Kościół sprawdza się najlepiej
Słyszy się i widzi często hasła typu: „wierzę w Boga, ale nie w Kościół”, „wierzę na swój sposób”, „Bóg jest wszędzie, żeby z Nim rozmawiać, nie muszę wychodzić z domu”. Z czego to wynika? Nie trzeba chyba wielkich badań, wystarczą proste obserwacje. Gdy zapyta się kogoś, kto twierdzi, że wierzy w Boga, dlaczego odrzuca Kościół, często padają podobne odpowiedzi: bo nuda, bo straszenie piekłem, bo księża tacy i tacy (tutaj padają koronne argumenty dotyczące przypadków pedofilii, alkoholizmu i robienia na plebanii biznesów); bo to obciach, bo to dla starych, zdewociałych babć, bo nie chcę być kojarzony(-a) z ciemnogrodem. Itd., itd. Do tego dochodzą niechęć do szeroko pojętej, oderwanej od współczesności hierarchii kościelnej i – co chyba najważniejsze – przekonanie, że aby pójść do nieba (a do tego intuicyjnie dąży większość społeczeństwa, nawet jeśli zaciekle utrzymuje, że nie ma nic „po życiu”), wystarczy być dobrym człowiekiem.
Nie chcę moralizować, ale wydaje się, że chyba nie tędy droga. Sposób myślenia jak powyżej sprowadza wiarę do uniwersalnego kodeksu moralnego i odrywa ją od sacrum. A przecież chrześcijaństwo to nie tylko „bycie porządnym człowiekiem”. To relacja z żywym Bogiem, której centrum stanowi Eucharystia – a tej bez Kościoła po prostu nie ma i być nie może.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że wiara z natury jest relacyjna i nie może być „samotna”, całkiem oddzielona od wspólnoty. Wiara jest darem od Boga, to prawda, ale żeby móc ten dar otrzymać, musi być jakiś pośrednik – ktoś musi nam ją przekazać. Czy to będą rodzice, dziadkowie, przyjaciele, katecheta, ktokolwiek inny – nieważne, istotny jest sam fakt. I wydaje mi się, że aby tę wiarę ugruntować, wyżej wymienione towarzystwo nie wystarczy. Bez konfrontacji z innymi ludźmi we wspólnocie człowiek ma tendencję do tworzenia obrazu takiego Boga, jaki mu odpowiada – który nigdy nie krytykuje i nie stawia wymagań. A stąd prosta droga do czegoś w rodzaju duchowego narcyzmu (na zasadzie: „jeśli fizycznie nie wyrządzam nikomu krzywdy, to co to za grzech?”). Inna rzecz – zwykły człowiek nie może odprawić Mszy św. ani dać sobie samemu rozgrzeszenia. Do tego niezbędny jest ksiądz. Jeśli ktoś mówi, że porozmawia sobie z Bogiem na spacerze i wyzna Mu swoje grzechy, i uzna, że został rozgrzeszony w ten sposób, to czy ma rację? Teologia stawia sprawę jasno: nie.
Nie wyobrażam sobie nie pójść w niedzielę czy w święto na Mszę św., chociaż świat kusi. Być może wynika to z wychowania, ale to właściwie całe szczęście – uważam, że Kościół powinien być bezwzględnie obecny w życiu człowieka wierzącego, i teraz sama staram się to przekazać swojemu dziecku. Wydaje mi się, że Kościół mamy m.in. po to, żeby chronił nas, wiernych, przed... nami samymi – przed wygodnictwem i swobodnym interpretowaniem (mocno upraszczając), co wolno, a czego nie. Żeby dawał wskazówki, jak w danej sytuacji zachowałby się Jezus. Wiara według własnego kaprysu kojarzy mi się z relatywizmem moralnym, myślę więc, że potrzebujemy dobrego przewodnika, który będzie prostował nasze ścieżki. A Kościół jako wspólnota, nawet ze wszystkimi swoimi wadami, sprawdza się w tej roli najlepiej.
Marta Żyszkowska-Zeller - żona i mama jednego syna, z wykształcenia, zawodowo i z zamiłowania związana z kulturą języka
Nie tyle czy, ile: jaki
W gruncie rzeczy należałoby postawić dwa pytania: „czy jest potrzebny?” i „jaki?”. Na pierwsze odpowiedź jest oczywista. „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mk 16, 18). Chrystus chciał Kościoła i sam go powołał do istnienia. Koniec dyskusji.
O wiele bardziej istotne jest pytanie: „jaki Kościół?”. Ale i tu odpowiedź jest prosta: „taki, jakiego chciał Chrystus”. Czyli? Zamiast narzucać swoje pomysły, sięgam do Ewangelii.
Reklama
„Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać? (...). Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło” (J 6, 60. 66). To Kościół naprawdę wierzący w to, co głosi. Wierzący w moc Eucharystii, a nie – jak podczas pandemii – odsyłający ludzi do domów, przed komputery.
