forma lenistwa: przez 30 lat robić wszystko, żeby nie odbyć jednej uczciwej rozmowy.
Reklama
Ojcowie pustyni nazywali acedię „demonem południa”. Nie chodziło im o zwykłe zmęczenie ani ochotę na drzemkę. Acedia jest znużeniem dobrem, niechęcią do własnego powołania, pokusą ucieczki z miejsca, w którym właśnie należy wytrwać. Dzisiaj „demon południa” nie musi chodzić po pustyni. Ma światłowód, słuchawki bezprzewodowe i pakiet bez limitu. Kiedy zbliża się ważna rozmowa, podsuwa powiadomienie. Kiedy przychodzi czas modlitwy, przypomina o praniu. Kiedy trzeba przeprosić, nagle odkrywamy pilną potrzebę uporządkowania garażu.
Lenistwo duchowe jest niezwykle czynne. Według rocznika Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, wskaźnik dominicantes w 2024 r. wyniósł 29,6%. Można oczywiście zacząć liczyć nieobecnych, załamywać ręce i z satysfakcją ogłosić upadek cywilizacji. „Satysfakcja” z upadku cywilizacji jest zresztą jednym z ulubionych zajęć ludzi religijnych. Czują się wtedy jak prorocy, choć najczęściej przypominają prezenterów pogody stojących w suchym studiu. Nie chodzi jednak tylko o to, ilu ludzi przychodzi w niedzielę do kościoła. Można siedzieć w ławce i duchowo przebywać w markecie. Można też nie wejść do świątyni nie z buntu, lecz z niekończącego się odkładania. Człowiek rzadko mówi Bogu: „nie”. Częściej odpowiada: „tak, oczywiście. Tylko nie teraz”. Nawrócę się po wakacjach. Przebaczę, kiedy tamten przeprosi. Zadzwonię do ojca, gdy będę spokojniejszy. Zajmę się małżeństwem po zamknięciu projektu. Zacznę się modlić, kiedy uporządkuję życie. A życie, ten złośliwy bałaganiarz, jakoś nie chce się uporządkować.
Reklama
W przypowieści o zaproszonych na ucztę nikt nie wygłasza manifestu przeciw gospodarzowi. Każdy ma tylko coś pilniejszego: pole, woły, małżeństwo. Same rozsądne rzeczy. Człowiek może więc przegapić ucztę nie dlatego, że wybrał zło. Wystarczy, że bez końca wybiera coś innego. To trzeci podstęp lenistwa: nie każe nam się wyrzec dobra. Prosi jedynie, żebyśmy przełożyli je na jutro. Grzech ciężki wcale nie musi wejść do życia z hukiem. Czasem przychodzi jako bardzo uprzejme „przypomnij mi później”.
Przeciwieństwem lenistwa nie jest praca. Gdyby tak było, każdy pracoholik zostawałby automatycznie świętym, a niebo przypominałoby dobrze zarządzaną korporację. Przeciwieństwem lenistwa jest miłość. Miłość wie, kiedy trzeba wstać. Ale wie również, kiedy należy pozwolić drugiemu człowiekowi leżeć i usiąść obok niego. Miłość każe wykonać telefon, którego boimy się od roku. Zamknąć laptop, gdy dziecko zaczyna mówić. Pójść do lekarza. Wrócić do modlitwy. Przeprosić bez uzasadnienia, dlaczego właściwie rację nadal mamy my. Nie każdy leżący jest leniwy. Nie każdy biegnący wie, dokąd biegnie.
Najgroźniejsze lenistwo nie polega na tym, że człowiek niczego nie robi. Polega na tym, że z ogromnym zaangażowaniem robi wszystko, aby nie odpowiedzieć na wezwanie miłości. Bo na końcu Bóg może nie zapytać, ile rzeczy zdążyliśmy zrobić. Może zapytać, dlaczego nie zrobiliśmy tej jednej.