„Miłujcie waszych nieprzyjaciół” (Mt 5, 43). To Kościół praktykujący, a w ten sposób uczący miłości posuniętej aż po heroizm, niewykluczającej nikogo.
„I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8, 11). To Kościół miłosierny jak sam Bóg, ale tak jak On jasno wzywający do nawrócenia, niebojący się stawiać wymagań, nawet za cenę utraty popularności.
„Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry” (J 19, 11). To Kościół gotowy wiele stracić dla prawdy, a nie bratający się z władzą za cenę utrzymania wygody i przywilejów.
„Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy” (Łk 9, 3). To Kościół ubogi w duchu, a nie pławiący się w bogactwach, posiadający je dla samego posiadania i sycenia się swą potęgą. To Kościół, w którym nie ma „pałaców biskupich”.
„Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32). To Kościół służący prawdzie, a nie kluczący w gąszczu półprawd, uników i przemilczeń.
„Największy z was niech będzie waszym sługą” (Mt 23, 11). To Kościół stosujący tę odwróconą, niezrozumiałą dla świata logikę – nie tyle w sferze słów, ile w praktyce. To Kościół, który nie zna pojęcia „zrobić karierę w Kościele”.
Reklama
„Wy jesteście solą dla ziemi” (Mt 5, 13). To Kościół świadomy tego, że jeśli upodobni się do doczesnych instytucji, to przestanie być potrzebny.
„Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37). To Kościół zatroskany o wieczne zbawienie, a nie schlebiający ludzkim gustom i oczekiwaniom czy ograniczający się do samej dobroczynności.
Tomasz Strużanowski - od wielu dekad w Domowym Kościele, nauczyciel, mąż, ojciec, maratończyk
Wspólnota wspiera i ratuje
Myślę, że Kościół sam w sobie nie jest niezbędny do wiary, jej podstawy możemy mieć i bez Niego. Z kolei dojrzała wiara nie może istnieć bez wspólnoty. Gdy zaczną się wątpliwości i trudności, nie mając żadnego oparcia, bardzo łatwo można utracić wiarę. Chrystus powiedział, że będzie z nami do końca świata, to prawda, ale nie oszukujmy się, trudno jest nam czuć Jego obecność na co dzień. Dlatego zostawił nam Kościół, swoją namacalną postać w każdym człowieku. Gdy czujemy się sami, trudno jest nam dostrzec „odległego Boga w niebie”, znacznie łatwiej można do nas dotrzeć przez przyjaciół, rodzinę, wspólnotę. To właśnie ludzie, którzy tworzą Kościół, są narzędziami Boga, aby mógł nas wesprzeć po cichu, w takiej delikatnej formie. Te wszystkie sytuacje, kiedy Bóg posłał do nas kogoś, by otarł nam łzę, podał pomocną dłoń, pokazał, że jest blisko – to właśnie wtedy wspólnota zachowała nas przy wierze i pozwoliła dostrzec Bożą łaskę.
Niejednokrotnie doświadczyłem takiego działania. Gdy piętrzyły mi się w życiu trudności, to na skraju mojej wytrzymałości zawsze pojawiał się ktoś, posłany przez Ducha Świętego, kto mnie rozumiał. Podczas pewnych rekolekcji miałem problemy duchowe, nie mogłem zrozumieć, co dzieje się w moim życiu i jak sobie z tym poradzić. Modliłem się wieczorem w kaplicy i kiedy zrezygnowany wychodziłem, na odchodne rzuciłem: o cokolwiek gorliwie prosić będziemy w imię Jezusa, będzie nam dane... I wtedy zaczepiła mnie jedna z uczestniczek z pytaniem, czy chcę pogadać. Zaskoczony – zgodziłem się. Podczas tej rozmowy, która przeciągnęła się aż do 3 w nocy, udało mi się rozwiać wiele moich życiowych wątpliwości. Jestem przekonany, że gdyby Bóg próbował wtedy przemówić do mnie w modlitwie albo przez kapłana, to bym Go nie usłuchał. Dotarł do mnie przez zwykłą dziewczynę, która później przyznała, że poczuła natchnienie Ducha, aby ze mną porozmawiać. Gdyby nie jej otwartość na głos Boga i moje trwanie we wspólnocie rekolekcyjnej, to pewnie bym jeszcze długo zmagał się z własnymi problemami.
Na Kościół patrzę więc głównie jako na wspólnotę braci i sióstr, którzy wspomogą mnie w trudnościach i dla których ja jestem gotów zrobić to samo. Bo o ile da się wierzyć bez udziału innych ludzi, to jednak do pełnego i prawdziwego poznania Boga są oni niezbędni. W końcu to Bóg stworzył całą ludzkość, a Chrystus powołał Kościół w konkretnym celu.
Jakub Głuchowski - student Ratownictwa Medycznego, prezes zarządu KSM w archidiecezji częstochowskiej. Działa w Grupie Jurajskiej GOPR
